whos.amung.us

sobota, 30 kwietnia 2016

Po co nam Trybunał Konstytucyjny?

Autor: Integrator

Znaczną część codziennego zapasu energii zużywam na prostowanie spraw zabagnionych i wybitnie zapętlonych przez ludzi przysłanych kiedyś do miejsca w którym obecnie pracuję przez poprzednią ekipę. Przez to gdy wracam do strefy prywatnej, widzę to coraz wyraźniej, stronię jak mogę od polityki. Szczególnie zaś unikam analizowania jakiejkolwiek dokumentacji jako że tym właśnie zajmuję się na co dzień. No ale jak to bywa w życiu nie wszystko wychodzi nam tak byśmy tego chcieli a przypadek Trybunału Konstytucyjnego jest tego przykładem. Nie o tym miałem dziś pisać, ale że jednak o tym będzie to nijak nie da się z sensem tematu ruszyć nie przeanalizowawszy wcześniej osiągnięć sędziów tam pracujących. No a jak tak to i przynajmniej paru dokumentów z tą instytucją związanych. 

Moje stanowisko w sprawie zawirowań wokół Trybunału Konstytucyjnego było tu już raz wyłożone, acz przyznać trzeba, że w wersji bardzo okrojonej. Temat nie gaśnie więc tym razem będzie obficiej, ale jak zawsze bliżej ziemi. 

Analizując czyjąkolwiek pracę, w tym przypadku panów sędziów, zacząć należy od postawienia pytań zasadniczych w tym; ile czasu pracują panowie w ramach Trybunału, z jaką wydajnością no i skutecznością dla poprawienia konstytucyjności naszego prawa? By odpowiedzieć sobie na te pytania wystarczy wejść na stronę Publicznego Portalu Informacji o Prawie (http://ppiop.rcl.gov.pl/) i wygenerować prosty w swej treści raport. Dla pełni obrazu zaznaczyłem opcje wyszukiwania tak by raport zawierał orzeczenia niewykonane, niewykonane dla których podjęto prace legislacyjne, no i te orzeczenia które wykonano częściowo. Dlaczego tak? Odpowiedź brzmi - bo tak jest uczciwiej. Czym się bowiem różnią orzeczenia niewykonane od tych niewykonanych ale nad którymi rozpoczęto prace w sejmie wobec świadomości faktu, że prace te mogą trwać latami i wcale nie muszą zakończyć się sukcesem? Dla mnie oba te typy orzeczeń de facto stanowią jedną grupę. Albo czym się różni orzeczenie niewykonane od wykonanego tylko częściowo? Nowelizacja ustawy uwzględniająca uwagi Trybunału tylko częściowo wciąż przecież nie może być uznana za zgodną z Konstytucją, czyż nie tak? 

Raport jaki otrzymujemy przy tak przyjętych założeniach pokazuje, że od 2001 roku nie wykonano 59 wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Zadaje to kłam informacjom powtarzanym w mediach, jakoby niewykonanie przez obecny rząd postanowienia tego organu było rzeczą niespotykaną i dowodem całkowitego nieliczenia się PiSu z obowiązującym prawem. To po pierwsze.

Wiele też mówi się o "twardych" zapisach Konstytucji, które są fundamentem naszej demokracji, i zarazem gwarancją niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Wobec tak przyjętych prerogatyw wykonywanie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego wydaje się być rzeczą oczywistą i nie podlegającą dyskusji. Zresztą do tego przyzwyczaiły nas przez lata media. Tymczasem rzeczywistość jest zgoła inna o czym najlepiej wiedzą sędziowie Trybunału i z czym specjalnie się nie kryją skoro na stronie tego sądu znajdujemy taką oto informację: "Regulacje konstytucyjne w tym zakresie są niejasne, nieprecyzyjne, a przede wszystkim stwarzają możliwość rozbieżnych interpretacji. Odnosi się wrażenie, że twórcom Konstytucji zabrakło wyobraźni, chociaż problem skutków w ujęciu czasowym jest dobrze znany praktyce innych europejskich sądów konstytucyjnych (zwłaszcza w Austrii i w Niemczech), co mogło zachęcać do skorzystania z tych doświadczeń". O co chodzi sędziom Trybunału Konstytucyjnego? Otóż uwaga ta dotyczy art. 190 Konstytucji w którym określa się moc i skutki orzeczeń TK. Dla Czytelników mniej obeznanych w zasadach formułowania takich obwieszczeń, wyjaśniam, że Trybunał Konstytucyjny oznajmia nam w ten zawiły sposób, że termin "wykonywanie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego" niej jest dostatecznie dobrze opisany w polskim prawie, w szczególności w Konstytucji. I w związku z tym, piszą nam panowie sędziowie, że ktoś ot tak ustalił sobie zasady realizowania tych orzeczeń dając początek tradycji prawnej przez nikogo dotąd niepodważanej. Sposób realizowania orzeczeń Trybunału był więc i wciąż jest realizowany według zasad przyjętych w trybie pozasejmowy, czytaj pozaustawowo, czytaj  dalej bezprawnie.

Podsumujmy nasze dotychczasowe ustalenia. Wiemy już, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego nie są wykonywane obligatoryjnie. Co prawda raport który dziś wygenerowałem pokazuje orzeczenie do ustawy o przeciwdziałaniu alkoholizmowi z roku 2001 jako najpóźniejsze i wciąż niezrealizowane to jednak przypadki braku reakcji ustawodawcy na orzeczenia Trybunału odnotowujemy od samego początku jego istnienia. Nie wykonywał tych orzeczeń rząd SLD, nie wykonywał także rzad Platformy Obywatelskiej w koalicji z PSL, a więc partie które pospołu dziś ubolewające nad faktem, że premier Szydło nie chce sankcjonować stanowiska sędziów wybranych bezprawnie. A skoro o obłudzie mowa niech padnie tu i inny tej strasznej wady przykład. Jednym z orzeczeń niezrealizowanych przez rząd PO i PSL było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dotyczące ustawy o służbach z roku 2014tego. Orzeczenie to zrealizował dopiero PiS co nie przeszkodziło posłom PO pójść ze skargą do Komisji Weneckiej, której członkowie z tego powodu ponownie wizytują nasz kraj. Gdy jest ku temu polityczna potrzeba Platforma bez oglądania się na interes kraju, rzekłbym bezwzględnie troszczy się o naszą prywatność co w poprzedniej konstelacji politycznej nie przeszkadzało jej bić kolejnych, europejskich rekordów w ilości zakładanych podsłuchów, że o porannym nalocie służb  na chłopca drwiącego z Komorowskiego nie wspomnę. Gwoli zamknięcia tego wątku dodam tylko, że stwierdzeniem jakoby wspomniana ustawa dawała rządowi bezgranicznie możliwości kontrolowania obywateli donosiciele z Platformy zdobyli Himalaje zakłamania. W ustawie jak wół stoi, że specjalne uprawnienia służby mogą otrzymać tylko po każdorazowym, wcześniejszym otrzymaniu zgody Sądu Okręgowego w Warszawie. No ale nie o tym miało być, nie o tym. Jeszcze raz więc zbierzmy do kupy wszystko co wiemy - orzeczenia Trybunału nigdy nie były w naszym kraju bezwzględnie obowiązujące. Dwa, wiemy że Konstytucja ani inne zapisy prawa nie precyzują terminu "wykonywanie orzeczeń Trybunału" o czym dobrze wiedzą zasiadający w nim sędziowie. 

Na prace Trybunału Konstytucyjnego trzeba jednak spojrzeć także przez pryzmat wydajności jego sędziów jako takich. Na stronie internetowej Trybunału znajdujemy coroczne sprawozdania z wykonanych prac, i jak idzie o rok 2015 możemy znaleźć tam komunikat z dnia 5 stycznia 2016 roku w którym panowie sędziowie prezentują swoje osiągi. Komunikat kończy się taką oto informacją: "W postępowaniu merytorycznym sędziowie TK brali udział średnio: a) jako sprawozdawcy: 12 razy, b) jako przewodniczący składów orzekających: 12 razy, c) jako członkowie składów orzekających: 43 razy. Średni czas rozpoznania sprawy w postępowaniu merytorycznym w 2015 r.: 21 miesięcy Obecnie do rozpatrzenia merytorycznego pozostają 174 sprawy z lat poprzednich." Mój komentarz? Informacja, iż sędzia który zarabia więcej od prezydenta czy premiera "średnio" raz w miesiącu występuje jako sprawozdawca czy przewodniczący składu orzekającego wydaje się być sama w sobie bulwersująca. Ale niech tam, to jeszcze da się jakoś przełknąć. Znacznie gorzej jest mi przyjąć fakt, że średni czas rozpatrywania jednej sprawy to 21 miesięcy szczególnie, że do rozsądzenia z poprzednich lat wciąż czeka ich aż 174! Trudno znaleźć w kraju drugi taki zakład pracy którego pracownicy wykazywaliby tak niską wydajnością. Nie umiem sobie nawet wyobrazić miny mego szefa gdybym na pytanie - jak idą sprawy? - odpowiedział, że nad każdą średnio debatujemy 21 miesięcy a nasze zaległości sięgają wielu lat wstecz. Wprowadzę tu trochę czarnego humoru ale jeśli czas reakcji dla Trybunału jest aż tak długi to te zaległe 174 spraw przyjdzie im zakończyć za 304 lata ((174x21)/12=304,5) i to przy założeniu, że nie będą od teraz dochodziły żadne nowe. A już tak całkiem na poważnie, te cyfry odsłaniają kolejne bardzo ważne zagadnienie. Jeśli sędziowie z TK procedują w tak wolnym tempie to należy stwierdzić, że świadomie utrzymują naszą rzeczywistość prawną w zawieszeniu. Zostali powołani by rozstrzygać wątpliwości tym czasem swoim, trzeba to powiedzieć głośno - lenistwem, doprowadzają do stanu w którym istnieje masa zagadnień prawnych (część z nich dotyczy ustaw) co do których nie mamy pewności czy są zgodne z Konstytucją. Opieszałość sędziów Trybunał Konstytucyjny staje się bezpośrednią przyczyną stanu do zapobiegania którego organ ten został powołany. 

Przepraszam, że drążę temat zamiast kończy ale gdy to piszę przychodzi mi na myśl jeszcze jedna myśl. Jeśli dobrze się teraz skupicie to zrozumiecie wszystko raz i na zawsze. Obrońcy TK twierdzą, że jak idzie o zapisy regulujące prace Trybunału to najważniejsza jest Konstytucja a nie "jakaś tam ustawa", którą w dodatku wprowadził PiS. Tymczasem Konstytucja to nic innego jak właśnie ustawa, tyle że zwana zasadniczą, co wyraźnie wskazuje, że podmiotem regulującym prace TK powinien być Sejm, czyli ustawodawca. Dlatego jeśli Konstytucja nie opisuje dostatecznie sposobu wykonywania orzeczeń Trybunału to sędziowie powinni opierać się o rozwiązania opisane w specjalnie w tym celu stworzonej ustawie. Jak zaś idzie o jej zgodność z Konstytucją to Trybunał nie musi jej badać by wiedzieć czy może według niej procedować przede wszystkim dlatego, że w naszym porządku prawnym obowiązuje reguła domniemanej zgodności ustawy z Konstytucją. I dokładnie tak podchodzi się do ustaw, których zapisy zgłoszono do Trybunału Konstytucyjnego i które od lat nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia. Stosuje się je zgodnie z intencją ustawodawcy, przynajmniej do czasu gdy w końcu TK w jej sprawie się wypowie. Tudzież tak jak zechce sędzia sądu powszechnego bo są przecież niezawiśli i mogą wszystko. 

Teraz będą wnioski i zalecenia. Organ który ma tak niską wydajność, którego zaległości sięgają kilku lat a średni czas rozpatrywania zapytań to 21 miesięcy powinien być zniesiony jako nieefektywny a w gruncie rzeczy szkodliwy. Szczególnie, że przez wieloletnie zaległości ludzie tworzący ten szczególny sąd dają przyzwolenie by w przestrzeni naszego prawa funkcjonowały zapisy co do zgodności których z Konstytucją możemy mieć wątpliwości.  

niedziela, 17 kwietnia 2016

My i oni czyli po co diabeł wymyślił używki?

Autor: Integrator

Tak się złożyło, a ja nie śniłem o tym w najczarniejszych snach, że wziąłem udział w imprezie podczas której dane mi było przyjrzeć się z bardzo bliska towarzystwu, które jak idzie o światopogląd i system wartości stoi ode mnie daleko na lewo. Może nie na rubieżach ale z pewnością to jest inny świat.

Moja żona od lat korzysta z usług tej samej fryzjerki. Panie znają się od tak dawna, że mówią sobie po imieniu i choć nie spotykają się inaczej jak tylko w zakładzie fryzjerskim, to w związku z dopuszczeniem do interesu nowego wspólnika, pani Aneta (imię zmienione) zaprosiła nas na otwarcie nowego salonu. Odstawieni jak szczury na otwarcie kanałów pojawiliśmy się punktualnie o czasie na wyznaczonym miejscu. Z tego co mi powiedziano wszystko to było po to by świętować zmianę wystroju wnętrza a przede wszystkim podpisanie umowy przez do tej pory samodzielną właścicielkę z człowiekiem, który pewnego dnia wszedł do jej salonu z ulicy i zaproponował wspólne prowadzenie biznesu.

Ponoć cały trik tego układu polegać ma na tym, że nowy współwłaściciel robił kiedyś w salonie gdzie przewijają się znani i lubiani, aż postanowił odejść i spróbować własnych sił, pewnie jak to bywa w takich sytuacjach - z nadzieją w sercu, że na bazie klientów którzy pójdą za nim. Słowem mamy mezalians. Pani która zakładała ten biznes od początku, posiadająca renomę pośród lokalnych mieszkańców acz zwykłych zjadaczy chleba weszła w związek z panem, który strzygł gwiazdy, i które staną się z założenia bywalcami wspólnie od teraz prowadzonego salonu. Ja bynajmniej w bajki już od dawno nie wierzę. Być może z czystej ciekawości gwiazdeczki raz czy dwa przyjdą zobaczyć gdzie wylądował ich fryzjer,  ale przyzwyczajone do pewnego standardu, znajdą wymówkę by czesać się gdzie indziej. Poza więc frustracją, którą pan od strzyżenia gwiazd będzie musiał przełknąć (tudzież zwentylować ją na nową wspólniczkę), większych szansa dla tego pomysłu nie widzę.

Doradcą biznesowy nie jestem więc nie będę się wymądrzał i przejdę do rzeczy. Ponieważ jak wspomniałem nowy wspólnik przyszedł ze świata dla mnie odległego, na otwarciu "nowego" salonu pojawili się ludzie, których do tej pory mogłem oglądać tylko w telewizji. Był Michał Wiśniewski, była Agnieszka Włodarczyk, no i parę jeszcze twarzy skądinąd mi znanych ale ich nazwisk akurat nie znam. Każda z gwiazd została odpowiednio obstrykana przez fotografów na tle wcześniej przygotowanej ścianki po czym poszła zadawać tak zwanego szyku. Nie robi i nigdy nie robiło to na mniej najmniejszego wrażenia, więc przyglądałem się temu spokojnie acz z zainteresowaniem - do czasu gdy wyłowiłem w tym tłumie paru panów, których bardzo czule witali się nie tylko ze sobą. Nie umiem opisać mieszanki uczuć i myśli jakie wirowały mi w głowie w związku z tym odkryciem ale zdałem sobie wtedy sprawę, że nigdy wcześniej tak na prawdę nie byłem świadkiem tak jednoznacznego, publicznie okazywanego sobie uczucia osobników płci tożsamej. Owszem czasami mijałem na mieście panów, którzy wyglądali na ustosunkowanych względem siebie, parę razy załatwiając sprawy w urzędach byłem nadzwyczaj urokliwie obsłużony przez pana o kobiecych ruchach, ale nigdy nie widziałem takiej koncentracji osób, które w dodatku zbytnio się ze swymi skłonnościami nie kryły. 

Przyglądając się im i odpowiednio tonując drinkami niemiłe doznania estetyczne których doświadczałem, nie wiedzieć czemu wróciłem nagle myślami do dnia poprzedniego. Do Krakowskiego Przedmieścia i szóstej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Msza święta, wspólny marsz, koncert, wysłuchanie przemowy prezydenta a wcześniej wspólne odśpiewanie hymnu narodowego. Patrzyłem na wyraźnie znudzonych i bez celu łażących wokoło mnie "wyjątkowych" ludzi a myślami byłem pośród tych zwykłych zjadaczy chleba, którzy dokładnie wiedzieli po co przyjechali na uroczystości odbywające się w tych dniach z odległych przecież często zakątków kraju. W oczach celebrytów tlił się smutek przykrywany maską wypracowanego przed lustrem uśmiechu, zaś w oczach ludzi z Krakowskiego Przedmieścia palił się żar. Autentyczny żar i radość. Wiara i nadzieja w jutro. 

Czasami dopada nas zła myśl, że mamy za mało, albo że dobry Bóg przypisał nam status społeczny co najmniej piętro niżej niżbyśmy chcieli. Nie zachęcam do poszukiwania okazji by móc empirycznie sprawdzić czy faktycznie tak jest - zwłaszcza, że sam znalazłem się w tym oryginalnym towarzystwie całkowicie bezwiednie. Ale gdy już trafi Wam się taka okazja, i nie oślepi Was blichtr, zrozumiecie jak pusty to i za prawdę smutny świat. Świat bez Boga, bez wartości i idei. Świat w którym niewyczerpanym źródłem radości mogą być tylko drinki serwowane przez samego diabła. 

Miło mi jest znajdować pośród Czytelników Tygodnika Solidarni rodaków z Singapuru. Zapraszam częściej!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Pierwszy Rozbiór Rosji

Autor: Integrator

Mało się dzieje naprawdę ciekawych rzeczy w kraju, a to zawsze dobry powód by naprawić zaległości w tekstach, których powstanie wcześniej sygnalizowałem. Dziś więc będzie o Rosji. O Pierwszym Rozbiorze Rosji.

Od razu podkreślam, że historykiem nie jestem a grzebanie w przeszłości to tylko moje hobby. Mam więc świadomość, że używając liczebnika "pierwszy" mogę się w oczach znawców tematu skompromitować gdyby się okazało, że taki rozbiór miał już kiedyś miejsce. Ale wątpię. Niemało mam książek na koncie i nigdzie takie hasło nie padło, poza tym jak idzie o połykanie w całości tudzież rozszarpywanie sąsiadów kęs po kęsie to kto jak kto ale akurat Rosja od zawsze w tym procederze przodowała. A że ten miecz jest obosieczny, dziś sama narażona jest na podzielenie losu państw słabszych od siebie. Pozwólcie, że poprowadzę Was ścieżką myślową, która mnie do tego przekonania doprowadziła.

Zaczęło się od incydentu z zestrzeleniem rosyjskiego samolotu przez Turków. Ja tu nie będę wchodził w szczegóły tego zdarzenia. Nie ma to najmniejszego sensu ustalanie czy Rosjanie faktycznie przekroczyli granicę czy też nie. Dla naszych rozważań najważniejszym jest, że samolot zestrzelono a reakcja Rosji na ten incydent była nijaka i odsłoniła jej prawdziwy potencjał.

Zauważcie proszę, że do tamtej chwili funkcjonowało na świecie przekonanie (a już szczególnie w naszym rejonie), że Rosji nie należy się stawiać, choćby nie wiem jak daleko posunęła się w swoich prowokacjach. Nawet gdy świadomie naruszyła granice, lub bez pardonu wchodziła w strefy oddziaływań przypisane innym państwom, ze strachu przed jej potencjałem a więc w obawie przed wojną, spuszczano uszy po sobie i udawano, że do niczego nie doszło. A gdy sprawy nie udało się zatuszować, a o to by o incydencie dowiedział się cały świat Rosja zawsze bardzo dbała, bagatelizowano dane zdarzenie. Dzięki temu jeszcze bardziej utrwalało się przekonanie, że Rosja jest potęgą i może więcej. Bardzo dobrze widać to w wynikach badań społecznych przeprowadzanych w naszym kraju gdzie ilekroć Rosja brutalnie wchodziła w obszar naszych priorytetów, godziliśmy się jako społeczeństwo, że tak jest i trudno. Kulminacją tego tchórzliwego mechanizmu wmontowanego z zamysłem w nasze serca była katastrofa Smoleńska. W obawie przed wojną większość wolała wmówić sobie, że nasi piloci to nieudacznicy, a nawet ci którzy w to nie wierzyli także w obawie przed wojną z niepokonaną Rosją przestrzegali przed szukaniem dowodów na jej udzial w tej tragedii. Nie bez znaczenia w utrwalaniu tego przekonania w naszych głowach była praca agentów którzy do niedawna zajmowali w naszym życiu publicznym znaczącą rolę. A przecież ten kto zna historię a przynajmniej z uwagę czyta ten Tygodnik wie, że był czas, gdy to Polska decydowała o tym kto będzie zasiadał na tronach państw sąsiednich, zaś jak idzie o relacje z Rosją to zdobyła Kreml, wzięła w niewolę cara, który potem składał polskiemu królowi hołd całując przed nim posadzkę na Zamku Królewskim w Warszawie. Ale wróćmy do zdarzenia od którego zaczęliśmy. Zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez Turków było czymś w rodzaju powiedzenia - sprawdzam. O dziwo, wbrew obowiązującemu przekonaniu, że Rosja po takim zdarzeniu niechybnie zaatakuje, usłyszeliśmy jedynie o notach protestacyjnych a na ekranie telewizora zobaczyliśmy żałosne wręcz wystąpienie Putina, który kipiał ze złości bo próbował w tej bardzo niekorzystnej wizerunkowo sytuacji zachować twarz. Kipiał ze złości bynajmniej nie dlatego, że stracił maszynę ale właśnie dlatego, że cały świat zobaczył, że Rosję jednak można uderzyć i to całkiem bezkarnie. Kreml chcąc nie chcąc musiał zachować się dokładnie tak jak do tej pory państwa których granice Rosja naruszała.

Okazało się, że państwo to wcale nie posiada aż takiego potencjału by zawsze i bezwzględnie móc skutecznie zaatakować. Co innego gdy za przeciwnika ma się małą Czeczenię czy Gruzję, albo któryś z nadbałtyckich krajów, co innego zaś gdy do konfrontacji stanie państwo tak duże i silne jak Turcja. No dobrze powie ktoś, ale przecież Ukraina to nie Estonia a mimo to Putin zdecydował się uderzyć? Zgoda, zdecydował się, ale to jest akurat dowód na poparcie mojej tezy, że Rosja nie jest dziś w stanie mierzyć się z silnym państwem. W chwili gdy zaatakowała Ukrainę państwo to było targane wewnętrznymi "rewoltami", a jej sytuacja ekonomiczna pozwalała przypuszczać, że lepszego czasu na uderzenie już nie będzie bo po zmianach jakie tam nastąpiły wszystko mogło pójść już tylko w dobrym kierunku co czyniłoby ten kraj z roku na rok silniejszym. Jestem przekonany, że zanim Rosja wysłała na Ukrainę swoje zielone ludziki, ciężko pracowała nad destabilizacją wewnętrznej sytuacji w tym kraju. Nie bez znaczenia był też fakt, że w wyniki skomplikowanej operacji Putin przy udziale polskich zdrajców i pożytecznych głupców wyeliminował z geopolitycznych gier prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego. Gdy zabrakło tego wyjątkowego człowieka, który powstrzymał rajd rosyjskich czołgów na Tbilisi a wcześniej zmobilizował do udziału w tym historycznym geście szefów państw graniczących z Rosją, Putin mógł być pewien, że nikt się nie ujmie za Ukrainą. I tak też było. Zanim więc zaatakowano to państwo, przeprowadzona została bardzo dokładna analizę sytuacji na Ukrainie i zabezpieczono sytuację w rejonie. Wszystko po to by mieć pewność że Rosja na oczach całego świata nie połamie sobie tam zębów. Upewniono się, że Ukraina to państwo chore i osłabione, i dopiero wtedy zaatakowano. Nie inaczej wyglądało to w przeszłości z Polską. Rosja napadał nas gdy wewnętrzne spory trawiły nasze siły, bądź gdy mogła liczyć na wsparcie innych państw. 

W przypadku Turcji Putin popełnił błąd w kalkulacjach, który myślę będzie miał w przyszłości dalekosiężne konsekwencje dla Rosji. Zapewne zakładał, że Turcja która stara się o przyjęcie do Unii Europejskiej, chcąc uchodzić za państwo cywilizowane i spokojne, nie zareaguje na rosyjskie prowokacje. Nie wzięto pod uwagę tego faktu, że pozycja Turcji bardzo wzrosła odkąd Państwo Islamskie i fala imigracyjna stały się globalnym problemem z którym Unia Europejska nie da sobie sama rady bez pomocy Ankary. I stało się. Ku zaskoczeniu Rosji, Turcy zestrzelili samolot po czym spokojnie wrócili kontynuować rozmowy z Unią jak gdyby nigdy nic.

Dziś Rosja robi co się da by odzyskać utracony wizerunek mocarza. Putin ostentacyjnie nie podaje ręki prezydentowi Turcji, organizuje konsumenckie bojkoty tureckich produktów i kurortów - a wiec działania bardziej właściwe dla małych państewek - całkiem jakby nie rozumiał, że w ten sposób jeszcze dobitniej podkreśla swoją bezradność.

Mleko już się rozlało i co gorsza dla Rosjan, nie uszło to uwadze jej odwiecznym wrogom, a przez setki lat prowadzenia ekspansywnej polityki w rejonie nazbierała ich sobie cały koszyk. Wracając więc do tezy ogłoszonej w tytule tekstu, twierdzę, że potencjał tego kraju nie jest taki jak dawniej i w dużej mierze został negatywnie zweryfikowany w wojnie z Ukrainą. Fakt, że Rosja nie otwiera tam kolejnych frontów no i że wycofała się z Syrii najlepiej pokazuje, że musi bardzo oszczędnie gospodarować siłami, które jej zostały bo są zwyczajnie ograniczone. Putin nie ma cienia wątpliwości, że gdyby wydał w tamtych dniach rozkaz uderzenia na Ankarę byłaby to dla Rosji decyzja samobójcza. I nie dlatego, że Turcja to państwo należące do NATO bo tu akurat sprawę Moskwa ma dobrze rozpoznaną i wie, że nie uzyskano by w ramach tego sojuszu jednomyślnej zgody na zaatakowanie Rosji. Uderzenie na Turcję nie wchodziło w grę gównie dlatego, że państwo to w zupełności samo poradziłoby sobie z agresorem. Nadto władców zasiadających na Kremlu paraliżuje myśl, że jeśli sprowokują wojnę z któregokolwiek z większych sąsiadów to po swoje zgłoszą się wszyscy inni którzy z różnych powodów czekają dobrej okazji by uregulować historyczne krzywdy. Jestem przekonany, że jeśli Rosja wejdzie w konflikt z większym państwem (no właśnie taką Turcją, a choćby i Polską) to śmiało ruszy na nią już nie tylko zjednoczona Ukraina ale cała masa małych postrepublik. No a jak tak to i przyczajony smok czyli Chiny, które będą chciały zabezpieczyć w ten sposób swoje roszczenia terytorialne względem Rosji. W takim wariancie nastąpi Pierwszy Rozbiór Rosji. Pierwszy, bo gdy każdy weźmie to co mu ukradziono, w drugim ruchu już po rodzime tereny Rosji ręce wyciągną międzynarodowe grupy finansowe dla których przejęcie nieosiągalnych do tej pory rosyjskich dóbr naturalnych będzie pokusą nie do odparcia. Oczywiście nie zrobią tego same i wykorzystają do tego państwa ościenne ośmielone sukcesem Pierwszego Rozbioru.

Oto dlaczego Rosja dostawszy policzek od Turcji spuściła głowę. Oto dlaczego atakuje słabych i nie prowadzi paru frontów naraz. Oto dlaczego bezustannie destabilizuje sytuację wewnętrzną sąsiadujących z nią państw. To wszystko jest dowodem jej słabości a nie siły jak się przyjęło uważać.

Niniejszy tekst dedykuję walczącej Ukrainie. Nie taka Rosja straszna jak ją malują. Zjednoczcie się tylko a wnet się o tym przekonacie.