whos.amung.us

piątek, 29 stycznia 2016

Zanim ogłosimy nową krucjatę

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Jest taka literatura, która bije na głowę wszystkie współczesne horrory i powieści grozy. Chodzi o relacje na temat tego, jak niegdyś leczono ludzi. Czytałem ostatnio we wspomnieniach Usamy ibn Munkida ciekawą historię o spotkaniu dwu chrześcijan i dwu różnych podejść do medycyny. Ciekawe są w niej nie tylko sposoby leczenia ludzi; może ona podpowiedzieć nam co nieco na temat leczenia największego regionu zapalnego na naszej planecie – Bliskiego Wschodu.

Oto, co opisuje ibn Munkidh. Między krzyżowcami a muzułmanami trwał akurat krótki pokój. Pewien rycerz z hrabstwa Trypolisu posłał wobec list do wuja ibn Munkidha, z prośbą o przesłanie lekarza, „by wyleczył kilku chorych jego towarzyszy”. Posłano chrześcijanina imieniem Thabit. Okazało się jednak, że miał on tam konkurencję w osobie lekarza z Europy. Podważył on diagnozę Thabita i proponowane leczenie chorej na gruźlicę kobiety, i zaproponował bardziej radykalne środki:

Lekarz popatrzył na kobietę i rzekł: Ta kobieta ma w głowie szatana, który się w niej zakochał. Ogólcie jej głowę. (…) Jej choroba się wzmogła, a lekarz powiedział: To szatan wszedł do jej głowy. I wziął brzytwę, zrobił jej nacięcie na głowie w kształcie krzyża i zerwał jej skórę ze środka głowy…

Nie był to koniec tej kuracji, bo w relacji pojawia się jeszcze sól, znany środek na diabły. Gdy chora umarła, na co nie trzeba było długo czekać, Thabit nie był im już potrzebny i wrócił do swojego pana:

Wtedy poszedłem, dowiedziawszy się o ich medycynie czegoś, czego nie znałem.
Można tylko wspomnieć, że syryjski lekarz chciał leczyć gruźliczkę ciepłymi okładami.
Wyższość medycyny świata Islamu nad medycyną średniowiecznej Europy to znany fakt. Zresztą, zaczęła się ona w miastach takich jak Antiochia, Damaszek czy Aleksandria na długo przed narodzinami Mahometa. Co najbardziej intrygujące w tym opisie to jednak nie różny stopień wiedzy lekarskiej.

Myślę o Thabicie, chrześcijaninie z Syrii i o tym, że patrzył na chrześcijańskich przecież Franków jak na obcych. Nawet wspólnota religii nie była tu oczywista, wobec odmienności rytów i języków liturgii. Jego dom był w zamku syryjskich feudałów, którzy cenili i szanowali jego sztukę oraz tolerowali jego wiarę. Dzieje wypraw krzyżowych świadczą zresztą o tym, że bliskowschodni chrześcijanie nieczęsto patrzyli na krzyżowców jako na wzywolicieli. Bo też głównym rzemiosłem uczestników krucjat była obliczona na zysk i wyniszczenie wroga wojna feudalna, a nie obrona wiary czy wiernych.

Chrześcijanie w tamtych stronach nie byli zresztą rycerzami. Feudał z Europy wolał rozmawiać, walczyć i targować się z równym sobie panem, nawet, gdy wyznawał on Mahometa jako Pieczęć Proroków, niż z jakimiś chrześcijanami niskich stanów. To, co mnie w tym dziwi i uderza, to fakt, jak niewiele się zmieniło. Los zwykłych chrześcijan z Bliskiego Wschodu nieczęsto interesuje europejczyków, a nawet konkretniej – europejskich katolików. Jeśli już ktoś pomaga wiernym tradycji asyryjskiej czy koptyjskiej, to są to najczęściej ich sąsiedzi – muzułumanie.
Sam fakt istnienia Kosciołów na Bliskim Wschodzie sugeruje, że wyczyny Państwa Islamskiego są raczej wyjąkiem niż regułą relacji między tamtejszymi chrześcijanami a muzułmanami. Oprócz czasów ucisku i prześladowań, bywały długie okresy pokoju i ograniczonej tolerancji. Obchodziliśmy ostatnio rocznicę Zagłady Ormian, jednego z pierwszych ludobójstw XX wieku. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Ormianie winą za tę tragedię obarczają konkretnie tureckich nacjonalistów, nie zaś wszystkich wyznawców Koranu. Co więcej, gdy grupa islamskich teologów wystosowała list do przywódców chrześcijaństwa pod wziętym z Koranu tytułem „Jednakowe słowo dla nas i dla was”, biskupi ormiańscy odpowiedzieli im w bardzo przyjaznym tonie. Muzułumanie, którzy podpisali ten list, inspirowani głównie przez Jordańczyków (jednym z sygnotariuszy listu jest jordański książę), postawili tezę, że pokój na świecie zależy do przyjaznych stosunków między Krzyżem a Półksiężycem. Ormianie odpowiedzieli na to, przywołując pomoc, jaką muzułmanie z wielu krajów okazali ich przodkom w czasie eksterminacji z początków XX wieku. Ciekawe, ilu Ormian uratowali przed straszliwą śmiercią Rosjanie, Francuzi czy Brytyjczycy, a ilu Arabowie czy Persowie?

Podobnie sytuacja wygląda dzisiaj. Wielu syryjskich chrześcijan, ze starożytnych Kościołów Wschodu modli się gorliwie o zwycięstwo dla Kurdów, najskuteczniej obecnie walczących z samozwańczym Państwem Islamskim. Wśród samych Kurdów, którzy akurat w czasie wspomnianej Zagłady Ormian niejednokrotnie pomagali tureckim władzom w mordach na chrześcijanach, panuje obecnie tolerancja dla chrześcijan i przekonanie o wspólnocie walki i losu. Dopiero w tym roku miał miejsce pierwszy incydent, wymiana ognia między milicją chrześcijańskich Asyryjczyków a Kurdami, przy czym starcie miało raczej korzenie polityczne, a nie religijne.

Niekiedy zresztą przyłączają się do wojsk kurdyjskich czy też chrześcijańskich milicji ludzie z Zachodu. Okazuje się bowiem, że niekiedy człowiek XXI wieku umie zareagować na widok morderstw przez ISIS w telewizji inaczej, niż tylko zmieniając kanał.

Oczywiście, potrzebne są nie tylko takie reakcje. Ubiegłoroczny List naszego Episkopatu, poświęcony prześladowanym chrześcijanom to dobry i ważny głos. Ciekawe zresztą, że w kontekście ludobójstwa Ormian nasi biskupi stwierdzili, że prześladowania napędzał obecny w Koranie obraz chrześcijan jako „niewiernych”. Wydaje się, że jest to dobry temat do rozmów w czasie obchodzonego rokrocznie „Dnia Islamu w Kościele Katolickim”, lecz jak znam życie, nie zostanie on poruszony. Były w tym liście też sugestie pacyfistyczne, że chrześcijanie wobec prześladowań mają nie okazywać przemocy:

Zło obecne w świecie może być zwyciężone jedynie przez heroiczne dobro i otwarcie na moc Boga, który nigdy nie posługuje się przemocą i agresją. 

Na szczęście, nasz episkopat w praktyce wcale nie jest tak pacyfistyczny, jak deklaruje. Nadchodzące Światowe Dni Młodzieży będzie przecież, zgodnie z wolą biskupów, ochraniać policja oraz wiele służb, które, co daj Boże, użyją „przemocy i agresji”, jeśli jakiś terrorysta zechce uderzyć w naszą młodzież.

To swoją drogą, niezwykle ironiczne. Śmiejemy się czasem, że Islam to „religia pokoju”. Jednocześnie niejedna iracka rodzina modli się codziennie do Matki Bożej, by kurdyjskim muzułumanom nie przyszło do głowy wypuszczać z rąk karabinu, bo to właśnie Kurdowie bronią ich przed terrorem ISIS. Jednym słowem, nasze listy, modlitwy i apele są ważne, ale wartom pamiętać, kto tam za naszych braci (przy okazji walki o swoje sprawy, oczywiście) nadstawia karku na prawdziwym polu bitwy.

Pośród ludzi zasłużonych dla poprawy losu bliskowschodnich chrześcijan są także muzułmańscy politycy. Aktualny prezydent Egiptu, Abd al-Fattah as-Sisi był obecny na koptyjskiej pasterce i obiecał, że państwo odbuduje wszystkie ich zniszczone kościoły. Co ciekawe, to właśnie poprzednie władze Egiptu, wywodzące się z radykalnego Bractwa Islamskiego, cieszyły się większym uznaniem Zachodu i poparciem prezydenta USA. As-Sisi jednak je obalił, co poprawiło wydatnie los egipskich wyznawców Chrystusa. Prezydent ciągle podkreśla, że wierni obu wielkich wyznań Egiptu wspólnie tworzą jeden naród. Po publikacji słynnego filmu z egzekucji koptów, przeprowadzonej przez ISIS, egipskie lotnictwo dokonało w odpowiedzi nalotu na pozycje terrorystów. As-Sisi nie obawia się też zamykać meczetów, w których głosi się mord i nietolerancję religijną, a sam nawołuje do reformy Islamu. Według niego, to kwestia życia i śmierci dla samych muzułmanów. Wystarczy to porównać z dowolną wypowiedzią Baracka Obamy na te tematy, bo dostrzec, jak różni się ideologiczny, polityczno-poprawny bełkot z surową i trafną oceną rzeczywistości.

Nasze myślenie, jako chrześcijan, bardzo się zmieniło od średniowiecza. Pełne spektrum katolików, od tradycjonalistów po modernistów, zgadza się dziś, że tragedią Ziemi Świętej i okolic jest niski status chrześcijan i prześladowania, nie zaś fakt, że nasze Miejsca Święte znajdują się „w żydowskich rękach”. W pierwszym rzędzie myślimy teraz o pomocy naszym braciom, co z różnych powodów niewielu przychodziło do głowy w czasach krucjat. Zanim gorliwość podpowie nam, by głosić nieuchronną wojnę z Islamem, jako największym zagrożeniem dla Europy, warto pomyśleć o chrześcijanach z tamtych stron, którzy starają się o wspólne życie i pokój z muzułmańskimi sąsiadami. W dużej mierze zresztą to współczesna parodia krucjat, owe słynne „wojny o ropę” wywoływane przez USA pogłębiły chaos na Bliskim Wschodzie.

Oprócz wspomnianej na początku kobiety, innym pacjentem Thabita był mężczyzna z wrzodem na nodze. Syryjski lekarz chciał zrobić prosty zabieg, by zagoić wrzód, jednak jego europejski konkurent miał skłonność do radykalnych środków i zawołał po topór i tęgiego chłopa do jego obsługi. Tym razem również się nie udało, a pacjent zmarł mimo (czy też dzięki) amputacji. Jeśli więc dziś mamy pokusę, by cały świat Islamu odmierzyć jedną miarą i żałujemy, że brak nam sił do jego amputacji, to może trzeba zastanowić się nad starą prawdą, jak śmiertelnym złudzeniem bywają krzywdzące uogólnienia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz