whos.amung.us

środa, 13 stycznia 2016

Na marginesie dojazdów: Loteria paragonowa i kapłańskie rezydencje

Autor: ks. Jan Dobrowolski
Słyszeliście takie przysłowie, że tym bardziej człowieka interesuje wiek osiołka, im dłużej na nim siedzi? Ja nie. Być może znają je Arabowie Chińczycy albo inna nacja słynąca z przysłów. Może być też tak, że to dopiero ja je wymyśliłem, prowadząc moje dziesięcioletnie auto po zaśnieżonych drogach stycznia. W radiu dodatkowo kuszono mnie atrakcyjnymi, czterokołowymi nagrodami w loterii, którą organizuje rząd. Wystarczy zbierać i rejestrować paragony. Potem maszyna losująca wybiera Cię, jeśli los tak chce, no i wystarczy tylko podziękować przed kamerami kochanemu urzędowi skarbowemu, wejść do samochodu i jechać. Trzeba tylko mieć cel w tym jechaniu. A może nie?
Pomyślałem, że to lekko irytująca loteria, mimo, iż nie trzeba płacić za losy. W końcu nie wszystko u nas w porządku z podatkami, pracą, z relacjami ludzi do aparatów biurokracji, zamieszkujących wielkie gmaszyska, gdzie zapisane jest dokładnie, ile się od kogo należy. Zmiana radiostacji dała niewielki skutek. W dalszym ciągu loteria… Na moich ulubionych falach Adam Ferency czytał właśnie „Kompleks Polski” Tadeusza Konwickiego:
Za ścianą dzwonią monotonnie tramwaje, które utknęły w zaspach. Koło ścian słychać niespieszne szurganie. To więźniowie wzięli się do odgarniania śniegu. Iwona usiadła na swoim krzesełku, położyła na kolanach otwartą książkę, ale czytać nie sposób, bo ciemno, więc kładzie palce na chłodnych stronicach. Zamyka oczy i czyta palcami albo osuwa się w letarg, w letarg wigilijnego popołudnia, w letarg nadziei, przeczuć, zuchwałych oczekiwań. Nie, ona po prostu nas ignoruje. Ona sprawdza swoją telepatyczną łączność z własnym wszechświatem, rodzinną planetą. Chciałbym, żeby tak było.
Wraca kierowniczka z zaplecza. Niesie jakiś papier urzędowy.
Podchodzi do świecy, nakłada okulary ze szkłami kokieteryjnie przyciemnionymi. Kolejka milknie, zwiera się instynktownie przy początku lady.
– Proszę państwa – rzecze kierowniczka – proszę o uwagę.
Otrzymałam pismo z dyrekcji. Informuje się naszych miłych klientów o niespodziance przygotowanej przez centralę. Dokonując zakupów w naszych sklepach, należy przechować paragony. W przyszłym roku zostanie rozlosowanych pięć wycieczek do Związku Radzieckiego śród posiadaczy tych paragonów.
– A gdzie towar? – krzyczy hardo budowlany. – Towaru jest pełno. Proszę brać i wybierać. – Miały być pierścionki radzieckie!
– I kamienie szlachetne!
 Kierowniczka składa papier urzędowy.
– Przecież nie urodzę. Furgonetka wyjechała już z magazynu. Może ugrzęzła w zaspie. Państwo sami widzą, jaki śnieg.
Widać tu „nieubłagany postęp”, jak lubi kwitować różne paradoksy i paroksyzmy naszych dni Stanisław Michałkiewicz w swych nieodmiennie oryginalnych felietonach. Postęp jest, bo zamiast wycieczki do Związku Radzieckiego, losujemy samochód i sami możemy sobie wybrać cel wycieczki. Oczywiście, „centrala” liczy nieustannie na nasza dojrzałość, że będziemy potrafili sami rozsądnie wybrać kierunek jazdy, ku większej integracji europejskiej, demokracji i tolerancji. Za to towaru jest dużo, już nie z ZSRR, a z Chin i tylko kolejki już tak nie integrują społeczeństwa, jak kiedyś.
Dobrze mi się słucha Konwickiego, ale prując całun zimy ciągle zastanawiam się, czy będę „zachowywał paragony”, bo nowy samochód by się przydał. Moi parafianie mogliby go przypisać swojej hojności, co by ich dowartościowało, a ja dojeżdżałbym pewnie jeszcze chętniej. Ksiądz i samochód to znane połączenie, prawie jak samochód i diabeł. Gdy pierwsze automoblie rozbijały się po bezdrożach naszego nadwiślańskiego Serca Europy, ubogaciły diabelski folklor, tak, że diabeł nie wpadał już do wioski w księżycowe noce na karym ogierze, lecz wjeżdżał ryczącą maszyną, co to ją miał na wsi tylko dziedzic i niektóry proboszcz. Jest też cała tradycja powiedzeń i kawałów, jakimi sami księża wyśmiewali właściwą swojemu, trochę kawalerskiemu stanowi skłonność do podróżowania za kółkiem. Niektóre z nich są jeszcze posoborowe, jak „sursum corda i do forda”, inne pokazują spore zaznajomienie z Biblią, jak „lasów Libanu nie starczy na paliwo”. Powstały one z napięcia między podróżowaniem a obowiązkiem rezydencji. Obowiązek rezydencji nie oznacza bynajmniej dla księdza konieczności postawienia okazałej willi. Wręcz przeciwnie, obowiązek rezydencji sugeruje, że należy siedzieć na plebanii, czy lato, czy zima, aby być dostępnym dla swoich parafian. Parafia to osobista Ziemia Święta księdza, jak pokazał młody Wojtyła, całując ziemię swojej pierwszej parafii, słynnej już Niegowici. Swoją drogą, zapewne do dziś trudno z niej śnieżną zimą wyjechać. Nic to, przynajmniej niektórzy z tamtejszych wikarych odbili to sobie potem co nieco, prawda? No i bardzo dobrze – skłonność polskiego księdza do podróży przyniosła piękne owoce papieskich pielgrzymek.
Słucham proroczej wizji Konwickiego (proroczej, czyli zawsze aktualnej) i coraz mniej myślę o mało prawdopodobnej wygranej w loterii. Czy autor „Kompleksu polskiego” znał „Przed sklepem jubliera” Karola Wojtyły? Utwór poświęcony sakramentowi małżeństwa opublikowano w 1960, kilkanaście lat przed tym, jak cenzura zatopiła swe ząbki w dziele Konwickiego, więc jest to niewykluczone. Tu i tam mamy motyw pierścionka, tu i tam mamy motyw klęski – u przyszłego świętego jest to małżeństwo na progu rozwodu, u Konwickiego naród zziębnięty w niekończącej się kolejce historii. Radzieckie złoto, po jakie stoją ludzie i złoto pierścionków, oznaczających miłość, wiarę, wspólnotę. Być może nie tak wiele różni dwa zupełnie odmienne dzieła. Tak wyglądało spotkanie jubilera z kobietą, która przyszła sprzedać swój ślubny pierścionek:
Więc tym razem zdecydowałam się wstąpić. Jubiler obejrzał robotę, ważył pierścień długo w palcach i spoglądał
mi w oczy. Przez chwilę czytał
wypisaną wewnątrz obrączki
datę naszego ślubu.
znów patrzył w moje oczy. kładł na wagę…
potem powiedział: „Obrączka ta nic nie waży,
waga stale wskazuje zero
i nie mogę wydobyć z niej
ani jednego miligrama.
Widocznie mąż pani żyje –
wtedy żadna obrączka z osobna
nic nie waży – ważą tylko obie.
Moja waga jubilerska
ma tę właściwość,
że nie odważa metalu,
lecz cały byt człowieka i los”.
Obaj autorzy chcieli powiedzieć bardzo dużo na bardzo podniosłe tematy. Szczerze mówiąc, wolałem zawsze Konwickiego z jego czarnym humorem i dystansem, programowym brakiem patosu. Przyznam się, że na tekst Wojtyły zawsze patrzyłem przez pryzmat amatorskiego wykonania przez aktorów ze szkoły średniej, pod kierunkiem katechety, wystawionego na deskach teatru „Dobre chęci”. Teraz jednak, jadąc przez zimę, przypominam sobie fragmenty i intryguje mnie to podobieństwo z prozą Konwickiego. Miejsce i rekwizyty podobne. Czasem podobne słowa o człowieku:
Oto człowiek! Nie jest przejrzysty
i nie jest monumentalny,
i nie jest prosty,
raczej biedny.
To jeden człowiek – a dwoje,
a czworo, a sto, a milion. –
Pomnóż to wszystko przez siebie
(pomnóż ową wielkość przez słabość),
a otrzymasz iloczyn ludzkości,
iloczyn życia ludzkiego.
Ten fragment z „Przed sklepem jubilera” mógłby być mottem „Kompleksu polskiego”. A może jednak nie?
Nie da się stwierdzić, co łączy dwa intrygujące teksty, jadąc tu czy tam, słuchając jednym uchem, przypominając sobie i szukając drogi przez śnieg. Po to jest księdzu rezydencja właśnie, czyli rezydowanie, czyli siedzenie pod ciepłą kwoką lampki, z książką w dłoni. Można wtedy zaprosić staropolskim zwyczajem świętego wikariusza z małopolskiej wioski i pełnego talentu i goryczy literata. Niech sobie posiedzą, poznają się przynajmniej, jeśli nie zechcą rozmawiać… Wiecie, co powiedziałby papież Konwickiemu? Pewnie, że tak się obawiał spełnienia się wizji z zakończenia „Kompleksu Polskiego”, w końcu tak dużo o tym mówił, wołając od początku swojego pontyfikatu o pokój. Autor „Małej Apokalipsy” i wspomnianego tu „Kompleksu…” mógłby odrzec, że owszem, są tam echa powstania styczniowego, jak i niedoszłej wojny atomowej, ale jest i trochę nadziei, przynajmniej jakiejś jej formy…
Pewnie po to jest rezydencja księdzu, by siąść z książką i móc wsłuchać się w takie rozmowy. Po to spokojny czas w swoim pokoju, którego nie ujmie żaden paragon i którego nie obiecuje żadna loteria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz