whos.amung.us

piątek, 29 stycznia 2016

Zanim ogłosimy nową krucjatę

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Jest taka literatura, która bije na głowę wszystkie współczesne horrory i powieści grozy. Chodzi o relacje na temat tego, jak niegdyś leczono ludzi. Czytałem ostatnio we wspomnieniach Usamy ibn Munkida ciekawą historię o spotkaniu dwu chrześcijan i dwu różnych podejść do medycyny. Ciekawe są w niej nie tylko sposoby leczenia ludzi; może ona podpowiedzieć nam co nieco na temat leczenia największego regionu zapalnego na naszej planecie – Bliskiego Wschodu.

Oto, co opisuje ibn Munkidh. Między krzyżowcami a muzułmanami trwał akurat krótki pokój. Pewien rycerz z hrabstwa Trypolisu posłał wobec list do wuja ibn Munkidha, z prośbą o przesłanie lekarza, „by wyleczył kilku chorych jego towarzyszy”. Posłano chrześcijanina imieniem Thabit. Okazało się jednak, że miał on tam konkurencję w osobie lekarza z Europy. Podważył on diagnozę Thabita i proponowane leczenie chorej na gruźlicę kobiety, i zaproponował bardziej radykalne środki:

Lekarz popatrzył na kobietę i rzekł: Ta kobieta ma w głowie szatana, który się w niej zakochał. Ogólcie jej głowę. (…) Jej choroba się wzmogła, a lekarz powiedział: To szatan wszedł do jej głowy. I wziął brzytwę, zrobił jej nacięcie na głowie w kształcie krzyża i zerwał jej skórę ze środka głowy…

Nie był to koniec tej kuracji, bo w relacji pojawia się jeszcze sól, znany środek na diabły. Gdy chora umarła, na co nie trzeba było długo czekać, Thabit nie był im już potrzebny i wrócił do swojego pana:

Wtedy poszedłem, dowiedziawszy się o ich medycynie czegoś, czego nie znałem.
Można tylko wspomnieć, że syryjski lekarz chciał leczyć gruźliczkę ciepłymi okładami.
Wyższość medycyny świata Islamu nad medycyną średniowiecznej Europy to znany fakt. Zresztą, zaczęła się ona w miastach takich jak Antiochia, Damaszek czy Aleksandria na długo przed narodzinami Mahometa. Co najbardziej intrygujące w tym opisie to jednak nie różny stopień wiedzy lekarskiej.

Myślę o Thabicie, chrześcijaninie z Syrii i o tym, że patrzył na chrześcijańskich przecież Franków jak na obcych. Nawet wspólnota religii nie była tu oczywista, wobec odmienności rytów i języków liturgii. Jego dom był w zamku syryjskich feudałów, którzy cenili i szanowali jego sztukę oraz tolerowali jego wiarę. Dzieje wypraw krzyżowych świadczą zresztą o tym, że bliskowschodni chrześcijanie nieczęsto patrzyli na krzyżowców jako na wzywolicieli. Bo też głównym rzemiosłem uczestników krucjat była obliczona na zysk i wyniszczenie wroga wojna feudalna, a nie obrona wiary czy wiernych.

Chrześcijanie w tamtych stronach nie byli zresztą rycerzami. Feudał z Europy wolał rozmawiać, walczyć i targować się z równym sobie panem, nawet, gdy wyznawał on Mahometa jako Pieczęć Proroków, niż z jakimiś chrześcijanami niskich stanów. To, co mnie w tym dziwi i uderza, to fakt, jak niewiele się zmieniło. Los zwykłych chrześcijan z Bliskiego Wschodu nieczęsto interesuje europejczyków, a nawet konkretniej – europejskich katolików. Jeśli już ktoś pomaga wiernym tradycji asyryjskiej czy koptyjskiej, to są to najczęściej ich sąsiedzi – muzułumanie.
Sam fakt istnienia Kosciołów na Bliskim Wschodzie sugeruje, że wyczyny Państwa Islamskiego są raczej wyjąkiem niż regułą relacji między tamtejszymi chrześcijanami a muzułmanami. Oprócz czasów ucisku i prześladowań, bywały długie okresy pokoju i ograniczonej tolerancji. Obchodziliśmy ostatnio rocznicę Zagłady Ormian, jednego z pierwszych ludobójstw XX wieku. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Ormianie winą za tę tragedię obarczają konkretnie tureckich nacjonalistów, nie zaś wszystkich wyznawców Koranu. Co więcej, gdy grupa islamskich teologów wystosowała list do przywódców chrześcijaństwa pod wziętym z Koranu tytułem „Jednakowe słowo dla nas i dla was”, biskupi ormiańscy odpowiedzieli im w bardzo przyjaznym tonie. Muzułumanie, którzy podpisali ten list, inspirowani głównie przez Jordańczyków (jednym z sygnotariuszy listu jest jordański książę), postawili tezę, że pokój na świecie zależy do przyjaznych stosunków między Krzyżem a Półksiężycem. Ormianie odpowiedzieli na to, przywołując pomoc, jaką muzułmanie z wielu krajów okazali ich przodkom w czasie eksterminacji z początków XX wieku. Ciekawe, ilu Ormian uratowali przed straszliwą śmiercią Rosjanie, Francuzi czy Brytyjczycy, a ilu Arabowie czy Persowie?

Podobnie sytuacja wygląda dzisiaj. Wielu syryjskich chrześcijan, ze starożytnych Kościołów Wschodu modli się gorliwie o zwycięstwo dla Kurdów, najskuteczniej obecnie walczących z samozwańczym Państwem Islamskim. Wśród samych Kurdów, którzy akurat w czasie wspomnianej Zagłady Ormian niejednokrotnie pomagali tureckim władzom w mordach na chrześcijanach, panuje obecnie tolerancja dla chrześcijan i przekonanie o wspólnocie walki i losu. Dopiero w tym roku miał miejsce pierwszy incydent, wymiana ognia między milicją chrześcijańskich Asyryjczyków a Kurdami, przy czym starcie miało raczej korzenie polityczne, a nie religijne.

Niekiedy zresztą przyłączają się do wojsk kurdyjskich czy też chrześcijańskich milicji ludzie z Zachodu. Okazuje się bowiem, że niekiedy człowiek XXI wieku umie zareagować na widok morderstw przez ISIS w telewizji inaczej, niż tylko zmieniając kanał.

Oczywiście, potrzebne są nie tylko takie reakcje. Ubiegłoroczny List naszego Episkopatu, poświęcony prześladowanym chrześcijanom to dobry i ważny głos. Ciekawe zresztą, że w kontekście ludobójstwa Ormian nasi biskupi stwierdzili, że prześladowania napędzał obecny w Koranie obraz chrześcijan jako „niewiernych”. Wydaje się, że jest to dobry temat do rozmów w czasie obchodzonego rokrocznie „Dnia Islamu w Kościele Katolickim”, lecz jak znam życie, nie zostanie on poruszony. Były w tym liście też sugestie pacyfistyczne, że chrześcijanie wobec prześladowań mają nie okazywać przemocy:

Zło obecne w świecie może być zwyciężone jedynie przez heroiczne dobro i otwarcie na moc Boga, który nigdy nie posługuje się przemocą i agresją. 

Na szczęście, nasz episkopat w praktyce wcale nie jest tak pacyfistyczny, jak deklaruje. Nadchodzące Światowe Dni Młodzieży będzie przecież, zgodnie z wolą biskupów, ochraniać policja oraz wiele służb, które, co daj Boże, użyją „przemocy i agresji”, jeśli jakiś terrorysta zechce uderzyć w naszą młodzież.

To swoją drogą, niezwykle ironiczne. Śmiejemy się czasem, że Islam to „religia pokoju”. Jednocześnie niejedna iracka rodzina modli się codziennie do Matki Bożej, by kurdyjskim muzułumanom nie przyszło do głowy wypuszczać z rąk karabinu, bo to właśnie Kurdowie bronią ich przed terrorem ISIS. Jednym słowem, nasze listy, modlitwy i apele są ważne, ale wartom pamiętać, kto tam za naszych braci (przy okazji walki o swoje sprawy, oczywiście) nadstawia karku na prawdziwym polu bitwy.

Pośród ludzi zasłużonych dla poprawy losu bliskowschodnich chrześcijan są także muzułmańscy politycy. Aktualny prezydent Egiptu, Abd al-Fattah as-Sisi był obecny na koptyjskiej pasterce i obiecał, że państwo odbuduje wszystkie ich zniszczone kościoły. Co ciekawe, to właśnie poprzednie władze Egiptu, wywodzące się z radykalnego Bractwa Islamskiego, cieszyły się większym uznaniem Zachodu i poparciem prezydenta USA. As-Sisi jednak je obalił, co poprawiło wydatnie los egipskich wyznawców Chrystusa. Prezydent ciągle podkreśla, że wierni obu wielkich wyznań Egiptu wspólnie tworzą jeden naród. Po publikacji słynnego filmu z egzekucji koptów, przeprowadzonej przez ISIS, egipskie lotnictwo dokonało w odpowiedzi nalotu na pozycje terrorystów. As-Sisi nie obawia się też zamykać meczetów, w których głosi się mord i nietolerancję religijną, a sam nawołuje do reformy Islamu. Według niego, to kwestia życia i śmierci dla samych muzułmanów. Wystarczy to porównać z dowolną wypowiedzią Baracka Obamy na te tematy, bo dostrzec, jak różni się ideologiczny, polityczno-poprawny bełkot z surową i trafną oceną rzeczywistości.

Nasze myślenie, jako chrześcijan, bardzo się zmieniło od średniowiecza. Pełne spektrum katolików, od tradycjonalistów po modernistów, zgadza się dziś, że tragedią Ziemi Świętej i okolic jest niski status chrześcijan i prześladowania, nie zaś fakt, że nasze Miejsca Święte znajdują się „w żydowskich rękach”. W pierwszym rzędzie myślimy teraz o pomocy naszym braciom, co z różnych powodów niewielu przychodziło do głowy w czasach krucjat. Zanim gorliwość podpowie nam, by głosić nieuchronną wojnę z Islamem, jako największym zagrożeniem dla Europy, warto pomyśleć o chrześcijanach z tamtych stron, którzy starają się o wspólne życie i pokój z muzułmańskimi sąsiadami. W dużej mierze zresztą to współczesna parodia krucjat, owe słynne „wojny o ropę” wywoływane przez USA pogłębiły chaos na Bliskim Wschodzie.

Oprócz wspomnianej na początku kobiety, innym pacjentem Thabita był mężczyzna z wrzodem na nodze. Syryjski lekarz chciał zrobić prosty zabieg, by zagoić wrzód, jednak jego europejski konkurent miał skłonność do radykalnych środków i zawołał po topór i tęgiego chłopa do jego obsługi. Tym razem również się nie udało, a pacjent zmarł mimo (czy też dzięki) amputacji. Jeśli więc dziś mamy pokusę, by cały świat Islamu odmierzyć jedną miarą i żałujemy, że brak nam sił do jego amputacji, to może trzeba zastanowić się nad starą prawdą, jak śmiertelnym złudzeniem bywają krzywdzące uogólnienia.


niedziela, 24 stycznia 2016

Rubikoń vs. Borubar, czyli Archipelagi Kłamstwa

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Część z nas zapewne pamięta jeszcze, jak podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Austrii, komentując przegrany przez polski zespół mecz i oceniając grę naszych piłkarzy, prezydent Kaczyński powiedział „No i dobry był też Boruc bardzo” i wtedy, ktoś, kto już pewnie do końca świata pozostanie niezidentyfikowany, uznał, że zdaniem „tego durnia” polski bramkarz ma na nazwisko Borubar, ową wiadomość puścił w świat, a świat ją z wielką satysfakcją i radością przyjął. Od tego dnia owa przedziwna, i jakże absurdalna przecież, plotka, zaczęła robić zawrotną karierę we wszystkich możliwych środowiskach, do tego stopnia, że pewnego dnia podczas wakacji nad morzem byłem wręcz świadkiem, jak ojciec z dzieckiem grają w piłkę, a dziecko woła wesoło do taty: „Teraz ja kopię, a ty jesteś Borubar”. Mało tego. Ja do dziś pamiętam, jak w maju roku 2010, już po śmierci Prezydenta, występowałem w programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, naprzeciwko siebie miałem Jana Hartmana, Eryka Mistewicza, jednego z braci Karnowskich, oraz Ludwika Dorna, próbowałem im zwrócić uwagę na ten typ jakże strasznej, niczym nieusprawiedliwionej manipulacji, a oni wszyscy uśmiechali się do mnie z pobłażaniem i apelowali, bym przestał bronić czegoś, czego obronić się nie da, bo Borubar był i kropka.

Ja to wszystko pamiętam i myślę, że, choć podobnych manipulacji i kłamstw, jakie zostały sprokurowane przez reżimową propagandę przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu była cała masa, numer z Borubarem zachowałem we wspomnieniach, jako perfidny w sposób szczególny, gorszy nawet od pamiętnego rysunku Andrzeja Mleczki, przedstawiającego prezydencką limuzynę, ciągnącą za sobą budkę na kółkach z napisem „toi toi”. W końcu to akurat, że pewnego dnia prezydent Kaczyński odwołał jakieś swoje obowiązki ze względu na „kłopoty żołądkowe”, było faktem, a więc też ktoś o mentalności wyznaczanej przez umysł Andrzeja Mleczki, w istocie rzeczy mógł wpaść na pomysł, że mamy prezydenta, który cierpi na regularne ataki sraczki i że to jest bardzo śmieszne. W przypadku Borubara jednak, wszystko nie dość, że było wymyślone, to, jak już wspomniałem, opierało się na pomyśle wręcz obłąkanym. Każdy bowiem normalnie myślący człowiek wiedział, że nie tylko prezydent kraju, ale nawet głupia baba ze wsi, nie mogli uznać, że może istnieć coś tak kosmicznie nieprawdopodobnego, jak nazwisko Borubar. A mimo to niektórzy jeszcze dziś nawet z wielkim upodobaniem, wspominając Lecha Kaczyńskiego, używają owego szyderczego imienia.

Przypomniały mi się owe czasy nienawiści, jakiej świat nie znał i już chyba nie pozna, dziś właśnie, kiedy wszyscy szydzimy z Ryszarda Petru. Nie ulega wątpliwości, że on akurat sobie na ów parszywy los w całej rozciągłości zasłużył, zarówno swoim faktycznie niezbyt wyostrzonym intelektem, no ale również, i to może przede wszystkim, ową niezwykłą wręcz, nawet jak na standardy do których zostaliśmy przyzwyczajeni przez minione osiem lat, bezczelną butą. Zasłużył sobie, więc i jest dziś wyszydzany, czy to za pamiętnych „sześciu króli”, czy za Rzymskie Imperium, które upadło „w szczycie swej największej chwały”, czy za nazwanie „sejmu niemego” „sejmem głuchym”, czy wreszcie za sugestię, że zamach majowy miał miejsce już po śmierci Marszałka. Należy więc też zrozumieć, że internauci, którzy w swojej przeważającej liczbie Petru nie lubią, z najwyższą uwagą przysłuchują się jego wypowiedziom, by wyłapywać kolejne równie smakowite kąski. Można też rozumieć, że śmiejemy się wszyscy nawet z tego, czego on jeszcze nie powiedział, ale co z niekiedy fantastycznym wręcz poczuciem humoru antycypujemy, organizując akcje typu „historia według Petru”, czy „geografia według Petru”.

Nie widzę natomiast żadnego usprawiedliwienia dla sytuacji, gdy owa świadomość zwycięstwa doprowadziła nas do takiej pychy, że uznaliśmy, że cóż nam prawda i cóż nam przyzwoitość, skoro po drugiej stronie mamy jakiegoś śmiecia. A to się właśnie od paru dni dzieje na naszych oczach, gdy prawicowa część Internetu najpierw kolportuje żarty na temat Petru, jako prawdę, a następnie sama zaczyna w nie wierzyć. Doszło do tego, że na prowadzonym przez braci Karnowskich portalu wpolityce.pl ukazał się wielki tytuł: „Petru do dziennikarza: ‘Kaczyński przejechał się już na Rubikoniu’. Na czym? ‘No na Rubikoniu, tak jak Cezar’”, natomiast z samego już tekstu wynika, że ani Petru nic takiego nie powiedział, ani nawet nie było takiej rozmowy, natomiast owa „wpadka” została wyjęta z tekstu w „Rzeczpospolitej” właśnie na temat fali internetowych szyderstw z Petru, a wspomniany Rubikoń, to wyłącznie jedno z nich. Zabawnych, ale wyłącznie jako żart.

No i teraz mamy owego nieszczęsnego Borubara sprzed lat. Tam też na początku najprawdopodobniej mieliśmy tylko żart, który w pewnym momencie ktoś postanowił przedstawić jako fakt, a następnie ktoś inny rozpuścił go w formie okrutnej plotki, która stając się ostatecznie częścią czegoś, co dziś nazywamy „przemysłem nienawiści”, doprowadziła do 10 kwietnia. To było dawno, ktoś powie, a poza tym nie ma takiego zagrożenia, że ktoś z naszych będzie próbował, czy to Ryszarda Petru, czy któregoś z jego partyjnych kolegów, zamordować. Wrogowie, jakich miał Lech Kaczyński, to nie byli ci sami ludzie, którzy dziś powtarzają sobie nawzajem, jaki to ten Petru jest głupi. I to jest prawda. Petru może spać spokojnie. Wśród tych, którzy z niego szydzą, nie ma morderców. Tu są sami łagodni, pobożni ludzie. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma najmniejszego powodu, byśmy akurat my szukali wzorów po tamtej stronie, choćby tylko w ramach codziennej rozrywki dla rozluźnienia nagromadzonych przez lata emocji, bo to jest po prostu wstyd i żal. No a poza tym – o czym my prawicowi konserwatyści w odróżnieniu od nich dobrze wiemy – grzech.


Kto nam pisze książki, kto nam robi dobrze?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Jestem pewien, że wielu z nas pamięta znakomity film Sydneya Pollacka pod tytułem „Trzy dni Kondora”. Otóż już na samym początku mamy tam ową scenę, kiedy to zatrudnieni przez Służby zabójcy wchodzą do firmy, w której pracuje Robert Redford i w sposób absolutnie bezlitosny mordują wszystkich obecnych, włącznie z panią z recepcji. Rzecz w tym, że wspomniana firma pozornie nie zajmuje się niczym na tyle szczególnym, by prowokować aż tak gwałtowne reakcje i to na aż tak wysokim szczeblu. Oni zaledwie czytają książki. Po co? Sami do końca tego nie wiedzą. Mają czytać książki, robić z tego notatki i tyle. Oczywiście intryga przedstawiona w powieści Jamesa Grady’ego, a później sfilmowana przez Pollocka, jest znacznie głębsza, natomiast książki te przypomniały mi się w tych dniach w następstwie doniesień na temat Wojciecha Sumlińskiego i jego ostatnich literackich osiągnięć.

Otóż kiedy po raz pierwszy zaczęły się pojawiać kolejne akapity z książek Sumlińskiego, w sposób najbardziej bezczelny splagiatowane z przeróżnych dzieł literatury światowej, poczułem lekkie rozbawienie, jednak kiedy już jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać kolejne cytaty, i to w dodatku w formie już nie tylko zwykłej sensacyjnej narracji, ale również osobistych wspomnień, zacząłem się już tylko zastanawiać, jak on to sobie, pisząc swoje kolejne książki, w pierwszej kolejności zorganizował. Sumliński akurat twierdzi, że to wszystko jest kwestią oczytania i pamięci, no ale ja akurat w to wierzyć nie muszę. Pozostało więc mi już tylko się zastanowić, czy to było tak, że on, pisząc owe teksty, obłożony był stosami książek i co lepsze kawałki przepisywał, czy może całe życie miał takie hobby, że ile raz coś czytał, to wszystko, co mu się szczególnie podobało, zapisywał i odkładał do specjalnej szufladki do późniejszego ewentualnego wykorzystania. No ale tu też ani jedno, ani drugie, nie wydało mi się z różnych względów prawdopodobne.

Dziś, szczególnie po tym, jak sprawą bardzo dogłębnie zajął się Coryllus, możemy z dużą dozą pewności przyjąć, że Sumliński pełnił tu zaledwie funkcję pionka w grze, której on sam nawet nie musiał rozumieć. Z tego co odkrył Coryllus, można wnioskować, że cała ta rzekomo przeprowadzona przez Sumlińskiego demaskacja została mu położona na biurku przez kogoś, kto Sumlińskiego zatrudnia, a on sam tu wyłącznie posłużył do tego jako pośrednik.

No i tu z jednej strony pojawia się ów przedziwny wątek Służb, które zajmują się wyłącznie czytaniem książek, z drugiej dwa, moim zdaniem niezwykle ważne, pytania. Pierwsze z nich to oczywiście, po co? W jakim celu Służby potrzebowały wypuścić na rynek treści, które swoim nazwiskiem firmował Sumliński? Z jakiej to przedziwnej okazji Służby potrzebowały, by w gorącym okresie okołowyborczym na rynku książki ukazały się książki tego typu? Jaki interes wreszcie miały Służby, by ostatecznie skompromitować Bronisława Komorowskiego?

I to jest jedno pytanie. Drugie jest nie mniej ciekawe. Otóż ja bym bardzo chciał wiedzieć, czy, skoro wspomniane Służby utrzymują specjalny wydział, który zajmuje się kompilowaniem treści wziętych bezpośrednio z literatury światowej – ale też, jak się okazuje, z różnych drobiazgów ukazujących się na rynku wewnętrznym – na użytek ukazującej się w Polsce literatury, jest w ogóle możliwe, że one mają tylko jednego klienta, Wojciecha Sumlińskiego? Czy może jest tak, że przez nas wszystkich chyba ostatnio zanotowany wysyp literackich talentów wśród najbardziej niepokornego dziennikarstwa, został tak samo zainspirowany przez ludzi, których jedynym zadaniem jest czytać, czytać i czytać? Czy istnieje może taka możliwość, że gdyby zaszła taka potrzeba, jakiś dziennikarz „Gazety Wyborczej”, czy „Newsweeka”, dziś choćby, czy jutro, odkryłby sprytnie, że połowa każdej kolejnej książki takiego Witolda Gadowskiego jest bezczelnie zerżnięta z Alistaira MacLeane’a, z Toma Clancy, albo z jakiegoś skromnego wpisu na skromnym blogu? I że to nie Gadowski to przepisał, ale ktoś, kto Gadowskiego-pisarza wymyślił.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że trudno jest tak z dnia na dzień przyjąć, że świat, w którym żyjemy, w znaczniej swojej części jest fikcją – owym mitycznym matrixem – którą nam podano na talerzyku przyozdobionym ładnie wyciętą rzodkiewką i czymś zielonym. Przypadek Wojciecha Sumlińskiego jest tu bolesny w sposób szczególny. W zeszłym jeszcze roku, kiedy wyjeżdżałem do Warszawy na targi książki, córka moja, która jest w sprawy Ojczyny zaangażowana nie mniej serdecznie niż ja, poprosiła mnie, bym przywiózł jej książkę Sumlińskiego o Komorowskim, no i żeby tam był autograf autora. Znalazłem więc to stoisko, kupiłem książkę, stanąłem w półgodzinnej kolejce, Sumliński napisał mojemu dziecku dedykację i wróciłem do domu. Andrzej Duda wygrał wybory, wszyscyśmy się ucieszyli, a kto chciał, to dorzucił do tego myśl, że to wszystko też troszeczkę dzięki Sumlińskiemu i jego poświęceniu. Jak się dziś okazuje, nie koniecznie.

Prowadzę ten blog od ośmiu już lat i zawsze bardzo się staram, by pisząc to, co piszę, z jednej strony mieć oko na wszystko co się dzieje w Polsce i na świecie, a z drugiej, relacjonując to czego udało mi się nie przegapić, nie popaść w trywialność. Otóż mam wrażenie, że jednym z odkryć, którym będę się szczycił do końca życia, jest to, że jakieś trzy, czy cztery lata temu, kiedy Platforma Obywatelska wciąż jeszcze wprowadzała w życie przekonanie, że „nie ma z kim przegrać”, a wielu z nas czuło już tylko pogłębiającą się beznadzieję, zobaczyłem z przejmującą wyrazistością, a następnie opisałem, nieubłaganie nadchodzącą zmianę nie tylko władzy, ale również całego systemu. Oto w pewnym momencie zobaczyłem, że przygotowywany jest plan ostatecznego usunięcia z naszego życia politycznego zarówno Platformy Obywatelskiej, jaki jej przedstawiciela na Krakowskim Przedmieściu, Bronisława Komorowskiego. I że to jest plan, który realizowany jest – przy całym oczywiście szacunku dla naszych szczerych i dobrych bardzo emocji – poza naszą wiedzą, poza naszym wpływem i poza naszymi możliwościami. Platforma Obywatelska jest szykowana do pełnej anihilacji decyzją Systemu i nam akurat nic do tego. Gdyby nie to, oni wygrywaliby kolejne wybory, uzyskując choćby i marne 10 procent poparcia, a my nie bylibyśmy w stanie nic na to poradzić. Plan jednak był taki, że przede wszystkim z nimi już koniec, no a poza tym dobrze by było, żeby społeczeństwo jednak jakoś się w tym wszystkim zachowało. No i wtedy zaczęły się wysypywać te wszystkie niepokorne tygodniki, te archipelagi, te marsze i, jak się dziś okazuje, te książki, które – tak już na marginesie – kiedy już zrobiły swoje, leżą dziś sobie obok czekolady Milka w sklepach sieci „Żabka”.

Czy to mnie martwi? Otóż nawet jeśli jeszcze niedawno czułem z tego powodu pewien dyskomfort, muszę powiedzieć, że dziś nie mam z tym już żadnego problemu. Piszę jak pisałem, żyję jak żyję, mam coraz większe poczucie, że kończę to życie jakoś tam spełniony, moja partia Prawo i Sprawiedliwość rządzi, i z tego co widzę rządzi bardzo skutecznie, w dodatku, jak wszystko na to wskazuje, mamy już nie tylko Internet, ale i państwową telewizję, co nam daje władzę na długie lata, premier Szydło okazała się prawdziwym europejskim liderem… Czego mi więcej trzeba? Świadomości, że to ja sam, tymi rękoma wyprosiłem? Przepraszam bardzo, ale nie zależy mi. Tak jak jest, jest dobrze, jutro w dodatku jadę do Opola, gdzie o godzinie 18 na uniwersytecie mam wykład o Diable. Czego mi więcej trzeba? Kto może, niech wpadnie.


czwartek, 14 stycznia 2016

Dyskusja o Polsce? Dobrze!

Autor: Integrator

Komisja Europejska debatuje o Polsce. Zapewne wielu Czytelnikom ta informacja zmroziła krew w żyłach ale jeśli kto mnie zechce zapytać odpowiem, że bardzo jestem rad z takiego właśnie układu spraw.

Od początku przemian aż do ostatnich wyborów (z wyjątkiem krótkiego okresu gdy rządził Jan Olszewski) nigdy jako naród nie staliśmy z tak dumnie wypiętą piersią jak dziś. Uprawiana przez media propaganda nigdy nie była też tak bezwstydna a krucjata przeciwko polskiemu rządowi nigdy nie była prowadzona tak otwarcie jak dziś, co tylko potwierdza prawdziwość zdania od którego zacząłem. Niemniej tym razem to są już tylko słowa naprzeciw czynom. Rząd Beaty Szydło, i to musi przyznać nawet największy sceptyk, podejmuje bez najmniejszego wahania decyzje w sprawach absolutnie kluczowych dla przyszłości naszego kraju. To jest nowa jakość i w pewnym sensie musi budzić obawy a na pewno pytania niemniej wszyscy czujemy, że oni na serio wzięli się za porządkowanie naszych spraw. O ile rząd Tuska czy Kopacz-Smoleńskiej jedynie reagował na doniesienia medialne a potem podejmował działania chwilowe i głównie marketingowe o tyle w chwili obecnej - nie bójmy się powiedzieć tego wprost - jedzie walec. Za czasów Platformy Obywatelskiej gdy jaki zbok dorwał dziecko na klatce a głodni sensacji dziennikarze narobili rabanu, Tusk odkładał cygaro (specjalnie sprowadzane dla niego z Kolumbii), brał ostatni łyk win na które rocznie kancelaria wydawała dziesiątki tysięcy złotych, i solennie obiecywał, że zrobi z pedofilami porządek. Gdy skolei jakieś wyrostek napalił się dopalaczy aż mu mózg wywróciło do góry nogami, słyszeliśmy, że dni handlarzy są policzone. Przykładów można mnożyć, ale po co skoro i tak wszystko kończyło się zawsze tak samo. Pedofilom zapowiadanej kastracji medycznej nie narzucono, dzieciaki wciąż bez większego trudu mogą truć się do woli i tylko drogie wino po tak ciężkiej pracy lalo się coraz szerszym strumieniem. 

Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za porządkowanie stajni Augiasza, którą Platforma Obywatelska na spółkę z PSLem zrobiła z tego kraju, bardzo na serio. Nici interesów jakie paraliżują ten kraj pękają jedna za drugą aże wiele z nich ma swój początek za granicami naszego państwa, stąd nie dziwmy się, że Unia Europejska z takim zapałem zabrała się za blokowanie reform, które są dla nas tak potrzebne. Zadziwiające, że nawet kryzys migracyjny nie wzbudził takiej ajencji w Komisji i Paramencie Europejskim jak wzburzyły ją regulacje rządu tworzonego przez Prawo i Sprawiedliwość. Za parę lat muzułmanie przemodelują nam sytuację kulturowo-polityczną w Europie na wiele lat a i tak dla unijnych geszefciarzy ważniejsze jest to co dzieje się nad Wisłą. Nawet fakt, że obywatelki tak dumnego kraju jakim są Niemcy, zostały potraktowanie przez "gości" niczym trzoda chlewna której zdolność do rozrodu bada się "namacalnie", nic nie zmienił w podejścia włodarzy tego kraju do problemu. Będzie trzeba najwidoczniej zmienić włodarzy. Myślę, że już w kolejnych wyborach pożegnamy się z panią Merkel tak jak u nas niedawno zrobili Polacy.

Wracajmy jednak do Komisji Europejskiej. Bardzo dobrze się stało, że rozpoczęła się dyskusja nad sytuacją w Polsce. Już teraz widzimy, że budzi ona podziały które do tej pory skrzętnie skrywano. Polska jak się mogło wydawać zlęknionym posłom Platformy Obywatelskiej (którzy tak brzydko donieśli na własny kraj) to nie małe Węgry na które można było nafukać a następnie odwrócić się plecami. Tu trzeba liczyć się z trzęsieniem ziemi. Wejście Unii Europejskiej w otwarty spór z tak dużym krajem w pierwszej kolejności może doprowadzić do przetasowania umów koalicyjnych funkcjonujących tam frakcji. Już teraz słychać głośne słowa sprzeciwu niektórych komisarzy, którzy do tej pory zazwyczaj tworzyli w miarę jednolitą grupę. Atak na Polskę będzie się wiązał zatem z prawdopodobieństwem rozpadu istniejącego tam od początku podziału na państwa ważniejsze i mniej ważne. Posłuży temu precedens do jakiego niechybnie dojdzie gdy grupa mniejszych państwa w porozumieniu (choć nie koniecznie) z Wyspiarzami stanie przed Starą Unią w obronie jednego z młodszych członków. Ale to nie koniec tego dobra, które nas czeka. W dalszej kolejności możemy liczyć się z koniecznością ponownego ustanowienia relacji dwustronnych z poszczególnymi państwa Unii w zależności od tego po której stronie tego sporu stanęły. Co w dalszej kolejności może być początkiem procesu rozpadu uwierającego wszystkich molochu jakim jest Unia Europejska na pomniejsze federacje państw o zbliżonych interesach, także tych gospodarczych.

Jak znam życie nic głębszego z tych europejskich debat na temat Polski nie wyniknie. Unijni politycy przyzwyczajeni przez poprzedni rząd do traktowania nas jak bezwolnego ciele, widząc determinacje nowego rządu, dla zachowania twarzy pofuka, pogrozi nam trochę palcem ale zaraz po tym będzie musiał zmienić ton i grzecznie usiąść do polskiego stołu. Może nawet przyjechać tu z własnym krzesłem. W taki to dokładnie sposób Piłsudski budował pozycję Państwa Polskiego w Europie. Nie pustym gadaniem a czynami. Najczęściej dokonanymi.  

Jak idzie o mnie to zachęcałbym jednak pana Schulza i kumpli do przeforsowania wariantu siłowego. Wszak rozpad Unii Europejskiej, a choćby tylko funkcjonujących od początku jej istnienia podziałów na członków starych i nowych, drastycznie obniży przede wszystkim pozycję Niemiec w Europie. A co za tym idzie przyspieszy nieubłaganie zbliżający się I rozbiór Rosji o czym porozmawiamy innym razem. Wkrótce. 

O kłamstwie, kłamstwie i kłamstwie

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Wlaliśmy Niemcom w siatkówkę i pojawiły się reklamy. Na pierwszy ogień poszła przebrana za lekarza pani, która zachęciła nas, żebyśmy naszym dzieciom aplikowali fantastyczny syrop na zatoki. Naprawdę fantastyczny. Dziecko chce iść na basen, ale cierpi z powodu bólu zatok. Jedna łyżeczka i sprawa załatwiona. Można pływać. Ona, nie tylko zresztą jako lekarz, ale również sama matka dwójki dzieci, to wie. Dalej mamy przebranego za lekarza starszego pana, który mówi, że na przerost prostaty najlepsze są tabletki, które on sam stosuje i swoim autorytetem może zaświadczyć, że działają bez zarzutu. Po nim widzimy kolejnego pana w kitlu i stetoskopem na szyi, który poleca tym, którzy mają kłopoty z sercem, by kupili sobie naprawdę dobre tabletki, które nie tylko obniżają ciśnienie, ale też od razu cholesterol. Takie dwa w jednym. On również osobiście może zaświadczyć o ich skuteczności, bo jest lekarzem i się zna. Gdyby ktoś miał wątpliwości, na dole ekranu pojawiają się literki „d” i „r” no i nazwisko. Po kardiologu zjawia się kolejny lekarz i apeluje do tych, którzy mają kłopoty z wątrobą, by kupili sobie najnowocześniejsze tabletki, które mają taką siłę, że po ich zażyciu, każdy z nich będzie mógł żreć wszystko i do woli. Tu też widzimy jego nazwisko poprzedzone odpowiednim tytułem.

Skończyły się reklamy i niemal w tym samym momencie otrzymałem esemesa z następującą informacją: „Usiądź wygodnie w fotelu i weź głęboki oddech. Właśnie wygrałeś 500 tys. złotych. Aby odebrać nagrodę, wyślij SMS-a na numer 60280”. Zanim zdążyłem zareagować, przyszła kolejna wiadomość: „Zdejmuję z Ciebie grzech pokoleń! Klątwę, która blokuje Ciebie i Twoją rodzinę od 8 pokoleń. Muszę jednak wiedzieć, czy masz na sobie srebro. Odpowiedzi TAK/NIE na 72095/2.46”. I tu, niemal w tej samej chwili, otrzymuję kolejnego esemesa: „Jeśli jesteś właścicielem numeru 501454002, czeka na Ciebie nowiutkie czarne BMW. Wyślij SMS-a na numer 60280, a dowiesz się, gdzie możesz odebrać kluczyki”.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy się to wszystko zaczęło. Czy jeszcze zanim na ul. Piotra Skargi w Katowicach przed Supersamem pojawili się ludzie z trzema kartami, czy już po tym, jak zostali usunięci przez policję. Wiem natomiast, że cwaniaków z kartami już nie ma, natomiast telewizyjne reklamy to już niemal wyłącznie banki i faceci przebrani za lekarzy. Wiem też, że zniknęli z katowickiego dworca śmierdzący bezdomni i zgięci w pół narkomani, a nawet ostatnio jakby mniej jest salonów gier i sexshopów, natomiast z całą pewnością ów ruch zwiększył się w ofercie esemesowej. I ja to rozumiem. Chodzi o to, by Polska była nie tylko nowocześniejsza, ale też żeby mniej cuchnęła.

Wszyscy od paru tygodni, mamy okazję obserwować, jak z jednej strony wspaniale i z jaką determinacją zwycięskie Prawo i Sprawiedliwość realizuje swoją wyborczą obietnicę, zaprowadzając w publicznej przestrzeni prawo i sprawiedliwość, a z drugiej natomiast, jak Polska stacza się do poziomu Białorusi, czy wręcz Północnej Korei i chyba bez bratniej niemieckiej interwencji się już nie obejdzie. Część z nas ma w tej kwestii swoje zdanie, inni jednak potrzebują medialnego wsparcia. I to dla nich właśnie organizuje się różnego rodzaju badania, sondaże i dyskusje autorytetów. Głównym tematem dzisiejszej debaty wydaje się być dylemat, czy telewizja kłamała, ale właśnie przestała, czy mówiła prawdę ale właśnie zaczęła kłamać. Gdy idzie o mnie, pozostaję neutralny. Jedyne co mnie dziś interesuje, to odpowiedź na pytanie, ilu w zeszłym roku zmarło mężczyzn, którzy zaobserwowali u siebie przerost gruczołu krokowego i zamiast pójść do lekarza i poddać się serii bardzo krepujących badań, zdali się na autorytet telewizyjnych medyków? Ilu zmarło na zawał serca, lecząc nadmiar cholesterolu ziołowymi tabletkami przepisanymi przez pana z reklamy w TVP? Ile z nas zmarło na raka trzustki, bo im w TVP powiedziano, że można pić i się zajadać bez żadnych konsekwencji pod warunkiem zażycia cudownej tabletki? Na razie tylko tyle. Z następnymi pytaniami zgłoszę się ewentualnie później.


środa, 13 stycznia 2016

Na marginesie dojazdów: Loteria paragonowa i kapłańskie rezydencje

Autor: ks. Jan Dobrowolski
Słyszeliście takie przysłowie, że tym bardziej człowieka interesuje wiek osiołka, im dłużej na nim siedzi? Ja nie. Być może znają je Arabowie Chińczycy albo inna nacja słynąca z przysłów. Może być też tak, że to dopiero ja je wymyśliłem, prowadząc moje dziesięcioletnie auto po zaśnieżonych drogach stycznia. W radiu dodatkowo kuszono mnie atrakcyjnymi, czterokołowymi nagrodami w loterii, którą organizuje rząd. Wystarczy zbierać i rejestrować paragony. Potem maszyna losująca wybiera Cię, jeśli los tak chce, no i wystarczy tylko podziękować przed kamerami kochanemu urzędowi skarbowemu, wejść do samochodu i jechać. Trzeba tylko mieć cel w tym jechaniu. A może nie?
Pomyślałem, że to lekko irytująca loteria, mimo, iż nie trzeba płacić za losy. W końcu nie wszystko u nas w porządku z podatkami, pracą, z relacjami ludzi do aparatów biurokracji, zamieszkujących wielkie gmaszyska, gdzie zapisane jest dokładnie, ile się od kogo należy. Zmiana radiostacji dała niewielki skutek. W dalszym ciągu loteria… Na moich ulubionych falach Adam Ferency czytał właśnie „Kompleks Polski” Tadeusza Konwickiego:
Za ścianą dzwonią monotonnie tramwaje, które utknęły w zaspach. Koło ścian słychać niespieszne szurganie. To więźniowie wzięli się do odgarniania śniegu. Iwona usiadła na swoim krzesełku, położyła na kolanach otwartą książkę, ale czytać nie sposób, bo ciemno, więc kładzie palce na chłodnych stronicach. Zamyka oczy i czyta palcami albo osuwa się w letarg, w letarg wigilijnego popołudnia, w letarg nadziei, przeczuć, zuchwałych oczekiwań. Nie, ona po prostu nas ignoruje. Ona sprawdza swoją telepatyczną łączność z własnym wszechświatem, rodzinną planetą. Chciałbym, żeby tak było.
Wraca kierowniczka z zaplecza. Niesie jakiś papier urzędowy.
Podchodzi do świecy, nakłada okulary ze szkłami kokieteryjnie przyciemnionymi. Kolejka milknie, zwiera się instynktownie przy początku lady.
– Proszę państwa – rzecze kierowniczka – proszę o uwagę.
Otrzymałam pismo z dyrekcji. Informuje się naszych miłych klientów o niespodziance przygotowanej przez centralę. Dokonując zakupów w naszych sklepach, należy przechować paragony. W przyszłym roku zostanie rozlosowanych pięć wycieczek do Związku Radzieckiego śród posiadaczy tych paragonów.
– A gdzie towar? – krzyczy hardo budowlany. – Towaru jest pełno. Proszę brać i wybierać. – Miały być pierścionki radzieckie!
– I kamienie szlachetne!
 Kierowniczka składa papier urzędowy.
– Przecież nie urodzę. Furgonetka wyjechała już z magazynu. Może ugrzęzła w zaspie. Państwo sami widzą, jaki śnieg.
Widać tu „nieubłagany postęp”, jak lubi kwitować różne paradoksy i paroksyzmy naszych dni Stanisław Michałkiewicz w swych nieodmiennie oryginalnych felietonach. Postęp jest, bo zamiast wycieczki do Związku Radzieckiego, losujemy samochód i sami możemy sobie wybrać cel wycieczki. Oczywiście, „centrala” liczy nieustannie na nasza dojrzałość, że będziemy potrafili sami rozsądnie wybrać kierunek jazdy, ku większej integracji europejskiej, demokracji i tolerancji. Za to towaru jest dużo, już nie z ZSRR, a z Chin i tylko kolejki już tak nie integrują społeczeństwa, jak kiedyś.
Dobrze mi się słucha Konwickiego, ale prując całun zimy ciągle zastanawiam się, czy będę „zachowywał paragony”, bo nowy samochód by się przydał. Moi parafianie mogliby go przypisać swojej hojności, co by ich dowartościowało, a ja dojeżdżałbym pewnie jeszcze chętniej. Ksiądz i samochód to znane połączenie, prawie jak samochód i diabeł. Gdy pierwsze automoblie rozbijały się po bezdrożach naszego nadwiślańskiego Serca Europy, ubogaciły diabelski folklor, tak, że diabeł nie wpadał już do wioski w księżycowe noce na karym ogierze, lecz wjeżdżał ryczącą maszyną, co to ją miał na wsi tylko dziedzic i niektóry proboszcz. Jest też cała tradycja powiedzeń i kawałów, jakimi sami księża wyśmiewali właściwą swojemu, trochę kawalerskiemu stanowi skłonność do podróżowania za kółkiem. Niektóre z nich są jeszcze posoborowe, jak „sursum corda i do forda”, inne pokazują spore zaznajomienie z Biblią, jak „lasów Libanu nie starczy na paliwo”. Powstały one z napięcia między podróżowaniem a obowiązkiem rezydencji. Obowiązek rezydencji nie oznacza bynajmniej dla księdza konieczności postawienia okazałej willi. Wręcz przeciwnie, obowiązek rezydencji sugeruje, że należy siedzieć na plebanii, czy lato, czy zima, aby być dostępnym dla swoich parafian. Parafia to osobista Ziemia Święta księdza, jak pokazał młody Wojtyła, całując ziemię swojej pierwszej parafii, słynnej już Niegowici. Swoją drogą, zapewne do dziś trudno z niej śnieżną zimą wyjechać. Nic to, przynajmniej niektórzy z tamtejszych wikarych odbili to sobie potem co nieco, prawda? No i bardzo dobrze – skłonność polskiego księdza do podróży przyniosła piękne owoce papieskich pielgrzymek.
Słucham proroczej wizji Konwickiego (proroczej, czyli zawsze aktualnej) i coraz mniej myślę o mało prawdopodobnej wygranej w loterii. Czy autor „Kompleksu polskiego” znał „Przed sklepem jubliera” Karola Wojtyły? Utwór poświęcony sakramentowi małżeństwa opublikowano w 1960, kilkanaście lat przed tym, jak cenzura zatopiła swe ząbki w dziele Konwickiego, więc jest to niewykluczone. Tu i tam mamy motyw pierścionka, tu i tam mamy motyw klęski – u przyszłego świętego jest to małżeństwo na progu rozwodu, u Konwickiego naród zziębnięty w niekończącej się kolejce historii. Radzieckie złoto, po jakie stoją ludzie i złoto pierścionków, oznaczających miłość, wiarę, wspólnotę. Być może nie tak wiele różni dwa zupełnie odmienne dzieła. Tak wyglądało spotkanie jubilera z kobietą, która przyszła sprzedać swój ślubny pierścionek:
Więc tym razem zdecydowałam się wstąpić. Jubiler obejrzał robotę, ważył pierścień długo w palcach i spoglądał
mi w oczy. Przez chwilę czytał
wypisaną wewnątrz obrączki
datę naszego ślubu.
znów patrzył w moje oczy. kładł na wagę…
potem powiedział: „Obrączka ta nic nie waży,
waga stale wskazuje zero
i nie mogę wydobyć z niej
ani jednego miligrama.
Widocznie mąż pani żyje –
wtedy żadna obrączka z osobna
nic nie waży – ważą tylko obie.
Moja waga jubilerska
ma tę właściwość,
że nie odważa metalu,
lecz cały byt człowieka i los”.
Obaj autorzy chcieli powiedzieć bardzo dużo na bardzo podniosłe tematy. Szczerze mówiąc, wolałem zawsze Konwickiego z jego czarnym humorem i dystansem, programowym brakiem patosu. Przyznam się, że na tekst Wojtyły zawsze patrzyłem przez pryzmat amatorskiego wykonania przez aktorów ze szkoły średniej, pod kierunkiem katechety, wystawionego na deskach teatru „Dobre chęci”. Teraz jednak, jadąc przez zimę, przypominam sobie fragmenty i intryguje mnie to podobieństwo z prozą Konwickiego. Miejsce i rekwizyty podobne. Czasem podobne słowa o człowieku:
Oto człowiek! Nie jest przejrzysty
i nie jest monumentalny,
i nie jest prosty,
raczej biedny.
To jeden człowiek – a dwoje,
a czworo, a sto, a milion. –
Pomnóż to wszystko przez siebie
(pomnóż ową wielkość przez słabość),
a otrzymasz iloczyn ludzkości,
iloczyn życia ludzkiego.
Ten fragment z „Przed sklepem jubilera” mógłby być mottem „Kompleksu polskiego”. A może jednak nie?
Nie da się stwierdzić, co łączy dwa intrygujące teksty, jadąc tu czy tam, słuchając jednym uchem, przypominając sobie i szukając drogi przez śnieg. Po to jest księdzu rezydencja właśnie, czyli rezydowanie, czyli siedzenie pod ciepłą kwoką lampki, z książką w dłoni. Można wtedy zaprosić staropolskim zwyczajem świętego wikariusza z małopolskiej wioski i pełnego talentu i goryczy literata. Niech sobie posiedzą, poznają się przynajmniej, jeśli nie zechcą rozmawiać… Wiecie, co powiedziałby papież Konwickiemu? Pewnie, że tak się obawiał spełnienia się wizji z zakończenia „Kompleksu Polskiego”, w końcu tak dużo o tym mówił, wołając od początku swojego pontyfikatu o pokój. Autor „Małej Apokalipsy” i wspomnianego tu „Kompleksu…” mógłby odrzec, że owszem, są tam echa powstania styczniowego, jak i niedoszłej wojny atomowej, ale jest i trochę nadziei, przynajmniej jakiejś jej formy…
Pewnie po to jest rezydencja księdzu, by siąść z książką i móc wsłuchać się w takie rozmowy. Po to spokojny czas w swoim pokoju, którego nie ujmie żaden paragon i którego nie obiecuje żadna loteria.

niedziela, 10 stycznia 2016

Kim pan jest, panie Kędryna?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Część z nas zapewne pamięta, jak tuż po wygranej przez prezydenta Andrzeja Dudę kampanii poszła plotka, że jednym z najważniejszych doradców przyszłego prezydenta będzie Marcin Kędryna, człowiek przede wszystkim kompletnie nieznany, a jeśli znany, to wyłącznie z tego, że jest osobą głęboko zaburzoną. Im częściej więc w przestrzeni publicznej pojawiały się informacje, że, to tu to tam, Marcin Kędryna informuje opinię publiczną o tej czy innej aktywności Prezydenta, wzmacniane dodatkowo pokątnie rozpowszechnianymi informacjami, że w istocie rzeczy Marcin Kędryna jest faktycznym rzecznikiem prezydenta-elekta, tym większe było nasze zaniepokojenie. I tak naprawdę nie chodziło nawet o fakt, że wedle wszelkich dostępnych informacji Kędryna to najbardziej klasyczny wariat, ale o to, że on wygląda jak ktoś zdjęty z ulicy i przekazany pod kuratelę Ośrodka Opieki Społecznej i że kiedy już Andrzej Duda obejmie urząd i to coś będzie się udzielało w jego otoczeniu, będziemy mieli pierwszej klasy kompromitację.

Strach przed Kędryną paraliżował nas do samego niemal zaprzysiężenia. O ile sobie dobrze przypominam, już na drugi dzień, Sławomir Cenckiewicz ogłosił na Twitterze, czy Facebooku, że Marcin Kędryna został powołany na rzecznika prasowego Prezydenta i uznaliśmy wówczas, że oto początek stał się końcem. Okazało się jednak szczęśliwie, że nie, że to były jedynie ponure plotki, w dodatku najprawdopodobniej rozsiewane od początku przez samego Kędrynę. Po co? A diabli go wiedzą.

Prezydent Duda rozpoczął swoje urzędowanie, pojawiły się pierwsze relacje, pierwsze zdjęcia… i okazało się, że Kędryna, mimo że oficjalnie nam nie przedstawiony, owszem, tam jest, i to bardzo blisko Prezydenta. Jako kto? I tu odpowiedź jest podobna: diabli go wiedzą. Ale to że jest, widzieliśmy wszyscy. To jest bowiem ktoś taki, kogo nie sposób nie zauważyć nawet na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym. To jest ktoś, przy kim Mieczysław Wachowski, to ambasador Królestwa Hiszpanii w Watykanie.
Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Dziś już wiemy na pewno, że Kędryna przy Prezydencie działa i to działa bardzo aktywnie, w tym sensie, że gdzie Prezydent, tam on. Jego obecność obok Andrzeja Duda jest dokumentowana regularnie przez samego Kędrynę, czy to na jego blogu pod adresem www.3neg.pl, czy w postaci zdjęć, które on sam pstryka z komórki i regularnie publikuje w Sieci. Kręci się bowiem Kędryna od rana do wieczora przy Prezydencie i albo daje się fotografować, albo sam fotografuje co popadnie, po to tylko, by później poświadczyć swoją tam obecność publicznie, w Internecie.
Niedawno doszło do tego, że Marcin Kędryna na Twitterze zamieścił takie oto zdjęcie:



Wciąż nie cichnie śmiech, jaki się pojawił po tym, gdy Ryszard Petru, poczuwszy się faktycznym przywódcą narodu, wystąpił w telewizji z autentycznym orędziem noworocznym. Patrzyliśmy w osłupieniu na tego drobnego handlarza kartami kredytowymi, jak udaje prezydenta i zachodziliśmy w głowę, jak można osiągnąć ten poziom lansu i uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności? Jak to możliwe, że po tym wybryku, Ryszard Petru nie został powszechnie wyszydzony i skazany na wieczną pogardę? I oto nagle pojawia się Marcin Kędryna, człowiek wciąż dokładnie tak samo nieznany i tajemniczy, jak pół roku temu, i okazuje się, że jemu nie dość, że wolno się całkowicie swobodnie poruszać w najbliższym otoczeniu Prezydenta, to w dodatku może go bezkarnie kompromitować najróżniejszego rodzaju ekscesami.

Ja oczywiście mam świadomość, że czasy są takie, że dopóki Marcin Kędryna, lub choćby jego nazwisko, nie staną się tematem bieżących doniesień medialnych, on będzie dokładnie tak samo nikim, jak ta pani, która zajmuje się podlewaniem kwiatków, na których tle on się zechciał lansować w charakterze prezydenta. Petru to jest marka – o Kędrynie słyszałem ja, czytelnicy tego bloga i garstka internautów. Problem jednak pozostaje choćby z tego względu, że my wciąż nie wiemy, kim on tak naprawdę jest, a tymczasem on ani myśli zniknąć. Pojawiały się jakieś plotki, że Andrzej Duda chodził z Kędryną do jednej podstawówki i chłopcy się lubili, no ale to są plotki, w dodatku i tak niewiele wyjaśniające. Problemem jednak jest też i to, że, jak już wspomnieliśmy, jeśli przyjrzymy się temu, jak Kędryna się prezentuje i co gada na swoim blogu, musimy dojść do wniosku, że to jest ktoś wyjątkowo oryginalny, i to oryginalny w taki sposób, że z punktu widzenia normalnego człowieka, na tle dzisiejszej Polski stanowi zdecydowany i oczywisty dysonans. A zatem, jeśli przyjdzie taki moment, że on zrobi, lub powie coś takiego, co sprawi, że jego nazwisko znajdzie się wreszcie na czołówkach wszystkich polskich mediów, ani my, ani – co znacznie gorsze – sam prezydent Andrzej Duda się spod tego nie wygrzebiemy. A ja przed tym przestrzegam, żeby mi ktoś, kiedy przyjdzie okazja, nie powiedział, że kiedy trzeba było krzyczeć, milczałem.

Ktoś mi powie, że sytuacja jest taka, że ostatnią rzeczą, jaka Polska dziś potrzebuje, to są takiego teksty jak ten. Otóż nie. Ja mam sumienie całkowicie czyste. Przede wszystkim, z analizy, jaka przeprowadziłem odnośnie kierunku rozwoju Polski już kilka lat temu, wynika, że Prawo i Sprawiedliwość rządzić będzie długie lata i to jest już nie do odwrócenia. A zatem, ostatnią osobą, która może nam zaszkodzić, jestem ja. Ważniejsze jednak jest to, że, w moim rozumieniu, pierwszą z kolei osobą, która może zniszczyć to, co nam się z takim trudem udało wygrać, jest właśnie Marcin Kędryna i dlatego moim pierwszym zadaniem jest żądać od Prezydenta, by nam wytłumaczył, o co tu chodzi, a kiedy już to zrobi, przynajmniej kazał się Kędrynie ostrzyć, ogolić i umyć.

Blog z tymi swoimi idiotyzmami może sobie Kędryna prowadzić. Może nawet publikować swoje zdjęcia na tle polskiej i unijnej flagi. Przede wszystkim, to jest wciąż zaledwie nisza, a poza tym nisza, gdzie w większości działają osoby, którzy wiedzą, że to jednak nie ktoś taki jak Kędryna stanowi o naszej przyszłości. Natomiast niech ludzie Prezydenta mają na niego oko na tyle czujne, że gdy on zacznie na dobre świrować, przewrócą go na ziemię, zwiążą i zamkną w piwnicy aż oprzytomnieje. Czy coś to da? Obawiam się, że nie, no ale i tak najgorsza jest ta straszna nonszalancja.

No i ten kompletnie bezmyślny entuzjazm.


piątek, 8 stycznia 2016

Zielony Baran, czyli czy ktoś się może sfajdał?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Jak wszyscy już wiemy, wczoraj w Niedzicy w pensjonacie o nazwie „Zielona Owieczka”, doszło do niezapowiedzianego i kompletnie niespodziewanego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z premierem Węgier Viktorem Orbanem. Ponieważ było to spotkanie prywatne, nie wiemy o nim absolutnie nic, poza tym, że zaczęło się rano, panowie zjedli na przywitanie śniadanie, po paru godzinach obiad w postaci żurku i pstrąga, a po 6 godzinach się pożegnali i wrócili do innych zajęć, Orban do przygotowania następnego spotkania, tym razem z premierem Cameronem. Jak donoszą media, podobno był jeszcze plan, żeby pójść na zamek i rzucić stamtąd okiem na Pieniny, ale to już sobie darowano.

Jak już wspomniałem, o spotkaniu nie wiemy nic. Nie wiemy więc zatem, po co oni się spotkali, o czym rozmawiali, co się przez ten czas wydarzyło, natomiast możemy oczywiście próbować się w tym jakoś rozeznać i jakieś propozycje składać. Gdy chodzi o mnie na przykład, ja już wczoraj w komentarzu na Twitterze zaproponowałem, że może poszło o to, że Kaczyński poprosił Orbana o spotkanie, by ten mu opowiedział, jak się należy zachować w sytuacji, gdy nagle się okazuje, że cały dosłownie świat jest przeciwko nam, a w dodatku strzały przesłoniły niebo. Czy jednak tak było, tego oczywiście nie wiem. Fakt pozostaje niewzruszony: premier Węgier spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim, panowie rozmawiali przez sześć godzin, nikt nic nie wie i nikt nic nie chce powiedzieć… tyle że jeśli któregoś dnia dochodzi do czegoś takiego, to każdy normalnie myślący człowiek wie, że żartów być nie może. Moim zdaniem, to do czego doszło wczoraj w Niedzicy, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek się dowiemy, o czym tam rozmawiano i po co to w ogóle było, ma wymiar ściśle historyczny. Ja wiem, że to porównanie jest z pewnego punktu widzenia mocno niezręczne, ale mówię o czymś, co można tylko porównać do spotkania Donalda Tuska z Putinem na sopockim molo przed sześcioma laty.

Na to co się stało, nasze media zareagowały oczywiście w charakterystycznym dla siebie stylu, a więc, z jednej strony, całkowitym niezrozumieniem skali i powagi wydarzenia, a z drugiej rechotem. Mam jednak wrażenie, że tym razem, o ile owo niezrozumienie nie jest niczym nowym i zaskakującym, to rechot robi wrażenie dość szczególne, zwłaszcza gdy dochodzi z miejsc, gdzie już wszyscy są mocno po wyroku. Weźmy takiego byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który wystąpił wczoraj w telewizji TVN i ogłosił, że Kaczyńskiemu to już chyba tylko pozostaje Orban, bo na przykłada taka „kanclerz Merkel nigdy by się z nim nie chciała spotykać w jakimś ‘Zielonym Baranie’”. Wyskoczył Marcinkiewicz z owym „zielonym baranem”, a prowadząca rozmowę Jolanta Pieńkowska dostała na to autentycznego ataku śmiechu.

Tymczasem rzecz polega na tym, że jeśli dochodzi do spotkania między prezesem Prawa i Sprawiedliwości a premierem Węgier, spotkanie trwa sześć godzin i nikt – dosłownie nikt – na jego temat nie wie nic, to znaczy, że ci, którzy by chcieli cokolwiek tu wiedzieć, a wiedzieć nie będą, nie mają naprawdę żadnego powodu, by rechotać. Jeśli już, to raczej powinni się bać. No a rechoczą. I to może świadczyć o dwóch rzeczach: oni są albo tak głupi, że zatracili instynkt samozachowawczy, albo ze strachu oszaleli. Oba rozwiązania przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza.


środa, 6 stycznia 2016

Jak oni pięknie kłamią

Autor: Integrator

Nie lubię gadać o sprawach oczywistych ale co począć gdy po jednej stronie sporu politycznego jaki toczy się w kraju (przy użyciu mediów) stoją spece od manipulacji informacją z drugiej zaś całkiem nieświadome tego faktu masy. Wynik starcia jest z góry wiadomy a jak idzie o mnie to sprowadza się on do tego, że co raz częściej muszę tłumaczyć znajomym, że to nie tak jak im powiedziano sięgając przy tym początkiem opowiadania niemalże czasów Piasta. Wierzcie lub nie, to jest ciężka praca, praca u podstaw i wcale nierzadko zaczyna się od przekonywania, że księżyc choć czasem żółty bynajmniej nie składa się z bananów. Mając za sobą kilka takich wykładów postanowiłem przedstawić garść najbardziej klasycznych przykładów jak ONI pięknie kłamią.

Mamy akurat czas poświąteczny więc może od tego zacznę. Otóż ilekroć kalendarz odpowiednio się ułoży dostajemy w Polsce okazje by z dwóch weekendowych dni zrobić sobie tak zwany długi weekend. Najczęściej trafiają się trzy dni pod rząd jeśli w piątek lub poniedziałek mamy święto, ale bywa i tak że jest tego więcej jeśli w tym czasie dodatkowo weźmiemy choćby jeden dzień urlopu. Żeby nam się jednak za bardzo serce nie cieszyło zawsze przy okazji takiej koniunkcji znajdzie się jakaś nędza (czytaj dziennikarz), który uzna za stosowane podsunąć pod nos mikrofon jakiemuś nadętemu bucowi, który z racji ukończenia studiów ekonomicznych uważa za stosowne wyliczyć nam ile budżet państwa straci przez to nasze nieróbstwo. Przyznam, że poza psychologami pchającymi się przed kamery, potrafiącymi zdiagnozować każdą tragedię ad hoc nie zamieniwszy wcześnie choćby jednego zdania z uczestnikami zdarzenia, ten właśnie rodzaj bezczelności najbardziej mi doskwiera. Każdy z nas wie a jeśli nie wie to na pewno czuje, że gdzie jak gdzie ale w Polsce ludzie mówiąc dosadnie zapieprzają niemiłosiernie. Często za psie pieniądz a jeszcze częściej bez umów. Dlatego każdy kto choć raz wyjechał z kraju by złapać trochę grosza pierwsze co zrozumiał to tyle, że wszędzie indziej akurat nikt za bardzo się nie wysila. Są oczywiście wyjątki ale kultura pracy jest tam znacznie wyższa i przejawia się przede wszystkim w taki sposób, że bardzo dokładnie strzeże się tam granic pomiędzy dniem pracy a dniem wolnym. Jak relacjonował mi znajomy, w Niemczech dla przykładu są nawet specjalne służby pilnujące by w te dni nie pracowano na budowach, jest też specjalny fundusz który zasilać musi każdy pracodawca, z którego wypłaca się wynagrodzenie pracownikowi budowlanemu w razie gdyby nie dostał wynagrodzenia od swojego szef. Ściśle też pilnuje się zakresu prac i o ile u nas złota rączka zrobi wszystko tam ekipa remontowa nie podejmie się przeniesienia nawet gniazdka elektrycznego bo to leży w kompetencji tylko i wyłącznie elektryka. To zaledwie kila przykładów ale myślę, że aż nadto wystarczający dla potrzeb tego tekstu szczególnie w obliczu tego co dzieje się u nas. Jako inżynier budowy (były na szczęście) dobrze pamiętam, że gdy właściciel firmy tak sobie zażyczył, pracowało się i w niedzielę i w święta, bez pardonu. I tak jest nie tylko w budownictwie. My na prawdę ostro zapieprzamy a tym czasem do naszych domów przez ekran telewizora włazi jakiś malowany mądrala w krawacie i tłumaczy nam jakie to z nas lenie, jak to po komunie jesteśmy w ogonie Europy i ile jeszcze przed nami lat ciężkiej pracy byśmy ich wszystkich dogonili no i tym samym zasłużyli na dłuższy odpoczynek. To jest oczywista bzdura bo poziom zarobków w tym kraju nigdy nie wzrośnie jeśli państwo nie zmusi oszustów by grali fair play a nadto nie zwolni wszystkich uczestników gry rynkowej z opłat, które wiele przedsięwzięć na starcie czyni nieopłacalnymi. Już tu kiedyś o tym pisałem, ale jeśli jeden przedsiębiorca płaci składki zusowskie za swoich pracowników a inny nie, to zaległość tego drugiego względem państwa jest niczym innym jak ukrytą formą kredytowania nieuczciwego człowieka przez to właśnie państwo. Jego biznes powinien być zwyczajnie zwinięty przez urząd jako niewypłacalny i patologenny tymczasem zwinąć będzie się musiał ten który płaci składki a to z tej prostej przyczyny, że wyzbył się pieniędzy operacyjnych, które jego konkurent zachował i może inwestować w dalszy rozwój firmy. Inny przykład to przetargi, które jeśli dalej będą ustawiane pod kątem wybranych podmiotów będą źródłem bogactwa tylko dla wybranych. W takim układzie choćbyśmy mieli nawet najlepszą jakość i najniższą cenę nie mamy żadnych szans, nie może też być mowy o wolnym rynku i konkurencji. To są warunki od których zależy czy my tu będziemy mieli dobrobyt czy nie. Od atmosfery jaką zbuduje się z myślą o ludziach przedsiębiorczym zależy bowiem czy stworzą oni sobie źródło utrzymania i czy dadzą pracę tym mniej zaradnym. Jeśli warunki do zakładania własnego biznesu będą korzystne Polacy zaczną robić to w czym są naprawdę dobrzy co spowoduje wzmożone zasysanie pracowników z rynku w takim stopniu, że właściciele firm będą musieli o nich zabiegać. Między innymi poprzez podnoszenie pensji, na co z resztą w takiej sytuacji będzie ich stać. To jest jedyna droga do podniesienia poziomu płac i standardów życia w Polsce. Ale co o tym ma wiedzieć edukowany impertynent któremu dano kamerę i kazano przynieść jakiś materiał by zapchać przerwę pomiędzy kolejnymi blokami reklamowymi?

Przy okazji świątecznych zakupów mamy też okazję by rozprawić się z kolejnym kłamstwem które wmawia się nam za pomocą mediów, jakoby wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę było prostą drogą do obniżenia mitycznego już PKB. Pomijając fakt, że to jest wskaźnik bardzo niewiarygodny bo uwzględnia przychody, które wygenerowały firmy zachodnie zanim jeszcze wytransferują je do swych central zagranicznych, aż trudno uwierzyć, że oni w tych mediach potrafią znaleźć gamoni którzy godzą się wyjść przed kamerę i opowiadać takie bzdury. Moi drodzy, nie ma w tym twierdzeniu ani krzty prawdy jakoby dzień wolny od handlu szkodził naszej gospodarce i sami możecie to sprawdzić zaglądając do waszych lodówek. Wciąż są pełne świątecznych potrwa a przed Bożym Narodzeniem pękały zapewne w szwach od nadmiaru produktów spożywczych. Tak się stało bo wiedząc, że w pierwszy dzień Świąt sklepy będą zamknięte każdy z nas kupował na zapas. Zamiast kupić przykładowo jeden chleb, masło i trochę wędliny tak by starczyło na drugi dzień, wielu z nas kupiło dwa chleby, masło i tyle wędliny żeby starczyło na parę dni. To więc co zwyczajowo kupujemy w przeciągu dwóch dni roboczych, kupiliśmy jednego dnia a więc per saldo ilość kupionych produktów zawsze będzie taka sama czy będziemy mieli święto czy nie. To tak oczywiście matematycznie podchodząc do sprawy bo dobrze wiemy, że na święta kupujemy więcej niż potrzebujemy a więc bezdyskusyjnie napędzają one gospodarkę, te dni wolne od pracy, w żadnym razie spowalniają. Nie inaczej jest z zakładami produkcyjnymi bo tam nikt ni wyprodukuje więcej niż pozwala popyt. Przy odrobienie wysiłku sami możecie to sprawdzić. Ja od wielu już lat nie robię zakupów w niedzielę za to w sobotę lodówka jest napakowana jak w żaden inny dzień tygodnia. To wszystko jednak nie przeszkadza panom ekonomom opowiadać głupot, ani też samemu korzystać z długich weekendów. Gdy tylko skończą marudzić przez kamerami sami pakują torby i w drogę. Szkoda, że w tym samym czasie ludzie tacy jak my, pełni tej samej potrzeby odpoczynku co my, ślęczą w markecie na kasie w przysłowiowy świątek, piątek i niedzielę bo komuś przypomniało się, że nie ma w domu bułeczki do śniadania. Wstyd!

Skoro jesteśmy przy tych marketach nie możemy nie zatrzymać się chociaż na chwilę przy pomyśle opodatkowania tych przecież wielkich maszynek do robienia pieniędzy. Proszę sobie wyobrazić, że większość z nich chociaż obraca setkami milionów złotych zwyczajnie nie płaci podatków bo wykazuje niskie dochody a nawet straty. Przyczyn tego stanu rzeczy szukać trzeba w sposobie podbijania kosztów funkcjonowania sieci handlowych w których te nad wyraz się rozmiłowały. Jak opowiadał mi znajomy pracujący na stanowisku handlowca w jednym z takich przybytków, cały trik polega na zakupie w zagranicznej centrali odpowiednio drogich usług w cenach pokrywających przychody. Dla przykładu market funkcjonujący w Polsce może zapłacić swej centrali znajdującej się w innym kraju opłatę za korzystanie z logo firmy i już, i po kłopocie. Sklep wykazuje zerowy zysk a przy okazji transferuje miliony za granicę. Wachlarz możliwości jest spory. Można albowiem płacić jednostce macierzystej także za usługę księgowości, poradę prawną albo ogólnie za know-how opisane po stronie kosztów jako strategicznie wskazówki bez których handel nie szedł by tak dobrze. Z resztą co ja tu będę się produkował skoro w bardzo prosty sposób pokazano to na poniższym video. Szkoda, że nie puszcza się takich projekcji w wieczornych serwisach informacyjnych no ale nie ma co narzekać, mamy internet więc przynajmniej tu można dokopać się do prawdy (http://wp.tv/i,statistica-podatek-od-sieci-handlowych-kto-go-zaplaci,mid,1811069,cid,2279650,klip.html?ticaid=6163b0). Uderz w stół to odezwą się nożyce więc oczywiście od razu pojawiła się masa obrońców tego ciepłego układu z ustami pełnymi oskarżeń ale i ostrzeżeń. Koronnym argumentem podnoszonym przez przeciwników rządu Prawa i Sprawiedliwości który właśnie proceduje nad stosowną w tym względzie ustawą ma być rzekome przerzucenie przez markety kosztów tego podatku na klientów. To jest kłamstwo wierutne Moi drodzy. Bez obaw. Dobrze już tam oni mają to skalkulowane w tych Lidlach, Biedronkach czy Kauflandach, że jeśli podniosą ceny choćby nieznacznie od razu spowodują exodus klientów do innej sieci albo do osiedlowych sklepików które wtedy znów zaczną powstawać jak grzyby po deszczu. W końcu to od tych miejsc odciągnęły nas markety obietnicami niższych cen. Stracić klienta jest bardzo łatwo, przyciągnąć na stałe bardzo trudno przez co cała para idzie w utrzymanie tych których już się ma. No więc raz jeszcze powtarzam - bez obaw! Wszystko co rząd musi w tym temacie zrobić, rzecz jasna poza samym wprowadzeniem podatku, sprowadza się do bezwzględnego zwalczania praktyk monopolistycznych i zmów cenowych bo to będą oczywiste kierunki ustawiania się sieciówkowych potentatów by tylko nie płacić należnego nam wszystkim podatku. Używam tego określenia "należnego nam wszystkim" z premedytacją aby podkreślić, że to co do tej pory odpływało z sieci handlowych do francuskiej czy niemieckiej centrali (a stamtąd w postaci podatku do budżetu tych państwa) teraz jest szansa, że będzie trafiało do polskiego budżetu. Stąd zaś dalej do naszych szkół, naszych szpitali, na budowę naszych dróg lub wzmocnienie naszej armii. Tak to działa i aż strach pomyśleć, że Tusk czy Kopacz-Smoleńska przez tyle lat godzili się byśmy wszyscy w tak oczywisty sposób dokładali się do dobrobytu tamtych społeczności a nie naszego. Nie ma się też co dziwić, że wściekłość z jaką reagują niektóre kraje na zmiany dokonywane przez PiS w Polsce sięga zenitu. To jest zaledwie drobny przykład odsysania z Polski grubych milionów a takich rur ssących przez ostatnie lata założono nam bardzo wiele.

Szerokim strumieniem uciekają z Polski chociażby zyski generowane przez banki, które znalazły tu sobie prawdziwie Ziemię Obiecaną. W przeciągu ostatnich dziesięciu lat banki zarobiły w Polsce ponad 100 miliardów złotych przy czym jak podaje Komisja Nadzoru Finansowego tylko w minionym roku zarobiły 16 miliardów złotych a jak wiemy to był rok bardzo niskich stóp procentowych. Ktoś nawet słusznie zauważył, że niektórzy prezesi banków zarabiają dziesięć tysięcy złotych na dzień, i jakoś nie łagodzi tego stanu rzeczy informacja, że to są kwoty przed opodatkowaniem. Platforma Obywatelska i PSL przekształciły nasz kraj w Eldorado dla banksterów a gdy PiS chce ukrócić to zuchwalstwo wprowadzając podatek, który od lat funkcjonuje już w innych krajach Unii Europejskiej, zewsząd nadlatują oskarżenia o nacjonalizm i faszyzm. A to wszystko w kraju, podkreślmy to wyraźnie, gdzie banki oferują swoje usługi po najwyższych opłatach w Europie. Ale obraz tej swoistej finansowej inwazji jest zgoła jeszcze bardziej upiorny. Dzięki cichej zgodzie Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego banksterzy przeprowadzili na żywym ciele naszego społeczeństwa operacje uwikłania tysięcy Polaków w kredyty walutowe, co de facto spowodowało, że staliśmy się nieświadomymi uczestnikami spekulacji giełdowych. Pewnego dnia jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki banki przestały udzielać pożyczek hipotecznych w złotówkach zmuszając kredytobiorców do zadłużania się w walucie obcej. Perfidia z jaką to robiły przy zgodzie poprzedniej ekipy przeraża. Zauważcie proszę, że jeśli przysłowiowy Kowalski zarabiał w złotówkach i kredyt także wziął w złotówkach to bez względu na to jaką aktualnie ma nasza waluta wartość na rynku walutowym, bez względu na to jaki jest poziom inflacji albo stóp procentowych Kowalski zawsze spłacał tylko tyle ile wziął, plus procent dla banku. Dla banksterów wszelako to było wciąż za mało. Wykombinowali więc, że będą udzielali kredyty głównie tym którzy zgodzą się wziąć je w euro lub we frankach i tym samym rzesza Polaków została zmuszona by o wysokości ich kredytu decydowała giełda. Dzięki temu prostemu zabiegowi to wszystko pracuje teraz tak, że jeśli Kowalski zarabia w złotówkach a wziął kredyt w euro, to poza koniecznością spłaty procentu dla banku musi pokryć różnicę w kursie między walutą w której się zadłużył a tą w której odbiera pensję. Nie czas i miejsce na wykłady z ekonomi ale gorąco zachęcam jeszcze do zgłębienia tematyki kreacji pieniądza. To kolejny bardzo ważny przykład niczym nieskrępowanej zachłanności banków. Oto za powszechną zgodą nas wszystkich a bardziej pewnie niewiedzy, dano im ponad naszymi głowami prawo do tworzenia pieniędzy wprost z niczego. Ponieważ dawno zniesiono konieczności posiadania przez bank pokrycia w złocie dla udzielonych przez siebie kredytów, bank może dziś pożyczać niemalże dowolne kwoty. W efekcie wszystko do czego sprowadza się dziś praca tych instytucji to wpisywanie na komputerowym koncie kredytobiorcy umówionego zadłużenia a mówiąc jeszcze prościej na wklepywaniu z klawiatury odpowiedniej kwoty w odpowiednie okienko przy odpowiednim nazwisku, by potem już tylko systematycznie pobierać od kredytobiorcy ustalone kwoty tytułem rat. Nie wiem czy to jest zrozumiałe dla wszystkich ale u kredytobiorcy cyferki na koncie w przeciwieństwie do banku nie pojawiają się od tak z niczego. One pojawią się tam w zamian za konkretną wykonaną przez niego pracę i od razu oddawane są bankowi w zamian za obniżenie całkiem wirtualnego i umownego zapisu pokazującego poziom zadłużenia naszego Kowalskiego.

Wspomniałem trochę o giełdzie więc teraz o tym. Otóż podczepianie pod konkretne zdarzenie polityczne czy społeczne bezustannie zmieniających się wyników gry giełdowej uznaję za najwyższej klasy majstersztyk speców od manipulacji. Mając świadomość, że w polskich szkołach nie wykłada się nawet podstaw ekonomii, a więc będąc świadom faktu, że większość Polaków nie ma nawet szczątkowego pojęcia o specyfice funkcjonowania giełdy panowie ci bezwzględnie wykorzystują naturalne perturbacje na tym rynku by pokazać nam jak fatalne w skutkach są ostatnie decyzje rządu Beaty Szydło. Tak się akurat składa, że kiedyś bardzo aktywnie posługiwałem się tym narzędziem do zarabiania pieniędzy (także do ich tracenia) dlatego z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że w żadnym razie giełda nie jest odbiciem zdarzeń politycznych w naszym kraju. W ogóle nie jest odbiciem czegokolwiek. Giełda to jest narzędzie za pomocą którego potężne instytucje finansowe oskubują setki tysięcy drobnych graczy z ich pensji co w sumie daje tym pierwszym niewyobrażalne zyski. Fundusze inwestycyjne tudzież inne instytucje dysponujące odpowiednim zapleczem finansowym są w stanie rzucić na giełdę w dogodnym dla nich czasie tak duży kapitał, że w jednej chwili spadki mogą przekształcić się we wzrosty i na odwrót. Pamiętam jak swego czasu grając na spadek indeksu WIG20 zacierałem z radości ręce widząc jak od chwili otwarcia notowań wykres wyraźnie podąża w dół. Początkowo bardzo powoli bo część graczy uparcie kupowała wierząc w zamknięcie na plusie ale gdy w połowie sesji notowania wciąż szły w dół także oni zaczęli sprzedawać przez co wykres zaczął gwałtownie nurkować. Jakież więc było moje zdumienie gdy tuż przed zamknięciem notowań, chwilę po tym gdy już w myślach zdążyłem przeliczyć swój zysk, wykres w przeciągu jednej sekundy, pionową linią poszybował powyżej kursu otwarcia. Zysk tysięcy inwestorów, także mój, w jednej chwili zamienił się w stratę i tylko ci nieliczni którzy wiedzieli o potężnym zleceniu kupna czekającym u maklera końca sesji wyszli z tego pojedynku z pełnymi kieszeniami. To było zagranie niedozwolone, makler tłumaczył to pomyłką ja zaś bardzo dotkliwie odczułem na własnej skórze prawdziwe reguły rządzące tą grą. No a wracając do naszych spraw, giełda Moi Państwo rządzi się choć bezwzględnymi to jednak prawami ustalanymi daleko stąd. Nie dajmy więc sobie wmówić, jakoby konkretne działanie partii Prawo i Sprawiedliwość powodowały jakikolwiek niepokój pośród inwestorów na giełdzie. To jest teoria kłamliwa i naprawdę żałosna a ten kto ją powtarza jest albo nieukiem albo oszustem, w najlepszym razie megalomanem któremu wydaje się, że Polska jest pękiem świata. Wykres notowań rysują ludzie których nic nie obchodzi ani Jarosław Kaczyński ani zmiany jakich dokonuje nowy rząd. Giełda nie reaguje na takie działania, a na pewno nie w stopniu w jakim chce się nam to wmówić. Jest zgoła odwrotnie - to media i politycy przypisują jej kursowi wybrane zdarzenia polityczne. Ten rodzaj manipulacji w stosunku do nowego rządu zastosowano już co najmniej kilka razy próbując pokazać nam jak fatalne w skutkach są dla nas przeprowadzane właśnie reformy. Co ważniejsze, argumentem giełdowy posługiwano się tylko wtedy gdy wykres leciał w dół, gdy zaś szedł w górę straszono Polaków innymi klęskami. Niedowiarkom polecam analizę indeksu WIG20 (notowania dwudziestu największych polskich spółek) od czasu gdy wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość - przypominam to był 25 października 2015 roku.





Jak widać wykres od tego czasu leci w dół ale leci tak już od pięciu lat o czym będzie poniżej. To jest wykres poglądowy dla 60 ostatnich sesji niemniej nawet tu widać, że notowania nie były każdego dnia spadkowe. Były także dni wzrostu indeksu ale było ich mniej niż spadkowych lub wzrost był niewielki podczas gdy sesje ujemne były znacznie na minusie. Mechanizm manipulowania wiadomościami z giełdy polega więc na tym, że gdy tylko dzień ujemnych notowań zgrał się z jakimkolwiek krytykowanym przez mainstream działaniem nowego rządu od razu obwieszczano w mediach, że rynek źle to przyjął z nadzieją, że uda się w ten sposób wywrzeć na tym czy tamtym ministrze skutecznie presję. Tymczasem, nasza giełda jako względnie mała jest głównie wskaźnikiem ruchów podejmowanych na niej przez globalne instytucje finansowe ale też odbiciem przebiegu notowań znacznie większej giełdy amerykańskiej i japońskiej. Każdy początkujący gracz giełdowy wie, że my bardzo rzadko idziemy własną drogą a od tego jak potoczą się wydarzenia na tych dwóch rynkach zależy czy u nas giełda zamknie się na plusie czy na minusie. To dlatego dla porównania załączyłem wykres z tego samego przedziału czasowego dla notowań amerykańskiej giełdy Nasdaq. Po podwójnym zbadaniu dna wykres poszedł w górę, a za nim poszybował warszawski indeks WIG20. Co ciekawe, proszę zauważyć, że odbicie naszej giełdy nastąpiło dokładnie dzień po sławetnym marszu KOD - 12 grudnia 2015. No i teraz gdybyśmy mieli trzymać się wykładni medialnych funkcjonariuszy i speców od czarnego PRu głoszących, że giełda odzwierciedla nastroje społeczne i polityczne to na pierwszej sesji po sobotnim marszu powinna ona dalej pikować w dół. Tak się jednak nie stało, bo giełda poszybowała w górę za amerykańską i tyle. Gdybyśmy mieli trzymać się tej oszukańczej wykładni trzeba by zapytać tych dziennikarzy dlaczego wykres dalej rósł mimo, że faszystowski rząd PiSu niedługo po marszu przepuścił przez sejm ustawę o Trybunale Konstytucyjnym i tą o mediach publicznych? Trzeba by ich też zapytać dlaczego w te gorące dni targów o Trybunał nie pokazywano nam zachowań na giełdzie? Nie pokazywano bo notowania niezależnie szły w górę i cały przekręt z giełdą wyszedłby na jaw. Szanowni, Mili moi Czytelnicy. Nie wykluczone, że giełda znów poleci w dół, to jest nawet bardo prawdopodobne wszak jeśli poszerzymy przedział czasowy o parę miesięcy widać, że giełdy są w trendach spadkowych. Z drugiej strony gracze z pierwszym dniem stycznia ponownie testują dno wykresów i jeśli nie uda im się go przebić możemy być świadkami początku hossy. Obstawiam tą wersję. Będzie jak ma być my zaś nie miejmy już nigdy wątpliwości, że także doniesienia z parkietu wykorzystuje się u nas do rozgrywek politycznych (zresztą nie tylko u nas).





Na koniec jeszcze jeden przykład jak ONI pięknie kłamią i od razu dodam, że z racji iż jestem katolikiem ubolewam nad tą techniką szczególnie. Mam na myśli wciąganie księży w dysputy polityczne przez osoby które niewiele mają wspólnego z Kościołem. Podręcznikowy wręcz przykład tego rodzaju manipulacji można było zobaczyć niedawno w programie "Tomasz Lis na żywo" do którego prowadzący zaprosił dominikanina o. Gużyńskiego który bez obwijania w bawełnę opowiadał co myśli o partii Prawo i Sprawiedliwość jak i o samym Prezesie. Zauważcie proszę perfidię tej zagrywki. Lis będąc przeciwnikiem ingerowania Kościoła w sprawy polityczne zaprasza zakonnika do programu gdzie rozprawia się o polityce tylko po to by ten z pozycji osoby duchownej a więc reprezentanta tego Kościoła wszedł w tą właśnie politykę po same uszy. A przy okazji dał powód osobom pokroju Lisa by przez kolejne tygodnie rwali włosy z głowy, że kler miesza się do polityki. Nie ma wątpliwości, że Lis wie co robi gorzej z tym dominikaninem bo on najwyraźniej pogubił się zupełnie. Nie tylko, że z całą mocą zaangażował się w spór polityczny to jeszcze począł pouczać Episkopat, że ten nie włączył się do tego sporu równie ochoczo i bezrefleksyjnie co on. Ciekawe, że o. Gużyński nie apelował do biskupów o stanowcze non possumus gdy Komorowski publicznie poparł in vitro a Platforma Obywatelska próbowała parokrotnie przepchnąć przez sejm pod mylnie brzmiącymi nazwami ustawy o związkach partnerskich czy gender. Pozostaje mieć nadzieję, że o. Gużyńskiemu uda się wyrwać z oparów zła a odbywszy długie rekolekcje w jakimś ustronnym miejscu resztę życia poświęci modlitwie a nie brylowaniu w mediach. Po to przecież chyba przyjął habit. 

My zaś pomni tych wszystkich przykładów pamiętajmy, ilekroć zasiadamy przez telewizorami, że tam niewiele rzeczy dzieje się od tak bez przyczyny.