whos.amung.us

piątek, 11 grudnia 2015

Współczucie dla Polaków, współczucie dla Żydów

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Jak wiecie tytuł z Żydem przyciąga publiczność, jest to efektem wieloletnich zabiegów mediów głównego nurtu, z czego my blogerzy czasem korzystamy, żeby podnieść sobie klikalność. Tak jest również i tym razem. Tekst bowiem będzie o filmach i kulturze, a o Żydach napiszę tylko troszkę.
Pojawiła się oto informacja, że wicepremier Gliński chce nałożyć cenzurę na PISF, cenzurą tą będzie blokada konkursów filmowych. To jest jawna brednia, a w pełnej krasie widać ją kiedy się posłucha szefowej tego całego instytutu pani Sroki, która mówi o tym, jak różnorodne były polskie filmy w ostatnim czasie i jak gorliwie pracowali eksperci z PISF by tę różnorodność i jakość rzecz jasna utrzymać. Wszyscy wiemy jakie są polskie filmy, są gó…ne, a jeśli już ktoś się wysili na jakąś sztukę to mamy 100 procent gwarancji, że będzie to jawna propaganda wymierzona w coś lub kogoś. Tak było na przykład z filmem „Ida”. Można oczywiście do końca świata opowiadać, że jest to metafora losów dwóch kobiet, która mogłaby się zdarzyć wszędzie. To głupoty, bo nie wszędzie przecież Żydzi obstawiali kluczowe stanowiska w aparacie bezpieczeństwa. Takie rzeczy miały miejsce tylko w Europie Środkowej za panowania Stalina.

 Jak koniecznie chciałbym zwrócić uwagę na ten moment splecenia się sztuki i propagandy, bo on występuje zawsze. To znaczy nie ma dobrej propagandy bez sztuki. Bez sztuki jest tylko słaba propaganda, łatwa do wyszydzenia. Dochodzimy teraz do najważniejszego punktu naszych rozważań. Prawdę tę rozumieją jedynie ludzie tacy jak pani Sroka i to jest niestety smutne. Nie rozumie tego ani w ząb wicepremier Gliński i inni politycy PiS. Nie rozumie tego nawet prezydent Duda, ani jego żona, ludzie młodzi, którzy na pewno chodzili do kina i coś tam oglądali, a przez to niejako naturalnie powinni rzecz tę rozumieć. Nie ma dobrej propagandy bez sztuki. Nie ma też sztuki bez propagandy, zamienia się bowiem ona wtedy w jakieś niszowe bajanie, bez znaczenia na szerokiej publiczności. My tutaj zajmujemy się czymś takim próbując, z różną skutecznością opanować większe kawałki rynku książki.

Zobaczcie więc w jakiej pułapce tkwimy. Oto z jednej strony mamy pełne rozeznanie w mechanizmach działania różnych wizualizacji, a z drugiej całkowitą pewność, że dla ludzi, dla nas tutaj, wystarczy jak w kinie pokaże się trochę emocji i przewali na tych emocjach budżet. Ja oczywiście wierzę w szczere intencje premier Szydło, ministra kultury, Jarosława Kaczyńskiego, prezydenta i jego rodziny. Nikt mnie natomiast nie przekona, że ci co zostaną wyznaczenia do robienia tej całej polityki kulturalnej, historycznej czy jak ją tam zwał, rozumieją cokolwiek poza tym, że trzeba brać forsę i zwiewać. Wszyscy ci ludzie bowiem, ci prawicowi luminarze kultury, myślą tylko o jednym – chcą, żebym im ktoś dał gwarancję długotrwałego podłączenia pod zasilanie. Czy takie gwarancje może im dać obecny rząd? Póki co nikt w to nie wierzy. Każdy wie, że gdyby nagle do władzy wróciła PO, a wcześniej szefem PISF został na przykład Maciej Pawlicki, byłby on, po tym powrocie PO, pierwszą osobą wywiezioną na taczkach ze swojego biura. Bo kino jest najważniejszą ze sztuk jak powiedział towarzysz Lenin. Teraz zaś sytuacja wygląda tak, że pani Sroka zasłania się prawem, a minister Gliński przebiera nóżkami i nie wie co z tym zrobić. Ci zaś którzy będą robić dla niego filmy patriotyczne interpretują to jednoznacznie – na tym gościu nie ma się co opierać, bo jest za słaby, jeśli coś daje, trzeba brać i wiać. I to w zasadzie wszystko.
Wierzę oczywiście, że wicepremier osiągnie swój cel, nie może być inaczej, bo przestanie być wicepremierem przecież, ale to co stanie się potem nie budzi mojego entuzjazmu. Oto cały spór pomiędzy „naszymi” a nienaszymi sprowadzony został na płaszczyźnie propagandy do konfliktu pomiędzy filmem „Ida” a nie ukończonym jeszcze filmem o Smoleńsku. Można ten konflikt nazwać terapeutycznym, bo chodzi wszak o to komu należy bardziej współczuć – czy stalinowskiej zbrodniarce, chronionej do końca życia przez Imperium, czy prezydentowi co chciał dobrze, ale gdzieś daleko w zakamarkach imperialnych gabinetów zdecydowano, że jest niepotrzebny. Pani dziennikarka, która w poratlu WP prowadziła rozmowę z Magdaleną Soroką kurczowo trzymała się tego rozgraniczenia. Z jednej strony sympatyczna funkcjonariuszka pochodzenia żydowskiego, co zamordowała generała Nila, a z drugiej ten głupi prezydent co z siatką plastikową jechał robić politykę zagraniczną. Figura ta będzie powtarzana wielokrotnie, po to, by cała nasza sympatia skupiła się po stronie zamordowanego prezydenta i nie gotowego jeszcze filmu „Smoleńsk”. Film ten wejdzie rzecz jasna na ekrany, a my zobaczymy tam to co już tyle razy widzieliśmy – gołą propagandę bez sztuki. I to będzie ten nasz rzekomy triumf. Jasne jest, że minister Gliński i w wszyscy „nasi” luminarze od kultury zechcą ten film pokazać za granicą. On tam wywoła zażenowanie i jakieś ciche uwagi najwyżej. A stanie się tak, bo wszyscy będą wiedzieć, że ma to dzieło charakter terapeutyczny, jak większość filmów i książek produkowanych przez „naszych”. Oni, po tylu latach oczekiwania na swoją kolej, chcą jak najszybciej skonsumować swój zadekretowany sukces. To się jednak nie może udać bez publiczności. Tę zaś stanowimy my. I tu się robi kłopot, bo – jak mówią słowa piosenki – czemu szczeniaku nie bawisz się, czemu piszesz źle o terapeutycznej książce „Twierdza. Solidarność Walcząca. Podziemna armia”, czemu nie rozumiesz, że ludzie też chcą mieć swoją chwilę triumfu? I tak samo będzie z tym filmem. To będzie coś, co nas rozłoży na łopatki i już nigdy nie będziemy mogli nawet wspomnieć o Smoleńsku bez zażenowania. Nie chcę krakać, ale to może być coś o wiele gorszego niż książka FYM-a „Czerwona strona księżyca”.


Mam nadzieję, że jasno wyłożyłem mechanizm pułapki, w której się znajdujemy i każdy już dokładnie go rozumie. Nie ma propagandy państwowej i polityki historycznej bez prawdziwej sztuki. Tę zaś robić mogą jedynie prawdziwi artyści. Z nimi jest kłopot największy, bo muszą się dostosowywać do trendów i mód. To nieprawda, że je kreują, za tymi kreacjami stoją budżety producentów. To jest moment najważnieszy. I od tego trzeba zacząć – od budżetu przeznaczonego na zmianę kryteriów oceny i trendów. No, ale to są marzenia ściętej głowy. Prezydent co prawda wypożyczył do kancelarii obrazy Kossaka, ale o zrobieniu filmu o jego życiu nie może być mowy. Głównie przez to, że nikt tej twórczości nie rozumie. Dla tak zwanych ludzi kultury jest zbyt płaska i płytka, nie ma tam nic z czego dałoby się ukręcić jakąś terapię dla zbolaych dusz grafomanów propagandy, nic a nic. Ja zaś wyobrażam sobie co zrobił by angielski reżyser z historią Wojciecha Kossaka, jakże sympatyczną, piękną i stosowną dla nas dzisiaj. Nawet nie chcę o tym myśleć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz