whos.amung.us

niedziela, 13 grudnia 2015

Polityka kadrowa

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Moje doświadczenia z polityką kadrową są następujące. W korporacjach, o które zawadziłem kadrowcem był zawsze tajniak i do tego protestant. Być może nie jest to regułą, ale rzuciło mi się w oczy. No i rzecz jasna panowie ci byli kompletnie ześwirowani, a każdy na swój sposób. Jeden miał ambicje literackie, które w jego przypadku nie mogły się zrealizować w żaden sposób, a o drugim szkoda nawet gadać. Ten niespełniony literat uważał za stosowne poprawiać teksty po copywriterach i szalał jeśli się jego uwag nie wzięło poważnie. Od wczoraj zastanawiamy się jak to jest z polityką kadrową nowego rządu i kancelarii prezydenta, że trafiają tam egzemplarze, znane nam z salonu, na które nikt normalny nie postawiłby złamanego grosza. Zanim przejdę do wyjaśnienia tego fenomenu od strony polityki kadrowej słów kilka o moim ulubionym mechanizmie, czyli o tworzeniu się hierarchii.

Każdy wspólny wysiłek chcąc nie chcąc zmierza ku stworzeniu jakiejś hierarchii. Zwykle bywa tak, że nie jest ona powszechnie ważna, co widać choćby po hierarchii na tym blogu. Póki jesteśmy w sieci ja tu rządzę i koniec. W świecie realnym bywa różnie jak wiecie i nie miewam tam przeważnie charakterystycznych dla siebie uporów. Istotną cechą naszej hierarchii, jest jej elastyczny charakter oraz skuteczność. Mam na myśli taki choćby fakt, że nie można w Polsce ogłosić żadnego konkursu sms-owego, którego byśmy nie wygrali. Dlatego do samych sms-ów dokładają zawsze jakąś szacowną kapitułę, która musi sfałszować wynik. Oczywiście, że nasza hierarchia nie może równać się ze strukturami politycznymi czy tajnymi, jest tworem zupełnie innego rodzaju, ale jest potrzebna, bo ułatwia nam i nie tylko nam komunikację, a także daje nam pewien rodzaj bezpieczeństwa. Nasza hierarchia jest hierarchią naturalną, powstałą w wyniku uporczywej pracy tych wszystkich osób, które bez przerwy są czynne na blogu. I dzięki niej każdy lub prawie każdy może odczuwać satysfakcję z uczestnictwa w tym projekcie i z jego skuteczności w różnych konfliktach. Prócz hierarchii naturalnych, które powstają w zasadzie z niczego, z woli bożej tylko, są jeszcze hierarchie narzucone. Taką hierarchią jest struktura salonu24, który z małymi tylko przerwami, od kilku lat systematycznie zniechęca do pisania dobrych autorów lansując wiecznie te same osoby, oraz polityków i kandydatów na polityków. Jak pamiętacie, sporo osób, które się tu kiedyś znalazły poszło potem w politykę. Pierwszy z brzegu przykład to Rybitzki, który od samego początku wprasowany był w jakąś, nie rozpoznaną przez nas, a narzuconą nam hierarchię. Ostatnio w politykę poszedł Bartosz- bij nauczyciela – Marczuk, a wcześniej facet nazwiskiem Jakub Kumoch. Wszyscy oni zawodowo lub z amatorska zajmowali się pisaniem, a wyglądało to tak, jakby ktoś chciał sprawdzić czy mają dość wytrwałości, by poradzić sobie z zadaniem, do którego nie mają ani powołania, ani zdolności. Potem zaś poszli w politykę. Cóż to oznacza? Tyle jedynie, że w sferach bliskich władzy – prezydentowi i rządowi – działają te same, narzucone hierarchie, które widzimy w salonie. Pytanie następne: kto narzuca? Nie mam pojęcia, ale sugerowałbym, że ci co finansują projekty takie jak salon oraz takie jak Instytut Wolności. To jest wersja optymistyczna, której rozwijał nie będę. Skupię się na pesymistycznej. Być może jest tak, że ani Jarosław Kaczyński, ani Andrzej Duda, ani Beata Szydło nie rozumieją czym jest polityka kadrowa, a jeśli tak to pomiędzy nimi, a ludźmi, którzy mają precyzyjnie wykonywać ich polecenia i misję zieje przepaść. Jedynym zaś sposobem na jej zasypanie, jaki widzą nasi politycy jest zatrudnianie osób przez kogoś tam poleconych i przez kogoś rekomendowanych, a jeśli takich nie ma to kolegów ze szkoły i organizacji studenckich.
Teraz dygresja. Wielu z nas pamięta aktora nazwiskiem Frankie Sakai. Zagrał on w sławnym serialu „Shogun” postać ważną i przez wiele odcinków kluczową – pana Yabu Casidi. Pan Yabu odpowiadał na dworze Yoshi Toranaga za politykę kadrową właśnie. I to była sprawa najpoważniejsza z poważnych. Był bowiem pan Yabu członkiem struktury tajnej, która przenikała obydwa dwory, ten, na którym służył, ale także ten drugi, dwór pana Ishido. W pewnym momencie okazało się, że nie ma innego sposobu na Toranagę jak przejąć jego kadrowca. Dokonało się to za pomocą szantażu, któremu pan Yabu uległ, albowiem kochał życie. Wkrótce jednak pożałował swojego wyboru, bo Yoshi Toranaga zorientował się szybko co się stało. Nie był jednak podły jak pan Ishido i dał panu Yabu możliwość honorowego wyjścia z sytuacji. Pozwolił mu na popełnienie rytualnego samobójstwa. Później zaś sprawy wróciły do normy, ale twórcy filmu nie pokazali, kto zastąpił pana Yabu na stanowisku kadrowca. Co należy im zapisać na plus.

Nikt nie powinien wiedzieć, kto tak naprawdę decyduje o doborze kadr. To jest warunek pierwszy. Osoba ta ponadto powinna się cieszyć bezwzględnym zaufaniem, ale mieć w pobliżu kogoś kto jej szczerze nienawidzi, żeby nie czuć żadnych pokus. Do takiego tandemu powinien być dokręcony jakiś figurant od przekładania papierów, który będzie miał na drzwiach tabliczkę z napisem: dyrektor kadr, czy jakoś podobnie. Od tego trzeba zacząć dobór współpracowników w kancelariach najważniejszych osób w państwie. Wtedy prawdopodobieństwo, że znajdzie się pomiędzy przyjętymi jakiś Kaczmarek trochę się zmniejszy, choć nie zniknie całkiem.

Z prawie stuprocentową pewnością stwierdzić możemy, że w przypadku Andrzeja Dudy i Beaty Szydło nic takiego nie działa. Działa za to coś innego – dobór koleżeński. To błąd, albowiem koledzy z zasady się lekceważą i często rywalizują ze sobą. Mają też jakieś zaszłości, które psują im kontakt i współpraca taka jest skazana na klęskę. Poza tym wywieranie nacisków na kolegów jest o wiele łatwiejsze niż wywieranie nacisków na osoby obce, wyróżnione awansem, które chcą realizować misję. Jeśli idzie o mnie idealnym urzędnikiem, spełniającym wiele cech tu wymienianych był pan Szczygło. Tak przecież lekceważony przez Radka Sikorskiego.

Koszmarem zaś jest kiedy do kancelarii werbuje się urzędników za pośrednictwem platformy blogerskiej, gdzie dokładnie widać nicość poszczególnych osób i ich aspiracje. Platforma blogerska, z całkowicie przekłamaną misją – bo przecież miało to być miejsce dla blogerów a nie dla dziennikarzy – nie może lansować rzeczywistych liderów. Może jedynie lansować liderów wyznaczonych. To się udaje jedynie przy założeniu, że cała ta, nazwana tak przez Mazurka, blogerska tłuszcza, rżnie głupa i milczy, albo ma pozwijane blogi. To się właśnie dzieje w naszym przypadku. Ktoś wpycha krety do rządu, a my udajemy, że wszystko jest okay, a jak próbujemy coś powiedzieć to nas ukrywają w ramach walki o wolność słowa i demokrację.

 I na to wszystko do studia dzwoni ojciec Tadeusz Rydzyk. Ja sobie wczoraj przejrzałem wypowiedzi ojca dyrektora i chcę powiedzieć, że jego sytuacja jest dalece bardziej komfortowa niż sytuacja prezydenta czy premiera. Ojciec Tadeusz bowiem nie dobiera sobie współpracowników, on ich wyznacza, ponieważ taką możliwość daje mu hierarchia, w której działa i którą sam ulepszył. Oczywiście, ojciec dyrektor może sobie dobierać współpracowników, ale oni nie mają znaczenia i o niczym nie decydują. Jeden z kolegów podniósł wczoraj kwestię współpracy Naszego Dziennika z Sowińcem. On nie ma tam żadnego znaczenia, ma przyjechać wygłosić czy napisać co tam jest wymagane i precz. Oczywiście, że lepiej byłoby zmusić Sowińca do rytualnego samobójstwa, ale potrzeba ta nie jest paląca, albowiem on za nic nie odpowiada. Można go w każdej chwili wymienić. Nie ma nawet znaczenia fakt, że należy do organizacji tajnej przenikającej kilka wrogich sobie struktur. Sowiniec to pionek, ponieważ o tym co dzieje się w mediach ojca Rydzyka decyduje on sam w sposób autorytarny albo księża. Reszta ma słuchać. Inaczej jest w kancelarii prezydenta i w rządzie. Z tego co dociera do nas sytuacja wygląda tak, że premier i prezydent nie mają czasu na organizacje struktur, bo są zbyt zajęci. Obawiam się, że powinni znaleźć ten czas, bo jeśli przegrają nikt nie będzie miał dla nich litości. Ojciec Rydzyk też nie miał czasu, a stworzył hierarchię, która działa i póki co jest niesłychanie trudna do zniszczenia. Bez osobistego zaangażowania najważniejszych osób w państwie w politykę kadrową, cały polityczny projekt PiS zawali się w ciągu jednej kadencji. Tak sądzę.


Co za nauka wynika z tego wszystkiego dla nas. Otóż póki jest internet, a być może przyjdzie kiedyś czas, że trzeba będzie umrzeć za internet, możemy tworzyć elastyczne, półotwarte i odporne na naciski, a skuteczne w działaniu hierarchie. To jest ważna misja. Im więcej takich hierarchii powstanie, tym trudniej będzie narzuconej władzy rządzić krajem. Przepraszam, że nie jestem optymistą jeśli idzie o przyszłość. Hierarchie można tworzyć w oparciu o wszystko, przede wszystkim zaś o jakąś twórczość. A każda rzecz jest ważna, nawet najmniejsza. Oto nasz kolega Zbyszek Minda napisał i wydał ostatnio powieść o miłości. Ja ją sprzedaję, a on jeździ na spotkania autorskie i opowiada o swoim dziele i misji. Gromadzą się wokół niego jacyś ludzie i coś się tam dzieje. To dobra droga, choć zapewne Marczuk, Rybitzki i Magierowski chętnie by ją wyszydzili podkreślając wagę swojej misji w rządzie. I z tym Was zostawiam. - See more at: http://coryllus.pl/?p=2963#sthash.4MtibAS6.dpuf

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz