whos.amung.us

niedziela, 6 grudnia 2015

Na uczcie z Rembrandtem, Baltazarem i Panem Bogiem (część 2)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Czasem warto posłuchać swojego szefa. Gdy w niedzielę myślałem nad ucztą Baltazara, mój proboszcz miał kazanie o rozpoczynającym się Adwencie. Wśród wezwań do gorliwszego udziału w roratach (na Śląsku uruchamiają specjalne poranne tramwaje, by dowieźć setki dzieci z lampionami do kościołów! Nie to, co u nas…), przybliżania adwentowej symboliki oraz kreślenia perspektywy eschatologicznej znalazła się część do układanki, którą miałem właśnie rozpoczęta w głowie. Była to historia homiletyczna z czasów starożytnej Grecji. Otóż według legendy pewien spartiata podczas uczty dostał list od przyjaciela, przy czym goniec sugerował, że należy go od razu przeczytać. Grek jednak dobrze się bawił i skomentował tylko, że juto będzie czas na listy. Cóż, jak należało się spodziewać, w liście było ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem zamachu tej właśnie nocy na tej właśnie uczcie. Zlekceważone proroctwa lubią się spełniać, tak było i tym razem. [Część Pierwsza dostępna tutaj]


Uczta Baltazara, Rembrandt van Rjin, 1635r.
Widać wyraźnie analogie z opisem z Księgi Daniela. Oto ktoś wyjątkowy (król/bohater) dobrze się bawi, jednak dostaje wiadomość (której nie chce/nie może od razu odczytać), po czym ginie od nieprzyjaciół. Proboszcz użył tej opowieści, by zilustrować rolę czytanej w pierwszą niedzielę Adwentu Ewangelii – jest to list od Przyjaciela do nas, a pytanie brzmi, czy go czytamy. Ta grecka legenda dodatkowo przypomniała mi, że ówczesny Bliski Wschód znał prawdopodobnie jeszcze wiele innych wariantów opowieści o zlekceważonym ostrzeżeniu w środku dobrej zabawy. Nie powinno dziwić to podobieństwo Pisma Świętego do starożytnej literatury. Jest to fakt od dziesięcioleci znany egzegezie katolickiej. Wiadomość o tym, iż autor natchniony Księgi Rodzaju czerpał z sumeryjskiego „Eposu o Gilgameszu”, gdy układał historię Noego jest dla księdza biblisty równie odkrywcza, jak ta, że do wina na Mszy wlewa się kroplę wody. Dla „zwykłego” katolika to ścisłe związanie Biblii z kulturowym kontekstem czasów, w których powstała bywa jednak niepokojące, podobnie jak kwestia historyczności tej czy innej biblijnej historii. Zacytuję ostatni dokument Papieskiej Komisji Biblijnej na ten temat:
Św. Mateusz i anioł na obrazie Caravaggia
Problem interpretacji Pisma św. nie jest jak się to niekiedy próbuje twierdzić znamienny dla naszych czasów. Sama Biblia dostarcza dowodów, że jej interpretacja stwarza wiele trudności. Są w niej bowiem obok tekstów zupełnie zrozumiałych fragmenty niejasne. Czytając niektóre proroctwa Jeremiasza, sam prorok Daniel długo zastanawiał się nad ich sensem (Dn 9, 2). (…) Problem interpretacji Pisma św. jest więc stary, ale to prawda, że przybiera on na rozmiarach z upływem czasu: dzisiaj, żeby dotrzeć do czynów i słów, które przedstawia Biblia, trzeba się cofnąć wstecz o dwadzieścia albo trzydzieści wieków, co pociąga za sobą konieczność pokonania wielu trudności.
Generalnie w całym dokumencie o „Interpretacji Biblii w Kościele” kładzie się nacisk na to, iż Pismo Święte jest dziełem Bosko – ludzkim, a nie tylko Boskim. Stąd starych obrazów, przedstawiających anioła szepczącego na ucho skrybie, którym jest św. Łukasz lub Jan Apostoł nie należy rozumieć dosłownie. Z drugiej strony, stare obrazy nie są pozbawione wartości, gdy chodzi o poznawanie Pisma. Jest właśnie bardzo ciekawe, jak ludzie o wrażliwości Rembrandta van Rjina odczytywali Święty Tekst. W tym konkretnym przypadku uczty Baltazara przed autorem „Wymarszu Straży Nocnej” stanął problem zmierzenia się z „listem od przyjaciela”, ale pochodzącego z zupełnie innego świata.
Rembrandt w ciekawy sposób zmierzył się tajemnicą tego słynnego napisu. Tekst, który Biblia Tysiąclecia podaje jako: „mene, mene, tekel ufarsin”, a co ks. Wujek bardziej swojsko wykłada „mene, thekel, phares” jest najczęściej odczytywany jako przysłowie aramejskie (bądź hebrajskie), oznaczające rozmienianie monet na coraz mniej wartościowe. Byłaby to aluzja do upadku włądzy w Babilonie – Baltazar byłby na końcu, jako król wart tyle, ile grosiki, o których chce się powiedzieć: „reszty nie trzeba”. Ten tekst ma też swoje miejsce w historii kryptologii. Może się bowiem wydawać, że przekaz ten był w jakiś sposób zaszyfrowany – inaczej trudno pojąć, dlaczego nadworni mędrcy Baltazara nie poradzili sobie z nim. Czyżby nie znali języka (albo nie wiedzieli, że w hebrajskim nie ma samogłosek i nie radzili sobie bez systemu kropek, który podpowiada odczytanie wyrazu, a który wprowadzili masoreci)? Rembrandt w jakiś sposób sugeruje możliwą odpowiedź, albo raczej niektórzy interpretatorzy jego obrazu stwierdzają, że o ile uczeni babilońscy na pewno znali hebrajski, o tyle mogli mieć problem właśnie ze sposobem zapisu. Gdyby bowiem napis wyglądał tak, jak wyszedł spod pędzla holenderskiego Mistrza, mógłby ich zmylić właśnie brak zaznaczenia samogłosek lub też nietypowe, kolumnowe ułożenie słów. Szczerze mówiąc, do mnie bardziej przemawia prostsza interpretacja.


Otóż można założyć, jak twierdzą niektórzy historycy kryptografii, iż to nie jakiś wyszukany szyfr, lecz kontekst utrudniał odczytanie napisu. Wystarczy wejść w skórę uczonego, który staje przed przerażonym, acz ciągle jeszcze wszechmocnym, wciąż władającym życiem i śmiercią człowiekiem. Nastrój panujący na uczcie starczyłby, jak na obrazie Rembrandta, by uchwycić przesłanie tekstu, że raczej nie jest to powinszowanie lub jakaś błaha uwaga ze strony Najwyższego. Rezygnowali więc z odczytania, być może wiedząc skądinąd o tym, co ma się jeszcze zdarzyć tamtego wieczoru. Tu pojawia się miejsce dla proroka Daniela, z jego dystansem wobec władcy, któremu poradzi, by trzecią część obiecanego w nagrodę za odczytanie tekstu królestwa zachował dla siebie. W wypowiedzi proroka słychać długie lata służby u boku poprzednika Baltazara, o którym mówiono, że przez pychę władzy popadł w szaleństwo:
Lecz, gdy się podniosło serce jego, i duch jego zatwardział na pychę, złożon jest z stolice królestwa swego, i odjęta jest sława jego, I wygnan był od synów ludzkich, ale i serce jego między zwierzęty położono było, i z osły leśnymi było mieszkanie jego, trawę téż jadł jako wół, i rosą niebieską ciało jego zmoczone było, aż poznał, że Najwyższy ma moc w królestwie ludzkiem, a kogokolwiek zechce, postanowi na niem. 

Czujemy, czytając ten tekst, jak w istocie szczere i pozbawione fałszywej pokory są słowa Daniela. Na obrazie jednak uwieczniony jest sam moment zaskoczenia, gdy przemawia nie tyle sens napisu, ile on sam. Jest jakaś moc w tym skrócie. W końcu malarz zakładał, że widzowie znają skądinąd całość opowieści i celnie wybrał moment, gdzie zbiegają się wszystkie wątki. Warto tu zauważyć, że Rembrandt zapalił litery tego napisu w zduwmiewający sposób. Światło to trudno opisać, a jednocześnie wygląda ono prawdziwie. Nie dbiera ciężaru szatom króla, nie przemienia też jego strachu w abstrakcję.
Lęk władcy, czczącego swoje panowanie i swoich bogów to główny temat obrazu. Świadczy o tym to, co najbardziej przyciąga nasz wzrok. Nie jest to przepiękna szata, od której kolorów trudno oderwać wzrok, nie jest to nawet jego twarz, lecz szyja. Tę kolumnę,  dźwigającą „cenny kapitel ciała”, jak pisał Herbert, widać w całej okazałości. Naga i napięta, mieści w sobie układ oddechowy, żyły i tętnice, mięśnie i nerwy, a także rusztowanie kręgów. Tamtego wieczoru dostało się przez nią do królewskich trzewi sporo wina. W języku angielskim, na pamiątkę tego pijaństwa nazywało się nawet wielkie galony na wino, mieszczące po kilkanaście butelek, mianem „balthasar” Jednym słowem, szyja ta jest częścią żywego organizmu, lecz my już wiemy, że czeka na cios.  Władca Babilonu też jest człowiekiem z krwi i kości, a jego korona zadaje się zsuwać z turbanu tak, że zaraz spadnie.
Jednak te słowa, kreślone przez zesłaną z niebios dłoń (przez wieki w ikonografii chrześcijańskiej będącą symbolem samego Boga), nie są jakąś zemstą, nie wynikają z chęci dokuczenia kiepskiemu władcy. Cała opowieść nie daje nam przesłanek, by sądzić, iż Baltazar mógł jeszcze zmienić swój los, przeprosić Boga za swoją pychę i świętokradztwo. Owszem, zawsze jest to możliwe, jednak król zadowala się wyrokiem, jaki słyszy z ust Daniela. To wytłumaczenie mu starcza, nagradza nawet szczerość proroka. Wydaje mi się jednak, że napis ten i jego przesłanie miały dużą wartość dla tego człowieka. Dawały mu, na chwilę przed śmiercią i końcem panowania bolesną łaskę prawdy. Najwyższy dał swojemu nieudolnemu zastępcy, jak starożytni rozumieli godność panującego, wielki dar – zrozumienie. Zagłada, jaka za chwilę miała na niego spaść będzie mniej niezrozumiała i mniej niespodziewana. Baltazar mógł przez chwilę, w jasnożółtym blasku dziwnych liter spojrzeć na niepojętą i nie mniej dziwną tajemnicę – własne życie. Pewnie jestem zbyt wielkim optymistą, ale kto wie – może dojrzał tamtej nocy i dzielnie przyjął śmierć? O tym Pismo ani obraz nie mówią; fakt, iż obdarował Daniela tym, czego w rzeczywistości już nie miał może świadczyć zarówno o zrozumieniu, w jakiej jest sytuacji, jak i o tym, że iluzja, napojona dodatkowo winem, umarła dopiero wraz z nim.

Rembrandt chciał nie tylko malować żywych ludzi, lecz i do nich przemawiać. Idąc drogą wytyczoną przez pełne dramatyzmu kompozycje, jakie dał sztuce geniusz Caravaggia, Rembrandt chce postawić swojego widza pośrodku biblijnej sceny. Jest zresztą na tym płótnie niezwykle ciekawa osoba, która nam o tym przypomina. Schowana w cieniu postać fletnisty patrzy poza obraz. Chce dostrzec naszą reakcję na przerażenie króla i fiasko suto zakrapianej uczty. Jest to swoją drogą piękny ukłon w stronę postaci mało ważnych, ludzi tła, niewolników i służących, których życie jest nieciekawe, pomijalne w grubych księgach ludzkiej historii. Jednak to właśnie oni widzieli swoich panów, królów, bogów, w sposób bardziej realistyczny niż ktokolwiek inny. Tak widzi się przez powiększające szkło wymuszonego obawą milczenia. Dla sług tamten moment przerażenia władcy i jego dworu musiał mieć w sobie coś z intrygującego przedstawienia. Pewnie też dziękowali na tamtej uczcie, przerwanej przez zamach na władcę Babilonu, musieli dziękować Bogu, że są tylko częścią dekoracji. Być może wrócą potem na uczty Dariusza, następcy zabitego pijaka, aby raczyć uszy nowego króla muzyką, tak, by łatwiej było ich posiadaczowi zapomnieć, że jest tylko człowiekiem.

Rembrandt van Rjin sam czuł, że jest człowiekiem, być może dlatego tak mocno przemawia. Gdy malował „Ucztę Baltazara”, w połowie lat trzydziestych XVII wieku, przeprowadził się ze swoją ukochaną żoną do nowego domu. Byli młodzi, miel dużo pieniędzy i szerokie perspektywy na życie. Młody protestancki Holender miał w sobie talent, który sugerował, że Bóg pragnie godnych ilustracji dla Swej Księgi. To co przyszło potem, pozwala nazwać Rembrandta prorokiem w swoim kraju. Wiele osób i rzeczy zostało mu zabranych, a historia jego życia pozwala zrozumieć ową poruszającą czułość, z jaką namalował słynny „Powrót Syna Marnotrawnego”. Zanim jednak ubierzemy Rembrandta w szaty Baltazara, warto jeszcze raz spojrzeć w oczy ukrytego w mroku fletnisty – również dla Ciebie gra on swoją bezdźwięczną melodię, próbując odczytać Twoją twarz.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz