whos.amung.us

środa, 2 grudnia 2015

Na uczcie z Rembrandtem, Baltazarem i Panem Bogiem (część 1)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Koniec Listopada. W zimnym kościele co ranek wysłuchuję czytań z księgi Daniela – zwiastuna końca roku liturgicznego. Niedługo Msze zejdą do katakumb nocy, prowadzone za rękę przez Najświętszą Maryję Pannę, Panią Rorat. Bóg znów odwróci nam rok obrzędów, świąt i wegetacji tak,  jak dziecko odwraca klepsydrę. Wszystko zacznie się na nowo, mróz i upał, siew i żniwo, życie i śmierć. Teraz jednak, w te ostatnie dni celebrujemy po cichu koniec. Lektor deklamuje nam „Czytanie z księgi proroka Daniela”, by subtelnie przypomnieć o zbliżającym się czasie, gdy już nie będzie czasu. Mnie porwało zwłaszcza czytanie o uczcie Baltazara. Nie tylko ucztujący król musi dostrzec litery; ręka zesłana przez Boga kreśli je także dla nas, by przypomnieć o nam mierze naszego życia, czekającej nas wadze i ogołoceniu.

Postanowiłem pożegnać mijający rok liturgiczny rozważaniem o uczcie Baltazara. Chciałem pokazać, jak zmieniało się jej przedstawienie w sztuce kolejnych stuleci, gdy malarze różnie rozkładali akcenty i zauważali odmienne znaczenia i sensy tej opowieści. Okazuje się jednak, że nie był to popularny temat. Trochę mnie to dziwi – scena jest wszak bardzo plastyczna. Mogę tylko podzielić się swoim doświadczeniem rysowania uczty Baltazara w zeszycie od religii. Gdy już napisałem drukowanymi literami „MENE, TEKEL, FARES” nad stołem, przy którym siedział król, ze smutkiem zrozumiałem, że przecież musiało to być napisane alfabetem zupełnie innym od naszego. Być może to nie wątpliwości co do zapisu zdecydowały, lecz faktem jest, że obrazy uwieczniające ostatnią ucztę w życiu Baltazara są rzadkie. Jest jednak między nimi dzieło, które, położone na jednej szali artystycznej wagi, utrzymałoby równowagę ze stosami innych obrazów. Żar hebrajskich liter na ścianie pałacu i zaskoczenie króla uwiecznił dla nas Rembrandt, największy z kaznodziejów pędzla.


                Autoportret Rembrandta (1630)

Powiedzmy otwarcie, że komplement, o jaki się postarałem, ginie wobec tego, co niezliczeni pisarze, poeci i malarze powiedzieli w ciągu dziejów o twórczości Rembrandta Harmenszoona van Rijna. Ten holenderski artysta wzbudza potrzebę afirmacji, piękno jego obrazów prowokuje do zmierzenia się z tajemnicą talentu ich twórcy. Mamy więc Van Gogha, który twierdzi, ze jest coś z „Rembrandta w Ewangelii, lub coś z Ewangelii w Rembrandcie”, co może się wydawać wręcz bluźniercze, lecz raczej tylko temu, kto nie zna tych obrazów. Inna opinia z gatunku hiperbolicznych prowokacji to konstatacja amerykańskiego kompozytora, Mortona Feldmana, który miał stwierdzić, że ponieważ muzyka nigdy nie miała swojego Rembrandta, w jej dziejach znajdujemy  jedynie muzyków. Cóż, niektórzy wyławiają jednak z tego feldmanowskiego worka Mozarta, który też być może jako jeden z nielicznych artystów dzieli z Rembrandtem posądzenia o absolutny geniusz w swej dziedzinie. Nie chcę powiedzieć przez to, że należy oglądać obrazy tego dawno zmarłego Holendra na kolanach, lecz przywołam jeszcze Herberta, by pokazać, ze coś jest na rzeczy. Nasz „Książę poetów” zbierał materiały do eseju o tajemnicy, jaką był dla niego autor „Powrotu Syna Marnotrawnego”. Niektórzy badacze twórczości Herberta twierdzą nawet, że obawiał się on pisać o tym malarzu, by nie popaść w miałkość i banał. Poeta uważał, że „pisanie o Rembrandcie jest zajęciem samobójczym. Pamięć oka nie zdoła zatrzymać kilkuset obrazów. Jego dzieło zasłaniają tysiące książek i przyczynków mądrych i mało mądrych (…)”. Cóż, wstyd po takiej uwadze pisać dalej, chyba, że powiem sobie, że naprawdę zbyt mały ze mnie żuczek, by coś tu zasłonić. Uznajmy ten mój szkic za chrobotanie kornika w ramie „Uczty Baltazara” i przenieśmy wzrok na obraz Rembrandta.


Zapamiętałem z okruchów, które zachowały się w herbertowskim archiwum porównanie malarstwa tego mistrza do rzeki. „Słowem, Rembrandt jest jak rzeka, która odbija różne krajobrazy i konstelacje chmur”. Herbert chciał przez to powiedzieć, że jego malarstwo wciąż żyje, że te obrazy płyną przez czas, choć zastygła farba. Co dziś powie nam Rembrandt o tajemniczym zdarzeniu na uczcie w Babilonie?

Oto początek tej opowieści w jednym ze starych tłumaczeń: Balthassar król uczynił ucztę wielką na tysiąc przednich panów swych, a każdy z nich pił podług swego wieku. Rozkazał tedy już pijany, aby przyniesiono naczynie złote i śrebrne, które był zabrał Nabuchodonozor, ojciec jego, z kościoła, który był w Jeruzalem, żeby pili z nich król i panowie przedni jego i żony jego i nałożnice.



Taka uczta wymaga odpowiedniej oprawy; ponoć Rembrandt posłużył się na tym płótnie wyjątkowo szeroką gamą kolorów – mamy tam między innymi cynober, czyli chińską czerwień, błękit królewski, ochrę i wytłumioną niebieskość lazurytu. Trzeba przyznać, że wszystkie one pracują zgodnie na niesamowite wrażenie bogactwa, odsłanianego przez


 chłodny blask cudownych liter. O królewskim przepychu świadczy przede wszystkim odzienie Baltazara – płaszcz z drogocenną klamrą, szaty ozdobione klejnotami, wspaniały turban zwieńczony koroną. Na stole widać też naczynia, z tym, że król już raczej się z nich nie napije. W chwili, w której służąca podawała mu kielich, Baltazar dostrzegł blask napisu. Alkohol leje się na ziemię, zwiastując inne drogocenne substancje, które dziś tam pociekną… Zdaje się, że póki król właśnie zaczął trzeźwieć i nie zważa, że upuścił na stół pełen kielich. Biblia sugeruje, że naczynia z jerozolimskiej świątyni nie były na co dzień używane przez Babilończyków, jakby zdobywcy mieli jednak pewien respekt do złota poświęconego żydowskiemu, obcemu Bogu. Baltazar chce jednak pokazać swoją moc, że taki król jak on nie boi się zemsty bóstw podbitych narodów…



Przypomina mi to dwie historie. Pierwszą z nich słyszałem w Licheniu; pokrewieństwo z ucztą Baltazara jest w niej dobrze widoczne. Oto podczas II Wojny Światowej front wracał ze pustkowi Rosji ku sercu Europy, opanowanemu przez nazistowskie szaleństwo. Młodzi Niemcy z jakiejś formacji pomocniczej, kilkunastoletni chłopcy zabawiali się w Licheniu strzelaniem do krzyża. Polacy przyglądali się temu świętokradztwu z bezsilnością. Chwilę potem chłopcy ci wsiedli na ciężarówkę i do samochodów, nie dojechali jednak do celu. Sowiecki samolot szturmowy, być może Ił -2 ostrzelał ich w locie nurkowym tak, że zginęli wszyscy, którzy strzelali do krzyża, co dobrze odnotowała pamięć polskich świadków. Machina Hitlera konała, coraz wyraźniej linie frontu układały się w przesłanie „Mene, Tekel, Fares”, a nastoletnie ofiary ideologii i zarazem kaci, królowie życia z pistoletem w chłopięcej dłoni wyżywali się na świętości podbitego narodu.

Druga historia jest nam bliższa czasowo, działa się w pewnej parafii na wschodzie Polski, byłem prawie że jej świadkiem. Robotnicy wykonywali jakieś prace w kościele, a jeden z nich wychodząc, umył sobie ręce w wodzie święconej, tradycyjnie umieszczonej w specjalnym naczyniu w kruchcie. Tego samego dnia, niedługo po tym miał straszny wypadek z ostrym narzędziem, tak, że lekarze musieli ratować mu prawą dłoń. Świadkowie spontanicznie przypisali to karze za złe użycie wody, czyli również świętokradztwu. Skądinąd wiemy, że wcale nie zawsze tak się dzieje. Przynajmniej czasem zaś może być w takiej natychmiastowej karze ziarno miłosierdzia – łaskawe potwierdzenie, że On jest. Tak myśli w „Dolinie Issy” Czesław Miłosz, gdy każe jednemu z bohaterów bezcześcić Hostię na brzegu litewskiej rzeczki, z nadzieją, że Bóg odpowie na prowokacje piorunem lub chociaż gromem. Ptaki jednak śpiewają swoje, szumi wiatr, a obłoki powoli suną po niebie. Tajemnica? Tajemnica. Myślę, że w pojawieniu się napisu, którego znaczenie poznał Baltazar przed swoją śmiercią jest właśnie dużo więcej miłosierdzia niż kary. Powoli Bóg układa wszystkie sprawy pod niebem w kształt Swojej sprawiedliwości, a człowiek zobaczy to dopiero z perspektywy nieba. Zresztą, winą dworu Baltazara było nie tylko świętokradztwo, lecz także bałwochwalstwo: Pili wino i chwalili bogi swe złote i śrebrne, miedziane, żelazne i drewniane i kamienne. 





Tam bawili się fundatorzy świątyń, których stać było na ładną figurkę i drogi kult. Trochę prowokacyjnie napiszę, że dziś proboszcz wyczytywałby ich na ogłoszeniach i wychodził się po Mszy przywitać. Ludzie zamożni, być może babilońscy kapłani i bóstwa siedzieli im w kieszeniach. Wydaje mi się, że Rembrandt chce nam na tym obrazie pokazać coś jeszcze, pewną cechę bałwochwalstwa, która rzutuje na relacje międzyludzkie. Gdy patrzymy na obraz, porywa nas zastygła w nierównowadze, jeśli można tak powiedzieć, postać króla o przerażonej twarzy. Jednak już po chwili widzimy przejętą twarz ślicznotki i gębę jednego z włodarzy. Król patrzy na litery, pokrywające go jasnożółtym blaskiem. Oni jednak patrzą na niego. To jest ich bóg, na przekór biblijnemu przekleństwu, by nie pokładać ufności w człowieku. Jemu zawdzięczają swoją pozycję. Przerażenie i zdziwienie, brak kontroli, który wychwycili w tym samym momencie, w którym się pojawił, podcina ich życie.

W końcu są oni jak Daniel, który ma dopiero zostać wezwany, by objaśnić napis, są na łasce i niełasce władcy, mogą zostać obdarowani, lub zgładzeni. My jednak nie musimy się niecierpliwić podczas nieudanych prób odczytania, podjętych przez „czarnoksiężników, Chaldejczyków i praktykarzy”. Nie musimy czekać na mądrego Daniela, w którym jest „duch większy i roztropność i rozum i wykład snów i objawienie tajemnic i rozwiązanie zawiązałych rzeczy”. W twarzach obecnych widać wszystko, całą treść napisu – odmierzenie, odważenie i przekazanie władzy. Patrzymy na ludzi, którym własne bóstwo topnieje w oczach.


Koniec części 1.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz