whos.amung.us

sobota, 19 grudnia 2015

NA marginesie dojazdów: kłopoty z Mikołajem

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Już Platon zauważył, że dusza dziecka podobna jest do plamy miękkiego wosku, podczas gdy w ręku dorosłego jest pieczęć. To, co zostanie odciśnięte, zostanie tam na długo i bardzo trudno to zmienić. Stąd, na przykład, trzeba się bardzo starannie przygotowywać do kazań dla dzieci i dobrze przemyśleć opowiadane im bajki. Platon zapewne nie był pierwszym, który dokonał tej obserwacji. Wszak najpiękniejsze z plemion ludzkich, plemię dzieci, towarzyszy nam, dorosłym od bardzo dawna.

Od początku. Przypomniałem sobie tę sprawę podczas wieczornej wyprawy do rodzinnego domu – na „Dwójce” była czytana arcyciekawa powieść „Obóz Wszystkich Świętych”. Tytuł ten kojarzy się ze słynną powieścią Raspaila, ale to polska rzecz, tak, że powiedzenie „cudze chwalicie – swego nie znacie”, jest jak najbardziej na miejscu. W książce tej Tadeusz Nowakowski zawarł doświadczenia z czasów II Wojny Światowej oraz przepraw obozowych, a potem – bytowania w wyzwolonym przez Amerykanów obozie. Wszystko to w doskonałej formie literackiej, miło się jej słucha w interpretacji Jerzego Radziwiłowicza.

Tamtego wieczoru trafiłem akurat na rozmowę polskiego żołnierza z niemieckim. Panowie spotykają się już po klęsce III Rzeszy, w gościnie u pewnej miłej damy, można rzecz – na herbacie. Niemiec okazuje się być denerwująco miłym i uprzejmym znawcą sztuki, który jednak był na froncie Wschodnim, a w trzydziestym dziewiątym podbijał Polskę. Próbując trochę wytłumaczyć siebie i swój naród niechętnemu dla czegoś Polakowi, wypowiada takie lub podobne zdanie: „My, Niemcy, mieliśmy jako dzieci bardzo głupie bajki”. Przykładem była opowieść o krawcu, który za błahostkę obcinał chłopcu palec. Nie dziwimy się, gdy Polak przerywa rozmowę i wychodzi; widział wszak na własne oczy, co robili dorośli mężczyźni, których kiedyś straszono bajkowym krawcem.

Krawiec z nożycami jako straszak i strażnik „grzeczności” budzi dreszcz grozy. Wydaje się odległy o lata świetlne od tak miłej postaci, jak św. Mikołaj. Oczywiście, możemy narzekać na wykrzywienia tej postaci, na komercjalizację, przypominać, co zresztą robię jako ksiądz, że Mikołaj oryginalnie był biskupem, a nie krasnalem od Coca-coli. Problem z tą postacią jest jednak głębszy.

Nie ma nic gorszego, niż kiepska teologia wciskana dzieciom. Patronują jej zwykle głupota dorosłych i wygodnictwo. Okazało się to właśnie przy okazji mikołajek w „moim” przedszkolu. Trudno było na początku opanować dzieci. Były zachwycone prezentami, które dostały, wykrzykiwały je, koloryzując i zmyślając na potęgę. Próbowałem dojść do głosu, wymieniając moje prezenty – spodnie, skarpety i czekoladę. Maluchy pokładały się ze śmiechu, bo ubrania to w mniemaniu przedszkolaka słaby prezent. Cała ta grupa pełna jest niesamowitych osób, o bogactwie uśmiechów, zwyczajów, pomysłów – nieraz się zastanawiam, czy taka jest każda grupa? Z moich doświadczeń wynika, że tak, co rodzi pytanie, gdzie te wspaniałe osoby potem się chowają, w dorosłym życiu? W nas. Ale to tak na marginesie. Pośród dzieci jest też mały Kubuś, tyleż czarujący, co głupiutki. Nie wpadł na pomysł, by coś zmyślać i siedział cicho i smutno. Gdy uspokoiłem dzieci, Kuba spogląda na mnie i stwierdza – „Ja nic nie dostałem, bo byłem niegrzeczny”. Okazało się, że inne dzieci natychmiast mu to potwierdziły. Tak, to dlatego – Kubuś nic nie dostał, bo był niegrzeczny. Ja natomiast skądinąd wiedziałem, że powodem nie była „niegrzeczność” chłopca, lecz sytuacja rodziców. Zresztą, jego względna ciapowatość nie mieści się w ogóle w kategoriach występku czy grzechu, wyśrubowanych przecież pod niebiosa przez dorosłych naśladowców Kaina. Zasada retrybucji, mówiąca, iż człowiek dostaje zawsze za swoje, nie sprawdziła się w tym przypadku. Na szczęście, po religii były jeszcze przedszkolne mikołajki, co przywróciło wesołość Kubusiowi.

Gdy skończyłem opowiadać legendę o świętym biskupie Mikołaju, który pomagał biednym dzieciom, moje maluchy bardzo spoważniały. Na pytanie, co czuje człowiek, gdy daje innemu prezent, pojawił się las rąk i dzieci odpowiedziały chórem. Nie czytały jeszcze „Dziejów Apostolskich”, nie wiedzą, co to agrafa, a już wiedzą, że więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu! Zdaje się, że także pedagogika i psychologia potwierdzają, że sama „odpłata” nie doprowadzi nikogo do „bycia grzecznym”. Jeśli komuś „Mikołaj” zawsze przynosił rózgę, to taki człowiek może chcieć z niej robić użytek w dorosłości. Nie sugeruję, z drugiej strony,  wychowania bez kar i nagród, bez konsekwencji – to wszystko przygotowanie do trudnego życia w świecie.
Być może niewiele jest zajęć tak ważnych dla rodziców i wychowawców, jak zastanawianie się, co (świadomie i nieświadomie) odciskamy w duszach dzieci.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz