whos.amung.us

środa, 30 grudnia 2015

Każdy ma prawo do swojego apokryfu

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Obecnie, gdy w kościołach stoją szopki, a galerie handlowe wydają fortunę na świąteczne iluminacje, mamy najlepszy chyba czas w roku, by połączyć dwie odległe sprawy. Myślę o modlitwie i wyobraźni. Połączenie to może wydawać się zaskakujące, nietypowe, a nawet – niebezpieczne, coś na kształt dziecięcego pytania na katechezie, czy Dziecię Jezus miało kozy w nosie, albo co się stało z osiołkiem, na którym Święta Rodzina uciekła do Egiptu? Zgoda, połączenie modlitwy i wyobraźni może wydawać się nietypowe, najbardziej jednak zaskakuje to, jak bardzo jest ono udane.

Aby przypomnieć sobie Boży zamiar wobec naszego wewnętrznego świata wrażeń, wspomnień i myśli, warto zacząć od początku i sięgnąć do Pisma. W Pierwszym Liście do Tymoteusza czytamy, iż Pan Bóg „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”, Dlatego właśnie ma miejsce Wcielenie – Bóg staje się dla nas człowiekiem, byśmy mogli dostąpić zjednoczenia z Nim, Źródłem życia i miłości. Jeden z Trójcy, Jezus Chrystus jest pełnym Człowiekiem, ma ciało i duszę, całe nasze ludzkie dziedzictwo i bogactwo z wyjątkiem grzechu, czyli tego, co wykombinowaliśmy wbrew Jemu, przy udziale diabła. Bóg nie tylko chce zbawienia wszystkich ludzi, ale także chce w całości zbawić każdego człowieka. Co to znaczy? Czy można się zbawić „trochę” lub „w części”? W pewnym sensie tak. O tym mówi na przykład nauka o Czyśćcu. Ostatecznie jednak celem jest zbawienie całego człowieka.

Świętym, który przejął się do głębi serca zamiarami Pana Boga wobec świata jest św. Ignacy z Loyoli. To jemu, mówiąc w skrócie, zawdzięczamy nasze swojskie barokowe kościoły, papieża Franciszka, a przede wszystkim – „Ćwiczenia Duchowne”. Ta ostatnia sprawa jest niebywale ambitna. Ignacy uważał, że możliwe są rekolekcje, dzięki którym człowiek przeżyje z mocą spotkanie z Panem Jezusem, odda mu cześć, a co więcej – odkryje w Nim swoje powołanie i je wybierze. Jednym ze składników „Ćwiczeń” jest kontemplacja ewangeliczna. Jej istotą jest właśnie modlitwa wyobraźni. Dla przykładu, tak Ignacy zaprasza odprawiających jego rekolekcje do modlitwy sceną Narodzenia:

Wprowadzenie 1. Historia. Tutaj [przypomnieć sobie], jak wyruszyli z Nazaretu: Pani nasza, w dziewiątym miesiącu ciąży, jak można pobożnie rozmyślać, siedząc na oślicy, i Józef, i służąca, prowadząc z sobą wołu, aby udać się do Betlejem i uiścić tam opłatę, którą cesarz nałożył na wszystkie tamte krainy.

Wprowadzenie 2. Ustalenie miejsca jakby się je widziało. Tutaj to będzie tak: Oczami wyobraźni widzieć drogę z Nazaretu do Betlejem, przypatrując się jej, jak jest długa, jak szeroka, czy idzie ta droga po równinie, czy przez doliny i wzgórza. Patrzeć także na miejsce czyli na grotę narodzenia, czy jest obszerna czy szczupła, czy niska, czy wysoka, i jak jest urządzona.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy sam odprawiałem „Ćwiczenia” i przeczytałem wprowadzenia Ignacego, to był zakaz. „Tak nie wolno!” Jeśli nie wiemy, jak było naprawdę, wymyślanie szczegółów sceny może wydawać się wykrzywieniem całej sprawy, może oddalać od prawdy. Zresztą, chodzi o istotę sceny, a nie szczegóły, prawda? Cóż, skoro Ignacy idzie daleko dalej, każe dosłownie popuścić wodze wyobraźni, w dodatku na niezmiernie pobożnym terenie:

Widzieć osoby, a mianowicie Panią naszą, i Józefa, i służącą, i Dzieciątko Jezus po jego narodzeniu. Ja zaś sam stanę się służką ubożuchnym i niegodnym, patrząc na nich, kontemplując ich i służąc im w ich potrzebach tak, jakbym tam znalazł się obecny, z całym, jakie tylko jest możliwe, uszanowaniem i ze czcią A potem wejść w siebie samego, aby jakiś pożytek [duchowny] wyciągnąć.

W praktyce wygląda to rozmaicie, w zależności od człowieka, odprawiającego „Ćwiczenia”. Generalnie są ludzie, którzy wynoszą z takiego sposobu modlitwy bardzo wiele, z tym, że są to sprawy bardzo intymne. Pewien człowiek podzielił się ze mną kiedyś, w jaki sposób przekonał się do tej formy modlitwy. Kontemplując życie ukryte Świętej Rodziny w Nazarecie, przypatrywał się Dzieciątku. W pewnej chwili Dzieciątko zaczęło przypatrywać się jemu; wyciągnęło rączkę w jego kierunku i zapytało Mamę „kto to?” Maryja odpowiedziała ujmującym „przyjaciel”. Kiedy indziej dziwiłem się, słuchając relacji człowieka, który wędrując ze Świętą Rodziną do Betlejem, zatrzymał się przy ognisku z jakąś karawaną. Ludzie pokazywali palcami na niebo i mówili o gwieździe, że to kamień z procy Dawida (jakby był taki gwiazdozbiór), który leci ku głowie Goliata (inna konstelacja), no i że to zapowiedź Mesjasza. Takie obrazki z kontemplacji, trochę podobne do wizji średniowiecznych mistyczek, choćby Mechtyldy czy Hildegardy. Cóż, łaska Boża może działać na wyobraźnię. Co więcej – powinniśmy jej na to pozwolić!

Z kontemplacją ewangeliczną kojarzą mi się też pisma, których Kościół nie uznał za niosące nieomylne przesłanie od Boga. Wiemy, że Duch Święty natchnął ludzi, którzy spisali święte Księgi, które dziś stoją na naszych półkach jako „Biblia”. Jednak Księgom tym, czy to Starego, czy Nowego Testamentu towarzyszył przez ich dzieje rój mniej ważnych pism, ksiąg nie natchnionych w nieomylny sposób przez Bożego Ducha. Kościół jednak nie potępił nigdy tych ksiąg niekanonicznych, czyli apokryfów. Były i są one naturalną konsekwencją przyjęcia Bożej prawdy przez ludzi o różnej wrażliwości, kulturze czy języku.

Święty Ignacy z mocą odnowił wyzwanie, jakie Bóg rzucił ludzkiej wyobraźni. Owocem tego są barokowe kościoły, których ołtarze przypominają trochę portale do innego świata, bramy do rzeczywistości innej niż nasza, ale dostępnej dla naszej duchowości. Sporo napisano nawet o tym, iż jezuici źle przysłużyli się sztuce chrześcijańskiej, odzierając ją z sacrum i czyniąc zbyt przypochlebiającą się ludzkim zmysłom i gustom. Wydawało mi się to kiedyś całkiem rozsądne, nie dziwiłem się też, gdy Herbert pisał o „baroku, którego nie znosi”, mając na myśli zwłaszcza kościoły z XVII w., pełne aniołów i obrazów w złotych ramach. Lepiej zrozumiałem sens tej sztuki dopiero, gdy odprawiłem swoje Ćwiczenia Duchowne.

„Ćwiczenia Duchowne” to prawdziwy skarb, odprawiane w milczeniu, pod dobrym kierownictwem bardzo pomagają do duchowego rozwoju. Co jednak, gdy ktoś nie może poświęcić kilku dni na naukę takiej modlitwy wyobraźnią? Otóż Hiszpania zrodziła jeszcze jednego świętego, w trochę bliższych dla nas czasach, który dzięki wyobraźni na nowo odkrył różaniec. Tak pisał św. Josemaria Escriva w „Przyjaciołach Pana Boga”:

Radzę ci, abyś w swojej modlitwie włączał samego siebie do scen Ewangelii jako jeszcze jednego z uczestników wydarzeń. Najpierw wyobraź sobie daną scenę lub tajemnicę, która posłuży ci, aby się skupić i rozważać. Następnie przemyśl jakiś szczególny rys w życiu Nauczyciela. Myśl o Jego miłosiernym Sercu, Jego pokorze, Jego czystości, o tym, jak pełni wolę Ojca. Potem opowiedz Mu, co się z tobą dzieje, o tych problemach, co cię nurtują w tej chwili, jakie masz trudności. Bądź uważny, gdyż może Pan chce ci coś powiedzieć i odczujesz wewnętrzne poruszenie, uświadomisz sobie pewne rzeczy, a może też usłyszysz upomnienie.

Założyciel „Opus Dei” napisał całą książeczkę rozważań tajemnic różańca w myśl tej samej idei, która przyświecała św. Ignacemu – pomóc Bogu odzyskać nas w całości, dając mu przyczółek w wyobraźni. Często ludzie pytają, o co właściwie chodzi z wezwaniem Chrystusa, że musimy stać się jak dzieci, by wejść do Królestwa Niebieskiego? Uważam, że chodzi w tym również o wyzwolenie wyobraźni na modlitwie. Jeszcze raz posłuchajmy św. Josemarii Escrivy, cytat wziąłem ze wstępu do jego rozważań różańcowych:

Chcesz być wielkim… stań się małym. Chodź za mną i – to jest najistotniejsze w tym, co chciałem Ci powiedzieć – będziemy razem towarzyszyć Jezusowi, Maryi i Józefowi. Każdego dnia oddamy im nową posługę. Będziemy podziwiać trzydzieści lat Jego ukrytego życia… Będziemy obecni przy Jego męce i śmierci… Zachwycimy się chwałą Jego Zmartwychwstania. Jednym słowem, porwani Jego Miłością, będziemy rozważać każdą chwilę życia Jezusa Chrystusa. 

Owocem tej praktyki jest wolność wewnętrzna. O ile bowiem poruszam się na modlitwie w świecie swoich myśli i wyobrażeń, to dzięki łasce Boga mogę tam spotkać żywe i świadome osoby – Jezusa, Maryję, aniołów i świętych. Być może kolor szat Maryi, który wyobrażę sobie, kontemplując scenę Zwiastowania nie będzie taki, jakim był w rzeczywistości. Prawdziwa za to będzie Jej obecność i miłość wobec mnie.

Wobec powyższych sugestii da się podnieść mnóstwo zarzutów. Takie „wyobrażanie sobie” może prowadzić na manowce, zły duch może podsunąć niewłaściwe obrazy, można znaleźć w swoim wnętrzu milion uczuć i obrazów, których nie znamy, a czasem może nawet wolimy nie znać. Nie jest to najłatwiejsza propozycja, taka modlitwa. Bóg może znaleźć pewnie tysiąc innych dróg do naszej wyobraźni. Jednak można spróbować, choćby z tego powodu, że mądrzy teolodzy zwracają uwagę, że św. Ignacy nie odkrył w gruncie rzeczy nic nowego. Założyciel jezuitów przypomniał ideę, która promieniuje z całej Ewangelii wg św. Jana – że to właśnie ja mam się znaleźć pośrodku tej sceny, w której Chrystus uzdrawia, rozmnaża chleb czy śpi w bujanej falami łodzi, jako „umiłowany uczeń”.

Każdy ma prawo do przeżycia po swojemu Ewangelii. Wyobraźnia człowieka może stać się nową „Ziemią Świętą” dla Boga, który szuka nas w Jezusie Chrystusie. To on zaprasza nas, ilekroć bierzemy do ręki Biblię czy różaniec, do napisania własnego apokryfu!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz