whos.amung.us

niedziela, 20 grudnia 2015

Bunt w środku adwentu

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Przyszedł na mnie adwentowy bunt. Nie rozwaliłem co prawda wieńca, nie zgasiłem na nim świec, pewnie zacznę pojutrze przygotowywać szopkę, a jeszcze dzień później – wstanę na roraty. Pójdę też spowiadać topniejące z roku na rok kolejki wiernych. Bunt jednak jest, długo noszony. Przypomniał mi go pewien wiersz.

Przypadkowo znalazłem go w księgarni, podczas szukania mikołajowego prezentu. Niby nic wielkiego, sto lat temu Irlandczyk napisał, że chce wstać i pójść, pójść do Innisfree:
Wstanę teraz i pójdę, pójdę do Innisfree.
Zbuduję tam chatę z sitowia, wylepi ją glina i muł.
Dziewięć rządków fasoli, ul, w którym plaster lśni,
Samotne życie wśród brzęczenia pszczół.
Będę tam żył w spokoju, gdyż spokój spływa w nas
Spadając z mgieł porannych aż tu, gdzie świerszcza głos.
Tam żarem drga południe, a północ sieje blask,
A wieczór to skrzydlaty czarny kos.
Wstanę teraz i pójdę, bo słyszę wciąż jak u nóg
Jezioro bije o brzeg przez całe noce i dnie.
Czy stoję na chodniku, czy na przecięciu dróg,
Wciąż słyszę je na samym serca dnie.

Yeats, słynny irlandzki poeta, pisze tu o pewnym rodzaju ciszy. Jest on pełen szumów przyrody i rytmu fal, który nie gaśnie i zapada głęboko w duszę, gdziekolwiek się nie pójdzie, w jaki bądź gwar. Wiersz ten ma angielski oryginał i kilka świetnych tłumaczeń na Polski, trudno rzec, które najlepsze. Przy pierwszej lekturze miałem wrażenie, że w lot pojąłem myśl tego wiersza. Zapragnąłem nagle wyjść z tej przeklętej, światecznie ubranej już w końcówce listopada galerii handlowej i pójść do Innisfree.
Przypomniało mi się seminarium duchowne – te dni, gdy było mi tam źle, gdy to zimne gmaszysko przypominało transatlantyk tonący w odmętach grudnia po bezgłośnej kolizji z mgłą. Myślałem sobie wtedy, że mogę w każdej chwili właśnie to zrobić – wstać i pójść, na przykład na piechotę do Rzymu, jak Stanisław Kostka, albo jak ten właściciel lombardu z zachodniej Polski, co pewnego dnia rzucił pracę i na piechotę dotarł do Santiago de Compostela.
Ojcowie Pustyni mówili, że można uciec na pustynię, z tym, że nie wolno uciekać od ludzi, a zwłaszcza od siebie. Jest to porada z serii rozmów dumnego mistrza z natrętnymi adeptami – „tak, rozważę, czy wziąć Cię na praktykę. Wróć więc za dziesięć lat, obwieszczę ci moją decyzję”. Nie wydaje się, by szło to dokładnie zważyć, by można było osiągnąć tutaj pewność czystości swoich intencji. Łatwiej stwierdzić to pragnienie w sercu, pragnienie pójścia do takiej czy innej chatki pośród głuszy. Ten wiersz Yeatsa można odczytać właśnie jako pokusę ucieczki, dezercji z adwentowej warty. Święta blisko, trzeba czuwać! i to nie na słodkiej wyspie, tylko tu i teraz, bo wbrew pozorom, to właśnie jest Twoje Westerplatte! Tak mówi sumienie, a nawet więcej jeszcze; święta świętami – ale przecież Koniec się zbliża! Gdy powoli kończy się świat, a nadchodzi Sąd – czy ma sens słuchanie oddechu fal i brzęku, z jakim pszczoły zbierają miód?
Im dłużej myślałem, błądząc bo galerii handlowej, tym zgrzyt między tym wierszem a sensem Adwentu wydał mi się głębszy. Adwent to w końcu nie tylko czekanie na Narodzenie Pańskie. To też oczekiwanie na ostateczne owoce tego Narodzenia. Na Królestwo Niebieskie. Skoro czekasz na Królestwo, na Miasto, które da ludziom Bóg, to nie możesz sobie tak po prostu wstać i pójść do Innisfree. Wygląda więc na to, że jest to zwykła pokusa.
W „Mistrzu i Małgorzacie” diabeł, który na tle sowieckiej rzeczywistości jawi się wręcz zbyt poczciwie, ma coś do powiedzenia na ten temat. Powieściowy Jezus prosi Wolanda, czyli diabła właśnie, by „zaopiekował się” tytułowymi bohaterami. Posłaniec z Nieba stwierdza,  że „nie zasłużyli na Światłość. Oni zasłużyli na spokój”. Nazarejczyk negocjuje z Wolandem jakiś przedziwnylimbus, enklawę pomiędzy Niebem, Piekłem a Ziemią, wiekuistą małą chatkę dla dwojga zagubionych ludzi. Niezbyt to, przyznajmy, poprawne teologicznie. Oburzyło to uczonego diakona Kurajewa, który, zapewnie celnie, skomentował ten fragment powieści jako obraz małości ludzi mu współczesnych – co to za pomysł, zamienić Królestwo Niebieskie na chatkę z ogródkiem? Życie wieczne na domek działkowy. To dopiero pycha, hybrisnajgorsza, przybierająca szaty małomiasteczkowej pokory, gdzie mieszczanin w swej wygodzie jest jak gąsiennica w kokonie, co się nie chce przeobrazić. Zgodziłem się z  myślą Kurajewa, lecz zastanawiałem się też, czy przynajmniej w powieściowym świecie możnaby ich z Nieba odwiedzac w tej chatce i napić się herbaty.

Dostojewskiemu nie brak było wiary, a przecież ukuł nieco wcześniej wizję wieczności, w której jest ten sam, jak sądzę, bunt. Pamiętam przejęcie, z jakim przeczytałem bodajże w „zbrodni i karze” opis człowieka, który brnie przez beznadziejnie silną zawieję, jest zmęczony i zmarznięty, a gdy przybywa w końcu do zasypanej śniegiem chaty, wchodzi do środka, zamyka drzwi i w ciemności rzuca się na łóżko, zapada się w czarny sen. Ciekawe, czy niektórzy z nas, przynajmniej czasami, nie mają na myśli czegoś podobnego, modląc się o „wieczny odpoczynek” dla zmarłych?
Nie tylko rosyjscy pisarze czuli ten problem. Ma on swoje miejsce w wierszach Herberta, który ciągle w zasadzie do tego wracał, ilekroć myślał o chrześcijaństwie i Panu Bogu. Jak TAM będzie? Poeta kochał świat, nie chciał innego, nie chciał, by przerobiono go na czystego ducha:
jeśli z nas trudno zrobić anioły
przemień nas w psy niebieskie

kundle o zmierzwionej sierści
Ta pokusa ma być może dwa oblicza, dotyczy tego i tamtego życia, obu stron zarówno. Pójść w miejsce odludne, wtopić się w harmonię świata, w pulsujący brzeg jeziora i w śpiew pszczół. Czekać na wieczność skrojoną na ludzką miarę, taką minimalną. By wreszcie dany nam został wielki i niedostępny za życia dar, który czasem kołysze się nam przed nosem jak marchewka zawieszona przed osiołkiem z bajki, by ochotnie ciągnął wózek. Dynda więc przed nami spokój, który czasem wręcz kanonizujemy, nazywając świętym, a który ze świętości to ma tyle, że stale jest niedostępny. Wszystko to razem, przyznajmy, nie brzmi dobrze, nie po Bożemu. Czy aby na pewno?
Kim jest człowiek, który uprawia fasolę i zbiera miód? Czasem robią audycję o takich ludziach, ostatnich hipisach, których uprawy są ekologiczne, a aspiracje – pomijalne w wielkich rachunkach świata. Chcieć pójść do Innisfree to, być może, chcieć być takim po prostu człowiekiem, rolnikiem na małą skalę. Przypomina się tu Jan Chrzciciel, ze swoją bezbłędnie szczerą odpowiedzią na pytanie, czy jest Chrystusem? „Nie, nie jestem nim”. Czyżby Adwent był też po to, by na wzór Jana, o którym ciągle wspominają czytane w tym okresie w kosciele teksty, zrezygnować z prób bycia kimś, kim się nie jest? Ponoć to ważny moment w życiu księdza, gdy zrozumie, że nie zbawi, nie uratuje wszystkich, a może nawet nikogo. Bo nie jest Chrystusem, chociaż, tak jak Chrzciel z nim współpracuje, a nawet Go zastępuje. Jan był człowiekiem idealnie wyważonym – wiedział, co jest jego, znał swoje granice i zadania. Może po to poszedł na pustynię, może to go ciągnęło? Pragnienie nadania swojemu życiu właściwych wymiarów, by nie być, jak się wyraził Bilbo z Władcy Pierścieni”, „drobiną masła rozsmarowaną na zbyt dużej kromce chleba”.
Czy prawdy o sobie można nauczyć się w Innisfree? Oprócz Jana – Chrzciciela i Pustelnika, przypomniał mi ten wiersz postać bł. Karola de Foucaulda. Ten pustelnik z algierskiej pustyni pewnego dnia wstał i poszedł na poszukiwanie czegoś zupełnie innego od swego żołnierskiego życia. Zrobił na mnie wrażenie zwłaszcza swoją ucieczką bardziej nawet niż późniejszym życiem pustelnika. Gdy uciekł przed rodziną i w ubraniu żebraka kierował się w swoją stronę, jego brat, również żołnierz, szukał go konno, patrolując drogi. W końcu wpadają na siebie. Karol wie, że jeździec na niego patrzy i nie widzi, i nie odzywa się, mijają się i wiecej nie spotykają. Karol jest jak Bóg ze średniowiecznych legend, przemierzający świat w żebraczym łachmanie. Brat nie zdołał mu przeszkodzić. Karol zginie potem po latach modlitwy w obcym kraju, pośród ludzi innej wiary, od zabłąkanej wojennej kuli. Jest jak ziarno, które wypadło na ziemię z Bożej dłoni.
Czy słowa Chrystusa o „domu, w którym jest mieszkań wiele” mówią o wieczności na ludzką miarę? O wieczności, w której dobrze czuje się człowiek prostego życia? Przyzwyczailiśmy się do wizji „dworu niebieskiego”, jak opisywały go pobożne średniowieczne mniszki i wielebni kapłani, trochę na wzór królewskich i doczesnych pałaców. Co do Pana Jezusa, że Jego decyzja jest nieodwołalna i że nie może On przestać być Człowiekiem, również w Wieczności, do której nas zaprasza. Jeśli siądziemy kiedyś przy Jego stole, być może będzie to pierwszy raz, gdy będziemy tak blisko człowieka urodzonego w stajni, na nieciekawym marginesie świata. Chesterton natomiast uspokajał przerażonych wizją odmienności nowego, Bożego świata, twierdząc, że w niebie będziemy się czuć bardziej u siebie, niż we własnym domu.
Im dłużej myślę nad tym tekstem, tym bardziej patrzę na uchwyconego w nim człowieka, a mniej na chatę, kołysaną oddechem jeziora jak położone na brzuchu dorosłego niemowlę. Ten człowiek podejmuje decyzję, która właśnie w nim dojrzała:
Wstanę teraz i pójdę, pójdę do Innisfree.

Nie wydaje się, by był to bunt przeciw Bogu. Jeśli kiedykolwiek usłyszymy Jego głos, na pewno zabrzmi nam w samej głębi serca. Może warto choć czasem zapewnić sobie warunki do wysłuchania tego głosu, warunki lepsze niż handlowa galeria.
Warto o tym pamiętać w codzienności, wśród pracy, mnogości zajęć, planów i obietnic. Zmęczenie, pragnienie odnowy i zmiany, tęsknota za pokojem serca i harmonią życia – one wszystkie mają korzenie w nas. Adwent to czas czekania na święta, czekania na Koniec, który ma być tak niepojętym początkiem.
Ale jest i ten Adwent, w którym człowiek czeka, jakimi decyzjami obrodzą jego głębokie pragnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz