whos.amung.us

piątek, 4 grudnia 2015

Błogosławione ciało i wytańczony chorał

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Adwent to czas Maryi, czas roratnich lampionów w ciemnym kościele, czas tańca… zaraz! Tańca? 

Nie mam zamiaru, co muszę wytłumaczyć już na początku, ogłaszać wszem i wobec, jak to mocno i zasadniczo Adwent różni się od Wielkiego Postu jako czas „radosnego oczekiwania na przyjście Pana Jezusa”. Mam dreszcze, gdy słyszę to zdanie, gdyż w seminarium dość prosto, acz radykalnie myślący liturgista dosłownie pokrzykiwał nam na wykładach, jak to Kościół przez wieki oczekiwał od ludzi wyciszenia i umartwienia w Adwencie, różnych postanowień, podczas, gdy wcale nie o to w nim chodzi! Mówiąc oględnie, ksiądz ten spłycał bardzo sprawę umartwień i postanowień Adwentowych. Mieścił się w ramach tego naiwnego poglądu, który każe mówić – „wszystko, co było dawniej (przed ostatnim soborem) było złe/niedoskonałe. Wszystko, co jest teraz jest dobre/coraz lepsze”. Ale właśnie „adwentowy taniec” to brzmi właśnie jak jakiś straszny, nowoczesny wynalazek! Z serii tych, które sprawiają, że nie wiemy, co ze sobą zrobić, gdy zobaczymy je w kościele, a wśród których znajdziemy np. księdza przebranego za smoka na kazanie dla dzieci. Jednak nie musi być tak, że taniec gryzie się z pobożnością. Jest na ten temat śliczna legenda, tak opisana przez Michela Zinka:

Był sobie raz kuglarz. Wciąż na drogach, od miasta do miasta, od zamku do zamku. Czasami go przyjmowano. Popisywał się swoimi talentami i zarabiał parę miedziaków. Częściej go przepędzano. Szedł dalej drogą, w deszczu albo w słońcu. (…) Pamiętał, że usłyszał kiedyś wymowne kazanie. Kaznodzieja mówił o drodze życia i powiedział, że wędrowiec, jakim jest człowiek, nie powinien uważać drogi za swoją ojczyznę ani oberży za swój dom. Jemu, biednemu kuglarzowi, zawsze w drodze, ten błąd wcale nie groził. Zbyt dobrze wiedział, że nie ma ani ojczyzny, ani domu. Wiedział też jednak, że nie znalazłby z tego powodu łaski w oczach tego kaznodziei. Kuglarze uchodzili za diabli pomiot, który nakłania do rozpusty i występku, natrząsa się ze wszystkiego i ze wszystkich, (…).

Krótko mówiąc, kuglarz był z owych peryferiów, o których lubi mówić papież Franciszek, a gdzie my mamy wychodzić z Ewangelią. Jak często bywa, to jednak peryferie przyszły do chrześcijan, nie na odwrót. Jak to mi jeden dobry katolik powiedział przy pierwszym spotkaniu, przejęty troską o Kościół: „my wiemy, kto to teraz i z jakich rodzin idzie do seminariów”! Kuglarz zapragnął dojść do domu Pana Jezusa i Jego czułej Matki, zapukał więc do opactwa, zaryzykował i proszę – udało się.

Przyjęto go niezbyt chętnie. Kuglarz! Czy jego nawrócenie naprawdę jest szczere? Czy nie szuka sobie zacisznej przystani na starość? W końcu go jednak przyjęto. Przydzielono mu najbardziej pokorne obowiązki: szorowanie garów i mycie talerzy w kuchniach, wyrywanie chwastów w ogrodzie, zamiatanie refektarza. Wywiązywał się z tego gorliwie i radośnie.

Ponieważ to średniowieczna, pogodna opowieść, a nie mroczna współczesna księga, czeka nas nie walka klas ani psychologia tłumu, ani studium nerwic religijnych w opactwie. W sam raz na zimny czas Adwentu, czeka nas cud, w dodatku cud maryjny.

Pewnego dnia był sam w kościele, i w lodowaty poranek szorował na mokro kamienne płyty. Ciągnąc za sobą kadź i ścierkę do podłogi, doszedł przed figurę Najświętszej Panienki i zatrzymał się na krótką modlitwę. Chciał ofiarować Najświętszej Panience… ofiarować co? Cóż takiego miał do ofiarowania? (…) On, który zachował ze swojej przeszłości hańbiące piętno kuglarza. Jego spojrzenie zatrzymało się na Dzieciątku, które Panienka, nieco wygięta, trzymała na biodrze i do którego się uśmiechała. Dobrze pamiętał, że dzieci lubiły patrzeć, jak wykonywał swoje sztuczki. Może Bożemu Dzieciątku też by się to spodobało? Odsunął kadź, zakasał habit i zabrał się za dawne gesty. Trzeba przyznać, że wrócił do nich z przyjemnością.

Opowieść nabiera tu dramatyzmu, bo jak można się domyśleć, opactwo to dom o wielu oczach…

Jakiś mnich wszedł bezszelestnie. Ukryty za filarem, ujrzał, jak dawny kuglarz wykonuje swoje piruety na środku kościoła, dwa kroki od ołtarza. Zgorszyło go takie świętokradztwo. Pobiegł po opata, by go mieć za świadka.Ukryci w ciemnym kącie, przyglądali się widowisku. Zgorszony mnich ciągnął opata za rękaw i prosił szeptem, by położył temu kres.

My, którzy teraz patrzymy zarówno na kuglarza, jak i na zgorszonych mnichów, musimy uważać, by nie patrzeć na nich, jak oni patrzą na kuglarza. Bez surowości trzeba stwierdzić, że, według opowieści Zinka, opat przypomniał sobie nawet ustępy ze św. Bernarda o byciu „akrobatą Boga”. Mimo to, chciał świeżo przyjętego braciszka ukarać.

W tejże chwili braciszek, wyczerpany, zatrzymał się. Usiadł na kamiennych płytach z zamkniętymi oczami. Dygotał ze zmęczenia, twarz mu lśniła potem. A wtedy kamienna Panienka schyliła się, zsunęła z głowy welon, gładki i mięciutki jak najcieńsze płótno, i po matczynemu otarła nim twarz kuglarza. 

Jest w tym coś pocieszającego o mnichach, którzy powtarzali takie opowieści. Dopuszczali myśl, zbawienną, warto dodać, iż na Boskiej wadze cały klasztor z tysiącem przepisywanych ksiąg, z pięknymi śpiewami i wysoką kontemplacją może ważyć mniej niż skakanie dla radości Bożego Dzieciątka. Stąd i Adwent może być wytańczony, tak, jak widać to na filmie poniżej. Łącząc się ze śpiewem „Beata viscera Mariae Virginis…”, tekstu z brewiarza na czas Narodzenia Pańskiego, chwalącego wnętrzności Maryi, które wydały z siebie Syna Bożego, a także Jej piersi, które Go karmiły dla naszego zbawienia. Krótko mówiąc, chorał ten błogosławi ciało Maryi. Ponoć to wykonanie estońskiego zespołu „Vox clamantis” jest wyjątkowo dobre, bardzo czyste i niezmanierowane (opinia znajomego znawcy), a taniec… Z przymrużeniem oka powiem, że być może dałby do myślenia temu niemieckiemu filozofowi o nihilistycznym nazwisku, który miał kiedyś powiedzieć, że nie uwierzy w Boga, jeśli Ten nie potrafi tańczyć.
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz