whos.amung.us

środa, 30 grudnia 2015

Każdy ma prawo do swojego apokryfu

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Obecnie, gdy w kościołach stoją szopki, a galerie handlowe wydają fortunę na świąteczne iluminacje, mamy najlepszy chyba czas w roku, by połączyć dwie odległe sprawy. Myślę o modlitwie i wyobraźni. Połączenie to może wydawać się zaskakujące, nietypowe, a nawet – niebezpieczne, coś na kształt dziecięcego pytania na katechezie, czy Dziecię Jezus miało kozy w nosie, albo co się stało z osiołkiem, na którym Święta Rodzina uciekła do Egiptu? Zgoda, połączenie modlitwy i wyobraźni może wydawać się nietypowe, najbardziej jednak zaskakuje to, jak bardzo jest ono udane.

Aby przypomnieć sobie Boży zamiar wobec naszego wewnętrznego świata wrażeń, wspomnień i myśli, warto zacząć od początku i sięgnąć do Pisma. W Pierwszym Liście do Tymoteusza czytamy, iż Pan Bóg „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”, Dlatego właśnie ma miejsce Wcielenie – Bóg staje się dla nas człowiekiem, byśmy mogli dostąpić zjednoczenia z Nim, Źródłem życia i miłości. Jeden z Trójcy, Jezus Chrystus jest pełnym Człowiekiem, ma ciało i duszę, całe nasze ludzkie dziedzictwo i bogactwo z wyjątkiem grzechu, czyli tego, co wykombinowaliśmy wbrew Jemu, przy udziale diabła. Bóg nie tylko chce zbawienia wszystkich ludzi, ale także chce w całości zbawić każdego człowieka. Co to znaczy? Czy można się zbawić „trochę” lub „w części”? W pewnym sensie tak. O tym mówi na przykład nauka o Czyśćcu. Ostatecznie jednak celem jest zbawienie całego człowieka.

Świętym, który przejął się do głębi serca zamiarami Pana Boga wobec świata jest św. Ignacy z Loyoli. To jemu, mówiąc w skrócie, zawdzięczamy nasze swojskie barokowe kościoły, papieża Franciszka, a przede wszystkim – „Ćwiczenia Duchowne”. Ta ostatnia sprawa jest niebywale ambitna. Ignacy uważał, że możliwe są rekolekcje, dzięki którym człowiek przeżyje z mocą spotkanie z Panem Jezusem, odda mu cześć, a co więcej – odkryje w Nim swoje powołanie i je wybierze. Jednym ze składników „Ćwiczeń” jest kontemplacja ewangeliczna. Jej istotą jest właśnie modlitwa wyobraźni. Dla przykładu, tak Ignacy zaprasza odprawiających jego rekolekcje do modlitwy sceną Narodzenia:

Wprowadzenie 1. Historia. Tutaj [przypomnieć sobie], jak wyruszyli z Nazaretu: Pani nasza, w dziewiątym miesiącu ciąży, jak można pobożnie rozmyślać, siedząc na oślicy, i Józef, i służąca, prowadząc z sobą wołu, aby udać się do Betlejem i uiścić tam opłatę, którą cesarz nałożył na wszystkie tamte krainy.

Wprowadzenie 2. Ustalenie miejsca jakby się je widziało. Tutaj to będzie tak: Oczami wyobraźni widzieć drogę z Nazaretu do Betlejem, przypatrując się jej, jak jest długa, jak szeroka, czy idzie ta droga po równinie, czy przez doliny i wzgórza. Patrzeć także na miejsce czyli na grotę narodzenia, czy jest obszerna czy szczupła, czy niska, czy wysoka, i jak jest urządzona.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy sam odprawiałem „Ćwiczenia” i przeczytałem wprowadzenia Ignacego, to był zakaz. „Tak nie wolno!” Jeśli nie wiemy, jak było naprawdę, wymyślanie szczegółów sceny może wydawać się wykrzywieniem całej sprawy, może oddalać od prawdy. Zresztą, chodzi o istotę sceny, a nie szczegóły, prawda? Cóż, skoro Ignacy idzie daleko dalej, każe dosłownie popuścić wodze wyobraźni, w dodatku na niezmiernie pobożnym terenie:

Widzieć osoby, a mianowicie Panią naszą, i Józefa, i służącą, i Dzieciątko Jezus po jego narodzeniu. Ja zaś sam stanę się służką ubożuchnym i niegodnym, patrząc na nich, kontemplując ich i służąc im w ich potrzebach tak, jakbym tam znalazł się obecny, z całym, jakie tylko jest możliwe, uszanowaniem i ze czcią A potem wejść w siebie samego, aby jakiś pożytek [duchowny] wyciągnąć.

W praktyce wygląda to rozmaicie, w zależności od człowieka, odprawiającego „Ćwiczenia”. Generalnie są ludzie, którzy wynoszą z takiego sposobu modlitwy bardzo wiele, z tym, że są to sprawy bardzo intymne. Pewien człowiek podzielił się ze mną kiedyś, w jaki sposób przekonał się do tej formy modlitwy. Kontemplując życie ukryte Świętej Rodziny w Nazarecie, przypatrywał się Dzieciątku. W pewnej chwili Dzieciątko zaczęło przypatrywać się jemu; wyciągnęło rączkę w jego kierunku i zapytało Mamę „kto to?” Maryja odpowiedziała ujmującym „przyjaciel”. Kiedy indziej dziwiłem się, słuchając relacji człowieka, który wędrując ze Świętą Rodziną do Betlejem, zatrzymał się przy ognisku z jakąś karawaną. Ludzie pokazywali palcami na niebo i mówili o gwieździe, że to kamień z procy Dawida (jakby był taki gwiazdozbiór), który leci ku głowie Goliata (inna konstelacja), no i że to zapowiedź Mesjasza. Takie obrazki z kontemplacji, trochę podobne do wizji średniowiecznych mistyczek, choćby Mechtyldy czy Hildegardy. Cóż, łaska Boża może działać na wyobraźnię. Co więcej – powinniśmy jej na to pozwolić!

Z kontemplacją ewangeliczną kojarzą mi się też pisma, których Kościół nie uznał za niosące nieomylne przesłanie od Boga. Wiemy, że Duch Święty natchnął ludzi, którzy spisali święte Księgi, które dziś stoją na naszych półkach jako „Biblia”. Jednak Księgom tym, czy to Starego, czy Nowego Testamentu towarzyszył przez ich dzieje rój mniej ważnych pism, ksiąg nie natchnionych w nieomylny sposób przez Bożego Ducha. Kościół jednak nie potępił nigdy tych ksiąg niekanonicznych, czyli apokryfów. Były i są one naturalną konsekwencją przyjęcia Bożej prawdy przez ludzi o różnej wrażliwości, kulturze czy języku.

Święty Ignacy z mocą odnowił wyzwanie, jakie Bóg rzucił ludzkiej wyobraźni. Owocem tego są barokowe kościoły, których ołtarze przypominają trochę portale do innego świata, bramy do rzeczywistości innej niż nasza, ale dostępnej dla naszej duchowości. Sporo napisano nawet o tym, iż jezuici źle przysłużyli się sztuce chrześcijańskiej, odzierając ją z sacrum i czyniąc zbyt przypochlebiającą się ludzkim zmysłom i gustom. Wydawało mi się to kiedyś całkiem rozsądne, nie dziwiłem się też, gdy Herbert pisał o „baroku, którego nie znosi”, mając na myśli zwłaszcza kościoły z XVII w., pełne aniołów i obrazów w złotych ramach. Lepiej zrozumiałem sens tej sztuki dopiero, gdy odprawiłem swoje Ćwiczenia Duchowne.

„Ćwiczenia Duchowne” to prawdziwy skarb, odprawiane w milczeniu, pod dobrym kierownictwem bardzo pomagają do duchowego rozwoju. Co jednak, gdy ktoś nie może poświęcić kilku dni na naukę takiej modlitwy wyobraźnią? Otóż Hiszpania zrodziła jeszcze jednego świętego, w trochę bliższych dla nas czasach, który dzięki wyobraźni na nowo odkrył różaniec. Tak pisał św. Josemaria Escriva w „Przyjaciołach Pana Boga”:

Radzę ci, abyś w swojej modlitwie włączał samego siebie do scen Ewangelii jako jeszcze jednego z uczestników wydarzeń. Najpierw wyobraź sobie daną scenę lub tajemnicę, która posłuży ci, aby się skupić i rozważać. Następnie przemyśl jakiś szczególny rys w życiu Nauczyciela. Myśl o Jego miłosiernym Sercu, Jego pokorze, Jego czystości, o tym, jak pełni wolę Ojca. Potem opowiedz Mu, co się z tobą dzieje, o tych problemach, co cię nurtują w tej chwili, jakie masz trudności. Bądź uważny, gdyż może Pan chce ci coś powiedzieć i odczujesz wewnętrzne poruszenie, uświadomisz sobie pewne rzeczy, a może też usłyszysz upomnienie.

Założyciel „Opus Dei” napisał całą książeczkę rozważań tajemnic różańca w myśl tej samej idei, która przyświecała św. Ignacemu – pomóc Bogu odzyskać nas w całości, dając mu przyczółek w wyobraźni. Często ludzie pytają, o co właściwie chodzi z wezwaniem Chrystusa, że musimy stać się jak dzieci, by wejść do Królestwa Niebieskiego? Uważam, że chodzi w tym również o wyzwolenie wyobraźni na modlitwie. Jeszcze raz posłuchajmy św. Josemarii Escrivy, cytat wziąłem ze wstępu do jego rozważań różańcowych:

Chcesz być wielkim… stań się małym. Chodź za mną i – to jest najistotniejsze w tym, co chciałem Ci powiedzieć – będziemy razem towarzyszyć Jezusowi, Maryi i Józefowi. Każdego dnia oddamy im nową posługę. Będziemy podziwiać trzydzieści lat Jego ukrytego życia… Będziemy obecni przy Jego męce i śmierci… Zachwycimy się chwałą Jego Zmartwychwstania. Jednym słowem, porwani Jego Miłością, będziemy rozważać każdą chwilę życia Jezusa Chrystusa. 

Owocem tej praktyki jest wolność wewnętrzna. O ile bowiem poruszam się na modlitwie w świecie swoich myśli i wyobrażeń, to dzięki łasce Boga mogę tam spotkać żywe i świadome osoby – Jezusa, Maryję, aniołów i świętych. Być może kolor szat Maryi, który wyobrażę sobie, kontemplując scenę Zwiastowania nie będzie taki, jakim był w rzeczywistości. Prawdziwa za to będzie Jej obecność i miłość wobec mnie.

Wobec powyższych sugestii da się podnieść mnóstwo zarzutów. Takie „wyobrażanie sobie” może prowadzić na manowce, zły duch może podsunąć niewłaściwe obrazy, można znaleźć w swoim wnętrzu milion uczuć i obrazów, których nie znamy, a czasem może nawet wolimy nie znać. Nie jest to najłatwiejsza propozycja, taka modlitwa. Bóg może znaleźć pewnie tysiąc innych dróg do naszej wyobraźni. Jednak można spróbować, choćby z tego powodu, że mądrzy teolodzy zwracają uwagę, że św. Ignacy nie odkrył w gruncie rzeczy nic nowego. Założyciel jezuitów przypomniał ideę, która promieniuje z całej Ewangelii wg św. Jana – że to właśnie ja mam się znaleźć pośrodku tej sceny, w której Chrystus uzdrawia, rozmnaża chleb czy śpi w bujanej falami łodzi, jako „umiłowany uczeń”.

Każdy ma prawo do przeżycia po swojemu Ewangelii. Wyobraźnia człowieka może stać się nową „Ziemią Świętą” dla Boga, który szuka nas w Jezusie Chrystusie. To on zaprasza nas, ilekroć bierzemy do ręki Biblię czy różaniec, do napisania własnego apokryfu!

 

niedziela, 27 grudnia 2015

Je suis fasciste de Katowice

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Na okładce świątecznego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic widzimy duży, kolorowy, bardzo realistycznie zrobiony rysunek, przedstawiający front katowickiego dworca PKP, na którym rozwieszony jest transparent z napisem „Polska dla Polaków”, a przed nim tłum, jak się można domyślić, tak zwanych „prawdziwych Polaków”, z których jeden wznosi prawą rękę w faszystowskim geście pozdrowienia, a inni zwyczajnie drą mordy. To jest tło. Na bliższym planie przedstawiony został fragment kamienicy z napisem „Juden raus”, ze znanymi nam wszystkim z filmu o Hansie Klossie błyskawicami SS, oraz z rysunkiem szubienicy, na której powieszona jest gwiazda Dawida. Całkiem z przodu natomiast widzimy idących być może na pociąg Maryję z Józefem i z Jezusem w znanej nam ze świętych obrazków ewangelicznej sytuacji. Jeszcze tylko napis "Wesołych Świąt" i to wszystko.

Mieszkam w Katowicach od ponad już 60 lat i nigdy – powtarzam, nigdy – nie widziałem, by na jakimkolwiek murze pojawił się nie tylko napis „Juden Raus”, ale w ogóle coś w tego typu poetyce. Nigdy w życiu nie widziałem tu na katowickich murach rysunków szubienicy z gwiazdą Dawida, by nie wspomnieć o symbolu SS. Oczywiście słyszałem, że tego typu antysemickie demonstracje można znaleźć w Warszawie, Łodzi, w Poznaniu, czy nawet w niektórych bardziej prowincjonalnych ośrodkach, natomiast gdy chodzi o Katowice – to zdecydowanie nie jest to miejsce na tego typu demonstracje. Powiem więcej, ja biorę pod uwagę – choć przyznam, że wątpię – że coś tego rodzaju może się pojawić w którejś z gorszych dzielnic Rudy Śląskiej, czy Świętochłowic, a może nawet Bytomia, ale tu w samym środku Katowic – mowy nie ma. Nigdy.

Mieszkam tuż obok wspomnianego na okładce świątecznego wydania „Gazety Wyborczej” dworca i wydaje mi się, że dość dobrze znam swoich dalszych i bliższych sąsiadów, jeśli mowa o tego rodzaju emocjach. Otóż to są w przeważającej części ludzie, którzy prędzej umrą, niż zdradzą ideały głoszone przez tak zwany polityczny mainstream. Znam swoich sąsiadów i wiem, że tak jak w czasach PRL-u poważna większość z nich rok w rok potulnie brała udział w pochodach pierwszomajowych, a podczas wyborów karnie głosowała na listy Frontu Jedności Narodu, a również w najnowszych czasach III RP deklarowała się wyborczo dokładnie tak, jak im kazała telewizja i mainstreamowe media. Wiem, że nawet podczas obu tegorocznych wyborów, w trzech znajdujących się w okolicy lokalach wyborczych bezdyskusyjne i przytłaczające zwycięstwo odniosła Platforma Obywatelska i Bronisław Komorowski. Moi sąsiedzi, ci, którzy dzień w dzień przechodzą z jednej na drugą stronę katowickiego dworca, żeby wejść do pięknej galerii i z niej następnie wyjść, to ludzie, dla których to, co przedstawiła na swojej świątecznej okładce katowicka „Gazeta Wyborcza” to egzotyka wręcz kosmiczna. To ludzie, przy których mieszkańcy warszawskiego Miasteczka Wilanów mogliby się poczuć prawdziwymi faszystami.

A jednak, powiem szczerze, że nie dziwi mnie, że dla wielu z nich okładka świątecznego wydania „Gazety Wyborczej”, pokazująca ich jako faszystowską dzicz jest czymś fantastycznie celnym i autentycznie poruszającym. Z reakcji, jakie znajduję w Sieci, znaczna część osób zamieszkująca okolice katowickiego dworca PKP uważa, że „Gazeta Wyborcza” naprawdę bardzo wiernie przedstawiła stan ich umysłów. Czytam te komentarze i z autentycznym przerażeniem – choć paradoksalnie, bez większego zaskoczenia – zauważam, że oni się na tej okładce, w jakiś kompletnie dla normalnego umysłu tajemniczy sposób, rozpoznali. Kupili jak co tydzień swoją gazetę, natychmiast zaczęli przeglądać jej lokalne wydanie, ujrzeli tę okładkę i zakrzyknęli: „O tak! Tacy jesteśmy! Fantastycznie!”

Jak wiele na to wskazuje, Prawo i Sprawiedliwość przez wiele najbliższych lat władzy nie odda. Wiele też wskazuje na to, że w najbliższym czasie, zgodnie z zapowiedzią samego red. Pacewicza, upadnie też projekt pod nazwą „Gazeta Wyborcza”. Może się jednak zdarzyć, że ze względu na pewne międzynarodowe układy, finansowanie tego strasznego tytułu zostanie przeniesione na zewnątrz i przez jeszcze jakiś czas będziemy musieli ich tu znosić. Jeśli się tak stanie, ja się spodziewam, że przy okazji przyszłorocznych Świąt Bożego Narodzenia katowicka „Gazeta Wyborcza” zamieści rysunek, na którym będziemy widzieć, jak z katowickiego dworca wyjeżdżają transporty wywożące do pobliskiego Oświęcimia tysiące Żydów, a w okolicznych ulicach mieszkańcy mojego miasta wieszają na latarniach tych, których wcześniej nie zdążyli rozjechać swoimi wypasionymi mazdami i toyotami. I jestem pewien, że wielu z nich, mieszkańców centrum Katowic poczuje wówczas autentyczną satysfakcję. W końcu porządek i posłuszeństwo powinny stać zawsze na pierwszym miejscu.



środa, 23 grudnia 2015

KOD czyli skaczcie do góry jak kangury!

Autor: Integrator

Redaktor Skwieciński w ostatnim numerze tygodnika wSieci (a może w przedostatnim, kto by to pamiętał) apeluje do nowego rządu by ten opamiętał się i zawrócił z drogi zmian, którą uparcie podąża. Cóż się takiego stało, z pewnością każdy spyta, że ów prawicowy dziennikarzem aż tak bardzo struchlał? Czyżby pisowska swołocz, jak nam to zapowiadano, zaczęła polować na wyborców Platformy i rozprawiać się z nimi bez pardonu? A może Unia Europejska wyrwała nas ze swych trzewi nie mogąc strawić tego co się nad Wisłą wyprawia? A może nie jesteśmy już w strykturach NATO gdy tymczasem rosyjskie tanki za lasem? Nic z tych rzeczy. Poszło o marsz Komitetu Obrony Demokracji. Redaktor zobaczył kilkutysięczna rzeszę ludzi na czele z odsuniętym od władzy mainstreamem i zamarł z przerażenia. Śpieszę z wyrazami otuchy panie Skwieciński, będzie dobrze.

Skąd jak to wiem? Parę lat temu gdy na Krakowskim Przedmieściu stał drewniany krzyż, poszedłem tam by na miejscu zobaczyć jak się sprawy mają. Poszedłem z ciekawości, mówię to całkiem szczerze, i z założenia że tylko na chwilę a zostałem do drugiej nad ranem. Nie można było inaczej. Gdy zobaczyłem kobiety w wieku mojej mamy pogrążone w modlitwie a wokół krążące ludzkie demony, i bezczynnie przyglądających się ich poczynaniom funkcjonariuszy policjanci wiedziałem, że muszę zostać. Stałem więc w tym małym kole wokół krzyża modląc się na głos różańcem podczas gdy w koło rozgrywało się piekło. Będący pod wpływem alkoholu młodzi ludzie darli gardła próbując choć na chwilę zagłuszyć modlitwę. Na próżno. Przyniesiono więc boomboxa i zbliżając go do głów modlących się na chwilę zdobywano przewagę w eterze lecz gdy ręka opadała pod ciężarem głośnika różaniec znów docierał do przechodniów. Funkcjonariuszom, najwyraźniej odpowiednio poinstruowanym, zakłócanie ciszy nocnej nie przeszkadzało. Nie widzieli potrzeby by reagować, gdy jakiś menel zwabiony przez młodych darmową wódką, wypiąwszy się na nas zsunął spodnie obnażając się przez to publicznie. Niezmącony pokój ducha panowie policjanci zachowali nawet wtedy gdy jakby spod ziemi bo tak nagle pojawiała się po krzyżem banda motocyklistów, która paleniem gumy i rykiem silników przez chwilę odebrała nam głos. Kto by pomyślał, że w to miejsce wyłączone z ruchu można bezkarnie wjechać jakimkolwiek pojazdem, nieprawdaż Warszawiacy?

Około drugiej pożegnałem się z modlącymi ale poza mną nikt więcej nie odszedł. Ludzie po pięćdziesiątkę i w górę stali tam gotowi trzymać straż bez względu na porę dnia i niepogodę. Trwali mimo deszczu, mimo upału, mimo zmęczenia. Młodzież której dano wolną rękę by zabawić się kosztem tych starszych ludzi jednakoż z tymi trudami zmagać się nie zamierzała. Gdy sobie poharcowali, gdy skończyły się pieniądze na alkohol a jego poziom we krwi niebezpiecznie opadł, jeden za drugim udali się do ciepłych pieleszy odsypiać do południa przednią zabawę.

Moi Państwo. KOD to nie obrońcy krzyża ani słuchacze Radia Maryja, którzy w imię tego w co wierzą gotowi są poświęcić wiele. Ludzie człapiący w tym marszu to masa nijak ze sobą związanych jednostek, które jak można zobaczyć w sieci nie potrafią nawet wspólnie odśpiewać hymnu narodowego czy najprostszej kolędy. Aby ci ludzie mogli stanowić jakakolwiek siłę muszą najpierw znaleźć wspólną wartość która ich połączy i musi to być coś więcej niż tylko garści wyświechtanych słów jak wolność czy demokracja. Zbyt wcześniej więc odtrąbiono tryumf bo od pierwszego marszu do poziomu świadomości o którym piszę droga jeszcze daleka. Skądinąd sama liczebność tych marszów jest tego faktu potwierdzeniem. Że co proszę, że w Warszawie było ich ponad dziesięć tysięcy? Zapraszam tedy na pierwszą z brzegu "dziesiętnicę" albo najbliższy zjazd członków klubów Gazety Polskiej albo lepiej jeszcze kół przyjaciół Radia Maryja. Tam zobaczycie dziesiątki i setki tysięcy. To jest faktyczna siła.

Póki co KOD można traktować jak zbiorowy spacer albo lepiej jeszcze uliczną zabawę. Zabawę w której rozniecaniu interes mają jedynie ci których naród niedawno brutalnie oderwał od przysłowiowego cyca. I nie oszukujmy się, to nie jest grupa z której wyrosną nowi liderzy. To są tylko owce które mają iść a gdzie pójdą o tym zadecydują już znani nam od lat naganiacze. Dlaczego ja tak brzydko o nich piszę? Odpowiem pytaniem na pytanie. Gdzie byli ci dziś tak wdzięcznie maszerujący gdy Platforma deptała demokrację zmieniając tuż przed wyborami ustawę o Trybunale? Gdzie byli ci wszyscy tak bardzo dziś oburzeni prawnicy? Na jakim zgromadzeniu w geście protestu Marek Kondrat odczytywał treść Konstytucji gdy do mieszkania młodego chłopaka prowadzącego stronę "antykomor" wpadło nad ranem aż ośmiu funkcjonariuszy? Gdzie był Materna i Zborowski wreszcie gdy lidera kibiców miesiącami przetrzymywano w areszcie bez postawionych zarzutów? Taka to wasza wolność i demokracja?!

KOD to podpucha. To inscenizacja na którą przyszło więcej gapiów niż ludzi rozumiejących w czym biorą udział. Nic z tego nie będzie a marzenia o ruchu zbiorowym można Moi Mili wsadzić pomiędzy bajki. Będzie jeszcze jeden marsz, potem jeszcze jeden a potem ogłoszą nam że opór przyjmie inną formę walki. Taką najlepiej żeby nie trzeba było ruszać się sprzed ekranu nowej plazmy albo czaderskiej konsoli do gier i narażać się na skwar słońca czy powikłania pogrypowe. Tak właśnie to się skończy, zobaczycie. No chyba że uda się im część z nas nabrać na tą sztuczkę i przestraszyć. Jak to już im się udało z redaktorem Skwiecińskim, który ten strach rozsiewa dalej budząc zwątpienie w zwartych szeregach tysięcy Polaków zahartowanych w wieloletnich marszach tak w słońcu jak i niepogodzie. Twórcy KODu osiągną swoje tylko wtedy gdy do naszych serc wedrze się zwątpienie i oni dobrze o tym wiedzą. Do grupy przestraszonych dołączyła także posłanka Lichocka z apelem by otworzyć się na dialog z maszerującymi. Cóż za brak wyrobienia? Himalaje naiwności! O czym, droga pani, miałby PiS rozmawiać z tym bezwiednie prowadzonym tłumem? Na czele którego stoją przecież ludzie z których większość żałuje, że prezes nie wsiadł do samolotu. Cóż za naiwność, powtarzam i jeszcze raz pytam, o czym PiS miałby rozmawiać z ludźmi którzy na marsz biorą dzieci z zabawkową strzelbą i obrazkiem kaczki? O czym pani Lichocka, no o czym?

KOD maszeruje i niechże. Co by nie było to jest w końcu zlot Lemingów a jak dobrze wiemy, marsz to powód dla którego Leming żyje. Marsz zorganizowany i składny. Co z tego, że bezmyślny? Ważne, że się idzie, no i że towarzyszą najlepsi. Oto jeden z nich. Gdybym nie fakt, że to prawnik no i były wicepremier dałbym głowę, że przyszedł "pod wpływem". No ale to jest jak wiemy członek szanującej się palestry więc nic z tych rzeczy. Najwyraźniej udało się ująć pana Giertycha, bo o nim tu mowa, w stanie absolutnej histerii i to takiej na pograniczu opętania a może i utraty zmysłów. I to jest niestety jak narazie jedyna rzecz, która łączy tych którzy dają twarz temu przedsięwzięciu a na tym daleko ujechać się nie da. No ale to już nie nasze zmartwienie. My tylko możemy patrzeć ze stoickim spokojem jak oni się co raz bardziej pogrążają. Z niekrytym wstydem przyznam, że odnajduję w tej postawie trochę sadystycznej przyjemności ale czyż nie ciśnie się na usta grymas politowania gdy wicepremier i znany prawnik odstawia publicznie coś podobnego? Swoją drogą ciekawe, że twórca klipu nadał mu nazwę "tresura oporników".


P.S. Kukiz wyraził swoje zdanie o KOD dedykując im swoją piosenkę. W odpowiedzi, jak donoszą media, organizatorzy marszu chcą go pozwać do sądu. Nie trzeba nam już chyba lepszego przykładu by zrozumieć gdzie oni mają tą demokrację i wolność o której tyle mówią a która jak się dotąd wydawało dawała nam wszystkim prawo do wolności wypowiedzi i własnych przekonań. To ja od razu postawiony do pionu i wpisując się w tą ich nową definicję wolności i demokracji od razu zastrzegam, że ja powyższego klipu nikomu nie dedykuję. Ja Wysoki Sądzie tylko wklejam, ja tylko wklejam...

wtorek, 22 grudnia 2015

By ta woda im w paszczach zamarzła

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Gdy Andrzej Duda już w sposób dla każdego w miarę przytomnego człowieka szedł do zwycięstwa i coraz więcej ludzi w Kraju nabierało pewności, że mamy do czynienia z postacią historycznie wybitną, pomyślałem sobie, że kiedy on już zostanie tym prezydentem i zacznie realizować swoje zwykłe zadania, nie będzie takiej siły, która byłaby w stanie pozbawić go naturalnej zupełnie popularności. Uważałem, że prezydent Andrzej Duda nie będzie się musiał szczególnie wysilać, by Polacy widząc go jak jest – po prostu jest – prezydentem, go pokochali. Byłem szczerze przekonany, że on będzie coś tam podpisywał, z kimś się spotykał, wygłaszał jakieś oświadczenia, wylatywał do Paryża, Berlina, czy Nowego Jorku, a następnie szczęśliwie stamtąd wracał, my będziemy to oglądali w telewizji – niechby nawet i ze złośliwym komentarzem – a obraz będzie mówił sam za siebie.

Tak sobie myślałem, spokojnie czekając na to co musi nadejść, gdy oto nagle okazało się, że nie przewidziałem czegoś, co było tak naprawdę nie do przewidzenia, a okazało się tak fatalnie proste. Oto nasze niezastąpione media wpadły na pomysł, by, skoro tak się rzeczy mają, zachowywać się jakby prezydent Duda po swoim niezwykłym zwycięstwie popadł w letarg i tym sposobem zwolnił je z jakichkolwiek obowiązków. Pamiętamy wizytę – wizytę szczególną, bo pierwszą zagraniczną – belgijskiej pary królewskiej, gdzie od początku do końca szyk, z jakim oni byli tu przyjmowani, ale też z jakim prezentowała się nasza prezydencka para, pamiętamy tę niewyobrażalną pompę… i niemal całkowite milczenie mainstreamowych mediów.

Pamiętamy niedawną, niemal tygodniową, wizytę prezydenta Dudy w Chinach i pamiętamy też zamieszczane w różnych miejscach Sieci obrazki z chińskiej telewizji, pokazujące, jak bardzo to była z ich punktu widzenia ważna wizyta, no i oczywiście pamiętamy bardzo dobrze praktycznie jedyny moment, kiedy to nasze media zainteresowały się owym wydarzeniem i pokazały prezydenta Dudę, jak łapie równowagę na oblodzonym Murze, a potem jakieś chińskie dziecko, które sądziło, że oto do Chin przybył prezydent Holandii.
No i oczywiście mieliśmy wszyscy okazję obserwować zaledwie wczoraj, jak na zaproszenie prezydenta Dudy do Polski przybywają prezydenci państw Europy Środkowej, podczas niezwykle pięknej i symbolicznie ważnej uroczystości wygłaszając niezwykle dla Polski przyjazne wystąpienia… a mainstream nabiera wody w usta i milczy, milczy, milczy.

A więc, tak to się robi w Chicago, prawda? Skoro okazuje się, że mamy do czynienia z jakością, której nie jesteśmy w stanie pokonać, powinniśmy ją przemilczeć. Udać, żeśmy jej nie zauważyli.

Ostatnio publikowane sondaże wskazują, że poparcie dla Andrzeja Dudy mocno spada i w związku z tym publiczna debata kręci się wokół tego właśnie tematu: co takiego się stało, że Polacy czują się zawiedzeni prezydenturą, na którą często sami głosowali? Otóż stało się to, że mamy do czynienia z wojną, gdzie ani nie ma żadnych reguł, a jeńców się nie bierze. W tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale nie widzę najmniejszego powodu, by, cokolwiek się stanie, próbować się w jakikolwiek sposób emocjonalnie angażować. Mam już tylko jedno życzenie: niech zdechną. Do końca. I ostatecznie.




Co można powiedzieć na koniec adwentu?

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Nie, żebym się wcześniej nie zastanawiał, ale pytanie „co można powiedzieć”, lubi księży najbardziej w sobotnie wieczory i teraz przesiaduje u mnie. Jutro ostatnia niedziela Adwentu, a ja – zmęczony adwentowymi spowiedziami – będę musiał coś powiedzieć o bardzo dobrze wszystkim znanej ewangeliiZwiastowania. Przynajmniej tak mi się zdawało… Akurat ten fragment był jednak czytany w ubiegłym roku! Zanim jednak zorientowałem się w pomyłce, że jutro czytamy akurat trochę dalszy fragment Ewangelii wg św. Łukasza, zdążyłem co nieco napisać. Cóż, widocznie faktycznie jestem zmęczony. Nic, niech będzie z tego chociaż post na blogu, skoro nie jutrzejsze kazanie.

Najpierw taka myśl – w scenie Zwiastowania ma miejsce coś istotnego dla wszystkich. Nie jest to wydarzenie prywatne, choć zapewne obyło się bez ludzkich świadków. Nie ma charakteru lokalnego, nie jest ważnym epizodem w dziejach jednego narodu. Dotyczy wszystkich ludzi, a dokładniej – Bożego pomysłu na ich zbawienie. Niektórzy mówią, że do tej pory nasz rodzaj liczy łącznie aż kilkadziesiąt miliardów dusz, żywych i martwych. Takie szacunki muszą być przybliżone, to jasne, a trzeba przecież wziąć pod uwagę Boży zamysł dla całej przyszłości. Premiera nowego filmu z serii „Gwiezdnych Wojen” ćwiczy w tym względzie naszą wyobraźnię – być może jako ludzkość jesteśmy dopiero na początku drogi! Gdy za jakiś czas ksiądz na katechezie będzie uczył dzieci o Nazarecie jako miejscu Zwiastowania, mogą go czekać dodatkowe pytania o system gwiezdny, a uczniom być może nie będzie się mieścić w głowie, że cała Biblia wydarzyła się na jednej tylko planecie! Pięknie pisał o tym św. Ignacy, proponując następującą wizję tej sceny dla ludzi, którzy chcieliby głębiej ją medytować. Proponował on następujące ćwiczenie wyobraźni:

Widzieć wielki obszar i okrąg świata, na którym mieszkają tak liczne i tak różne ludy. Potem podobnie widzieć szczegółowo dom i izbę Pani naszej w mieście Nazaret w prowincji Galilei. Widzieć osoby jedne po drugich. A najpierw te na obliczu ziemi, tak bardzo różnorodne w stroju, w sposobie bycia. Jedni są biali, inni czarni; jedni żyją w pokoju, drudzy w stanie wojny; jedni płaczą, drudzy się śmieją; jedni zdrowi, drudzy chorzy; jedni się rodzą, inni umierają itd. Po drugie, widzieć i rozważać, jak trzy Osoby Boskie siedzą na swojej królewskiej stolicy, albo na tronie swego Boskiego Majestatu, i jak patrzą na powierzchnię i na cały okrąg ziemi i na wszystkie ludy, które w zaślepieniu umierają i idą do piekła. Po trzecie, widzieć Panią naszą i Anioła, który ją pozdrawia. i zastanowić się [nad tym wszystkim], aby pożytek jakiś duchowny wyciągnąć z takiego widoku.

To ledwie próbka; na temat jednego rozważania św. Ignacego można by powiedzieć całe rekolekcje. Jakie jednak to ma znaczenie dla nas, ta powszechność spojrzenia, ta „Boża globalizacja”? Przypomina to, ze pierwszą osobą, która, jak to się dziś ładnie mówi, „myślała globalnie i działała lokalnie” jest Bóg. Przypominają o tym w swoim nauczaniu papieże, było też coś symbolicznego w pielgrzymkach św. Jana Pawła II, który starał się objąć nimi cały świat. Pan Bóg nie chce znosić ludzkiego zaślepienia, które owocuje piekłem – nie ma nieważnego człowieka, „nadliczbowego” dziecka czy rodziny, którą wolno spisać na straty. Przesłanie Kościoła jest do wszystkich, Ewangelia każdemu może pomóc, Chrystus przychodzi na świat dla każdego. Również dla najuboższych – przede wszystkim dla nich, jak słusznie przypomina Franciszek. Co z tego wynika dla nas – oto bardzo dobre pytanie… Zanim zaplanujemy jakąkolwiek akcję na rzecz tych, którzy są daleko od nas, to rozważanie może być pożyteczne po prostu jako ćwiczenie wyobraźni. Myślę, że jest to pierwszy krok ku „wyobraźni miłosierdzia”, o której mówił św. Jan Paweł II, a także ku temu, by przygotowywać małych katolików, których mamy w naszych domach, przedszkolach i szkołach, do myślenia o świecie jako wspólnym domu dla wszystkich, o Kościele jako Ciele Chrystusa, w którym wszyscy są ważni i potrzebni.

Kolejna myśl – Anioł mówi Maryi, by się nie bała. Czasem człowiek jest w stanie obudzić się w nocy z nieokreślonym lękiem, że czegoś nie zrobił. Strach ten może nie być nawet konkretny, uzbierał się po prostu z miliona małych codziennych strachów, gdy obawiamy się, czy damy radę, czy czegoś w pracy czy w domu nie zawalimy. To chyba bardziej nawet dotyczy kobiet niż mężczyzn… To anielskie „nie bój się” pozostanie od Zwiastowania z Maryją, a pełną moc uzyska w ustach Jej Syna. „Nie bój się”, „nie bądźże troskliwa”, jak śpiewamy w starej pieśni. Pan Bóg zna twoje życie, razem dacie radę. Jest skuteczny plan zbawienia świata i ty, kochany robaczku Pana Boga, też się zmieścisz.

Po trzecie – z tym „robaczkiem” to przesadziłem; jesteśmy wszak przez chrzest Bożymi dziećmi! To prawda. Warto jednak uświadomić sobie pokorę Maryi – według tradycji, oczekiwała Ona z utęsknieniem Mesjasza i pragnęła pomagać Jego matce. Oto jak o tym śpiewamy w pieśni „Po upadku człowieka grzesznego”:


Aczem ja wielce pragnęła tego,
Bym mogła być sługą Matki jego,
Stańże mi się według słowa twego.


Maryja miała więc skromne aspiracje, była pokorna. Nie chcę przez to powiedzieć, iż winniśmy żyć poniżej naszych możliwości, zmienić pracę na gorszą i nie starać się o przyjęcie na najlepsze studia. Jednak są ludzie, naprawdę takich spotkałem, którzy noszą swoje niespełnione ( a często niespełnialne!) ambicje niby kamień młyński na szyi. Diabeł tylko czyha, by pchnąć ich w morze. Uważaj więc, czy nie stawiasz sobie zbyt wielkich wymagań. Pokora idzie na szczyt powoli, metodycznie i małymi krokami, dlatego jest cnotą ludzi mądrych, jak mądra jest Maryja.
Czwarta myśl pochodzi z kazania na Zwiastowanie, jakie wygłosił kiedyś niezrównany o. Bocheński – Maryja mówi nam o tym, jak bardzo Bóg kocha codzienność i zwykłe, ludzkie życie. Maryja była w pewnym sensie szarym człowiekiem, kobietą, jakich były wówczas tysiące. To, co zmieniało wszystko kryło się w jej sercu. To, co może dodać smaku i koloru naszemu losowi to także nie skumulowane 35 milionów w loterii. Chodzi o kwestię wewnętrzną, o to, co mamy w sercu – nastawienie, pokój wewnętrzny, pogodę ducha, wiarę, nadzieję oraz to słowo na „m”, którym oddać chcemy najważniejsze.

Po piąte, ciekawie jest zobaczyć, jak w tradycji Kościoła widziano moment, w którym Gabriel nawiedził Dziewicę. Mówi o tym inny wers ze śpiewanej pieśni:


Panna na ten czas Psałterz czytała,
Gdy pozdrowienie to usłyszała,
Na słowa się Anielskie zdumiała.


Maryja modliła się psalmami! Nie wiemy tego na pewno, ale treść Jej pieśni Magnificat, utkanej z różnych tekstów Starego Przymierza zdaje się sugerować, że dobrze znała Biblię. Musiała mieć czas, by ją słuchać i zapamiętywać, gdyż najpewniej pobożni pisarze nieco przesadzili, przyznając młodej dziewczynie z Izraela z tamtych czasów umiejętność czytania. Maryja pokazuje tutaj ważną sprawę – kobieta wolna od grzechu to ta, która znajduje czas na modlitwę i świętowanie. Czasem zresztą także chłopy wpadają w wir pracy, który jest w stanie nawet ze świąt Narodzenia Pańskiego uczynić stresujące piekło, pełne docinek i rozczarowania. Mam nawet nieco przewrotną, a dla niektórych nawet może gorszącą myśl, że archanioł przyszedł do Matki Bożej, gdy robiła coś, co lubiła, coś przyjemnego. Nie może tego zabraknąć w życiu. Przypomina mi to piękny apoftegmat św. Antoniego Pustelnika:

Pewien myśliwy, polujący na pustyni na dzikie zwierzęta zobaczył, jak abba Antoni żartuje z braćmi, i bardzo się zgorszył. Starzec więc, pragnąc go przekonać, że z braćmi trzeba postępować łagodnie, powiedział mu: „Załóż strzałę i napnij łuk” – a on tak zrobił. Starzec rzekł: „Napnij mocniej” – i on usłuchał. Starzec powtórzył: „Mocniej!” Myśliwy na to: „Jeśli napnę nad miarę, to mi łuk pęknie”. I rzekł mu starzec: „Tak jest i z pracą wewnętrzną. Jeśli ją ponad miarę napniemy, bracia się szybko załamią. Trzeba więc z nimi postępować łagodnie”. Myśliwy, gdy to usłyszał, skruszył się i odszedł bardzo zbudowany postawą starca, a bracia, umocnieni, rozeszli się do siebie.

Niejedna Matka Polka niemal złamie się, próbując dokonać cudu i z wielkiego, rodzinno-zawodowego chaosu utkać idealne Święta. Ciekawe tylko, co o tym sądzi Bóg… W życiu jednak należy się nam pewien umiar.

Najważniejsze zachowałem na koniec – to radość Maryi z tego, że zaczęła właśnie oczekiwać na Dziecko. To dziecko zmieni bardzo wiele, a nikt z tych, którzy na Nie czekali nie został zawiedziony. Czy czekam na Chrystusa, który przychodzi ze Swoim zbawieniem, z wybraniem właśnie mnie? Tak, jak wybrał Maryję na Matkę, by spełniło się wielkie dzieło naprawy świata, tak też ma plan dla mnie i mojego życia. Oby Maryja wyprosiła nam mocną wiarę w dobre owoce przyjścia do nas Jej Syna.
Wyszło stanowczo zbyt długo na ambonę, ale jako punkt wyjścia, któraś z tych myśli może się kiedyś przydać.


niedziela, 20 grudnia 2015

Muzułmańscy aktorzy

Autor: Integrator

My tu się co prawda takimi rzeczami nie zajmujemy. No ale gdyby tak było, to znaczy gdybyśmy tu prowadzili własny plebiscyt na najlepsze klipy znalezione w sieci, ja zaś zasiadałbym w jury, to bez wahania wybrałbym poniższe nagranie. I o ile kunszt aktorski chłopca w pierwszej scenie wart jest bez wątpienia naszego uznania, to na moją decyzję największy wpływ miałaby scena z "poturbowania" muzułmańskiej kobiety na torach przez węgierskich funkcjonariuszy. Dobrze pamiętamy ten obraz i histerię jaka rozpętała się w mediach gdy kraj ten jako pierwszy przejrzał na oczy i nie dał się zwieść planom destabilizowania Europy za pomocą milionów ludzi o odmiennej kulturze i wrogiej religii. Wtedy widzieliśmy efekt końcowy pracy speców od manipulacji obrazem. Niech nam będzie teraz dane zobaczyć jak to wyglądało z drugiej strony kamery.



Bunt w środku adwentu

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Przyszedł na mnie adwentowy bunt. Nie rozwaliłem co prawda wieńca, nie zgasiłem na nim świec, pewnie zacznę pojutrze przygotowywać szopkę, a jeszcze dzień później – wstanę na roraty. Pójdę też spowiadać topniejące z roku na rok kolejki wiernych. Bunt jednak jest, długo noszony. Przypomniał mi go pewien wiersz.

Przypadkowo znalazłem go w księgarni, podczas szukania mikołajowego prezentu. Niby nic wielkiego, sto lat temu Irlandczyk napisał, że chce wstać i pójść, pójść do Innisfree:
Wstanę teraz i pójdę, pójdę do Innisfree.
Zbuduję tam chatę z sitowia, wylepi ją glina i muł.
Dziewięć rządków fasoli, ul, w którym plaster lśni,
Samotne życie wśród brzęczenia pszczół.
Będę tam żył w spokoju, gdyż spokój spływa w nas
Spadając z mgieł porannych aż tu, gdzie świerszcza głos.
Tam żarem drga południe, a północ sieje blask,
A wieczór to skrzydlaty czarny kos.
Wstanę teraz i pójdę, bo słyszę wciąż jak u nóg
Jezioro bije o brzeg przez całe noce i dnie.
Czy stoję na chodniku, czy na przecięciu dróg,
Wciąż słyszę je na samym serca dnie.

Yeats, słynny irlandzki poeta, pisze tu o pewnym rodzaju ciszy. Jest on pełen szumów przyrody i rytmu fal, który nie gaśnie i zapada głęboko w duszę, gdziekolwiek się nie pójdzie, w jaki bądź gwar. Wiersz ten ma angielski oryginał i kilka świetnych tłumaczeń na Polski, trudno rzec, które najlepsze. Przy pierwszej lekturze miałem wrażenie, że w lot pojąłem myśl tego wiersza. Zapragnąłem nagle wyjść z tej przeklętej, światecznie ubranej już w końcówce listopada galerii handlowej i pójść do Innisfree.
Przypomniało mi się seminarium duchowne – te dni, gdy było mi tam źle, gdy to zimne gmaszysko przypominało transatlantyk tonący w odmętach grudnia po bezgłośnej kolizji z mgłą. Myślałem sobie wtedy, że mogę w każdej chwili właśnie to zrobić – wstać i pójść, na przykład na piechotę do Rzymu, jak Stanisław Kostka, albo jak ten właściciel lombardu z zachodniej Polski, co pewnego dnia rzucił pracę i na piechotę dotarł do Santiago de Compostela.
Ojcowie Pustyni mówili, że można uciec na pustynię, z tym, że nie wolno uciekać od ludzi, a zwłaszcza od siebie. Jest to porada z serii rozmów dumnego mistrza z natrętnymi adeptami – „tak, rozważę, czy wziąć Cię na praktykę. Wróć więc za dziesięć lat, obwieszczę ci moją decyzję”. Nie wydaje się, by szło to dokładnie zważyć, by można było osiągnąć tutaj pewność czystości swoich intencji. Łatwiej stwierdzić to pragnienie w sercu, pragnienie pójścia do takiej czy innej chatki pośród głuszy. Ten wiersz Yeatsa można odczytać właśnie jako pokusę ucieczki, dezercji z adwentowej warty. Święta blisko, trzeba czuwać! i to nie na słodkiej wyspie, tylko tu i teraz, bo wbrew pozorom, to właśnie jest Twoje Westerplatte! Tak mówi sumienie, a nawet więcej jeszcze; święta świętami – ale przecież Koniec się zbliża! Gdy powoli kończy się świat, a nadchodzi Sąd – czy ma sens słuchanie oddechu fal i brzęku, z jakim pszczoły zbierają miód?
Im dłużej myślałem, błądząc bo galerii handlowej, tym zgrzyt między tym wierszem a sensem Adwentu wydał mi się głębszy. Adwent to w końcu nie tylko czekanie na Narodzenie Pańskie. To też oczekiwanie na ostateczne owoce tego Narodzenia. Na Królestwo Niebieskie. Skoro czekasz na Królestwo, na Miasto, które da ludziom Bóg, to nie możesz sobie tak po prostu wstać i pójść do Innisfree. Wygląda więc na to, że jest to zwykła pokusa.
W „Mistrzu i Małgorzacie” diabeł, który na tle sowieckiej rzeczywistości jawi się wręcz zbyt poczciwie, ma coś do powiedzenia na ten temat. Powieściowy Jezus prosi Wolanda, czyli diabła właśnie, by „zaopiekował się” tytułowymi bohaterami. Posłaniec z Nieba stwierdza,  że „nie zasłużyli na Światłość. Oni zasłużyli na spokój”. Nazarejczyk negocjuje z Wolandem jakiś przedziwnylimbus, enklawę pomiędzy Niebem, Piekłem a Ziemią, wiekuistą małą chatkę dla dwojga zagubionych ludzi. Niezbyt to, przyznajmy, poprawne teologicznie. Oburzyło to uczonego diakona Kurajewa, który, zapewnie celnie, skomentował ten fragment powieści jako obraz małości ludzi mu współczesnych – co to za pomysł, zamienić Królestwo Niebieskie na chatkę z ogródkiem? Życie wieczne na domek działkowy. To dopiero pycha, hybrisnajgorsza, przybierająca szaty małomiasteczkowej pokory, gdzie mieszczanin w swej wygodzie jest jak gąsiennica w kokonie, co się nie chce przeobrazić. Zgodziłem się z  myślą Kurajewa, lecz zastanawiałem się też, czy przynajmniej w powieściowym świecie możnaby ich z Nieba odwiedzac w tej chatce i napić się herbaty.

Dostojewskiemu nie brak było wiary, a przecież ukuł nieco wcześniej wizję wieczności, w której jest ten sam, jak sądzę, bunt. Pamiętam przejęcie, z jakim przeczytałem bodajże w „zbrodni i karze” opis człowieka, który brnie przez beznadziejnie silną zawieję, jest zmęczony i zmarznięty, a gdy przybywa w końcu do zasypanej śniegiem chaty, wchodzi do środka, zamyka drzwi i w ciemności rzuca się na łóżko, zapada się w czarny sen. Ciekawe, czy niektórzy z nas, przynajmniej czasami, nie mają na myśli czegoś podobnego, modląc się o „wieczny odpoczynek” dla zmarłych?
Nie tylko rosyjscy pisarze czuli ten problem. Ma on swoje miejsce w wierszach Herberta, który ciągle w zasadzie do tego wracał, ilekroć myślał o chrześcijaństwie i Panu Bogu. Jak TAM będzie? Poeta kochał świat, nie chciał innego, nie chciał, by przerobiono go na czystego ducha:
jeśli z nas trudno zrobić anioły
przemień nas w psy niebieskie

kundle o zmierzwionej sierści
Ta pokusa ma być może dwa oblicza, dotyczy tego i tamtego życia, obu stron zarówno. Pójść w miejsce odludne, wtopić się w harmonię świata, w pulsujący brzeg jeziora i w śpiew pszczół. Czekać na wieczność skrojoną na ludzką miarę, taką minimalną. By wreszcie dany nam został wielki i niedostępny za życia dar, który czasem kołysze się nam przed nosem jak marchewka zawieszona przed osiołkiem z bajki, by ochotnie ciągnął wózek. Dynda więc przed nami spokój, który czasem wręcz kanonizujemy, nazywając świętym, a który ze świętości to ma tyle, że stale jest niedostępny. Wszystko to razem, przyznajmy, nie brzmi dobrze, nie po Bożemu. Czy aby na pewno?
Kim jest człowiek, który uprawia fasolę i zbiera miód? Czasem robią audycję o takich ludziach, ostatnich hipisach, których uprawy są ekologiczne, a aspiracje – pomijalne w wielkich rachunkach świata. Chcieć pójść do Innisfree to, być może, chcieć być takim po prostu człowiekiem, rolnikiem na małą skalę. Przypomina się tu Jan Chrzciciel, ze swoją bezbłędnie szczerą odpowiedzią na pytanie, czy jest Chrystusem? „Nie, nie jestem nim”. Czyżby Adwent był też po to, by na wzór Jana, o którym ciągle wspominają czytane w tym okresie w kosciele teksty, zrezygnować z prób bycia kimś, kim się nie jest? Ponoć to ważny moment w życiu księdza, gdy zrozumie, że nie zbawi, nie uratuje wszystkich, a może nawet nikogo. Bo nie jest Chrystusem, chociaż, tak jak Chrzciel z nim współpracuje, a nawet Go zastępuje. Jan był człowiekiem idealnie wyważonym – wiedział, co jest jego, znał swoje granice i zadania. Może po to poszedł na pustynię, może to go ciągnęło? Pragnienie nadania swojemu życiu właściwych wymiarów, by nie być, jak się wyraził Bilbo z Władcy Pierścieni”, „drobiną masła rozsmarowaną na zbyt dużej kromce chleba”.
Czy prawdy o sobie można nauczyć się w Innisfree? Oprócz Jana – Chrzciciela i Pustelnika, przypomniał mi ten wiersz postać bł. Karola de Foucaulda. Ten pustelnik z algierskiej pustyni pewnego dnia wstał i poszedł na poszukiwanie czegoś zupełnie innego od swego żołnierskiego życia. Zrobił na mnie wrażenie zwłaszcza swoją ucieczką bardziej nawet niż późniejszym życiem pustelnika. Gdy uciekł przed rodziną i w ubraniu żebraka kierował się w swoją stronę, jego brat, również żołnierz, szukał go konno, patrolując drogi. W końcu wpadają na siebie. Karol wie, że jeździec na niego patrzy i nie widzi, i nie odzywa się, mijają się i wiecej nie spotykają. Karol jest jak Bóg ze średniowiecznych legend, przemierzający świat w żebraczym łachmanie. Brat nie zdołał mu przeszkodzić. Karol zginie potem po latach modlitwy w obcym kraju, pośród ludzi innej wiary, od zabłąkanej wojennej kuli. Jest jak ziarno, które wypadło na ziemię z Bożej dłoni.
Czy słowa Chrystusa o „domu, w którym jest mieszkań wiele” mówią o wieczności na ludzką miarę? O wieczności, w której dobrze czuje się człowiek prostego życia? Przyzwyczailiśmy się do wizji „dworu niebieskiego”, jak opisywały go pobożne średniowieczne mniszki i wielebni kapłani, trochę na wzór królewskich i doczesnych pałaców. Co do Pana Jezusa, że Jego decyzja jest nieodwołalna i że nie może On przestać być Człowiekiem, również w Wieczności, do której nas zaprasza. Jeśli siądziemy kiedyś przy Jego stole, być może będzie to pierwszy raz, gdy będziemy tak blisko człowieka urodzonego w stajni, na nieciekawym marginesie świata. Chesterton natomiast uspokajał przerażonych wizją odmienności nowego, Bożego świata, twierdząc, że w niebie będziemy się czuć bardziej u siebie, niż we własnym domu.
Im dłużej myślę nad tym tekstem, tym bardziej patrzę na uchwyconego w nim człowieka, a mniej na chatę, kołysaną oddechem jeziora jak położone na brzuchu dorosłego niemowlę. Ten człowiek podejmuje decyzję, która właśnie w nim dojrzała:
Wstanę teraz i pójdę, pójdę do Innisfree.

Nie wydaje się, by był to bunt przeciw Bogu. Jeśli kiedykolwiek usłyszymy Jego głos, na pewno zabrzmi nam w samej głębi serca. Może warto choć czasem zapewnić sobie warunki do wysłuchania tego głosu, warunki lepsze niż handlowa galeria.
Warto o tym pamiętać w codzienności, wśród pracy, mnogości zajęć, planów i obietnic. Zmęczenie, pragnienie odnowy i zmiany, tęsknota za pokojem serca i harmonią życia – one wszystkie mają korzenie w nas. Adwent to czas czekania na święta, czekania na Koniec, który ma być tak niepojętym początkiem.
Ale jest i ten Adwent, w którym człowiek czeka, jakimi decyzjami obrodzą jego głębokie pragnienia.

sobota, 19 grudnia 2015

NA marginesie dojazdów: kłopoty z Mikołajem

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Już Platon zauważył, że dusza dziecka podobna jest do plamy miękkiego wosku, podczas gdy w ręku dorosłego jest pieczęć. To, co zostanie odciśnięte, zostanie tam na długo i bardzo trudno to zmienić. Stąd, na przykład, trzeba się bardzo starannie przygotowywać do kazań dla dzieci i dobrze przemyśleć opowiadane im bajki. Platon zapewne nie był pierwszym, który dokonał tej obserwacji. Wszak najpiękniejsze z plemion ludzkich, plemię dzieci, towarzyszy nam, dorosłym od bardzo dawna.

Od początku. Przypomniałem sobie tę sprawę podczas wieczornej wyprawy do rodzinnego domu – na „Dwójce” była czytana arcyciekawa powieść „Obóz Wszystkich Świętych”. Tytuł ten kojarzy się ze słynną powieścią Raspaila, ale to polska rzecz, tak, że powiedzenie „cudze chwalicie – swego nie znacie”, jest jak najbardziej na miejscu. W książce tej Tadeusz Nowakowski zawarł doświadczenia z czasów II Wojny Światowej oraz przepraw obozowych, a potem – bytowania w wyzwolonym przez Amerykanów obozie. Wszystko to w doskonałej formie literackiej, miło się jej słucha w interpretacji Jerzego Radziwiłowicza.

Tamtego wieczoru trafiłem akurat na rozmowę polskiego żołnierza z niemieckim. Panowie spotykają się już po klęsce III Rzeszy, w gościnie u pewnej miłej damy, można rzecz – na herbacie. Niemiec okazuje się być denerwująco miłym i uprzejmym znawcą sztuki, który jednak był na froncie Wschodnim, a w trzydziestym dziewiątym podbijał Polskę. Próbując trochę wytłumaczyć siebie i swój naród niechętnemu dla czegoś Polakowi, wypowiada takie lub podobne zdanie: „My, Niemcy, mieliśmy jako dzieci bardzo głupie bajki”. Przykładem była opowieść o krawcu, który za błahostkę obcinał chłopcu palec. Nie dziwimy się, gdy Polak przerywa rozmowę i wychodzi; widział wszak na własne oczy, co robili dorośli mężczyźni, których kiedyś straszono bajkowym krawcem.

Krawiec z nożycami jako straszak i strażnik „grzeczności” budzi dreszcz grozy. Wydaje się odległy o lata świetlne od tak miłej postaci, jak św. Mikołaj. Oczywiście, możemy narzekać na wykrzywienia tej postaci, na komercjalizację, przypominać, co zresztą robię jako ksiądz, że Mikołaj oryginalnie był biskupem, a nie krasnalem od Coca-coli. Problem z tą postacią jest jednak głębszy.

Nie ma nic gorszego, niż kiepska teologia wciskana dzieciom. Patronują jej zwykle głupota dorosłych i wygodnictwo. Okazało się to właśnie przy okazji mikołajek w „moim” przedszkolu. Trudno było na początku opanować dzieci. Były zachwycone prezentami, które dostały, wykrzykiwały je, koloryzując i zmyślając na potęgę. Próbowałem dojść do głosu, wymieniając moje prezenty – spodnie, skarpety i czekoladę. Maluchy pokładały się ze śmiechu, bo ubrania to w mniemaniu przedszkolaka słaby prezent. Cała ta grupa pełna jest niesamowitych osób, o bogactwie uśmiechów, zwyczajów, pomysłów – nieraz się zastanawiam, czy taka jest każda grupa? Z moich doświadczeń wynika, że tak, co rodzi pytanie, gdzie te wspaniałe osoby potem się chowają, w dorosłym życiu? W nas. Ale to tak na marginesie. Pośród dzieci jest też mały Kubuś, tyleż czarujący, co głupiutki. Nie wpadł na pomysł, by coś zmyślać i siedział cicho i smutno. Gdy uspokoiłem dzieci, Kuba spogląda na mnie i stwierdza – „Ja nic nie dostałem, bo byłem niegrzeczny”. Okazało się, że inne dzieci natychmiast mu to potwierdziły. Tak, to dlatego – Kubuś nic nie dostał, bo był niegrzeczny. Ja natomiast skądinąd wiedziałem, że powodem nie była „niegrzeczność” chłopca, lecz sytuacja rodziców. Zresztą, jego względna ciapowatość nie mieści się w ogóle w kategoriach występku czy grzechu, wyśrubowanych przecież pod niebiosa przez dorosłych naśladowców Kaina. Zasada retrybucji, mówiąca, iż człowiek dostaje zawsze za swoje, nie sprawdziła się w tym przypadku. Na szczęście, po religii były jeszcze przedszkolne mikołajki, co przywróciło wesołość Kubusiowi.

Gdy skończyłem opowiadać legendę o świętym biskupie Mikołaju, który pomagał biednym dzieciom, moje maluchy bardzo spoważniały. Na pytanie, co czuje człowiek, gdy daje innemu prezent, pojawił się las rąk i dzieci odpowiedziały chórem. Nie czytały jeszcze „Dziejów Apostolskich”, nie wiedzą, co to agrafa, a już wiedzą, że więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu! Zdaje się, że także pedagogika i psychologia potwierdzają, że sama „odpłata” nie doprowadzi nikogo do „bycia grzecznym”. Jeśli komuś „Mikołaj” zawsze przynosił rózgę, to taki człowiek może chcieć z niej robić użytek w dorosłości. Nie sugeruję, z drugiej strony,  wychowania bez kar i nagród, bez konsekwencji – to wszystko przygotowanie do trudnego życia w świecie.
Być może niewiele jest zajęć tak ważnych dla rodziców i wychowawców, jak zastanawianie się, co (świadomie i nieświadomie) odciskamy w duszach dzieci.


niedziela, 13 grudnia 2015

Polityka kadrowa

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Moje doświadczenia z polityką kadrową są następujące. W korporacjach, o które zawadziłem kadrowcem był zawsze tajniak i do tego protestant. Być może nie jest to regułą, ale rzuciło mi się w oczy. No i rzecz jasna panowie ci byli kompletnie ześwirowani, a każdy na swój sposób. Jeden miał ambicje literackie, które w jego przypadku nie mogły się zrealizować w żaden sposób, a o drugim szkoda nawet gadać. Ten niespełniony literat uważał za stosowne poprawiać teksty po copywriterach i szalał jeśli się jego uwag nie wzięło poważnie. Od wczoraj zastanawiamy się jak to jest z polityką kadrową nowego rządu i kancelarii prezydenta, że trafiają tam egzemplarze, znane nam z salonu, na które nikt normalny nie postawiłby złamanego grosza. Zanim przejdę do wyjaśnienia tego fenomenu od strony polityki kadrowej słów kilka o moim ulubionym mechanizmie, czyli o tworzeniu się hierarchii.

Każdy wspólny wysiłek chcąc nie chcąc zmierza ku stworzeniu jakiejś hierarchii. Zwykle bywa tak, że nie jest ona powszechnie ważna, co widać choćby po hierarchii na tym blogu. Póki jesteśmy w sieci ja tu rządzę i koniec. W świecie realnym bywa różnie jak wiecie i nie miewam tam przeważnie charakterystycznych dla siebie uporów. Istotną cechą naszej hierarchii, jest jej elastyczny charakter oraz skuteczność. Mam na myśli taki choćby fakt, że nie można w Polsce ogłosić żadnego konkursu sms-owego, którego byśmy nie wygrali. Dlatego do samych sms-ów dokładają zawsze jakąś szacowną kapitułę, która musi sfałszować wynik. Oczywiście, że nasza hierarchia nie może równać się ze strukturami politycznymi czy tajnymi, jest tworem zupełnie innego rodzaju, ale jest potrzebna, bo ułatwia nam i nie tylko nam komunikację, a także daje nam pewien rodzaj bezpieczeństwa. Nasza hierarchia jest hierarchią naturalną, powstałą w wyniku uporczywej pracy tych wszystkich osób, które bez przerwy są czynne na blogu. I dzięki niej każdy lub prawie każdy może odczuwać satysfakcję z uczestnictwa w tym projekcie i z jego skuteczności w różnych konfliktach. Prócz hierarchii naturalnych, które powstają w zasadzie z niczego, z woli bożej tylko, są jeszcze hierarchie narzucone. Taką hierarchią jest struktura salonu24, który z małymi tylko przerwami, od kilku lat systematycznie zniechęca do pisania dobrych autorów lansując wiecznie te same osoby, oraz polityków i kandydatów na polityków. Jak pamiętacie, sporo osób, które się tu kiedyś znalazły poszło potem w politykę. Pierwszy z brzegu przykład to Rybitzki, który od samego początku wprasowany był w jakąś, nie rozpoznaną przez nas, a narzuconą nam hierarchię. Ostatnio w politykę poszedł Bartosz- bij nauczyciela – Marczuk, a wcześniej facet nazwiskiem Jakub Kumoch. Wszyscy oni zawodowo lub z amatorska zajmowali się pisaniem, a wyglądało to tak, jakby ktoś chciał sprawdzić czy mają dość wytrwałości, by poradzić sobie z zadaniem, do którego nie mają ani powołania, ani zdolności. Potem zaś poszli w politykę. Cóż to oznacza? Tyle jedynie, że w sferach bliskich władzy – prezydentowi i rządowi – działają te same, narzucone hierarchie, które widzimy w salonie. Pytanie następne: kto narzuca? Nie mam pojęcia, ale sugerowałbym, że ci co finansują projekty takie jak salon oraz takie jak Instytut Wolności. To jest wersja optymistyczna, której rozwijał nie będę. Skupię się na pesymistycznej. Być może jest tak, że ani Jarosław Kaczyński, ani Andrzej Duda, ani Beata Szydło nie rozumieją czym jest polityka kadrowa, a jeśli tak to pomiędzy nimi, a ludźmi, którzy mają precyzyjnie wykonywać ich polecenia i misję zieje przepaść. Jedynym zaś sposobem na jej zasypanie, jaki widzą nasi politycy jest zatrudnianie osób przez kogoś tam poleconych i przez kogoś rekomendowanych, a jeśli takich nie ma to kolegów ze szkoły i organizacji studenckich.
Teraz dygresja. Wielu z nas pamięta aktora nazwiskiem Frankie Sakai. Zagrał on w sławnym serialu „Shogun” postać ważną i przez wiele odcinków kluczową – pana Yabu Casidi. Pan Yabu odpowiadał na dworze Yoshi Toranaga za politykę kadrową właśnie. I to była sprawa najpoważniejsza z poważnych. Był bowiem pan Yabu członkiem struktury tajnej, która przenikała obydwa dwory, ten, na którym służył, ale także ten drugi, dwór pana Ishido. W pewnym momencie okazało się, że nie ma innego sposobu na Toranagę jak przejąć jego kadrowca. Dokonało się to za pomocą szantażu, któremu pan Yabu uległ, albowiem kochał życie. Wkrótce jednak pożałował swojego wyboru, bo Yoshi Toranaga zorientował się szybko co się stało. Nie był jednak podły jak pan Ishido i dał panu Yabu możliwość honorowego wyjścia z sytuacji. Pozwolił mu na popełnienie rytualnego samobójstwa. Później zaś sprawy wróciły do normy, ale twórcy filmu nie pokazali, kto zastąpił pana Yabu na stanowisku kadrowca. Co należy im zapisać na plus.

Nikt nie powinien wiedzieć, kto tak naprawdę decyduje o doborze kadr. To jest warunek pierwszy. Osoba ta ponadto powinna się cieszyć bezwzględnym zaufaniem, ale mieć w pobliżu kogoś kto jej szczerze nienawidzi, żeby nie czuć żadnych pokus. Do takiego tandemu powinien być dokręcony jakiś figurant od przekładania papierów, który będzie miał na drzwiach tabliczkę z napisem: dyrektor kadr, czy jakoś podobnie. Od tego trzeba zacząć dobór współpracowników w kancelariach najważniejszych osób w państwie. Wtedy prawdopodobieństwo, że znajdzie się pomiędzy przyjętymi jakiś Kaczmarek trochę się zmniejszy, choć nie zniknie całkiem.

Z prawie stuprocentową pewnością stwierdzić możemy, że w przypadku Andrzeja Dudy i Beaty Szydło nic takiego nie działa. Działa za to coś innego – dobór koleżeński. To błąd, albowiem koledzy z zasady się lekceważą i często rywalizują ze sobą. Mają też jakieś zaszłości, które psują im kontakt i współpraca taka jest skazana na klęskę. Poza tym wywieranie nacisków na kolegów jest o wiele łatwiejsze niż wywieranie nacisków na osoby obce, wyróżnione awansem, które chcą realizować misję. Jeśli idzie o mnie idealnym urzędnikiem, spełniającym wiele cech tu wymienianych był pan Szczygło. Tak przecież lekceważony przez Radka Sikorskiego.

Koszmarem zaś jest kiedy do kancelarii werbuje się urzędników za pośrednictwem platformy blogerskiej, gdzie dokładnie widać nicość poszczególnych osób i ich aspiracje. Platforma blogerska, z całkowicie przekłamaną misją – bo przecież miało to być miejsce dla blogerów a nie dla dziennikarzy – nie może lansować rzeczywistych liderów. Może jedynie lansować liderów wyznaczonych. To się udaje jedynie przy założeniu, że cała ta, nazwana tak przez Mazurka, blogerska tłuszcza, rżnie głupa i milczy, albo ma pozwijane blogi. To się właśnie dzieje w naszym przypadku. Ktoś wpycha krety do rządu, a my udajemy, że wszystko jest okay, a jak próbujemy coś powiedzieć to nas ukrywają w ramach walki o wolność słowa i demokrację.

 I na to wszystko do studia dzwoni ojciec Tadeusz Rydzyk. Ja sobie wczoraj przejrzałem wypowiedzi ojca dyrektora i chcę powiedzieć, że jego sytuacja jest dalece bardziej komfortowa niż sytuacja prezydenta czy premiera. Ojciec Tadeusz bowiem nie dobiera sobie współpracowników, on ich wyznacza, ponieważ taką możliwość daje mu hierarchia, w której działa i którą sam ulepszył. Oczywiście, ojciec dyrektor może sobie dobierać współpracowników, ale oni nie mają znaczenia i o niczym nie decydują. Jeden z kolegów podniósł wczoraj kwestię współpracy Naszego Dziennika z Sowińcem. On nie ma tam żadnego znaczenia, ma przyjechać wygłosić czy napisać co tam jest wymagane i precz. Oczywiście, że lepiej byłoby zmusić Sowińca do rytualnego samobójstwa, ale potrzeba ta nie jest paląca, albowiem on za nic nie odpowiada. Można go w każdej chwili wymienić. Nie ma nawet znaczenia fakt, że należy do organizacji tajnej przenikającej kilka wrogich sobie struktur. Sowiniec to pionek, ponieważ o tym co dzieje się w mediach ojca Rydzyka decyduje on sam w sposób autorytarny albo księża. Reszta ma słuchać. Inaczej jest w kancelarii prezydenta i w rządzie. Z tego co dociera do nas sytuacja wygląda tak, że premier i prezydent nie mają czasu na organizacje struktur, bo są zbyt zajęci. Obawiam się, że powinni znaleźć ten czas, bo jeśli przegrają nikt nie będzie miał dla nich litości. Ojciec Rydzyk też nie miał czasu, a stworzył hierarchię, która działa i póki co jest niesłychanie trudna do zniszczenia. Bez osobistego zaangażowania najważniejszych osób w państwie w politykę kadrową, cały polityczny projekt PiS zawali się w ciągu jednej kadencji. Tak sądzę.


Co za nauka wynika z tego wszystkiego dla nas. Otóż póki jest internet, a być może przyjdzie kiedyś czas, że trzeba będzie umrzeć za internet, możemy tworzyć elastyczne, półotwarte i odporne na naciski, a skuteczne w działaniu hierarchie. To jest ważna misja. Im więcej takich hierarchii powstanie, tym trudniej będzie narzuconej władzy rządzić krajem. Przepraszam, że nie jestem optymistą jeśli idzie o przyszłość. Hierarchie można tworzyć w oparciu o wszystko, przede wszystkim zaś o jakąś twórczość. A każda rzecz jest ważna, nawet najmniejsza. Oto nasz kolega Zbyszek Minda napisał i wydał ostatnio powieść o miłości. Ja ją sprzedaję, a on jeździ na spotkania autorskie i opowiada o swoim dziele i misji. Gromadzą się wokół niego jacyś ludzie i coś się tam dzieje. To dobra droga, choć zapewne Marczuk, Rybitzki i Magierowski chętnie by ją wyszydzili podkreślając wagę swojej misji w rządzie. I z tym Was zostawiam. - See more at: http://coryllus.pl/?p=2963#sthash.4MtibAS6.dpuf

Gdy siekiera odbiła

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Kiedy obserwujemy bieżącą politykę, musi się w końcu zdarzyć, że poczujemy lęk o to, czy owa determinacja rządu Prawa i Sprawiedliwości, ta bezwzględność w realizacji wyborczych obietnic, i wreszcie to najwyraźniej fantastyczne samopoczucie, ich nie zgubić i wszystko, jak tyle razy wcześniej, skończy się totalną klapą. Musi dojść do tego, że ludzie zobaczą ową słynną pisowską nienawiść, tego Kaczora z jego rządzą zemsty za brata, który zginął w lotniczej katastrofie, to ABW walące pięściami o 6 rano i całe poparcie, jakie z takim trudem zdołali zyskać Andrzej Duda i Beata Szydło, zmieni się w kurz.

Otóż, jak wszystko na to wskazuje, nie ma się czego bać. Wygląda na to, że w odróżnieniu od wszystkiego, z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, tym razem naprzeciwko nas stoi nie przeciwnik, lecz kompletny wrak, w dodatku przeciwnik, którego każdy kolejny ruch jest zdeterminowany czymś, co on sam stworzył lata temu. Otóż proszę zwrócić uwagę na to, że minione 8 lat to głównie walka o to, by nas Polaków zapędzić do galerii handlowych, lub przed telewizor i jak najdłużej i najskuteczniej trzymać w przekonaniu, że to co najgorsze to polityka, a naprawdę liczą się drogi, stadiony i owa słynna ciepła woda w kranie. Efekt tego jest taki, że tym razem ci sami Polacy jakimś cudem zdecydowali, że ta jakaś Platforma – w dodatku już bez Tuska – jest zwyczajnie męcząca i może lepiej będzie, jak tym razem Prawo i Sprawiedliwość zajmie się tym całym bałaganem, no i mamy to co mamy, a więc z jednej strony ów bezwzględny atak, a z drugiej, smutne i jakże beznadziejne nawoływanie do protestu.

Niedawno Ryszard Petru, człowiek, który najwidoczniej ma ambicje realizować dotychczasowe ambicje Platformy Obywatelskiej, tyle że nowocześniej i z większym wdziękiem, zaczął wzywać nas do wyjścia na ulicę, wzięcia spraw w swoje ręce i pokazania światu, czym jest autentyczne społeczeństwo obywatelskie. Kiedy po pierwszym wystąpieniu tego dziwnego człowieka okazało się, że na jego apel odpowiedziało jakieś 14 osób, pomyślałem, że może on się opamięta i zrozumie, jaka jest sytuacja. Nic z tego. Wezwał nas ponownie do protestu i tym razem, poza paroma wariatami, przyszła już wyłącznie delegacja dawnych pracowników Służby Bezpieczeństwa, oraz funkcjonariuszy ZOMO, którzy zaczęli sobie w klapy palt wpinać dostarczone im przez organizatorów oporniki. Jak będzie wyglądał kolejny protest obywatelskiego społeczeństwa, nikt już mi nie musi mówić. Wszystko widzę jak na dłoni.

Rzecz bowiem w tym, że przez te wszystkie lata, żyjąc w przekonaniu, że ich władza będzie wieczna, że polityka ciepłej wody w kranie i pełnego zidiocenia, wreszcie zatriumfuje, że wreszcie nadszedł czas pełnej bezkarności, doprowadzili nas do stanu pełnego zobojętnienia. I dziś nagle się okazuje, że ta siekiera odbiła i trafiła ich w ten głupi łeb. Jakaż to satysfakcja!


sobota, 12 grudnia 2015

Na ratunek uchodźcom. Apel!

Autor: Integrator

Jak wiecie od jakiegoś czasu śledzę rozwój wypadków w kwestii fali uchodźców zalewających Europę i co raz bardziej upewniam się w przekonaniu, że to z czym mamy do czynienia, a mam tu na myśli demolowanie miast, zastraszanie mieszkańców, gwałty i zwykłe rozboje, to efekt niegościnnego, nie boję się powiedzieć, że nawet nieludzkiego traktowania muzułmanów, którzy przyjechali tu w poszukiwaniu przecież nowego, lepszego życia. Nie będę się nad tym zbytnio rozwodził, wszak to zawsze będzie tylko słowo przeciwko słowu, dlatego wkleję dziś kilka filmików, zaledwie parominutowych, jako niezbity dowód na poparcie tezy którą wyłożyłem na wstępie. Jednocześnie przepraszam za to co pisałem w poprzednich tekstach. Jak pamiętacie byłem, delikatnie mówiąc, sceptyczny. Ale przejrzałem na oczy i wszystko wydaje się dziś niemal oczywiste. Oto jak prowokuje się dziś uchodźców do zachowań za które próbuje się ich za chwilę ganić.

Dla przykładu w Holandii udostępniono uchodźcom zbyt wolny internet. Ja tego tłumaczyć chyba nie muszę jak bardzo to może rozdrażnić człowieka...


Wydawało się, że Włosi, kraj znany z dobrego jedzenia staną na wysokości zadania ale i u tu jak się okazuje nie wzięto pod uwagę gustów kulinarnych przybyszów.


Nie ma więc co dziwić się Czechom...


Ale nie tylko dobrego jedzenia zabrakło. Mają bowiem ci młodzi, zdrowi mężczyźni także bardzo męskie potrzeby o czym w ogóle jak się okazuje nikt w Unii nie pomyślał...


Te wszystkie oczekiwania mogą wydać się przesadzone jeśli nie skandaliczne ale to nie tak. Musicie Państwo pamiętać, że wielu z tych uchodźców zostawiło za sobą wszystko co mieli, wielu z nich za przyjazd do Europy słono zapłaciło, nie może więc nas dziwić rozgoryczenie i zawód jaki okazują za to co ich tu na miejscu spotyka...



Dlatego przestają mnie dziwić sceny jak ta poniżej i znajduję dla nich co raz większe zrozumienie. Kumulacja agresji w tych ludziach po takim ich przyjęciu jest przecież gigantyczna i czas to w końcu powiedzieć na głos - ta agresja jest w stu procentach sprowokowana przez nas Europejczyków. Szkoda, że tylko prezydent Francji Hollande dostrzega ten problem i umiał to jasno powiedzieć - że za zamachy we Francji odpowiadają sami Francuzi. 



Jeśli ktokolwiek po obejrzeniu powyższego filmu chciałby powiedzieć cokolwiek złego o tych tu muzułmanach wyładowujących swój stres na przechodniach to śpieszę wyjaśnić, że oni na prawdę się hamowali. Naprawdę. Mogli na przykład przyłożyć dziewczynie tak jak ich bracia poniżej...



... albo tak:



Mogli też po prostu zatrzymać kobietę i dokonać na niej publicznego ukamienowania, jak na filmie poniżej. Sami zatem rozumiecie, że białej parze z kamery przemysłowej na prawdę krzywdy nikt nie robił. 



Poza tym, już tak całkiem na marginesie, bicie kobiet nie jest niczym wyjątkowym w świecie z którego pochodzą uchodźcy, a kobiety tam żyjące same szybko dostosowują się do tych zasad i jestem pewien podchodzą do tego ze zrozumieniem. Ja to dokładnie dostrzegam na nagraniu poniżej więc proszę nie demonizyjmy.



Ale wracajmy do tematu dzisiejszej notki. Youtube jest pełen nagrań pokazujących rzekome przykłady agresji muzułmanów. Tu akurat Paryż, ale takie sceny można przecież oglądać w innych miastach Europy.  





Nie wierzcie proszę tym obrazom. To jest język nienawiści, poza tym choć na pierwszy rzut oka przybysze mogą wydawać się agresorami to jest dokładnie odwrotnie. Jestem wdzięczny,  że główne telewizję na świecie również polskie nie pokazują nam tych rzeczy no a że znajdzie się kilku ksenofobów z kamerami którzy zaśmiecają potem sieć swoją twórczością na to niestety wpływy nie mamy. Wiadomo internet. Powtórzę więc raz jeszcze swój apel w duchu prezydenta Holland'a - albo przyjmiemy tych ludzi z otwartymi sercami i na prawdę okażemy im szczerą gościnność albo pretensję za to, że oni muszą się przed nami bronić możemy mieć tylko do siebie.

Na szczęście Ewa Kopacz tuż przed ustąpieniem podpisała odpowiednie dokumenty unijne i wyraziła zgodę na dostarczenie do Polski 120 tysięcy muzułmanów. Mamy więc niepowtarzalną szansę wykazać się sławną, staropolską gościnnością...



Zostaje podziękować i mieć nadzieję, że kipiący nienawiścią do całego świata Kaczyński, nie zablokuje rozpoczętej operacji. 

P.S.: Platformie Obywatelskiej która swego czasu inicjowała nad wrakiem prezydenckiego tupolewa nową erę polsko-rosyjskiej miłości, zapewne nie w smak będzie film, który zostawiłem na koniec. Oto jak w państwie Putina traktuje się uchodźców którzy także próbowali dochodzić tam swych praw. No ale to jak wiemy nie jest kraj europejski, zatem przykładu z nich brać żadną miarą nie możemy.