whos.amung.us

poniedziałek, 23 listopada 2015

Wewnętrzne koszty dżihadu

Autor: ks. Jan Dobrowolski



Wyczyny „Państwa Islamskiego”, w rodzaju obcinania głów chrześcijańskim jeńcom czy zamachów z 13 listopada mocno oddziałują na uczucia. Oprócz strachu, w widzach światowych mediów rodzi się też naturalne pragnienie sprawiedliwości, czy nawet zemsty. Jakie są rzeczywiste szanse na ukaranie tych zbrodniarzy? Ostatnio bomba spadła na głowę mordercy o przydomku „Jihadi John”. Hollande, Putin i Obama składają coraz mocniejsze deklaracje totalnej wojny z terrorem. Mimo to, w ciągle jesteśmy „łaknący i pragnący sprawiedliwości”, jak powiedział Pan Jezus w jednym z błogosławieństw.


Realistyczne spojrzenie na sytuację każe przypuszczać, że dla większości gangsterów spod znaku ISIS sprawiedliwy sąd odbędzie się dopiero po śmierci. Być może śmierć zastanie takiego bandytę w dniach pogodnej starości, gdy w jakiejś oazie przejadać będzie fortunę pochodzącą z handlu niewolnikami, narządami czy kradzioną ropą. Tak niejeden komunistyczny czy nazistowski zbrodniarz dożył swych dni.


Stąd pozostaje liczyć na Niebiański Trybunał. Boga nie da się zastraszyć, nie bierze On łapówek, nie ma też szans na zmianę tożsamości, nie ma sensu fałszować paszport przy przekraczaniu bram śmierci.


Sąd Boży jest Bożą Tajemnicą, przekracza nasze rozumienie sprawiedliwości. Jednak zwłaszcza dwa zdania z Nowego Testamentu mogą dać pewne światło: z Ewangelii wg Mateusza, gdy Chrystus mówi „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście”, a także z Listu św. Jakuba, gdzie Apostoł opisuje Boży Sąd jako „nieubłagany dla tego, który nie czynił miłosierdzia: miłosierdzie bowiem odnosi triumf nad sądem”. Nie jest naszą rzeczą znać przebieg tych spraw, mamy jednak prawo mieć nadzieję na sprawiedliwość. Dla Immanuela Kanta sama koncepcja Boskiej sprawiedliwości starczyła za mocny argument za istnieniem Boga. Tylko kiepscy kaznodzieje rekolekcji dla gimnazjalistów mają tendencję, by wyszydzać jedną z głównych prawd wiary, mówiącą, że Bóg jest sprawiedliwy. Życie dowodzi, że ludzie potrzebują tak sprawiedliwości, jak miłosierdzia.


Jednak jest jeszcze idea, w myśl której kara za grzech idzie za nim krok w krok, że w jakiś sposób wręcz własne zło jest dla złoczyńcy karą. Szczerze mówiąc, brzmi to jako słaba pociecha wobec niedomagań ludzkiego wymiaru sprawiedliwości. Trudno powiedzieć, by zaspokajało to naszą potrzebę sprawiedliwej odpłaty.


Warto się nad tym zastanowić. Wbrew pozorom, już dziś na co najmniej dwa sposoby terroryści islamscy „odbierają swoją nagrodę”. Właściwie, to własna zbrodnia spada im na głowy celniej od amerykańskich bomb.


Nie chodzi o to, by sugerować u nich o jakieś wielkie konflikty sumienia, bo całkiem możliwe, że zagłuszyli w sobie wszelkie wyrzuty. Chodzi o sposób, w jaki oni żyją. O strukturę ich mafijnego państwa. Miałem pisać, że podobną do zgrai zdziczałych psów, lecz mam wątpliwości, czy świat widział kiedykolwiek aż tak dziką psią zgraję. Wyobraźmy sobie, jak musi wyglądać polityka w kraju szalonych morderców? My uznajemy ją za rzecz brudną, słysząc o przekrętach, nieuczciwych chwytach i prywacie naszych rządzących, którzy przecież przy włodarzach ISIS wyglądają jak pluszowe owieczki przy prawdziwych drapieżnikach. Nie da się najpierw wysadzać w powietrze dzieci lub palić jeńców żywcem, a potem w duchu braterstwa, przy dobrej herbacie dzielić zniewolone kobiety i zagrabione miliony. Myślę, że sposób prowadzenia walki o władzę w świecie ISIS zadziwiłby samego George’a  R. R. Martina, autora bestsellerowej sagi fantasy o meandrach krwawej polityki. Jak to wyraził jeden mój znajomy: patrząc na nich nawet Tywin Lannister osiwiałby i to pomimo obiektywnych przeszkód.


Widać tu jeden z powodów, dla których popełniają i ogłaszają wszystkie te okrucieństwa. Robią to na użytek wewnętrzny, by ich podwładni i towarzysze broni widzieli, na co ich stać i dwa razy zastanowili się, zanim zaatakują. Z drugiej strony, w takich warunkach zwlekanie z atakiem też ma posmak ryzyka, bo zwykle wygrywa właśnie ten, kto pierwszy uderzy. Inaczej patrzysz na człowieka, który siedzi z tobą przy stole i kroi jabłko, gdy wiesz, do czego jeszcze używa swego noża. Nie wierzę, by darzyli się apostolską miłością, może poza przypadkami żołnierskiego przywiązania w ramach jednego oddziału. Poza tym żyją w strasznym lęku przed sobą, a chciwość czy niepowodzenia na froncie mogą zdetonować wśród nich straszny, samobójczy ładunek przemocy. Być może przeczytamy o tym kiedyś w książce o tytule „Byłem dżihadystą”, jeśli Duch Święty wyrwie kogoś z tego piekła.


Przyjmijmy jednak, że bojownik dżihadu wymknie się śmierci z rąk bitnych Kurdów, że nie wypatrzy go dron, że Rafale nie zrzucą mu na głowę „pozdrowień z Paryża”, że w końcu brat nie utnie mu głowy w trakcie jakiejś kłótni. Chociaż ocalał z wojny zewnętrznej i wewnętrznej, to nie ma dla niego powrotu do pokoju. Jest to zresztą straszna prawda o profesji żołnierskiej, aktualna również dla tych, których słusznie nazywamy bohaterami. Platon pisał, że „tylko umarli widzieli koniec wojny”, a ja spotykałem dzielnych i prawych żołnierzy, którym co noc śniły się wojenne rozkazy, jakby za ich powiekami, znana mi tylko z filmów, II wojna światowa szalała w najlepsze. Dodam na marginesie, że powszechna obecnie herezja pacyfizmu ma jeszcze i ten smutny skutek uboczny, że nic się nie mówi o potrzebie modlitwy za żołnierzy i policjantów. Nie mówiąc o służbach specjalnych, które szczególnie zdają się potrzebować duchowego wsparcia.


W gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Odyseja”, o długotrwałym i niełatwym powrocie z krainy zabijania. Cała tradycja antyczna przeniknięta jest grozą, że wojownik mógłby przywlec ze sobą przemoc jak zarazę do swojego domu. Islamiści odrzucili za siebie wszelkie ludzkie tradycje i legendy, wierząc w bardzo prostą wizję świata, na pewno roześmialiby się na tę wzmiankę o „Odysei”. Jednak współczesna psychologia potwierdza, że stosowanie przemocy wpływa mocno na człowieka, potrafi uzależnić niby narkotyk.


Niektórzy twierdzą, że za terrorem „Państwa Islamskiego” stoi pragnienie sprowokowania sił „krzyżowców” do rozprawy, gdyż, według przepowiedni, po bitwie stoczonej koło jakiejś syryjskiej wioski ma nastać sąd Allaha nad niewiernymi. Jeśli ISIS pragnie apokalipsy, to zapewne w jakimś sensie ją dostanie, choć jej finał może być dla nich zaskakujący. O ile jednak mogą liczyć na apokalipsę i straszliwą walkę, godną końca świata, jest rzecz, której już nie są w stanie osiągnąć. Nie mają już szans, by wrócić do najnormalniejszej i najpiękniejszej z ludzkich spraw, to jest – do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz