whos.amung.us

piątek, 27 listopada 2015

Gawęda o fotografowaniu i krytycznie zagrożonych bebokach

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Chcesz iść do lasu na „bezkrwawe łowy”? Dobrze, nie jest to zabronione, ale bądź świadom, że zmienisz to miejsce nie do poznania!Ubierz się ciepło, w stonowane kolory. Najlepiej weź ze sobą aparat o wspaniałej optyce, pozwalającej z pięciuset metrów policzyć wszystkie pchły na lisie i brodawki na ryju starego odyńca. Rób zdjęcia porannych mgieł, kolorów jesieni i kropel rosy na pajęczynie, nie płacąc matce naturze nawet złotówki tantiemu. Obyś tylko nie czuł się lepszy od człowieka ze strzelbą, delikatnie stąpającego między liśćmi, łowiącego zapachy i odgłosy zwierza. Tylko pozornie bowiem nie robisz żadnych szkód w środowisku, tylko pozornie nikt nie ucierpi na twoim bezkrwawym polowaniu. Tak się bowiem składa, że zawodowi czy też niedzielni fotografowie, niezliczeni właściciele fotoaparatów i kamer filmowych wytępili całkiem pokaźne populacje żywych istot. Wyginęły  setki gatunków dotąd lęgnących się w gęstwinach ludzkiej wyobraźni.



Ten wstęp jest oczywiście żartem, acz nie do końca. Żartobliwa jest pretensja i porównanie do myśliwych, których zresztą też nie mam zamiaru potępiać, podobnie jak policjantów czy żołnierzy – Kościół od stuleci ma spośród nich całą armię świętych. Co natomiast nie jest żartem, to fakt, jak powszechny dostęp do utrwalaczy widoków zmienił nasze spojrzenie na świat.




Mówi się, że przyjęcie chrześcijaństwa wiązało się dla wczorajszych pogan z koniecznością pewnej demitologizacji. To oznacza, że w sfera mitu się zmniejszyła i zmieniła. Trochę tak, jakby świat poddano egzorcyzmom – odkąd człowiek uznał władzę Chrystusa na niebie i na ziemi, mniej bał się leśnych duchów, mieszkających z korzeniach powalonego wichurą dębu czy wodnych diabłów buszujących przy wodospadzie. Trwało to, ponoć jeszcze dwieście lat temu ścinano na Litwie święte gaje, a Mickiewicz na początku swych „Dziadów” wręcz ubolewa, że „w teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnymi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo więc święci D z i a d y tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza”. Być może wiara w świat magiczny trwa gdzieniegdzie jeszcze. Może nawet u nas, niekoniecznie na Polesiu czy w Afryce. Kto wie, czy nie teraz właśnie, gdzieś niedaleko jakaś babcia stąpa ostrożnie po schodach na strych, starając się nie rozlać mleka ze spodka, choć dobrze wie, że tam, gdzie go postawi, nie ma żadnego kota.




Wspomniałem o Afryce. Pamiętam misjonarza, który po kilkunastu latach na Czarnym Lądzie uwierzył swoim parafianom, którzy dosłownie wszędzie widzieli różnorakie duchy, zdolne nawet opętać człowieka, a na co dzień siedzące w drzewach, kamieniach i rzekach. Opowiadał ten misjonarz zadziwionym księżom, którzy o diable mogą przeczytać w słowniku biblijnym czy czasem posłuchać trochę u  kolegi – egzorcysty, że w jego parafii duchy i demony chodzą w biały dzień środkiem drogi. Co innego w pełni duchowy, prawdziwy demon, o którym czytamy w katechizmie, co innego ludowy – będący tego prawdziwego wręcz karykaturą. Z tego jednak, co słyszę, to i tam coraz tym ludowym stworom gorzej, gdyż Chińczycy potężnie inwestują w Afrykę i kładą asfalt tam, gdzie niegdyś buszowały tylko guźce i słonie.




Początkowo zresztą wydawało się, że magia i fotografia podadzą sobie rękę. Po pierwsze, co zabrzmi nieco banalnie, w sztuce utrwalania światła jest coś magicznego. Po drugie zaś wydawało się, że właśnie aparatura fotograficzna wydobędzie z powietrza kształty tajemnicze i ukryte, dając do ręki dowód dla wszystkich niedowiarków. Widać tu specyficzna mieszanka wiary w stworzenia trochę niematerialne, a trochę materialne. Mój przyjaciel mieszkał przez pewien czas w pewnym ukraińskim seminarium duchownym. Wielkim wydarzeniem była tam swego czasu projekcja filmu o egzorcyzmach Emily Rose. Dorośli kandydaci na greckokatolickich księży dosłownie drżeli po tym filmie, nikt nie mógł zasnąć. W pokoju było kilka osób, w tym mój rozbawiony sytuacją przyjaciel; w końcu jeden z kleryków przełamał się i doskoczył do drzwi, by zamknąć je od środka. Na pytanie, co robi, powiedział, że to na wypadek, gdyby z pobliskiego lasu przyszły duchy, lub sam diabeł. Taka ufność w materialne środki na niematerialnych napastników sprawiła, że mojego przyjaciela rozbolał brzuch ze śmiechu.




W innym miejscu, to jest w Anglii, no i w innym wieku, to jest XIX, dwie dziewczynki doprowadziły swoimi fotografiami wróżek do niemałego fermentu. Rzesza osób (w tamtych czasach moda na spirytyzm osiągała swe apogeum), z sir Conanem Doylem, autorem Sherlocka Holmesa na czele, chętnie uwierzyła, że to wszystko najprawdziwsza prawda. Jeszcze dziś nie wszyscy chcą przyjąć do wiadomości, że była to dziewczęca zabawa z rysunkami na kartonie i szpilkami. Wtedy jeszcze można było mieć wątpliwości, czy aparaty przymnożą życia legendarnym stworzeniom, czy je zakończą. Dziś już jest jasne – nawet, gdyby ktoś zrobił zdjęcie najprawdziwszego jednorożca, mógłby co najwyżej dostać gratulacje i wyrazy uznania za wyjątkowo udaną obróbkę cyfrową zdjęcia. Gdyby nawet jakaś wróżka czy też skrzat chcieli się ujawnić, ba! nawet gdyby zrobili sobie „selfie”, mogliby zostać najwyżej „gwiazdami Photoshopa”.




Także bliższe nauce szukanie białych plam w biologii i wiara w stworzenia pokroju yeti, potwora z Loch Ness czy chupacabry zdaje się kończyć. Można z drżeniem słuchać relacji myśliwego o spotkaniu z dziwaczną istotą, od której opisu włosy stają dęba. Cóż, kiedy fotopułapki w lasach całego świata uparcie uwieczniają jedynie znane nauce zwierzęta.




Aparaty fotograficzne, kamery przemysłowe i smartfony, którymi też przecież można coś „pstryknąć” odbiły się również na kontaktach naszej cywilizacji z mieszkańcami innych planet. Ledwo zdążyły te stworzenia wyewoluować w gęstwinach ludzkiej wyobraźni, a już musiały się pożegnać z naszym niepozbawionym nadziei „może”. Do odparcia inwazji nie trzeba było superbohaterów, wystarczyło uzbroić niemal każdego przedstawiciela homo sapiens w aparat. 




Jeśli więc podczas wyprawy do lasu spotkasz jakieś dziwne stworzenie, leśnego dziada czy nimfę, nie płosz ich aparatem. Możecie usiąść na chwilę na jakimś pniaku i po prostu porozmawiać. Jeśli nie będziecie znali swoich języków, warto posłuchać oddechów, posiedzieć w ciszy, której też przecież sfotografować się nie da. Nie chcę, byś myślał o tym, jako o wielkim wyróżnieniu dla siebie, że oto obcujesz z istotą niezarejestrowaną w powszechnych spisach nauki, z bezdomnym teorii fizycznych i biologicznych. Nie, nie dla siebie to robisz. To ty jesteś w tym lesie najdziwniejszą z istot. Tak! Ty, głośny człowieku z migawką i wielką kartą pamięci w aparacie, zdolną objąć prawie cały świat, jesteś najbardziej niepojęty, co chętnie przyzna każda sójka, sarna, kuna i skrzat. Posiedź z nimi, by nie mogły się nadziwić. To Ty tu robisz za niedźwiedzia z Krupówek, nie oni!




Nie mówię, by wobec powyższego aparat wyrzucić, ale wspomniany wyżej Wieszcz zauważa, że „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”, oprócz karty pamięci trzeba więc czasem włożyć doń także serce, a czasem nawet przymknąć to uwieczniające oko, by dla siebie ocalić rzeczywistość. By w ogóle ją dostrzec, zauważyć, zobaczyć. Choćby to dostrzec, jak mocno i szybko nasz świat się zmienia, także świat naszej wyobraźni.




Poza tym, wystarczy raz spróbować uwiecznić ludzką twarz, by poznać zarazem niszczącą wszechmoc i zbawienną bezsilność fotografii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz