whos.amung.us

sobota, 28 listopada 2015

Edmund Janniger czyli czyścimy stajnie Augiasza

Autor: Integrator

Dziś krótko będzie za to o sprawach ważnych, bez których omówienia nie wypadać zamykać dnia. Tak się bowiem złożyło, że nie tak dawno jak wczoraj miałem sposobność spotkać ludzi, którzy mając niemal bezpośredni wgląd w intencję jakie przyświecają tym, którzy będąc aktualnie przy władzy decydują gdzie, kiedy i po czym przejdzie walec, pomogli mi zrozumieć dlaczego tak a nie inaczej układają się niektóre sprawy.

Pierwsza rzecz dotyczy głosowana w Sejmie podczas którego uchwalono siedemdziesięcio-procentowy podatek od odpraw i odszkodowań dla prezesów spółek skarbu państwa. Przyznać muszę, że w natłoku własnych no i zawodowych spraw informacja ta zwyczajnie mi umknęła a tym czasem to jest perełka bez której wyjście z impasu w jaki chciała Platforma utrzymać PiS w razie przejęcia przez tą partię władzy byłoby niemożliwe. Jak bowiem można było przypuszczać spodziewając się sromotnej klęski PO zaczęło na szybko, a już przed samymi wyborami na tak zwanego chama, upychać swoich ludzi w spółkach skarbu państwa. Raz by mogli skutecznie sabotować plany nowego rządu, dwa, by mogli przetrzymać ciężki czas w dobrej kondycji finansowej. Z punktu widzenia interesów Platformy Obywatelskiej to był krok niemal strategiczny bo bez lepiku jakim jest kasa partia, wszyscy to tam rozumieją, nie przetrwa roku. Upchano więc całe setki ludzi gdzie się dało obwarowując jednocześnie ich umowy menedżerskie zapisami, które w razie gdyby nowy Minister Skarbu Państwa chciał ich odwołać, musiałby wypłacić wielomilionowe odprawy. Znam przykłady, że do spółek przenosili się całymi grupkami ludzie, którzy do tej pory kurczowo trzymali się swych urzędniczych stołków - wszystko byle by się utrzymać na fali no i możliwie blisko kasy. To nie było pierwsze tego typu zagranie, podobne numery robiły poprzednie rządy i z tym problemem musiał się mierzyć PiS już wtedy gdy po raz pierwszy doszedł do władzy. W zastanej rzeczywistości musiano wybierać pomiędzy wypłatą gigantycznych odszkodowań a koniecznością współpracowania z kadrą menedżerską, która stanowiska swoje zawdzięczała poprzednikom i ani myślała podporządkować politykę często strategicznych spółek należących do państwa nowemu rządowi i jego wizji. Wydawało się, że i tym razem sprawa będzie nie do ruszenia, szczególnie że budżet państwa został przez koalicję PO-PSL dosłownie zdemolowany a tu proszę, nasi przygotowali się dużo lepiej niż poprzednio. Dodatkowo dzięki możliwość samodzielnego przepychania ustaw a więc bez oglądania się na widzimisie koalicjantów Prawo i Sprawiedliwość proces czyszczenia spółek skarbu państwa z platformersko-peeselowskiego elementu rozpoczęła od zabezpieczenia budżetu poszczególnych spółek wprowadzając opodatkowanie odpraw i odszkodowań przewidzianych w umowach prezesów. Może się to Czytelnikom wydawać rzeczą wręcz niewiarygodną ale w przypadku największych spółek odprawy te sięgają kwotom nawet dziesięciu milionów złotych. Człowiek z którym miałem przyjemność o tym wszystkim porozmawiać, z grubsza kalkulując powiedział, że budżet państwa dzięki tej ustawie oszczędził prawie miliard złotych! Miliard złotych, które szajka rujnująca kraj przez ostatnie osiem lat, ostatnim rzutem na taśmę próbowała wyprowadzić ze spółek państwowych by jako tako móc przez kolejne lata funkcjonować i opłacać organizatorów brzydkich prowokacji wycelowanych w rząd odnowy. A więc poważny sukces i prolog gigantycznego przemeblowania, oby!

Rzecz druga dotyczy decyzji jaką podjął minister Macierewicz w kwestii mianowania młodego człowieka na swojego doradcę. Tu także przychodzi mi uderzyć się w pierś, jako że nie zbadawszy sprawy, poszedłem drogą wydeptaną przez inne, pędzące przede mną owce. Ośmieszenie szefa MON było w tym przypadku o tyle łatwe, że człowiek przez niego wybrany ma twarz dziecka, no i nie skończył jeszcze studiów które w naszej kulturze wciąż pełnią rolę symbolicznego wejścia do świata w pełni dorosłego. Tym czasem jak wyjaśnił mi mój dzisiejszy rozmówca Macierewicz bynajmniej nie zwariował ale przygotowuje się w ten sposób do totalnego czyszczenia stajni Augiasza jaką mu powierzono. Mając na uwadze złe doświadczenie z poprzednich lat, kiedy to niektórzy wybrani przez niego ludzie w najmniej oczekiwanym momencie okazywali się mieć coś lepkiego za uszami, postanowił ów stary wyga tym razem wspomóc się rocznikami, które z racji wieku nie miały fizycznej możliwości ubabrania się w jakieś niecne sprawki. Na Zachodzie szybki awans młodych ludzi jest zjawiskiem powszechnym i jeśli dobrze się skupimy to na pewno uda nam się wygrzebać w pamięci kilka przykładów, że to czy tamto dziecko, a częściej ten czy tamten młody człowiek, wybił się niespodziewanie na pierwsze strony gazet i zarabia grube miliony. U nas takie "awanse" to jest wciąż nowość i nie dziwi mnie fakt, że tak a nie inaczej większość z nas reaguje na podobne medialne doniesienia, niemniej w tym akurat przypadku powinna nas ukoić informacja, że ów młody człowiek ma na swoim koncie poprowadzenie skutecznej kampanii wyborczej no i wieloletnie prowadzanie biura poselskiego Antoniego Macierewicza, posła obleganego w stopniu najwyższym. To jednak co powinno nam na dziś pozostać z tej historii w głowie to świadomość, że jeśli taki ktoś jak Macierewicz decyduje się postawić na ludzi tak młodych to znaczy, że obszar w którym będzie operował musi być zdemolowany w stopni pełnym. On zaś jeśli chce zakończyć swoją misję powadzeniem, a co do tego nie możemy mieć wątpliwości, to musi mieć ekipę z absolutnie krystaliczną przeszłością. No i gotową czyścić wszystko co przed nimi już nie tyle do samego gruntu, ale jak chciała premier Kopacz, na metr w głąb. 

piątek, 27 listopada 2015

Czy Trybunał Konstytucyjny przykryjemy szmatą?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Wymieniając oczywiście na pierwszym miejscu zdarzenie najważniejsze, a więc mam nadzieję, że ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna, wczorajszy dzień przyniósł parę drobniejszych satysfakcji, z których każda mogłaby się doczekać osobnej notki, no ale ponieważ mamy takie a nie inne tempo, odniosę się dziś krótko do każdej z nich. Oto podczas debaty sejmowej wystąpił Kornel Morawiecki i powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że owo prawo ma służyć Narodowi, bo w przeciwnym wypadku, staje się bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.

Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie postanowiono skontaktować się telefonicznie z sędzią Stępniem i spytać się go, jak się czuje. Rozmowa była długa i wynikało z niej niezbicie, że Stępień z tych wszystkich wrażeń zwariował, co mnie również ucieszyło. On wprawdzie cały czas zapewniał, że jest szczęśliwy, bo Sejm właśnie potwierdził, jak ważny jest Trybunał Konstytucyjny i mimo coraz większej konsternacji prowadzącego rozmowę, trzymał się swojej wersji do końca, myśmy tutaj mieli obraz człowieka, któremu jednoznacznie coś, jak to pięknie mówią Czesi, preskoczilo.

No i wreszcie pokazano nam prof. Rzeplińskiego, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej. Wszyscy dziś się skupiają na tym, co i w jaki sposób on do niej mówił, i podczas gdy również moim zdaniem ów przedziwny atak w istocie był godny uwagi, uważam jednocześnie, że o wiele ciekawiej było chwilę wcześniej, kiedy na Rzeplińskiego wyskoczyli dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzucił sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy. To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni wczoraj dostali, widok ich głównego czarownika, jak zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.

Jakiż piękny poranek!


Gawęda o fotografowaniu i krytycznie zagrożonych bebokach

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Chcesz iść do lasu na „bezkrwawe łowy”? Dobrze, nie jest to zabronione, ale bądź świadom, że zmienisz to miejsce nie do poznania!Ubierz się ciepło, w stonowane kolory. Najlepiej weź ze sobą aparat o wspaniałej optyce, pozwalającej z pięciuset metrów policzyć wszystkie pchły na lisie i brodawki na ryju starego odyńca. Rób zdjęcia porannych mgieł, kolorów jesieni i kropel rosy na pajęczynie, nie płacąc matce naturze nawet złotówki tantiemu. Obyś tylko nie czuł się lepszy od człowieka ze strzelbą, delikatnie stąpającego między liśćmi, łowiącego zapachy i odgłosy zwierza. Tylko pozornie bowiem nie robisz żadnych szkód w środowisku, tylko pozornie nikt nie ucierpi na twoim bezkrwawym polowaniu. Tak się bowiem składa, że zawodowi czy też niedzielni fotografowie, niezliczeni właściciele fotoaparatów i kamer filmowych wytępili całkiem pokaźne populacje żywych istot. Wyginęły  setki gatunków dotąd lęgnących się w gęstwinach ludzkiej wyobraźni.



Ten wstęp jest oczywiście żartem, acz nie do końca. Żartobliwa jest pretensja i porównanie do myśliwych, których zresztą też nie mam zamiaru potępiać, podobnie jak policjantów czy żołnierzy – Kościół od stuleci ma spośród nich całą armię świętych. Co natomiast nie jest żartem, to fakt, jak powszechny dostęp do utrwalaczy widoków zmienił nasze spojrzenie na świat.




Mówi się, że przyjęcie chrześcijaństwa wiązało się dla wczorajszych pogan z koniecznością pewnej demitologizacji. To oznacza, że w sfera mitu się zmniejszyła i zmieniła. Trochę tak, jakby świat poddano egzorcyzmom – odkąd człowiek uznał władzę Chrystusa na niebie i na ziemi, mniej bał się leśnych duchów, mieszkających z korzeniach powalonego wichurą dębu czy wodnych diabłów buszujących przy wodospadzie. Trwało to, ponoć jeszcze dwieście lat temu ścinano na Litwie święte gaje, a Mickiewicz na początku swych „Dziadów” wręcz ubolewa, że „w teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnymi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo więc święci D z i a d y tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza”. Być może wiara w świat magiczny trwa gdzieniegdzie jeszcze. Może nawet u nas, niekoniecznie na Polesiu czy w Afryce. Kto wie, czy nie teraz właśnie, gdzieś niedaleko jakaś babcia stąpa ostrożnie po schodach na strych, starając się nie rozlać mleka ze spodka, choć dobrze wie, że tam, gdzie go postawi, nie ma żadnego kota.




Wspomniałem o Afryce. Pamiętam misjonarza, który po kilkunastu latach na Czarnym Lądzie uwierzył swoim parafianom, którzy dosłownie wszędzie widzieli różnorakie duchy, zdolne nawet opętać człowieka, a na co dzień siedzące w drzewach, kamieniach i rzekach. Opowiadał ten misjonarz zadziwionym księżom, którzy o diable mogą przeczytać w słowniku biblijnym czy czasem posłuchać trochę u  kolegi – egzorcysty, że w jego parafii duchy i demony chodzą w biały dzień środkiem drogi. Co innego w pełni duchowy, prawdziwy demon, o którym czytamy w katechizmie, co innego ludowy – będący tego prawdziwego wręcz karykaturą. Z tego jednak, co słyszę, to i tam coraz tym ludowym stworom gorzej, gdyż Chińczycy potężnie inwestują w Afrykę i kładą asfalt tam, gdzie niegdyś buszowały tylko guźce i słonie.




Początkowo zresztą wydawało się, że magia i fotografia podadzą sobie rękę. Po pierwsze, co zabrzmi nieco banalnie, w sztuce utrwalania światła jest coś magicznego. Po drugie zaś wydawało się, że właśnie aparatura fotograficzna wydobędzie z powietrza kształty tajemnicze i ukryte, dając do ręki dowód dla wszystkich niedowiarków. Widać tu specyficzna mieszanka wiary w stworzenia trochę niematerialne, a trochę materialne. Mój przyjaciel mieszkał przez pewien czas w pewnym ukraińskim seminarium duchownym. Wielkim wydarzeniem była tam swego czasu projekcja filmu o egzorcyzmach Emily Rose. Dorośli kandydaci na greckokatolickich księży dosłownie drżeli po tym filmie, nikt nie mógł zasnąć. W pokoju było kilka osób, w tym mój rozbawiony sytuacją przyjaciel; w końcu jeden z kleryków przełamał się i doskoczył do drzwi, by zamknąć je od środka. Na pytanie, co robi, powiedział, że to na wypadek, gdyby z pobliskiego lasu przyszły duchy, lub sam diabeł. Taka ufność w materialne środki na niematerialnych napastników sprawiła, że mojego przyjaciela rozbolał brzuch ze śmiechu.




W innym miejscu, to jest w Anglii, no i w innym wieku, to jest XIX, dwie dziewczynki doprowadziły swoimi fotografiami wróżek do niemałego fermentu. Rzesza osób (w tamtych czasach moda na spirytyzm osiągała swe apogeum), z sir Conanem Doylem, autorem Sherlocka Holmesa na czele, chętnie uwierzyła, że to wszystko najprawdziwsza prawda. Jeszcze dziś nie wszyscy chcą przyjąć do wiadomości, że była to dziewczęca zabawa z rysunkami na kartonie i szpilkami. Wtedy jeszcze można było mieć wątpliwości, czy aparaty przymnożą życia legendarnym stworzeniom, czy je zakończą. Dziś już jest jasne – nawet, gdyby ktoś zrobił zdjęcie najprawdziwszego jednorożca, mógłby co najwyżej dostać gratulacje i wyrazy uznania za wyjątkowo udaną obróbkę cyfrową zdjęcia. Gdyby nawet jakaś wróżka czy też skrzat chcieli się ujawnić, ba! nawet gdyby zrobili sobie „selfie”, mogliby zostać najwyżej „gwiazdami Photoshopa”.




Także bliższe nauce szukanie białych plam w biologii i wiara w stworzenia pokroju yeti, potwora z Loch Ness czy chupacabry zdaje się kończyć. Można z drżeniem słuchać relacji myśliwego o spotkaniu z dziwaczną istotą, od której opisu włosy stają dęba. Cóż, kiedy fotopułapki w lasach całego świata uparcie uwieczniają jedynie znane nauce zwierzęta.




Aparaty fotograficzne, kamery przemysłowe i smartfony, którymi też przecież można coś „pstryknąć” odbiły się również na kontaktach naszej cywilizacji z mieszkańcami innych planet. Ledwo zdążyły te stworzenia wyewoluować w gęstwinach ludzkiej wyobraźni, a już musiały się pożegnać z naszym niepozbawionym nadziei „może”. Do odparcia inwazji nie trzeba było superbohaterów, wystarczyło uzbroić niemal każdego przedstawiciela homo sapiens w aparat. 




Jeśli więc podczas wyprawy do lasu spotkasz jakieś dziwne stworzenie, leśnego dziada czy nimfę, nie płosz ich aparatem. Możecie usiąść na chwilę na jakimś pniaku i po prostu porozmawiać. Jeśli nie będziecie znali swoich języków, warto posłuchać oddechów, posiedzieć w ciszy, której też przecież sfotografować się nie da. Nie chcę, byś myślał o tym, jako o wielkim wyróżnieniu dla siebie, że oto obcujesz z istotą niezarejestrowaną w powszechnych spisach nauki, z bezdomnym teorii fizycznych i biologicznych. Nie, nie dla siebie to robisz. To ty jesteś w tym lesie najdziwniejszą z istot. Tak! Ty, głośny człowieku z migawką i wielką kartą pamięci w aparacie, zdolną objąć prawie cały świat, jesteś najbardziej niepojęty, co chętnie przyzna każda sójka, sarna, kuna i skrzat. Posiedź z nimi, by nie mogły się nadziwić. To Ty tu robisz za niedźwiedzia z Krupówek, nie oni!




Nie mówię, by wobec powyższego aparat wyrzucić, ale wspomniany wyżej Wieszcz zauważa, że „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”, oprócz karty pamięci trzeba więc czasem włożyć doń także serce, a czasem nawet przymknąć to uwieczniające oko, by dla siebie ocalić rzeczywistość. By w ogóle ją dostrzec, zauważyć, zobaczyć. Choćby to dostrzec, jak mocno i szybko nasz świat się zmienia, także świat naszej wyobraźni.




Poza tym, wystarczy raz spróbować uwiecznić ludzką twarz, by poznać zarazem niszczącą wszechmoc i zbawienną bezsilność fotografii.


Zbieramy na opornik dla prof. Zolla

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Jeszcze wczoraj wieczorem, kiedy wróciliśmy z żoną do domu ze zwyczajowej niedzielnej rodzinnej wizyty, syn mój zaprezentował mi rozmowę, jaką z ministrem kultury Piotrem Glińskim przeprowadziła w publicznej telewizji dziennikarka nazwiskiem Karolina Lewicka. Ja tę Lewicką trochę znam, a trafiłem na nią po raz pierwszy, i do wczoraj jedyny, jeszcze podczas kampanii prezydenckiej, kiedy ta prowadziła jeden z programów związanych z wyborami i przyznaję, że byłem pod wrażeniem. Później jeszcze parę razy, ktoś mi o niej opowiadał i informacje jakie otrzymywałem potwierdzały moje oryginalne refleksje. Obejrzałem więc rozmowę z Piotrem Glińskim, jaką przeprowadziła z nim red. Lewicka i pomyślałem sobie, że jeśli dziś wciąż powtarzamy wciąż, że nie jest dobrze, to tak naprawdę wyłącznie w tym sensie, że osiem lat bezpośrednich rządów Platformy Obywatelskiej, a tak naprawdę po 10 latach owej strasznej propagandy, znaczna część z nas najzwyczajniej zatraciła poczucie rzeczywistości. Dla wielu z nas polityka, a dokładnie ów konflikt między Prawem i Sprawiedliwością, a resztą świata, stał się czymś, co zdeterminowało całe ich życie do tego stopnia, że oni gotowi są poświęcić wszystko, byleby ów pissssssss przestał ich zmuszać do tego, by się budzili w środku nocy z wrzaskiem. A mówiąc „wszystko”, mam na myśli jak najbardziej wszystko.

Popatrzmy na tę Lewicką. Jako przedstawiciel publicznej telewizji zaprasza ona do studia ministra kultury, zadaje mu pytanie, kiedy zaproszony minister zaczyna spokojnie na nie odpowiadać, ta wyskakuje na niego z mordą, a gdy on z kolei prosi ją, by mu dała spokojnie odpowiedzieć, ona go elegancko informuje, że jeśli on ma ochotę sobie pogadać, niech urządzi konferencję prasową, a nie wykorzystuje do swoich popisów telewizyjnego studia i tak już do końca. Ktoś powie, że to jest tak zwane agresywne dziennikarstwo, które stanowi współczesny standard, a my powinniśmy takich redaktorów, jak Lewicka, strzec, jak źrenicy oka. Otóż nic podobnego. Lewicka nie jest nowoczesnym dziennikarzem. Nowoczesny dziennikarz, gdyby mu zależało, by Glińskiego skompromitować, nie kłóciłby się z nim jak dziecko, ale – gdyby tylko dojrzał okazję – wkręcałby go stopniowo w obmyśloną przez siebie ścieżkę i go po niej prowadził tak długo, aż widzowie by zobaczyli, że minister to kretyn. Jedynym skutkiem zachowania Lewickiej natomiast było to, że myśmy zobaczyli, po raz kolejny zresztą, że ona nienawidzi PiS-u i gdy dochodzi co do czego, to ona nie jest w stanie tego ukryć i efekt jest taki, że biedny Gliński chciał coś powiedzieć, ale trafił na półprzytomną wariatkę.

Otóż to – wariatkę. Te osiem, a tak naprawdę, już 10 lat sprawiło, że ludzie dotychczas, mądrzejsi, czy głupsi, ale jakoś utrzymujący się w średniej powszechnie akceptowanej skali, przez swoje polityczne zaangażowanie najzwyczajniej w świecie oszaleli. Mamy więc tę Lewicką, która zaprasza do studia Glińskiego, zadaje mu pierwsze pytanie, on zaczyna „Proszę pani”, a ona w tym momencie zaczyna na niego wrzeszczeć, żeby on albo odpowiadał na pytania, albo zorganizował sobie konferencję prasową. A zachowuje się tak, niosąc ze sobą cały bagaż swojej dotychczasowej sławy. A zatem ona powinna wiedzieć, że za takie zachowanie już w najbliższym czasie – powiedzmy to otwarcie – straci pracę i nie znajdzie żadnej innej na choćby zbliżonym poziomie. TVN jej nie przyjmie, bo tam jednak standardy są wyższe i oparte na bardziej przemyślanych zachowaniach, Superstacja należy do Polsatu, a Polsat, jak wiemy, szykuje się do tego, by się stać się stacją reżimową, „Wyborcza” i „Newsweek”, jak sądzę, nie szukają pracowników, „Polityka” skupia się na starej komunistycznej gwardii, więc pozostają już tylko pisma takie jak „Fakty i Mity”, czy może parlamentarne wybory za cztery lata. Czy to możliwe więc, że on na tym poziomie w ogóle nie kalkuluje?

A zatem, czemu ona to robi? Czemu ona nie potrafi zadbać o swój podstawowy interes? Ktoś powie, że ona jest osobą ideową i dla niej nie liczy się nic, poza walką z PiS-em. Ona stoi na posterunku i nie zejdzie z niego do śmierci głodowej. No ale ja właśnie o tym mówię. Ta kobieta, podobnie jak wielu innych najzwyczajniej w świecie zwariowała. Ona PiS-u nienawidzi, a więc kiedy zaprasza do swojego studia Piotra Glińskiego, to wyłącznie z tą jedną myślą: „Ja tego skurwysyna-faszystę zniszczę”. I w tym momencie jest już po niej. Na zawsze.

A przecież nie oszukujmy się. Tu wcale nie chodzi o tę nieszczęsna Lewicką, która, jak słyszę, już została przez swojego pryncypała zawieszona za rażące „odbiegnięcie od standardów”. Nie chodzi nawet o dziennikarzy. Oni tak naprawdę są zaledwie marnym odpryskiem tego obłędu. Spójrzmy natomiast choćby na to, co się dzieje w ostatnich dniach z Trybunałem Konstytucyjnym. Przecież to jest dokładnie to samo, tyle że na znacznie wyższym poziomie. O ile ta Lewicka to jakieś nieszczęście po bibliotekarstwie, czy dziennikarstwie z rodzicami, czy narzeczonym siostry, którzy jej załatwili tę robotę, taki Zoll już samym nazwiskiem zabija. No i posłuchajmy, co takiego ów wybitny człowiek mówi:

Skończyło się dwudziestopięciolecie Polski demokratycznej. Powinno się dzisiaj uświadomić Polakom, w pierwszej kolejności obywatelom popierającym PiS, że ich wolności i prawa zostały oddane w ręce pana Kaczyńskiego, którego nikt nie kontroluje i który przed nikim nie odpowiada. Za chwilę będziemy żyli w systemie totalitarnym. Władza wykonawcza jest w rękach jednej partii, władza ustawodawcza jest w rękach jednej partii. Obie te władze polują na władzę sądowniczą. I jeszcze ta jedna partia ma specsłużby i chce całkowicie przejąć media publiczne. Nie będzie żadnej kontroli”.

Każdy kto się interesuje sprawami publicznymi, wie, kim jest prof. Zoll, a mając tę wiedzę, wie też, że wchodzimy na poziom poważny. I oto nagle okazuje się, że ów Zoll to człowiek, któremu nienawiść do PiS-u tak zawróciła w głowie, że on z tej nienawiści najzwyczajniej w świecie zwariował. I ja tu mam na myśli wymiar praktyczny tego całego szaleństwa. No bo co sobie ów Zoll wyobraża? Że on ma naprzeciwko siebie prezydenta, rząd, parlament i wygadując te idiotyzmy o totalitaryzmie, odniesie jakikolwiek sukces? Przecież Prawo i Sprawiedliwość, jeśli tylko zechce, jedną ustawą doprowadzi do tego, że tacy ludzie jak Zoll ze swoimi kumplami profesorami będą mogli najwyżej pisać felietony w „Gazecie Wyborczej”, a klienci galerii handlowych, a więc wyborcy jedyne co będą wiedzieć, to fakt, że prezydent nazywa się Duda, a premier Szydło. Więc czemu on to robi? Czemu on się aż tak napina. Bo go bardzo zasmucił fakt, że jego tytuł profesorski nie zrobił w świecie odpowiedniego wrażenia? Pewnie tak, no ale ja właśnie o tym piszę. O obłędzie.

I pomyśleć tylko, że wszystko się zaczęło tak naprawdę od pierwszego expose Donalda Tuska, w którym ten cwaniak przez trzy godziny gadał o miłości, a specjalista od politycznego wizerunku Eryk Mistewicz powiedział, że oto nadchodzą czasy postpolityki, czyli tak zwanej „story”, dzięki której społeczeństwa uda się zmienić w stado baranów i wreszcie zapanuje porządek. Karolina Lewicka, dziennikarka TVP Info chciała koniecznie wydusić od ministra Glińskiego wyznanie, czemu on nie chciał dopuścić do tego, by pornografia weszła do przestrzeni publicznej. Ile razy on jej próbował to wyjaśnić, wyskakiwała na niego z mordą i informowała, że jeśli mu się podoba, niech spieprza. Posłuchaj więc, moje drogie dziecko. Znalazłaś sobie bardzo złe wzory. W ten sposób, jedyne co osiągniesz, to … co ja zresztą będę mówił. Sama zobaczysz już w ciągu najbliższych tygodni, a odpowiednimi refleksjami wymienisz się ewentualnie z prof. Zollem.


środa, 25 listopada 2015

Na marginesie dojazdów: Biblioteka dzieł zaginionych

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Jadąc do Tyńca wyłowiłem z szumu radiowego niesamowitą historię. Jest w niej sejf, wywrotowy rękopis i amerykańskie Południe, dobra literatura i życie, które jak zwykle ją przerasta. Czasem książka prawie dosłownie spada z nieba…Oto mamy Harper Lee, autorkę popularnej w USA (i nie tylko) powieści „Zabić Drozda”. W jednym z wątków tej książki krystalicznie uczciwy adwokat broni obywatela przed linczem sądowym, który grozi mu z powodu koloru skóry.



Prawnik to w ogóle za oceanem postać kluczowa dla funkcjonowania społeczeństwa. Bodajże u Bartyzela wyczytałem trafną uwagę, że ustrój Stanów Zjednoczonych przypomina Izrael z epoki sędziów, z właściwymi jej arbitralnością i brakiem obiektywizmu. Stąd zresztą mnogość amerykańskich dowcipów w rodzaju: „co zrobisz, gdy winda stanie na twoim piętrze i ujrzysz w niej Saddama, Osamę i prawnika? (Pamiętaj, masz przy sobie broń, lecz tylko dwie kule w magazynku!)” Oczywiście, nietrudno dopowiedzieć sobie najzabawniejszą odpowiedź, niezbyt optymistyczną dla sługi Temidy, dla pewności dobitego jeszcze po pierwszym celnym strzale.




Na przekór stereotypom, autorce „Zabić Drozda” udało się odlać pomnik prawniczej uczciwości, Atticusa Fincha oglądany w dodatku oczyma jego własnej córki. „Zabić drozda” była debiutem Lee, debiutem niezwykle udanym, uwieńczonym Pulitzerem i stałym miejscem w kanonie lektur szkolnych. Ludzie pokochali niezłomnego stróża sprawiedliwości. Popularność i nagły status „celebrytki” nie sprzyjały dalszej twórczości. Autorka nie napisała więcej żadnej powieści.




Na tym jednak nie koniec opowieści o prawnikach i książkach Lee. Jak na sławną amerykańską pisarkę przystało, miała jednak osobistą prawniczkę. To ona znalazła w sejfie mieszczącym prywatne pamiątki Harper Lee rękopis powieści wcześniejszej niż słynne „Zabić drozda”. W „Idź, postaw wartownika” znów spotykamy dzielnego adwokata i jego córkę. Z tym, że teraz mają dwadzieścia lat więcej. Wielkie wydarzenie literackie! Pierwsze opinie krytyków nie pozostawiają wątpliwości – jest to doskonała proza. Nie wszystkie recenzje są jednak entuzjastyczne. Dlaczego? Otóż nienaganny rycerz prawdy, a takim zapamiętały pokolenia czytelników pierwszej wydanej powieści Harper Lee adwokata Atticusa Fincha, zaczyna mieć pewne wątpliwości. Nie, nie zapisał się do Ku-Klux-Klanu, nie uważa murzynów za podludzi. Jednak jako stary i doświadczony adwokat dostrzega odcienie szarości, problemy związane z integracją białej i czarnej społeczności, które nie dają się łatwo rozwiązać. Jak na Amerykę przystało, wiele osób całkiem histerycznie opowiedziało się za zupełnym bojkotem książki. Ich młodzieńczy pomnik cnót ma pozostać niepokalanym!




Można wypisać tysiące kart bibliotecznych z tytułami dzieł, które historia wypożyczyła od ludzkości i już nie oddała. Ten sam rok, który widział na półkach nową książkę Harper Lee, miał także szczęście do dzieła jeszcze cenniejszego. Odnaleziono glinianą tabliczkę z nieznanym fragmentem opowieści o Gilgameszu. Wątek amerykański pojawia się również i tutaj, bowiem tabliczka ta została odkupiona z rąk przemytników, którzy najprawdopodobniej „znaleźli ją” w irackim muzeum, plądrowanym po inwazji US Army z 2011 roku. Za 800 dolarów odzyskano kawałek gliny z pierwszym tak wyraźnym zapisem zapasów, jakie duch ludzki toczy ze swoim śmiertelnym wrogiem, to jest – ze śmiertelnością. Głównym celem Gilgamesza jest wszak uzyskanie nieśmiertelności. Nowa tabliczka, czyli nowy rozdział jest nawet bardziej wywrotowy niż nowy stosunek Atticusa Fincha do zagadnień rasowych. Okazuje się, że główny potwór całej opowieści, dziki Hunwawa, którego ostatecznie Gilgamesz wraz ze swym towarzyszem Enkidu zabijają, był w dzieciństwie przyjacielem tego ostatniego! Tabliczkę wyróżniają też przepiękne opisy przyrody; gdy bohaterowie muszą ją niszczyć, wycinając las, boleją nad stratami środowiska niby współcześni ekolodzy. Zresztą nie sposób tego eposu przedstawić w jakimś dziennikarskim skrócie, bo warto medytować nad każdym wersem tej literatury.




Można by wymieniać masę zaginionych dzieł, biorąc poprawkę na te, o których jak o „Idź, postaw wartownika” po prostu nie wiemy. Jedne odnajdą się, inne niestety nie będą mogły nas olśnić. Powieścią, która stanowi rozważanie nad fenomenem trwałości i ulotności dzieł pióra jest „Imię róży” Umberto Eco. Los biblioteki opisanego tam opactwa daje dużo do myślenia na temat książek, których jedyna kopia istnieje już tylko w miłosiernej pamięci Boga.




Księgi napisane pod Bożym natchnieniem też nieraz się zawieruszają. Swego czasu wielkim odkryciem było Qumran ze swoimi starożytnymi zwojami, które do dziś badają bibliści. Nie jest wykluczone, że czekają nas jeszcze bardzo wielkie odkrycia, być może sięgające samych początków chrześcijaństwa. Któż nie chciałby zobaczyć, jakim charakter pisma miał św. Paweł? W powieści „Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy”, opisującej przyjście antychrysta i ostateczny bój szatana z Kościołem pojawia się właśnie motyw takiego znaleziska. Michael D. O’Brien opisuje tam, jak coraz bardziej niechętna chrześcijaństwu cywilizacja zagłusza i lekceważy odkrycie o pierwszorzędnym znaczeniu. Dokumenty pochodzące z pierwszych lat Kościoła, spisane przez naocznych świadków, potwierdzające, że historia Jezusa zdarzyła się właśnie tak, jak przez dwa tysiąclecia nauczali kolejni papieże. Co, gdyby faktycznie udało się znaleźć takie wczesne zwoje z nieznanymi pismami Apostołów? Gdyby nowy kawałek Nowego Testamentu spadł nam z nieba? Czy trzeba by rozszerzać kanon Biblii, np. o piątą Ewangelię? Na pewno nie, tu decydujący głos ma nieprzerwana kościelna Tradycja. Nie każdy stary chrześcijański tekst musi być od razu natchniony. Mimo to, podobnie jak ma to miejsce w przypadku pism Ojców Kościoła, mógłby dać nam jakieś nowe światło, wskazać nieodkrytą jeszcze interpretację Objawienia.




Jakby na to nie patrzeć, niestety żadna archeologia nie pomoże nam w odpowiedzi na pytanie, co Chrystus pisał na piasku, gdy przyprowadzono mu kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, o czym czytamy w Ewangelii według św. Jana. Na odpowiedź na to pytanie przyjdzie nam pokornie poczekać.


poniedziałek, 23 listopada 2015

Wewnętrzne koszty dżihadu

Autor: ks. Jan Dobrowolski



Wyczyny „Państwa Islamskiego”, w rodzaju obcinania głów chrześcijańskim jeńcom czy zamachów z 13 listopada mocno oddziałują na uczucia. Oprócz strachu, w widzach światowych mediów rodzi się też naturalne pragnienie sprawiedliwości, czy nawet zemsty. Jakie są rzeczywiste szanse na ukaranie tych zbrodniarzy? Ostatnio bomba spadła na głowę mordercy o przydomku „Jihadi John”. Hollande, Putin i Obama składają coraz mocniejsze deklaracje totalnej wojny z terrorem. Mimo to, w ciągle jesteśmy „łaknący i pragnący sprawiedliwości”, jak powiedział Pan Jezus w jednym z błogosławieństw.


Realistyczne spojrzenie na sytuację każe przypuszczać, że dla większości gangsterów spod znaku ISIS sprawiedliwy sąd odbędzie się dopiero po śmierci. Być może śmierć zastanie takiego bandytę w dniach pogodnej starości, gdy w jakiejś oazie przejadać będzie fortunę pochodzącą z handlu niewolnikami, narządami czy kradzioną ropą. Tak niejeden komunistyczny czy nazistowski zbrodniarz dożył swych dni.


Stąd pozostaje liczyć na Niebiański Trybunał. Boga nie da się zastraszyć, nie bierze On łapówek, nie ma też szans na zmianę tożsamości, nie ma sensu fałszować paszport przy przekraczaniu bram śmierci.


Sąd Boży jest Bożą Tajemnicą, przekracza nasze rozumienie sprawiedliwości. Jednak zwłaszcza dwa zdania z Nowego Testamentu mogą dać pewne światło: z Ewangelii wg Mateusza, gdy Chrystus mówi „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście”, a także z Listu św. Jakuba, gdzie Apostoł opisuje Boży Sąd jako „nieubłagany dla tego, który nie czynił miłosierdzia: miłosierdzie bowiem odnosi triumf nad sądem”. Nie jest naszą rzeczą znać przebieg tych spraw, mamy jednak prawo mieć nadzieję na sprawiedliwość. Dla Immanuela Kanta sama koncepcja Boskiej sprawiedliwości starczyła za mocny argument za istnieniem Boga. Tylko kiepscy kaznodzieje rekolekcji dla gimnazjalistów mają tendencję, by wyszydzać jedną z głównych prawd wiary, mówiącą, że Bóg jest sprawiedliwy. Życie dowodzi, że ludzie potrzebują tak sprawiedliwości, jak miłosierdzia.


Jednak jest jeszcze idea, w myśl której kara za grzech idzie za nim krok w krok, że w jakiś sposób wręcz własne zło jest dla złoczyńcy karą. Szczerze mówiąc, brzmi to jako słaba pociecha wobec niedomagań ludzkiego wymiaru sprawiedliwości. Trudno powiedzieć, by zaspokajało to naszą potrzebę sprawiedliwej odpłaty.


Warto się nad tym zastanowić. Wbrew pozorom, już dziś na co najmniej dwa sposoby terroryści islamscy „odbierają swoją nagrodę”. Właściwie, to własna zbrodnia spada im na głowy celniej od amerykańskich bomb.


Nie chodzi o to, by sugerować u nich o jakieś wielkie konflikty sumienia, bo całkiem możliwe, że zagłuszyli w sobie wszelkie wyrzuty. Chodzi o sposób, w jaki oni żyją. O strukturę ich mafijnego państwa. Miałem pisać, że podobną do zgrai zdziczałych psów, lecz mam wątpliwości, czy świat widział kiedykolwiek aż tak dziką psią zgraję. Wyobraźmy sobie, jak musi wyglądać polityka w kraju szalonych morderców? My uznajemy ją za rzecz brudną, słysząc o przekrętach, nieuczciwych chwytach i prywacie naszych rządzących, którzy przecież przy włodarzach ISIS wyglądają jak pluszowe owieczki przy prawdziwych drapieżnikach. Nie da się najpierw wysadzać w powietrze dzieci lub palić jeńców żywcem, a potem w duchu braterstwa, przy dobrej herbacie dzielić zniewolone kobiety i zagrabione miliony. Myślę, że sposób prowadzenia walki o władzę w świecie ISIS zadziwiłby samego George’a  R. R. Martina, autora bestsellerowej sagi fantasy o meandrach krwawej polityki. Jak to wyraził jeden mój znajomy: patrząc na nich nawet Tywin Lannister osiwiałby i to pomimo obiektywnych przeszkód.


Widać tu jeden z powodów, dla których popełniają i ogłaszają wszystkie te okrucieństwa. Robią to na użytek wewnętrzny, by ich podwładni i towarzysze broni widzieli, na co ich stać i dwa razy zastanowili się, zanim zaatakują. Z drugiej strony, w takich warunkach zwlekanie z atakiem też ma posmak ryzyka, bo zwykle wygrywa właśnie ten, kto pierwszy uderzy. Inaczej patrzysz na człowieka, który siedzi z tobą przy stole i kroi jabłko, gdy wiesz, do czego jeszcze używa swego noża. Nie wierzę, by darzyli się apostolską miłością, może poza przypadkami żołnierskiego przywiązania w ramach jednego oddziału. Poza tym żyją w strasznym lęku przed sobą, a chciwość czy niepowodzenia na froncie mogą zdetonować wśród nich straszny, samobójczy ładunek przemocy. Być może przeczytamy o tym kiedyś w książce o tytule „Byłem dżihadystą”, jeśli Duch Święty wyrwie kogoś z tego piekła.


Przyjmijmy jednak, że bojownik dżihadu wymknie się śmierci z rąk bitnych Kurdów, że nie wypatrzy go dron, że Rafale nie zrzucą mu na głowę „pozdrowień z Paryża”, że w końcu brat nie utnie mu głowy w trakcie jakiejś kłótni. Chociaż ocalał z wojny zewnętrznej i wewnętrznej, to nie ma dla niego powrotu do pokoju. Jest to zresztą straszna prawda o profesji żołnierskiej, aktualna również dla tych, których słusznie nazywamy bohaterami. Platon pisał, że „tylko umarli widzieli koniec wojny”, a ja spotykałem dzielnych i prawych żołnierzy, którym co noc śniły się wojenne rozkazy, jakby za ich powiekami, znana mi tylko z filmów, II wojna światowa szalała w najlepsze. Dodam na marginesie, że powszechna obecnie herezja pacyfizmu ma jeszcze i ten smutny skutek uboczny, że nic się nie mówi o potrzebie modlitwy za żołnierzy i policjantów. Nie mówiąc o służbach specjalnych, które szczególnie zdają się potrzebować duchowego wsparcia.


W gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Odyseja”, o długotrwałym i niełatwym powrocie z krainy zabijania. Cała tradycja antyczna przeniknięta jest grozą, że wojownik mógłby przywlec ze sobą przemoc jak zarazę do swojego domu. Islamiści odrzucili za siebie wszelkie ludzkie tradycje i legendy, wierząc w bardzo prostą wizję świata, na pewno roześmialiby się na tę wzmiankę o „Odysei”. Jednak współczesna psychologia potwierdza, że stosowanie przemocy wpływa mocno na człowieka, potrafi uzależnić niby narkotyk.


Niektórzy twierdzą, że za terrorem „Państwa Islamskiego” stoi pragnienie sprowokowania sił „krzyżowców” do rozprawy, gdyż, według przepowiedni, po bitwie stoczonej koło jakiejś syryjskiej wioski ma nastać sąd Allaha nad niewiernymi. Jeśli ISIS pragnie apokalipsy, to zapewne w jakimś sensie ją dostanie, choć jej finał może być dla nich zaskakujący. O ile jednak mogą liczyć na apokalipsę i straszliwą walkę, godną końca świata, jest rzecz, której już nie są w stanie osiągnąć. Nie mają już szans, by wrócić do najnormalniejszej i najpiękniejszej z ludzkich spraw, to jest – do domu.

niedziela, 22 listopada 2015

Odpalono projekt "New World Order"!

Autor: Integrator

Przepraszam, że znów o uchodźcach ale taka mnie jeszcze naszła w tym temacie refleksja. Oto wiele osób gdy usłyszy o mitycznym rządzie światowy, a więc bliżej nieokreślonej bo tajemnej grupie ludzi sterujących tym wszystkim co się na tym tu ziemskim padole dzieje, puka się z niedowierzaniem w głowę albo od razu wybucha śmiechem. Tym czasem tu absolutnie nie ma nic śmiesznego. Wystarczy zaledwie przeanalizować zachowania niektórych polityków rangi międzynarodowej a więc tych których słowo cokolwiek znaczy by zrozumieć, że coś jest na rzeczy.

Dobry przykładem dla zobrazowania tego co mi chodzi po głowie może być ostatnie zachowanie Angeli Merkel czy choćby tego dziwnego człowieka nazwiskiem Hollande. Mamy wielką tragedię we Francji, media wprost informują, że zamachowcy dostali się do tego kraju przez Grecję razem z falą uchodźców, czyli mamy czarno na białym do czego doprowadzić może ten cały cyrk z przewożeniem uchodźców z jednego kraju do drugiego, na co kanclerz Niemiec reaguje absolutnym spokojem, żeby nie powiedzieć specyficzną formą ekstrawagancji i uparcie obstaje za kontynuowaniem rozpoczętej operacji. Człowiek myślący w takich sytuacjach zadaje sobie pytanie, skąd to tak i dlaczego, a jedyne co mu przychodzi na myśl to wniosek, że powodem tych działań najwyraźniej nie jest chęć udzielenia pomocy Syryjczykom. Gdyby tak było, gdyby przywódcom mocarstw światowych leżało na sercu dobro tych ludzi, zorganizowali by odpowiednie siły by uporządkować sprawy tam na miejscu i powstrzymać dynamiczny rozwój zła które wypędza ludzi z ich domów. Tak się nie stało i już tylko po tym wiemy, że mocarstwom bardziej zależy na podziale stref wpływu w tym rejonie, przy okazji może na podziale samej Syrii, niż na pokoju. To stwierdzenie w zwyczajnych warunkach załatwiło by sprawę a my moglibyśmy rozejść się do swoich zajęć gdy nie fakt, że zwyczajnie to już było. Najwyraźniej bowiem, choć zagrożony jest spokój w całej Europie ludzie którzy mogliby cośkolwiek zmienić nie tylko nic nie robią to jeszcze uparcie grzebią kijem w mrowisku.

Wracając więc do Angeli Merkel i moich tu rozważań na temat "Wszechrządu". Jeśli szefowa najważniejszego państwa na kontynencie, mając za przykładem Francji dowód śmiertelnego zagrożenia jakie niesie dla Europy relokacja muzułmanów, wciąż uparcie trzyma się tak katastroficznego planu to należy postawić pytanie czyj plan realizuje? Na pewno nie zrodził się on w Niemczech skoro nie działa dla dobra tego narodu, za nic ma też pani kanclerz pokój w Europie skoro uderza w interes unijnej wspólnoty a jej struktur używa jako narzędzi niezbędnych do wykonania mokrej roboty. Przy czym im większą determinację Merkel wykazuje by zrealizować plan który także jej państwo słucha ku samounicestwieniu, tym ja nabieram większej pewności, że to jest robota którą jej zlecono. I naprawdę nie ma to większego znaczenia czy ci którzy właśnie odpalili projekt pod nazwą New World Order nazywają się masonerią, grupą Bilderberga, banksterami czy jeszcze jakoś inaczej. Ważne, że ich cienie widać co raz wyraźniej a poszczególni wykonawcy ich woli co raz mniej kryją się z zadaniami które im powierzono. Dzięki ostatnim wydarzeniom i związanym z nimi comingout'om z równie dużym prawdopodobieństwem jak w przypadku kanclerz Merkel można przyjąć, że wśród najemników "Wszechrządu" jest również taki prezydent Hollande. Który najpierw niemal wypowiedział wojnę światu muzułmańskiemu po czym zrzucił całą winę za ponad setkę zamordowanych współbraci na Francuzów właśnie. Na prawdę trudno jest odepchnąć w takich chwilach przekonanie, że zaraz po swych buńczucznych słowach pan Hollande dostał telefon od "Zarządu" po którym, że tak to ładnie ujmę, przysiadł na dupie. Mam nadzieję, że się mylę, ale na listę płac najwyraźniej wciągnięto także szefa CIA, który nie wiedzieć czemu nagle ogłosił Putina przyjacielem ludzkości i niestrudzonym stróżem wolności. Rozumiecie? Putina, który bez wątpienia maczał palce w inicjowaniu fali uchodźców. No ale temu gestowi akurat się nie dziwię bo jeśli projekt ma być globalny to bez Rosji raczej się nie uda. Na liście najemników pracujących dla Wszechrządu z pewnością muszą być także szefowie globalnych mediów, których zadaniem jest bezwzględne ukrywanie przed nami prawdziwej twarzy i celu tych tak zwanych "uchodźców". A robotę mają naprawdę ciężką. Proszę bardzo, tu jak w pigułce znajdziecie moi Państwo, to czego w wieczornych serwisach informacyjnych nie zobaczycie. 


No dobrze - zapyta kto bardziej dociekliwy - nawet jeśli ów Wszechrząd istnieje, to jaki niby miałaby mieć interes w burzeniu pokoju w Europie? Cóż, przyjdzie mi tedy spokojnie odpowiedzieć - ma ona taki sam interes jaki robili na wojnach ich protoplaści na wszystkich poprzednich zawieruchach. Wojna bowiem to jest proszę Państwa biznes klasy A. To jest dla producentów broni czas tak przemiły jak dla producentów wody mineralnej przedłużający się okres upałów. W zaledwie parę miesięcy można zarobić krocie ale nie bez znaczenia jest też rosnące zadłużenie państw biorących w niej udział. Dzięki papierom dłużnym można jeszcze długo po wojnie doić i pośrednio tymi państwami sterować. Ale zadłużanie państw i handel bronią to nie jedyne korzyści płynące z wojennej zawieruchy. 

Po każdej wojnie, a już musowo po wojnie globalnej, dochodzi do skokowych zmian w każdej niemal dziedzinie ludzkiej aktywności. Także w sferze obyczajowej gdzie zwyczajowo jakiekolwiek zmiany potrzebują dziesiątek lat by mogły stać się powszechnie akceptowalną normą. Wyjątkiem od tej reguły jest czas powojenny. Wraz ze zdziesiątkowanym pokoleniem odchodzą stare zasady a w ich miejsce przychodzą nowe wraz z nowym pokoleniem chcącym odrobić stracony przez wojnę czas, a przez to bardziej otwartym na propozycje łatwego, niezobowiązującego życia. W efekcie zachowania, które przed wojną były źle widziane a nawet uchodziły za gorszące, po wojnie mogą stać się powszechnie akceptowalnymi. Znamy dobrze ten mechanizm z opowieści naszych babć. Jestem właśnie po projekcji filmu "Powstanie Warszawskie" i trudno było mi tam znaleźć mężczyzn bez marynarki, każdy też miał starannie ułożone włosy. Nie zauważyłem, to inny przykład, by rozmowy powstańców (dla tych co nie wiedzą, ten film to cyfrowo poprawione kroniki z Powstania Warszawskiego do których po odczytaniu ruchu warg dodano dialogi) dokraszone były przekleństwami, co w Polsce 2015 jest niemal normą bez względu do jakiej grupy społecznej przyłożymy ucho. Dziś każdy chodzi ubrany jak mu pasuje, o zgrozo! nawet do teatru, że o odesłaniu grzebieni do lamusa nie wspomnę. Piszę oczywiście o sprawach małych, ale dobrze czujemy, że nie o takie zmiany chodzi tym którzy próbują podpalić Europę a zarazem uruchomić potężny katalizator wewnątrzspołecznych zmian. Powszechna akceptacja dla homoseksualizmu, dżender, rozbudzanie seksualnie dzieci na etapie przedszkola a w konsekwencji aborcja na życzenie, to wszystko można wprowadzić za jednym zamachem do kanonu zachowań każdego społeczeństwa. Byle odpowiednio wcześniej dobrze pokaleczonego fizycznie i psychicznie, a tak na prawdę po prostu zmęczonego trudami wojeny. Uwierzcie, są na świecie organizacje, które mają interes w tym by takie zmiany następowały, no i by następowały możliwie szybko. 

Ale wojna to także zmiana stanów właścicielskich na niespotykaną podczas pokoju skalę. Zagrabiany jest majątek milionów zwykłych ludzi ale też nieosiągalne na aukcjach dzieła sztuki, złoża mineralne, w końcu na podstawie powojennych uzgodnień między zwycięzcami przesuwane są granice pomniejszych państwa, rysuje się także nowe strefy wpływów. W rzeczywistości którą dziś mamy, gdzie wszystko zostało już kupione, gdzie z braku laku wymyślono handel dwutlenkiem węgla, możliwość ponownego przetasowania kart jest bardzo kusząca. W końcu kto jak kto, ale ci którzy zapalą lont zrobią to z bardzo bezpiecznej odległości. 

Kończąc zostaje wierzyć, że Polsce pisana jest jednak rola państwa, które oprze się temu złu jakie wyraźnie nadchodzi. Na czele Państwa Polskiego stanęli ludzie, którzy nie tyle widzą co się kroi, bo tą wiedzę ma bez wątpienia tak prezydent Francji jak i kanclerz Merkel, ale są to przede wszystkim ludzie, którzy temu złu chcą i mają odwagę się przeciwstawić. No a nas jako państwo ale i jako naród mogą odpowiednio przygotować na ten wyjątkowy czas.

Irlandia i Norwegia, z tych krajów chyba jeszcze Czytelników nie odnotowałem. Cieszy mnie fakt, że i tam ktoś pochyla się nad zamieszczanymi tu tekstami. Dziękuję i zapraszam regularne. 

Czy prezydent Hollande mógłby zostać szatniarzem u Macierewicza?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Pamiętam, zbliżał się pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w Islandii dymił wulkan, kolejni europejscy przywódcy odwoływali przyjazd do Krakowa, no i w końcu do owego wybitnego grona osób, które – ku zimnej satysfakcji wielu – postanowiły ograniczyć swój udział do krótkiej noty kondolencyjnej, dołączył również prezydent Sarkozy. Żona moja wówczas wypowiedziała słowa, które pamiętam do dziś: „No i dobrze. Tego jeszcze brakuje, by on i ta cizia mieli profanować tę uroczystość”. Gdyby ktoś nie pamiętał, chodziło o ówczesną kochankę prezydenta Francji… a może akurat żonę? Obojętne.

Parę dni temu, przy okazji żałoby związanej z terrorystycznym atakiem na Paryż i śmiercią być może setek osób, lubiany przez mnie red. Rymanowski wyraził opinię, że może nadszedł czas, byśmy zaczęli się martwić swego rodzaju kryzysem przywództwa w Europie, w tym sensie, że osoby, które dziś rządzą tą częścią świata, to durnie. Oczywiście, Rymanowski słowa „durnie” nie użył, natomiast ja, owszem, tak dokładnie zrozumiałem wyrażoną przez niego troskę. Moim zdaniem, bowiem, to co obserwujemy od kilkanastu lat, gdy chodzi o przywództwo właśnie, to upadek tak straszny, że czasem można odnieść wrażenie, że nawet taki Donald Tusk, jako tak zwany Przewodniczący Rady Europejskiej, na owym przysłowiowym bezrybiu może spokojnie zadawać szyku jako poważny, dobrze odżywiony rak. I nie chodzi o to, że politycy formatu Margaret Thatcher, czy Helmuta Kohla to melodia przeszłości, bo oni tak naprawdę też stanowili swego czasu dość wyraźny wyjątek, ale o to, że dzisiejsi premierzy, prezydenci i szefowie różnych europejskich instytucji, to banda zepsutych idiotów na poziomie przysłowiowego Dyzmy. Przepraszam bardzo, ale, nawet jeśli pominiemy wspomnianego wcześniej Tuska, który z nich tak naprawdę zasługuje na choćby najbardziej podstawowy szacunek? Juncker, Schultz, a może jakiś Cohn-Bendit? Przecież nie oszukujmy się; jeśli się oderwiemy od bieżącej propagandy, każdy z nich choćby przy takim Leszku Millerze jest kompletnym zerem. Jeśli przyjrzymy się nim w oderwaniu od tego niszczącego nas medialnego przekazu, to zobaczymy, że to są ludzie na poziomie ulicy.


Minione dni przyniosły nam wypowiedź prezydenta Francji Hollande’a, że te ponad 130 zabitych w paryskich atakach, to nie jest robota arabskich muzułmanów, lecz obywateli Francji, i że to jak najbardziej Francuzi Francuzom zgotowali ów los. A ja sobie myślę, mam w nosie, w jaki sposób Francuzi reagują na te słowa. W ogóle, szczerze powiedziawszy, Francuzi, jeśli idzie o nadzieje, jakie ja wiążę z kierunkiem, w jakim się rozwija mój świat, nie są moim problemem od wielu już lat. Natomiast, owszem, słysząc powyższe refleksje prezydenta Francji, myślę sobie, że to jest prawdziwe szczęście, że w tym zidiociałym świecie udało nam się zachować takie postaci, jak Andrzej Duda, czy Jarosław Kaczyński. Że mamy premier Beatę Szydło, ministra Macierewicza, Kamińskiego, Ziobrę i że w ogóle udało się nam zachować ten skrawek ziemi. Tej ziemi.

Na sam koniec, jako prezent dla nas wszystkich, wystąpienie naszego prof. Ryszarda Legutki w europarlamencie.




środa, 18 listopada 2015

Czy zbliża się wielki nów?

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Wyobraźcie sobie minę islamskiego terrorysty, który za chwilę ma dokonać zamachu, a słyszy takie zdanie: „islam umiera”. Możemy podejrzewać, ze na moment przed samobójczym atakiem skwitowałby to zdanie kpiącym uśmiechem.


Nie uwierzyłby, że jego ukochana wiara, ze stuleciami swoich dziejów, z milionami kilometrów podbitych krain no i w końcu – z prawie miliardem wierzących, dochodzi właśnie do swojego kresu. Jak to? Przecież wciąż nie brakuje ludzi, którzy tak, jak on, traktują naciśnięcie detonatora z nabożeństwem, z jakim wierzący katolik przyjmuje Komunię świętą. W błysku wybuchu dżihadysta chce widzieć już inny, obiecany mu świat. Błyszczącą czerń oczu dziewic i blask słońca na strumieniach szemrzących w ogrodach Allaha. Islam nie ginie, bo setki tysięcy są w stanie dla niego zabić i umierać, bo setki tysięcy ze śmiertelną powagą traktują Koran jako jasną i nieomylną wolę Najwyższego. Islam nie ginie, o czym upewniają nas pączkujące na zachodzie i północy Europy meczety, zwiastujące świt nowej ery półksiężyca. Czy aby na pewno tak będzie?


Gdyby ktoś uparcie twierdził, że paryskie zamachy to właśnie przedśmiertne konwulsje islamu, zostałby uznany za wariata. Znalazłby się poza dzisiejszą dyskusją o tej religii. Jest to dyskusja zażarta, a dyskutanci tak z prawej, jak i z lewej strony, nie wezmą raczej pod uwagę tak kontrowersyjnej opinii, która wydaje się być zupełnie oderwana od rzeczywistości.


Oczywiście, sam wolę hasła powtarzane z „prawej” strony, są o niebo trzeźwiejsze od upartego zaklinania rzeczywistości, że wizja Boga i życia po śmierci nie ma znaczenia dla zamachowca – samobójcy. Otóż ma. Nie będę tu zresztą wymieniał kolejnych tez narracji „lewicowej”. Chodzi choćby o obarczanie Ameryki czy też Izraela odpowiedzialnością za ataki z 13 listopada, czy też  porównywanie przyjmowania ludzi z Bliskiego Wschodu (w swojej przeważającej masie młodych, zdrowych i zamożnych mężczyzn) do przyjazdu katolickiej młodzieży na spotkanie z papieżem w Krakowie. Być może świadczy to, że w gruncie rzeczy, Europa jest dziś tak samo dogmatycznym kontynentem jak w średniowieczu. Przy czym mamy teraz masę „papieży” z tytułami uniwersyteckimi i usłużne media w roli ambon – mniejsza z tym. Wróćmy do Islamu. Jasne jest, że co o nim napisałem na początku tekstu nie pasuje do żadnej z narracji. Szeroko pojęta „prawica” powie, że to usypianie czujności wobec zagrożenia, „lewica” oburzy się, że ktokolwiek śmie obrażać uczucia religijne muzułmanów. Był jednak człowiek, który potrafił całe życie iść pod prąd i zachować intelektualną odwagę, czego zresztą gratulował mu już po śmierci prezydent Francji Hollande. Oto, jak zaczął swoją książkę o wyjątkowości chrześcijaństwa Rene Girard:


Na całym świecie powoli, lecz nieubłaganie kurczy się sfera oddziaływania religii. Można je wręcz zaliczyć do tych żyjących gatunków, którym grozi wyginięcie. Najmniejsze są martwe już od dawna, największe mają się gorzej, niż to zwykło się sądzić, i dotyczy to nawet nieujarzmionego islamu (…). 


Girard zauważa, co zresztą jasne, że proces ten zaczął się i jest najbardziej zaawansowany w krajach starej, chrześcijańskiej Europy. Stąd wielu wieszczy wręcz śmierć chrześcijaństwa. Niepokorny antropolog twierdzi zaś, że to chrześcijaństwo wywołało ten proces i że będzie miało ono okazję zaprezentować światu, że jest czymś zupełnie innym od reszty religii, sekt i wierzeń. Girard wierzył, że chrześcijaństwo zmartwychwstanie jako główna siła kształtująca świat.


Co takiego zrobił Kościół, że już od swego poczęcia zagroził egzystencji religii, która miała powstać dopiero sześćset lat po narodzinach Chrystusa? Rene Girard uważa, że tym orężem, który zmienił patrzenie na Boga, świętość i religię jest krzyż. Cały świat, po dziś dzień, pozostaje pod wpływem nieporównanych z niczym innym, ewangelicznych opisów Męki.


Czyżby Girard nie wiedział, że religioznawcy odnaleźli wątki podobne do ewangelicznych w mitach o Ozyrysie, Dionizosie czy Tammuzie, żeby wymienić tylko kilka bóstw? Przeciwnie, Girard uważa, że w ewangeliach roi się od odwołań do mitów, lecz mają one zupełnie inny cel. Zdanie, że „wszystkie religie/kultury są w istocie takie same” jest według Girarda owocem powierzchownego czytania tekstów. A przecież to właśnie zdanie leży u podstaw multikulturalizmu, który ponosi teraz na naszych oczach spektakularną klęskę we Francji czy w Szwecji. Podstawową różnicą między chrześcijaństwem a innymi tradycjami religijnymi jest to, że Kościół mówi w swych świętych tekstach jasno o związkach przemocy z religią. Łączenie Boga z przemocą jest z gruntu pogańskie, fałszuje Jego obraz, bowiem „człowiek nie jest nigdy ofiarą Boga; to Bóg jest zawsze ofiarą człowieka”. Trzeba otworzyć dopiero oczy na fakt, jak łatwo ludzie w różnych epokach, wyznawcy różnych bogów, w tajemniczym i krwiożerczym tańcu stają się tłumem – takim, jaki zabił na Golgocie Chrystusa. Odkąd Ewangelie powiedziały otwartym tekstem, że nie można zabić nikogo w imię oddawania Bogu czci, poprawił się los rozmaitych „kozłów ofiarnych”. Ludzie musieli zacząć szukać innych sposobów na zjednoczenie się, niż egzekucja niewinnej ofiary.


Zrozumienie tego wolno przychodziło w chrześcijaństwie, wolno przychodzi gdzie indziej. Jeśli trzeba dowodów na to, że faktycznie tak się dzieje, to wystarczy porównać to, co mówi, co deklaruje większość muzułmanów, czyli ze islam i przemoc są ze sobą sprzeczne. Jeśli sięgniemy do podań o życiu Mahometa, tak zwanych hadis, łatwo jest dostrzec, jak daleko odchodzą oni przy tym od swojej tradycji. Stosunek do ofiar, do jakiego aspirują, nie pochodzi z Koranu, lecz z Biblii. Jeszcze raz – może być nawet więcej opisów przemocy w tej drugiej księdze, ale zupełnie inny jest ich wydźwięk. Bóg, który chlubi się przemocą nieustannie traci na wiarygodności. Zwłaszcza, jeśli przemoc jest gliną, z której ulepiono nogi kolosa…


Islam nie jest jedyną potężną siłą, która znajduje się we współczesnym świecie pod presją chrześcijańskiego Objawienia. Podobnie rzecz się ma z ideologią komunizmu czy też szerzej – socjalizmu. Girard widzi w niej próbę współzawodniczenia w trosce o ofiary z samym Bogiem. Kościół nie zdał egzaminu, nie zatroszczył się jak trzeba o ostatnich, biednych i odrzuconych, mimo deklaracji, sam od czasu do czasu wyszukiwał „kozły ofiarne”. Stąd czas na ludzkość, humanizm lub partię. Według autora „Rzeczy ukrytych od założenia świata”, jest w lewicy coś z antychrysta, jakby sam diabeł rzucił Bogu wyzwanie na polu wyznaczonym przez Ewangelię. Jeśli komuś wydaje się to naciągane, warto przez chwilę zastanowić się nad sytuacją Europy. To, co jej zagraża to właśnie z jednej strony pozbawiona skrupułów przemoc religijna, a z drugiej – fałszywe, świeckie miłosierdzie, które uparcie przypina ewidentnym katom chlubną odznakę ofiary złego systemu.


Nie twierdzę, że Girard ma zupełną rację. Być może jego wizja jest tylko elementem większej całości, może też mieć braki. Warto jednak docenić oryginalność jego myśli, wziąć ją pod uwagę. Czy faktycznie fanatyczne poświęcenie siebie i innych w imię islamu dodaje tej religii chwały, czy też przeciwnie – ujawnia jej braki? Czy straszliwe bóstwo, łaknące krwi niewiernych jest w stanie podbić umysły ludzi, czy też dokona tego opowieść o Ukrzyżowanym? W końcu – kto ma rację? Grecy, Żydzi czy św. Paweł?


Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.


W czym wszyscy mogą się zgodzić z Girardem, jak sądzę, to diagnoza świata. Uważał on, że działają w nim bardzo mroczne siły. Chaos i polityka, wzburzone fale nastrojów, namiętności ludzkie, chciwość i wybuchowa mieszanka przemocy i głupoty. Girard często nazywał diabła „księciem tego świata”, który tym wszystkim zarządza i administruje, starając się utrzymać ludzi w swoich ciemnościach. Mrok wygaszonego po zamachach Paryża mówi nam coś o naszej sytuacji duchowej. Być może będziemy skłonni przyznać kontrowersyjnemu antropologowi rację i w tej kwestii, że ten mroczny świat, czy mu się podoba, czy nie, czeka w końcu świt Prawdy.


wtorek, 17 listopada 2015

Francja podąża ku kalifatowi

Autor: Integrator

Zdaję sobie sprawę, że w obliczu tak potężnej tragedii rozpoczynanie tekstu od słów "a nie mówiłem" może być bardzo źle przyjęte ale doprawdy złość bierze gdy sprawy od których zależy pokoju w Europie najważniejsi polityce puszczają mimo uszu. Złość tym większa, że nawet teraz gdy już wszystko jest tak oczywiste okazuje się, że wciąż długa jest kolejka obrońców obranej przez Unię drogi, na końcu której jak wszystko na to wskazuje, leży początek globalnej wojny. Dla niezorientowanych podpowiadam, że chodzi o słowa szefowej Europejskiego Human Rights Watch  o polskiej ignorancji, które wysączyła chwilę po tym jak człowiek desygnowany na ministra ds. europejskich w rządzie PiS, po tragedii w Paryżu, poddał w wątpliwość sens sprowadzania do Polski uchodźców. Ale po kolei.

W tekście "Muzułmańscy uchodźcy prologiem wojny ostatecznej" wskazywałem na możliwość destabilizowania przez Rosję sytuacji w Europie za pomocą sprowokowanej jej działaniami w Syrii kilkusettysięcznej fali emigracyjnej. Fali która stanowi nie tylko potężne zagadnienie humanitarne, logistyczne ale przede wszystkim jak pokazują wypadki we Francji bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa krajów które miałyby tych uchodźców przyjmować. Przypominam, że siedemdziesiąt procent tej ludzkiej masy to mężczyźni, z czego większość zgubiła lub specjalnie wyrzuciła paszport przez co weryfikacja poszczególnych osób pod kątem przynależności do grup terrorystycznych stała się niemożliwa. Zagrożeniem niemniej ważnym i mogącym równie silnie destabilizować sytuację w krajach, które przyjmą część uchodźców jest także zagrożenie epidemiologiczne z którego kobieta-premier o twarzy mumii tak bardzo sobie szydziła. Tymczasem jeśli przez chwilę zastanowimy się nad tym co jej się w głowie nie mieści, odkryjemy taką oczywistość, że ilekroć chcemy choćby w celach turystycznych wybrać się w rejon z którego pochodzą owi uchodźcy musimy wykonać wcześniej całą serię szczepień. Nie jesteśmy wszak uodpornieni na tamtejsze wirusy a trzeba się liczyć, że one przyjadą tu wraz z uchodźcami i wtedy dopiero rozpęta się prawdziwy armagedon. Teraz rozumiecie? To jest pytanie do wyborców Platformy, którzy równie bezmyślnie co Kopacz-Smoleńska podśmiewywali się z ludzi którzy umieli i o tym zawczasu pomyśleć. Trudno ocenić jak bardzo propagandowe działania Platformy Obywatelskiej sparaliżowały umiejętność logicznego myślenia u jej wyborców, bo że tak jest to akurat nie mam wątpliwości, ale mam nadzieję, że nie dobrano się do najbardziej pierwotnego instynktu przetrwania. Bo jak idzie o Kopacz-Smoleńską to tu wątpliwości akurat żadnych nie mam. To co wyprawiała ta kobieta jest bliskie obłąkaniu, które obdziera ludzi z tego instynktu niemal do kości i każe im stawać na krawędzi okna. Trochę nazbyt obrazowo wyszło ale jak inaczej nazwać sytuację w której ściąga się tysięcy obcokrajowców do kraju, który nie jest w stanie zabezpieczyć minimalnego poziomu egzystowania nawet dla swoich obywateli? Że jak? Że za każdym uchodźcą idą unijne pieniądze? Owszem idą (choć póki co tylko deklaracje) ale będą one wypłacane uchodźcom tylko przez rok, czego nam się już nie mówi.  Bo i po co? Stawianie sprawy jasno od razu wzbudziło by pytania kto będzie płacić po tym czasie a przecież odpowiedź jest oczywista -  na pewno nie Państwo Polskie bo nie ma pieniędzy. Z jak tak to ludzie ci bardzo szybko staną w obliczu widma nędzy i braku perspektyw a to w dalszej konsekwencji i w połączeniu z naturalną izolacja społeczną doprowadzi do tego, że będziemy mieli tu nad Wisłą wielotysięczną grupę zdeterminowanych ludzi z pośród której ekstremiści z całego świata będą mogli czerpać garściami. Wróćmy jednak do Francji. 

Prezydent Francji Hollande zamknął granice państwa. Rychło w czas bo trzeba było tragedii by dotarło do liderów tego kraju, że własnie stanęli na skraju wojny domowej. Już o tym pisałem, ale dla tych co to przegapili, powtarzam. Tu nie będzie jak przed wiekami czasu by zbierać siły przeciwko nadciągającym hordom wyznawców Allaha. Oni już tu są, głównie na terenie Francji i czekają na sygnał zaś jak idzie o poziom ich determinacji to chyba więcej dowodów nie potrzeba? Granice zamknęły Niemcy, ostatnio Szwecja a najwcześniej powszechnie krytykowane Węgry. My się oczywiście nawet zająknąć na ten temat nie możemy, bo od razu zwali się na nas lawina oskarżeń o ksenofobię i brak solidarności z cierpiącymi ludźmi. 

Teraz będzie trochę cyferek. Oto jeden z Czytelników naszego tygodnika podesłał mi następujące dane. Jak twierdzi na stronie niemieckiej organizacji  Bundesverband der Bürgerbewegungen zur Bewahrung von Demokratie, Heimat und Menschenrechten e.V. (tłumaczenie: Federacja ruchów obywatelskich dla zachowania demokracji, ojczyzny i praw człowieka) zamieszczono takie zestawienie: 

Tab. 1  Ludność  muzułmańska w  Niemczech - prognoza na podstawie  dotychczasowych  długoletnich danych:

Muslimische Bevölkerungsentwicklung in Millionen:
: 3,042001: 3,242002: 3,452003: 3,672004: 3,912005: 4,172006: 4,44
2007: 4,732008: 5,042009: 5,372010: 5,722011: 6,092012: 6,492013: 6,91
2014: 7,362015: 7,842020: 10,662030: 19,722040: 37,572045: 51,722050: 71,17
lata:  2000-2043  (43 lata):  przyrost o 40,3 - 3,0 = 37,3 mln ludzi

Proszę zwrócić uwagę na rok 2050. Przewidywana ilość muzułmanów w Niemczech to ponad 70 mln przy obecnej liczebności Niemców około 80 mln.! W przypadku Francji przyrost jest znacznie większy a liczebność muzułmanów szacuje się nieoficjalnie na poziomie 10 mln zł (za KAI - http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x85480/islam-we-francji/)

Powyższe statystyki pokazują, że bardzo realnym jest już nie tylko scenariusz globalnej wojny religijnej co możliwość przejęcia Francji metodami pokojowymi i jak najbardziej demokratycznymi., choć w biznesie taki przypadek nazwano by wrogim przejęciem. Posłuchajcie. Każdy nowonarodzony muzułmanin we Francji to zarazem nowy obywatel tego kraju z pełnią praw wyborczych. Nie trudno zatem wyobrazić sobie taki scenariusz, że mniejszość ta powołuje do życia organizację polityczną, która z roku na rok zyskuje co raz to większą rzeszę wyborców. Absolutnie zdyscyplinowanych i ukierunkowanych przez swych przywódców duchowych wszystko po to by z czasem (jak to pokazuje Tab. 1) móc przejąc w tym kraju wladzę. Sytuacja kuriozalna ale przyznajcie, że możliwa. No i teraz najlepsze jak pisze nasz Czytelnik. Jeśli dojdzie do realizacji takiego scenariusza wydarzeń, Nowa Francja będzie pierwszym państwem muzułmańskim zarządzanym przez Kalifat, posiadającym bombę atomową, zarazem więc też takim które posiądzie sposobność pokazania np. Izraelowi gdzie jest jego miejsce. W ramach czarnego chumoru Czytelnik prosił zamieścić takie oto wyobrażenie prawdopodbnego obrotu spraw. Resztę dopowiedzcie sobie sami. 



Co zatem robić należy póki te cyfry nie są mimo wszystko katastroficzne? Trudno wyrokować, wszak Francja przyjmując taką a nie inną politykę wobec imigrantów sama uplotła sobie sznur na szyję. Czym innym jest bowiem podejmowanie decyzji wobec obcokrajowców zamieszkujących jej terytorium, czym innym wobec obywateli Francuskich wyznania islamskiego a to jest właśnie nasz przypadek. Jest taki mało znany fakt z najnowszej historii gdy Helmu Kohl w 1982 roku, a dokładnie miesiąc po objęciu władzy, spotkał się z Margareth Thatcher informując ją o planach zmniejszenia liczebności Turków żyjących w Niemczech o połowę. Argumentował, że jest to grupa niemożliwa do zasymilowania z powodów kulturowych na potwierdzeni czego podał przykład przymusowego zawierania małżeństw w tej społeczności. Rząd kanclerza Kohla zaproponował więc każdemu Turkowi, który zadeklaruje gotowość wyjazdu, kwotę 10 tysięcy marek oraz wypłatę składek emerytalnych. Jaki był wynik tych działań? Żaden. Z oferty skorzystało zaledwie sto tysięcy Turków na półtora miliona zamieszkujących ówczesne Niemcy Zachodnie. Tu możecie sobie o tym poczytać więcej.

Jak więc widać problem jest poważny a rozwiązania przynajmniej te demokratyczne są nieskuteczne. Na pewno nic się w tej materii nie zmieni jeśli, przywódcy światowych mocarstw jak zawsze skończą na słowach. Wszystko zaczęło się w Syrii i tam też musi się skończyć, najlepiej bezpardonową krucjatą przeciwko Państwu Islamskiemu, tak by po jego rozgromieniu uchodźcy automatycznie tracili status uchodźcy i chcąc nie chcąc musieli wracać do domu. Oby tylko nikomu nie przyszedł do głowy pomysł by bratać się przy tej okazji z Rosją bo ona tego braterskiego uścisku już nie poluzuje. A najwidoczniej są ku temu przymiarki skoro szef CIA tak przyjaźnie wypowiada się o Putinie. Moi Mili. Już o tym tutaj pisaliśmy. Rosja najpierw podpaliła Syrię a teraz wzywa do solidarnego gaszenia tego domu i wspólnej walki przeciwko diabłu którego widzi w Państwie Islamskim. Nie miejmy najmniejszych wątpliwości, że wszystko to obliczone było na zdemolowanie spokoju w Europie no i rozbicie wspólnego frontu jej państw przeciwko Rosji, której bardzo już uwierają sankcje. Mniemam, że tylko dlatego jeden diabeł nazywany przez Regana Imperium Zła dla dobra sprawy gotowy jest poświecić innego diabła, ISIS.  

Wychodzi na to, że idzie bardzo ciężki czas, a my mamy to szczęście, że rządy w Polsce przejęci ludzie którzy to widzą i rozumieją powagę sytuacji. Kto wie, być może będzie jeszcze tak, że Polska ponownie będzie musiała ratować Europę działaniami na miarę Odsieczy Wiedeńskiej. Ale o tym już kiedy indziej. 

Dziękuję za wizytę nowym Czytelnikom, tym razem z Tajlandii. Odległy to kraj ale jak widać i tam rzuciło naszych. Pozdrawiam i zapraszam częściej.

sobota, 14 listopada 2015

Nadzieja dla stolicy świata

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Obrazy z Paryża, zwanego niegdyś Stolicą Świata przypomniały mi o zmarłym niedawno wielkim Francuzie, Rene Girardzie. Był on jednym z tych odważnych, którzy potrafili patrzeć na nasz świat przez pryzmat nauczania Chrystusa. Można znaleźć w jego pisarstwie pewne myśli, które mogą w Paryż, zbrudzony strachem i krwią, wnieść  trochę nadziei. Na tyle dużo, że starczy i dla Warszawy. 

Rene Girard był zafascynowany Ewangelią. Dostrzegał w słowach Chrystusa zapowiedzi przyszłości, świata takiego, jakim będzie on po wypełnieniu Jego misji. Girard uważał też, że Pan Jezus zmienił dosłownie wszystko, gdy chodzi o sposób, w jaki żyją ludzie. Owszem, zmiana ta jest powolna, podobna do przemiany mąki pod wpływem zakwasu, ale nieubłagana. Nawet diabeł w jej rezultacie musi dziś działać w inny sposób, niż robił to dotychczas. Przypomniałem sobie o Girardzie i o jego rozumieniu Ewangelii, gdy na ekranie zobaczyłem to, co wszyscy – płonącą Francję. Zmasowany atak islamistów na Paryż, przypomniał mi zwłaszcza ten werset ze św. Łukasza:
Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach.

Właśnie – „głoszenie z dachów”. Teraz jest ten czas, epoka totalnej komunikacji, gdy nawet telewizja nie nadąża za Twitterem czy Facebookiem. Izba śmierci, strachu i tortur, jaką stał się francuski teatr – przecież głosy z niej przedostały się, dzięki internetowi, na medialne „dachy” całej globalnej wioski. Odgłosy bomb nie tylko dało się słyszeć na stadionie, gdzie Francuzi podejmowali Niemców na meczu; usłyszał je dobrze także cały świat. Nie tylko wybuchy zresztą, lecz  przede wszystkim krzyki i płacz ofiar.
Czy zastanawialiście się kiedyś, którzy święci są patronami reporterów? Otóż jest ich dokładnie czterech. Mateusz, Marek, Łukasz i Jan – Ewangeliści, ci, którzy stają po stronie prawdy, Prawdzie oddają głos. Girard twierdził, że opowiadania o Męce Zbawiciela mają wielką moc, gdyż są opowiedziane z punktu widzenia niewinnej Ofiary, a nie jej „zwycięzców”. Ewangelii nie napisał ani Piłat, ani Kajfasz. Wbrew pesymistycznemu powiedzeniu, historię nie zawsze piszą zwycięzcy. Chrystus chciał, by Jego cierpienie zbawiło każdego człowieka. Jednym ze składników, jeśli można się tak wyrazić, dzieła zbawienia jest to, co cierpienie Chrystusa ujawnia o cierpieniu każdego człowieka. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniliście”.
Parafrazując przytoczony na początku werset: terroryści chcą głosić w mroku, głosić strach, lecz świat coraz bardziej dostrzega światło, którym jest cierpienie niewinnego człowieka, którego życie należy do Boga, jest tajemnicą nierozerwalnie złączoną z krzyżem Zbawiciela. Chcę przez to powiedzieć, że pod wieloma względami gesty solidarności, oburzenia i deklaracje pomocy, napływające z całego świata są na wskroś chrześcijańskie. Girard, za co wielu go nie znosiło, twierdził, iż to krzyż nauczył powoli ludzkość takiego współczucia, jakie jest dziś dla nas oczywiste. Jeszcze całkiem niedawno zaś zupełnie tak nie było, ludzi nie obchodziło często cierpienie nawet ich najbliższych, przodkowie dzisiejszych Francuzów czy Polaków potrafili przychodzić na publiczne egzekucje jak na wieczór kabaretowy, szukając rozrywki. Dziś jest zupełnie inaczej. Mówiąc metaforycznie, mogą mieć rację Ci, którzy we Francji widzą marnotrawną córę Kościoła. Warto jednak dostrzec, że odchodząc, wzięła Ona ze sobą majątek Ojca, w tym – skłonność do solidarności z potrzebującymi i cierpiącymi.
Powoli staje się wiadoma całemu światu wielka tajemnica. To, co ukryte, wychodzi na jaw – Boga obchodzi, jak traktują się ludzie. Miłość okazana  drugiemu człowiekowi jest miłością okazaną samemu Chrystusowi. Nie należy sądzić, że obrazy z Paryża, oglądane przez zwykłych ludzi wyznających Islam nie będą miały na nich wpływu, nie skłonią do przemyśleń. Uważam, że w wielu przypadkach będzie to wręcz ewangelizacja, jakaś mała cząstka z przesłania krzyża, jakiś (kolejny) promień światła z góry o tym, kim powinien być człowiek i jaki jest prawdziwy Bóg. Że nie ma to nic wspólnego z morderczą przemocą. Wielu, być może, wyszydzi, jak było i pod Krzyżem, według opisów Męki. Lecz inni będą brać sobie do serca i powtarzać swoim dzieciom, że nie wolno mordować w imię Najwyższego. Nawet najbardziej surowa idea z tej czy innej księgi może zejść na drugi plan, gdy do człowieka przemawia Światło w jego własnym sercu.
Oczywiście, nadzieja na nawrócenie świata nie sprawia, że diabeł zaprzestał swojej pracy. Tak jak zwykle, miesza on, słowami Girarda, sacrum i przemoc, manipulując ludźmi. Czy wiecie, że terrorysta naciskający guzik wybuchowej kamizelki jest przekonany, że rozwiązuje na raz całą moc problemów? Otóż, te problemy najczęściej są bardzo realne, nieraz sami się z nimi borykamy, ale właśnie diabelstwo tkwi w całkiem złym rozwiązaniu. To cała groza i zadanie dla nas – ten, co się zaraz wysadzi, to też człowiek, swego czasu różowe dziecko, mogące grać małego Jezusa w Jasełkach. Jeśli do ludzi nie dotrze nadzieja, diabeł zajmie się nimi po swojemu… Jeśli nie boimy się, że bliźni bez wiary w Ewangelię pójdzie do piekła („bo kto w to dziś wierzy, proszę księdza?”), to może przestraszymy się chociaż tego piekła, które może nam zgotować, bo nie poznał Ewangelii.
Te akty terroru to więc stara jak opowieść o Kainie i Ablu robota diabła. Lecz Girard twierdził przecież, że ukrzyżowanie Jezusa wszystko zmieniło. Co więc musiał zmienić demon w tych nowych warunkach?
Skoro Bogu tak zależy na każdym człowieku, skoro Chrystus ratuje nawet nikomu nieznaną kobietę przed kamieniowaniem, skoro dba o ubogich, pogardzanych, dowartościowuje dzieci i szanuje kobiety, demon weźmie to na warsztat. Co się stanie, jeśli poigramy trochę z miłosierdziem? Oderwiemy je od prawdy, sprawiedliwości, rozumu? No właśnie – może być diabelska troska o ofiary. W tym sensie rację miał Chesterton, że komunizm był smutną parodią Ewangelii. Dziś echa takiego parodiowania słyszymy w rozlegającym się tu i ówdzie „tolerujcie się wzajemnie, jak i my was tolerujemy”. Stąd wielu nie będzie chciało znać odpowiedzi na pytanie o motywy terrorystów, tak, jakby nie istniał dżihad i ISIS. Inni nie przyjmą nawet do wiadomości, że może wydarzenia z Paryża mają coś wspólnego z tym, co dzieje się w Syrii a także na ulicach Izraela. Przecież tam „uciśnieni walczą o swoje prawa”, „nędza wyprodukowana przez kapitalizm znajduje naturalne ujście”! Nie warto dalej wymieniać tych głupich hasełek, podróbek Chrystusowej mądrości. Widać jednak, że jest cała wielka i głośna część „lewicy”, której „dobre serce” jest w pełnym znaczeniu tego słowa narzędziem Antychrysta.
Girard pisał o religii i przemocy, warto sięgnąć do niego, by lepiej pojąć nasze trudne czasy. Miał jednak tę szczęśliwą cechę, że książki opisujące ludzką skłonność do zła kończył, zapalając w mroku jasne światła nadziei. Sądził więc, na przykład, że ukrzyżowanie Chrystusa miało być największym sukcesem diabła (w jego zamiarze), a stało się rozsadnikiem jego zupełnej klęski. Krzyż ujawnił ludziom prawdę o przemocy. Na koniec zaś książki o cierpieniach biblijnego Hioba Girard stwierdził, że dalsze losy Francji, a także zlaicyzowanej Europy zostały już opisane. Gdzie? W przypowieści o Synu Marnotrawnym. Tak myśli człowiek wielkiej nadziei, prawda? Sądzę, że gdyby żył, powiedziałby, że każdym kolejnym zamachem wojujący Islam kopie dla swojej przyszłości głęboki grób.