whos.amung.us

piątek, 30 października 2015

Zawiasy św. Piotra

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Każdy ma swoje koszmary. Od dziecięcych złych snów, poprzez nieme kino grozy zwykłych zjadaczy chleba, aż po osmalone chichotem piekielnego ognia mary złoczyńców, rozpościera się tajemnicza kraina nocnego strachu. Gdy budzik w komórce już nastawiony, gdy fryzura już psuje się na poduszce, a rozum zaczyna chrapać, wtedy ziewając i przeciągając się, budzą się senne demony, a aniołowie stróżowie wchodzą w stan podwyższonej gotowości. Koszmary albo senne alarmy zdarzają się niekiedy także rzecznikom prasowym. Oto, co całkiem niedawno przyśniło się rzecznikowi Konferencji Episkopatu pewnego katolickiego kraju.

Jak to często przekornie czynią sny, również ten koszmar zaczął się od pobudki. Mglił się jesienny poranek. Ksiądz wstał z łóżka, wziął z biurka brewiarz i klęknął z nim przy oknie. Po chwili mocowania się z modlitwą odłożył go jednak. Był nieprzytomny; psalmy poprzedzić musi kawa. Po chwili rutynowe gesty obudziły ekspres, filiżanka cicho pocałowała spodek, a łazienkę przywitał odgłos kapci na zimnych płytkach. Dzień zapowiadał się spokojnie, miał być nawet pogodny jak złote gałęzie klonu za oknem. Był  to wolny dzień księdza rzecznika. Jego prywatna, kapłańska niedziela w środku tygodnia. Postanowił już wczoraj nigdzie się nie spieszyć, a swoją Mszę cicho i spokojnie odprawić wieczorem. Leniwy poranek. Zanim jednak pachnąca, czarna smoła kawy rozlała się po kapłańskich wnętrznościach, przyszedł pierwszy SMS, co o tej porze było dość niepokojące. Dwa następne, które głośno zabrzęczały niemal w tym samym momencie, były czytelnymi zwiastunami lawiny. Można było przypuszczać, że jedyną spokojną rzeczą w życiu księdza Eliasza, rzecznika episkopatu, miała być tego dnia zaparzona rano kawa. Nieruszona i nieposłodzona, stygnąć miała cały Boży dzień, porzucona tak samo, jak książka na oknie.

Rzecznik tymczasem biegł już z telefonem przy uchu, dopinając guziki i wsuwając koloratkę, na spotkanie największego kościelnego zamieszania ostatniego półwiecza. Zamieszanie było takie, że na początku nic nie rozumiał. Na Twitterze totalny chaos, hasztagi: #terror, #koniecwatykanu, #gdzieJestPapież, a nawet #gdzieJESTBóg. Na portalach przerażające zdjęcia. Bazylika św. Piotra, kordony włoskiej policji, gdzieś miga zakrwawiony pomarańczowo-granatowy strój. Eliasz domyślił się, że niosą do karetki rannego gwardzistę. Konferencja prasowa zapowiedziana na przedpołudnie, odbywa się już teraz. Jego kolega po fachu, najlepszy z najlepszych, tłumaczyć będzie niewytłumaczalne. Głos ma spokojny, ale minę zmieszaną – wygląda, jakby kardynałowie wybrali na papieża Richarda Dawkinsa, a ten od razu oznajmił po wyborze, że owszem, wierzy; miał jednak prywatne objawienie i chce dodać do kanonu Biblii „Kubusia Puchatka”. W dwu słowach – chaos i dysonans. Ale najgorsze są zdjęcia. Rozwalone wrota bazyliki św. Piotra, leżące na jej okazałych schodach. Powalone Porta Sancta, otwierane według zwyczaju tylko z okazji wielkich jubileuszów. Policja w pustych futrynach drzwi Muzeów Watykańskich, mierzy coś i fotografuje. Drzwi. Wywalone z futryn drzwi na wszystkich kanałach telewizyjnych świata. Eliasz ogląda to wszystko siedząc już na krześle, gra spokojnego profesjonalistę, a także śledzi rękę swojego zwierzchnika, wskazującą na ekran telewizora w siedzibie Konferencji. Po chwili wskazująca niczym na odpustowym kazaniu ręka wróciła do trzymania kardynalskiej głowy, obróconej w jego stronę. Pytające i zatroskane pasterskie oblicze. Kardynał, zamiast zaproponować kawę, oznajmił, co jak obaj wiedzieli, było oczywiste:

– Dzwonili z Rzymu, mamy na razie nie komentować. Sami nie wiedzą, co się stało. Do wieczora ustalą. Istne szaleństwo…

Potem purpurat wyliczał przez dłuższą chwilę, które media zdążyły już zadzwonić. Eliasz wszystkiego tego już się dowiedział. Kiwnął tylko głową i najpewniejszym ze swoich głosów udzielał na kolejne pytania samych prawidłowych odpowiedzi.

– Oczywiście, wszystko będzie profesjonalnie przygotowane. Uspokoimy trochę te wzburzone fale, Królestwo Maryi zaśnie dziś jak niemowlę.

Zapewnił, odwołując się do ulubionego sformułowania pasterza, gdy ten z naciskiem wyraził życzenie, by na wieczór miał on przygotowaną sensowną wersję dla mediów. Kardynał był zadowolony i kiwał głową

– Właśnie. Ma być uspokajająco, pobożnie, racjonalnie, no i w jedności z centralą.

Zaczął się wir pracy, by być gotowym na program telewizyjny, traktowany w Konferencji z powagą co najmniej Sądu Szczegółowego, a może i Ostatecznego. Wtedy, w porze największej oglądalności, ze spokojnym uśmiechem Eliasz miał zapewnić trzydzieści siedem milionów swoich katolickich rodaków, że… Że mimo wszystko, tak właściwie to jednak nic się nie stało. Prawie nic. Jedynie o 2:13 w nocy w całym Watykanie, tak w apartamentach papieskich, jak w budce ogrodnika, w zakrystiach i łazienkach Patrimonii Sancti Petrii wyparowały wszystkie zawiasy, co do jednego, z wielkim hukiem uwalniając bezwładne drzwi.

Największa histeria ogarnęła Stany Zjednoczone. Miliony ewangelikalnych protestantów zobaczyły w brakujących watykańskich zawiasach zapowiedź Apokalipsy. „Porwanie zawiasów” miało zwiastować Rapture, czyli uprowadzenie wiernych, jakie mieli zorganizować Boży aniołowie wiernym w Ostatnich Czasach, zostawiając grzeszników na pastwę biblijnych plag. Jednak pewne zaniepokojenie widać było na całym świecie, nie tylko chrześcijańskim czy katolickim. Niepokój odczuwali także muzułmanie (wszak wielu komentatorów widziało w zniknięciu zawiasów akt terroru), a nawet dało się go nieco odczuć w komunistycznych Chinach, gdzie partyjni mandaryni dumali i dysputowali, jak tłumaczyć zniknięcie zawiasów tak, by „najbardziej ateistyczny naród na świecie” nie dostrzegł w tym fakcie cudu.

Studio było rumiane od reflektorów jak rzeźnia o poranku. Był już jednak zmrok, a ks. Eliasz, razem z innymi osobami, wezwanymi do największej telewizji w kraju, z poważną miną patrzył. Pokazywano im pełen dramatyzmu teledysk informacyjny, będący skrótem reakcji na zniknięcie papieskich zawiasów. Na końcu reporter, stojący na tle otwartej na oścież bazyliki zaznaczył, że wszyscy w napięciu czekają na głos Ojca Świętego i że już wiadomo, że odniesie się do tego podczas najbliższej audiencji generalnej. Eliasz wiedział, co to znaczy. Dziś wieczór nie będzie miał pomocy z Rzymu. Poza kilkoma uwagami przesłanymi na służbowego maila, nie miał stamtąd nic. Ciekawiło go niezmiernie, co On na ten temat myśli, ale nie miał czasu się zastanawiać. Kamera wzięła go na cel, gdy prowadząca program blondynka przedstawiała wszystkich obecnych w studio. Skinął głową, pozdrowił widzów po katolicku. Oprócz Eliasza byli w studio jeszcze Jakub Laodycejski, redaktor pobożnego portalu internetowego (Eliasz przewidywał, że będzie to „opcja apokaliptyczna”), profesor Jan Henochiewicz, świecki Żyd, religioznawca, no i były zakonnik Apoloniusz Magiewicz, teolog a zarazem – filozof, określający się mianem „suprateisty”. Eliaszowi przemknęło przez myśl, że wolałby w ramach rekolekcji na Podhalu całą wioskę sam przespowiadać (w nieogrzewanym kościele!), niż… Nie zdążył jednak dokończyć tej myśli, gdy się zaczęło.

– Cały świat wstrzymał oddech, gdy na serwisach społecznościowych pojawiły się pierwsze zdjęcia przestraszonych turystów, obecnych w nocy na Placu św. Piotra…

Dziennikarka była w swoim żywiole. Wreszcie coś, co przykuje ludzi do ekranów, nie jakieś polityczne mamrotania, ale najlepsza zupa medialna. Według przepisu, który zawsze się sprawdzał – religia, cud, skandal. Czuła to doskonale i podgrzewała jeszcze atmosferę, kończąc mocnym zaznaczeniem niewątpliwych faktów:

– Wiemy, że w całym Watykanie, a także w Castel Gandolfo i innych posiadłościach Stolicy Apostolskiej nie ma drzwi, które zostałyby na swoim miejscu. Zapewne Państwo przed telewizorami, jak i ja w studio, pragniecie poznać opinię naszych gości!

Na pierwszy ogień wyrwał się redaktor pobożnego portalu internetowego. Z miłym uśmiechem oznajmił, że to znak oczywisty nadchodzącej Paruzji, pełni Apokalipsy i Końca Świata, co Eliasz przyjął ze spokojem. Dopiero gdy usłyszał drugą część wypowiedzi redaktora, przerwał układanie swojej odpowiedzi i wsłuchał się uważnie. Jednak zdołał go dziś zaskoczyć. Redaktor Jakub perorował o Katechizmie dziecka pierwszokomunijnego:

– Proszę Państwa, większość z nas zna to jeszcze z lekcji religii. Chodzi o Roztropność, Sprawiedliwość, Umiarkowanie i Męstwo. Są to tak zwane cnoty kardynalne, od łacińskiego słowa „cardinis”, oznaczającego właśnie zawiasy…

Apoloniusz Magiewicz przerwał rozkręcającemu się Laodycejskiemu, z uśmiechem zaznaczając, że zamierza całą dyskusję przyprawić sporą dozą kpiny

– Cnoty! Ho, ho! Mówi pan jak płaczliwa stara panna… Wionie od Pana, redaktorze, zapach naftaliny…

Redaktor w niezliczonych potyczkach rozeznał już dobrze brak wszelkich reguł na takich arenach, jak ta, na której był teraz. Odbił piłeczkę, nawiązując do swojej wypowiedzi i osobistych, skandalicznych spraw byłego zakonnika, tak, że ten zaczerwienił się i mrugał, jakby piłka Jakuba Laodycejskiego trafiła go w oko. Wtrącił się profesor Henochiewicz, nawiązując do przerwanego wątku o cnotach

– Chce nam pan zapewne powiedzieć, jako znany krytyk wszelkich liberalnych reform w Kościele, że owo tajemnicze otwarcie drzwi jest karą za grzechy zbytniego otwierania drzwi przez obecnego papieża… Chce pan redaktor pewnie powiedzieć, że brak już na Watykanie sprawiedliwości, roztropności, umiarkowania i męstwa. Otóż śpieszę zapewnić, ze gdyby o to chodziło, to nigdy nie dałoby się tam wstawić żadnych drzwi, no, powiedzmy z pewnością nie dałoby się tego zrobić od czasu Edyktu Konstantyna, gdy to Kościół haniebnie sprzymierzył się z władzą, by prześladować…

Eliasz zauważył, że Henochiewicz był nieco subtelniejszy od Magiewicza i z intelektualnych przypraw wolał w dyskusji ironię od szyderstwa. Redaktor nie dał jednak dokończyć Profesorowi. Zaczęła się kłótnia. Obaj panowie byli wojowniczy i głośni, a z sytuacji skorzystał były ojciec Apoloniusz, wracając do gry

– Po namyśle stwierdzam, że związek ostatnich wydarzeń z tak zwanymi cnotami kardynalnymi to trop inspirujący i ciekawy intelektualnie. Dziękuję za niego, drogi panie redaktorze! Tak, być może nie wszyscy Państwo wiedzą, ale w teologii już od lat trwa proces głębokiego oczyszczania z naleciałości greckiej myśli, zwłaszcza platonizmu. To właśnie stamtąd wzięły się te cztery dumne słowa, te cnoty „zawiasowe”. Gwarantuję Państwu, że nie ma o nich mowy w Biblii, w ani jednym miejscu nie są wymienione. Trzeba się cieszyć, że ten proces deracjonalizacji postępuje. Zresztą, zawiasy kojarzą się nam wszystkim z niebezpieczeństwem przytrzaśnięcia palców, są opresyjne i bądźmy szczerzy, w dobie bezszelestnie rozsuwanych drzwi wyposażonych w czujniki…

Prowadząca się ożywiła

– Przepraszam. Chce pan powiedzieć, że to dobry znak, to zniknięcie zawiasów?

– Myślę, że samo to, że zastanawiamy się nad tym, czy to dobre, czy złe, pokazuje nasz problem! Nasze przesiąknięcie greckim sposobem myślenia. Albo tak, albo nie. Albo białe, albo czarne. To wszystko jest nie tylko niebiblijne, ale również nienowoczesne, nie przystaje do dzisiejszej filozofii…

Eliasz aż się wzdrygnął. Czas chyba zejść na ziemię, czas, by odezwał się rzecznik i wszystko wyjaśnił. Musi przez jego usta spełnić się stare proroctwo, że Roma locuta! Musi,  bo  słońce musi jakoś wstawać, bo rano muszą pójść dzieci do szkół, a z gór będą schodzić do mórz odwieczne rzeki… Bo muszą ludzie w porannej gazecie znaleźć zapewnienie, że warto przeżyć jeszcze jeden dzień. Odezwie się więc zaraz rzecznik niczym syrena fabryki św. Piotra, mocnym i pewnym głosem oświadczy, że świat jeszcze istnieje! Że słowa mają znaczenie i że Bóg prowadzi z ludźmi uczciwe rachunki. Eliasz czuł w swoim kapłańskim sercu, że na to czekają ludzie, nie na teologię czy filozofię… Nawet ci siedzący z nim w studio, chcieliby w głębi duszy zobaczyć przed sobą twardą wiarę i surową nadzieję katolicyzmu, zanim ją zmienią, ośmieszą lub odrzucą… Oświetlenie wydawało się rzecznikowi coraz mocniejsze, a wzrok kamer – coraz bardziej świdrujący. Poprawił się w fotelu, już otwierał swe usta… Nie zdążył dojść do głosu. Uprzedził go Laodycejski
– Tak, zgoda, ale ten odwrót od greckiej myśli nie może być opłacony oddaniem się w babilońską niewolę współczesnej, bezbożnej filozofii. Ojciec właśnie, ojcze Magiewiczu, – redaktor wymawiał tytuły Apoloniusza nie bez złośliwości – flirtował zawsze z bękartami filozofii, które teraz ojciec krytykuje…

Już po chwili znów trzech mężczyzn mówiło jednocześnie, a ksiądz Eliasz miał niemiłe wrażenie, że jest rybą, zanurzoną w odmętach absurdu. Był niemy i nic nie rozumiał. Na jego oczach redaktor wyciągnął z teczki kartki z napisami „Roztropność”, „Sprawiedliwość”, „Umiarkowanie” i „Męstwo”. Podpalił je i upuścił na podłogę studia, co uruchomiło natrysk przeciwpożarowy. Teraz Eliasz już dosłownie mógł się uważać za rybę. Pani prowadząca nietypowy program podała informację z ostatniej chwili – okradziono Muzea Watykańskie! Złodzieje wynieśli jedynie kilka starożytnych palestyńskich monet. Nikt z obecnych nie umiał tego zinterpretować. Potem przemoczona telewizyjna piękność zapytała równie przemoczonych gości o praktyczne reperkusje zniknięcia zawiasów. Z kamer sypały się iskry, buchała para. Ksiądz rzecznik był coraz bardziej przerażony, że nie może nic powiedzieć. Za to słuchał. Jeden z mędrców wróżył, że odtąd będą w Watykanie wisiały koraliki, co wspomoże dialog z Islamem, tak potrzebny… Drugi sugerował, że zamiast klasycznych drzwi będzie trzeba wprowadzić odsuwane kamienie, co pomoże patrzeć na wychodzenie z budynku w paschalny sposób, co przypomni o grobie Jezusa, o Jego… Trzeci chciał zrobić z tych drzwi na Tybrze most Trzeciego Tysiąclecia, most Miłosierdzia, Dialogu, Ekologii i Redystrybucji… No i niech ten most będzie wzdłuż rzeki, a nie w poprzek, bo wszelkie przecinające się linie są jak znak zakazu. A co ma do powiedzenia nasz ksiądz Rzecznik? Co ma do powiedzenia ksiądz Kościoła już od dziś bezzawiasowego? Rzecznik wypuścił z ust bąbelki powietrza i przerażony czuł, że krzyczy i tonie.

Pierwszą rzeczą, którą Eliasz zrozumiał po gwałtownym przebudzeniu było to, że był cały mokry od potu. Była dopiero piąta, jeszcze półtorej godziny snu, choć raczej już nie zaśnie. Umysł rzecznika właśnie robił wszystko, by świadomość zapomniała jak najwięcej dziwacznego koszmaru. Ten dzień, którego słońce jeszcze nie wspięło się na jesienne niebo, wcale nie był wolny.

– Cała nadzieja w kawie…

Powiedział do siebie ksiądz Eliasz, zapalił lampkę i wrócił do pracy nad punktami opublikowanego wczoraj w Rzymie dokumentu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz