whos.amung.us

środa, 21 października 2015

Raport o zagadaniu wiary

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Za pięć dni kończy się Synod o rodzinie. Już dziś jest jasne, że jego obrady powiedzą nam dużo więcej o stanie Kościoła, niż wszelkie wydane później dokumenty. Jeśli bowiem ktoś do tej pory nie dopuszczał do siebie myśli, że mamy kryzys nauczania wśród biskupów, to teraz jest bardzo dobry moment, by przyznać rzeczywistości rację.

Słynna książka pokazująca od kuchni Sobór Watykański II nosiła tytuł „Ren wpada do Tybru”, by pokazać, jak niemieccy biskupi stworzyli koalicję, która zmieniła zaplanowany przez Kurię Rzymską przebieg obrad. Oczywiście, od tamtej pory zmieniło się bardzo wiele, przede wszystkim to, że duchowi spadkobiercy wczorajszych „buntowników znad Renu” mają przemożny wpływ na funkcjonowanie Kościoła. To oni napisali chociażby Instrumentum Laboris, które według R. Reno był dokumentem bliższym duchowo współczesnym terapeutom, niż Ojcom Kościoła, a nawet natchnionym autorom Biblii. Reno opublikował swoje uwagi w „First Things”, które to katolickie pismo jak dotąd nie nosiło łatki „tradycjonalizmu” czy „konserwatyzmu”, co zapewne po tym synodzie się zmieni. Wspominam tu Reno, choć jest on tylko jednym z licznych komentatorów, którzy wobec przebiegu prac Synodu grali takie larum, jakie dotąd słyszeliśmy raczej ze środowisk bliskich Bractwu Piusa X czy wręcz sedewakantystom.

Oprócz alarmujących i zaskakująco zbieżnych rzeczy, które na temat tego zgromadzenia biskupów mówili katolicy tak odlegli od siebie, jak abp Stanisław Gądecki i ks. Karol Stehlin, mamy oczywiście pełną gamę głosów, od inteligentnych i trafnych uwag ludzi żyjących swoją wiarą czy biegłych w teologii, aż po zwyczajny jazgot internetowych blogerów. Do tego właśnie jazgotu chcę dodać swoje dwie nuty, gdyż pozwolą one wybrzmieć trzeciej, która już nie jest moja, a wnosi do myślenia o Synodzie bardzo wiele. Miałem nie pisać nic o Synodzie, ale jest teolog, któremu zaraz oddam głos. On ma bardzo ważną rzecz do powiedzenia.

Romano Amerio, autor monumentalnej pozycji „Iota unum. Analiza zmian w Kościele Katolickim”, został przywrócony świadomości katolików przez Benedykta XVI. Papież Niemiec nie tylko metodycznie ukazywał piękno katolickiej wiary prezentując podczas środowych katechez Ojców Kościoła oraz świętych, idąc wraz z nimi poprzez dzieje chrześcijaństwa, lecz także miał odwagę wspominać niewygodnych proroków, takich właśnie jak wspomniany szwajcarski teolog. Amerio miałby wiele zastrzeżeń do nas, dzisiejszych duchownych i do sposobu, w jaki nauczamy. Nie zdziwiłby go obecny Synod. Widziałby w nim naturalną konsekwencję kilku głupot, które od lat praktykują ludzie w sutannach. Po pierwsze – synodalne zamieszanie to owoc kultu dialogu; jeśli dialog jest tym, co najcenniejsze, miejscem, gdzie wykuwa się prawda z różnych stanowisk, czemu stawiać mu jakiekolwiek ograniczenia. „Podialogujmy” więc o podejściu Kościoła do związków homoseksualnych oraz do zdrady i opuszczenia małżonka, przecież dialog może nas tylko „ubogacić” i „otworzyć”. No i właśnie na Synodzie nic innego nie robią, tylko dialogują. Oddajmy głos „niechcianemu prorokowi”:

Odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „dialog” w najwyższym stopniu uformowało, by nie powiedzieć przeżarło, myślenie posoborowego Kościoła. Jego nośność oraz moc przemieniania umysłów daje się porównać jedynie z potencjałem, jaki w XIX wieku rozwinęło słowo „wolność”.

Wczoraj był dialog z judaizmem, islamem, bahaizmem i Bóg wie czym, dziś mamy co najmniej kilka wyznań wiary w obrębie samego Kościoła, a „dialog wewnątrzkościelny” staje się „dialogiem międzyreligijnym”. Może się tak stać w pełni, gdy sprawy takie, jak Komunia święta da osób trwających w grzechu będzie sprawą oddaną gestii episkopatów. Kult dialogu, według Amerio, bazuje na przekonaniu, że w gruncie rzeczy człowiek nie może poznać Prawdy, a jedynie jakąś swoją małą prawdę. A skoro tak, to i  zapewne Pan Jezus trochę za mocno mówił o Sobie, jako o Drodze, Prawdzie i Życiu.

Wspomniałem o zgiełku i informacyjnej zawierusze, która zniechęca do zabierania głosu. Zgiełk forów internetowych, portali i blogów nie może dziwić. Sprawa najmocniej dyskutowana na Synodzie dotyka każdego katolika „do żywego”, dlatego pewnie, że wciąż jeszcze wiemy, co to spowiedź, grzech i Boża łaska. Biskupi dyskutowali nie o jakiejś wzniosłej teologii, której nikt nie rozumie. W praktyce, rozmawiali oni o tym, czy zmienić tych kilka prostych prawd, które tłumaczy się dzieciom przed I Komunią Świętą. Media nic tu nie wyolbrzymiły. Sam przewodniczący polskiego Episkopatu, wspomniany już abp Gądecki, zamieszcza na oficjalnej stronie polskich biskupów oświadczenie, w którym stwierdza, że „wielu zwolenników nowości myśli o faktycznej zmianie doktryny, nazywając to zmianą dyscypliny Kościoła”. Jeśli polski ksiądz otwarcie mówi, że w Rzymie są purpuraci, zamierzający zmienić podstawy naszej wiary to, cytując klasyka, „wiedz, że coś się dzieje”.

Dzieje się faktycznie bardzo dużo. W potocznej polszczyźnie wyrażają to geograficzno- etnograficzne sformułowania takie jak: „Meksyk” czy „Sajgon”. Ja sam zrozumiałem ich treść mając cztery lata. Pewnego dnia moja babcia skwitowała nimi pół godziny mojej intensywnej zabawy z garnkami, kaszą i wieloma innymi ciekawymi rzeczami, które znalazłem w jej kuchni. Na Synodzie też trwa zabawa, z tym, że jest to zabawa słowami. Nie zaczęła się ona w październiku tego roku, ani nawet nie rok wcześniej. Trwa ona w najlepsze od dawna. Jak dotąd, gdy ktoś zadawał pytania o znaczenie słów, którymi posługujemy się choćby na Mszy, gdy pytał o przebieg reformy liturgii czy o język dialogu katolików z Żydami, nie mógł liczyć na wiele zrozumienia u pasterzy. Takie wątpliwości były nie na miejscu. Także ci, którzy dziś, skądinąd chwalebnie, bronią małżeństwa na Synodzie, sami nie są tu bez winy. Wystarczy poczytać listy naszego Episkopatu, które od Bałtyku aż po Tatry witają księża na niedzielnym śniadaniu sakramentalnym pytaniem – „jaki dziś jest ten list? Taki jak zwykle, czy jakiś konkretny?” Właśnie pobożny bełkot ma źródło w rozmyciu koncepcji Prawdy.

Nie można się dziwić, że kryzys wiary wiąże się z kryzysem języka, jakim o tej wierze się mówi, wszak ona „bierze się ze słuchania”, jak wyraził to Paweł Apostoł, mistrz natchnionego słowa. Problem ten towarzyszy magisterium od dawna, składa się nań nadprodukcja dokumentów, zaklinanie rzeczywistości słowami, dewaluacja znaczeń i tworzenie hermetycznej nowomowy, której nasze swojskie „ubogacanie” oraz „chrześcijańskie wartości” to jeszcze i tak w miarę znośne przykłady. Za tym podąża zaś zagubienie normalnych katolików, którzy zamiast ewangelicznego światła dostają „pięćdziesiąt odcieni pobożnego bełkotu”. Krótko mówiąc, trzeba nam choć na chwilę zamknąć dziób na kłódkę i pomyśleć o opłakanym stanie katolickiego nauczania. Mam wrażenie, że do kłódki tej pasuje tylko klucz Piotrowy…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz