whos.amung.us

czwartek, 1 października 2015

Bartosiak alias Bartoszewski czyli kto wysłał Pileckiego do obozu

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Przyśniło mi się kiedyś, że cofamy się w czasie. Nie my, ludzie zamieszkujący obszar zwany dawniej peerelem, ale historia w ogóle. Śniło mi się, że cofamy się wprost w objęcia wojny, tak strasznej jak II wojna światowa i nie ma od tego niestety odwrotu, choć wielu próbuje znaleźć jakiś hamulec zdarzeń. Całe szczęście był to tylko sen. Kiedy się jednak obudziłem zacząłem szukać analogii pomiędzy czasem przeszłym, a teraźniejszym i wyszło mi, że mamy obecnie nieco zmodyfikowane lata pięćdziesiąte. Lata powierzchownego entuzjazmu i ukrytej grozy. Może być gorzej, bo przed nami lata czterdzieste, lata okupacji i wywózek. Jedna jest w tym tylko pociecha, taka mianowicie, że jak już wejdziemy w ten nieszczęsny czas to Tomasz Lis dostanie czapę. Nie może być inaczej. Ktoś wrzucił wczoraj na blog link do tekstu z Newsweeka, którego autor, nazwiskiem Tomczuk, opisuje tak zwane miasta śmierci, czyli te miejscowości w okupowanej Polsce gdzie doszło do pogromów ludności żydowskiej. Ma być z tego książka. To jest jeszcze jeden symptom, wskazujący, że coś jest na rzeczy z tym cofaniem się w czasie. Mamy oto czerwoną propagandę w wydaniu PPR jak żywą. Nic nie trzeba dodawać. Pan Tomczuk pisze, że Polacy mordowali Żydów zarówno w Polsce jak i na Białorusi. Ciekawe co w tym czasie robili Białorusini i Niemcy, pewnie pili wspólnie herbatę w licznych na terenie zachodniej Białorusi herbaciarniach. Tomczuk, jak można wnosić ze swobody z jaką kłamie, ma pewnie coś do ukrycia, to znaczy chce zamazać czymś bohaterską przeszłość wojenną swojej rodziny, podobnie jak ten gieroj z Bielska Podlaskiego, który się tu latem produkował i gdzieś przepadł. Ponieważ fałszowanie historii idzie na całego, wnosić możemy stąd, że czas przyspieszył i ludzie tacy jak Lis i jego banda, na coś czekają. Pytanie tylko na co.


Do wczoraj zdawało mi się, że tak zwana historia najnowsza to jest coś, co w kluczowych przynajmniej momentach zostało prześwietlone na wskroś. Sam się tym obszarem nie zajmowałem nigdy i mam spore braki jeśli idzie o kojarzenie faktów i postaci. Od czegóż jednak mamy badaczy i popularyzatorów, którzy w wielkiej liczbie obsiadają posady państwowe, na których otrzymują regularne wynagrodzenie? Od czegóż mamy takiego Zychowicza? No to ja jeszcze raz powtórzę od czego. To są ludzie skierowani na odcinek deprawacji młodzieży, służą oni do tego, by tej młodzieży opowiadać bajdy o zgwałconych dziewczynach i paktach Piłsudski-Lenin. Ostatnio zaś pismo „Do rzeczy historia” dało na otwarcie materiał o kochankach Stalina. Bo to jest według redakcji temat, którym można przyciągnąć młodzież. Nie chcę tu wyjść na zrzędzącego pierdziela, ale od wczoraj, czyli od momentu kiedy zadzwonił do mnie Tropiciel i opowiedział mi o TWA, czyli Tajnej Armii Polskiej zastanawiam się po co są te redakcje i po co są ci młodzi historycy. Po to chyba, żeby Lis z Tomczukiem mieli tło, na którym mogliby ładnie wyglądać. Tak się składa, że nie znam historii początku okupacji, z pewnym więc zaskoczeniem przyjąłem wiadomość, że Witold Pilecki został do Oświęcimia wysłany przez organizację zwaną Tajną Armią Polską, która nie podporządkowała się ZWZ do roku 1941. Pilecki znalazł się w obozie, żeby nawiązać kontakt z aresztowanymi tam oficerami tej organizacji. TAP liczyła jesienią 1939 roku aż 19 tysięcy członków. O ile pamiętam, poprawcie mnie jeśli się mylę, nie pisano o tym w polskich, patriotycznych gazetach. Z uporem za to lansowano strukturę zwaną „Muszkieterami”. Najważniejszym człowiekiem w TAP był Jan Włodarkiewicz, pomysłodawca i główny realizator „Wachlarza”. Czym był „Wachlarz” nie będę tłumaczył. W 1942 roku Sikorski zmienił wektor tej operacji nakazał żołnierzom i oficerom współpracę z sowietami. Na tę operację wyłożono aż 4 miliony dolarów z budżetu AK. Była to dokładnie połowa tego budżetu. Z tego co podaje ciotka wiki do ludzi realizujących zadania dotarło jedynie 10 procent tej sumy. Co się stało z resztą nie wiemy.

W oparciu o TAP powstała organizacja o nazwie Konfederacja Narodu, utworzona jak pisze wiki, wśród działaczy przedwojennego ONR Falanga. Jan Włodarkiewicz, współpracował także z Zofią Kossak-Szczucką, która kierowała organizacją o nazwie Front Odrodzenia Polski. Wszystkie te struktury były, jak się domyślacie, związane z Kościołem.


Były to także organizacje, które mały swoje małe i wielkie priorytety. Do małych zaliczam niechęć do współpracy z generałem Karaszewiczem-Tokarzewskim, do wielkich niechęć do współpracy z ZSRR.


Jan Włodarkiewicz umarł w nierozpoznanych okolicznościach, w marcu 1942 roku we Lwowie. Rok później zginął w Gibraltarze Władysław Sikorski. W tym czasie z obozu w Oświęcimiu uciekł już Witold Pilecki i zapakowany tam został Józef Cyrankiewicz. Władysław zaś Bartosiak, który w nierozpoznanym momencie dziejowym zmienił nazwisko na Bartoszewski był już wtedy przy boku Zofii Kossak-Szczuckiej, która kierowała Frontem Odrodzenia Polski. Sprawa wygląda więc z grubsza tak, że od początku okupacji niemieckiej, wszystkie polskie organizacje usiłują znaleźć sobie miejsce w przyszłym sejmie i rządzie. Słowem, chcą się jakoś odnaleźć po zwycięstwie. Tak się jednak składa, że okoliczności narzucane są przez okupanta niemieckiego, który zachowuje się dość ostentacyjnie. Nie przeszkadza to Polakom w dewastowaniu własnych priorytetów politycznych, w słuszności czego utrzymują ich tak zwane mocarstwa. Tam gdzie są przedstawiciele sił politycznych związanych jednym ugrupowaniem, muszą być i inni, ich przeciwnicy polityczni. Oświęcim nie jest tu żadnym wyjątkiem. Przedziwne jest to, że wobec tak jaskrawych okoliczności zwiastujących kres projektu Adolfa Hitlera już u samego jego zarania, Niemcy zachowują się jakby rzeczywiście mieli rządzić w Europie 1000 lat. To znaczy niektórzy Niemcy, z samym panem Hitlerem na czele. Inni Niemcy przygotowują się do nowych czasów, konsekwentnie i spokojnie. Polacy odwrotnie, szarpią się i gryzą, usiłują zrozumieć co się wokół nich dzieje, ale nie jest to proste. Dla tych którzy zakładali w roku 1939 TAP jest to najtrudniejsze do zrozumienia, nie mogą bowiem pojąć ci poczciwi ludzie, że już wtedy, po wkroczeniu Niemiec do Polski, w polityce wewnętrznej chodzi o to, by ich usunąć. By ich zastąpić kimś bardziej elastycznym, kto będzie mógł dogadać się z nowymi władcami Europy. Ten sposób myślenia, właściwy otoczeniu generała Sikorskiego, to emanacja politycznego obłędu, który, jak pamiętamy kończy się likwidacją wszystkich, innych niż komunistyczne struktur podziemia polskiego w latach powojennych. Cóż nam po tym pozostało? Pamięć. Tylko tyle. I ta pamięć jest teraz likwidowana, a przyjdzie czas, że ci, którzy się tą pamięcią wykarmili zostaną zlikwidowani fizycznie. Porządki bowiem europejskie nie mogą mieć alternatywy. Że, co? Że przesadzam? Akurat. Cofnęliśmy się dziś w lata pięćdziesiąte i cofamy się nadal.


A mogłoby być inaczej. Wystarczy, że „Do rzeczy” przestałoby pisać o kochankach Stalina. Tak się jednak nie stanie jak wiecie. Dziś dowiedziałem się, że Marek Magierowski, dziennikarz tego pisma został powołany do pracy w kancelarii prezydenta. Tak więc sądzę, że obowiązująca narracja historyczna utrzyma się nadal. Wobec tego my tutaj będziemy musieli zrobić coś innego, coś zaskakującego i stawiającego niektórym włosy na głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz