whos.amung.us

sobota, 31 października 2015

Zapomniany Hołd Ruski

Autor: Antonikus



Hołd Ruski, zwany także Hołdem Szujskich, to jedno z ważniejszych, chwalebnych wydarzeń w historii Polski, jednak nie znajdziemy o nim wzmianki w podręcznikach szkolnych, popularnych książkach historycznych, a media „słuszne politycznie” milczą zgodnie na ten temat. Pomimo ponad 25 lat naszej „deklarowanej niepodległości” nie stać było dotychczas żadnej formacji politycznej, aby poinformować oficjalnie obywateli, że byliśmy o krok od dziejowej szansy inkorporacji Rosji do Rzeczpospolitej, powstania potężnego tworu państwowego, mocarstwa na skalę światową, a te wielce korzystne dla Rzeczpospolitej plany zniweczyła egoistyczna, beznadziejnie krótkowzroczna polityka Zygmunta III Wazy, jego uzależnienie od polityki Watykanu, słuchanie wytycznych papieża Klemensa VIII. To, co wywalczył dyplomatycznie wielki dowódca,  hetman Stanisław Żółkiewski, który wspaniałym zwycięstwem pod Kłuszynem 4 lipca 1610 roku odtworzył polskim wojskom drogę na Kreml, politycznie zniszczył król polski i szwedzki, ten stojący na kolumnie w Warszawie. Jakież to tragikomiczne i smutne, że polska racja stanu nie miała szans na realizację, bowiem ważniejsze były ambicje elekcyjnego króla i szkodliwe wpływy Watykanu. Czy dziś nauczyliśmy się czegoś z wielu naszych „zmarnowanych zwycięstw i chwalebnych porażek”?

Wojnę polsko-rosyjską 1609 - 1618 wywołało bzpośrednio zawarcie przez cara Wasyla Szujskiego, pamiętającego niedawne "dymitriady" i obawiającego się dalszych interwencji Polski w dynastyczne sprawy Rosji, w dniu 28 lutego 1609 roku w Wyborgu sojuszu ze Szwecją, jawnie wymierzonego w Rzeczpospolitą. Na mocy jego postanowień Karol IX Waza miał oddać twierdze w Inflantachw ręce rosyjskie, zaś szwedzkie korpusy: Edwarda Horna i Jacoba de la Gardie połączyły się z wojskami rosyjskimi. Odpowiedzią na ten sojusz i nieudaną próbę zniesienia blokady Moskwy była wyprawa króla Zymmunta III Wazy pod Smoleńsk, którego oblężenie rozpoczęło się we wrześniu 1609 roku. Pod koniec czerwca 1610 roku na odsiecz Smoleńskowi ruszyła 35 - tysięczna rosyjsko-szwedzka armia pod dowództwem brata cara, Dymitra Szujskiego, którego kapitalnym manewrem pobił pod Kłuszynem siłami polskiego wojska: 7 tys. jazdy (3,5 tys. husarii), 200 piechurami i 2 armatami wybitny dowódca, hetmam Żółkiewski. Na skutek rozbicia rosyjskiej armii pod Kłuszynem (hetman Żółkiewski ocenił bitwę kłuszyńską, jako największe osiągnięcie w swojej karierze, dającą szansę Rzeczpospolitej na inkorporację Rosji), car Wasyl IV Szujski został zdetronizowany przez poszukujących politycznego rozwiązania, bojących się o własną skórę bojarów, entuzjastycznie wspartych zmęczoną stanem wojny ludność Moskwy i rozpoczęły się rokowania ze stacjonującym pod Moskwą hetmanem Żółkiewskim. W wyniku porozumienia stron tron carów miał objąć polski królewicz Władysław Waza, zostać koronowanym w obrzędzie prawosławnym carem Rosji, co doprowadziłoby do unii personalnej Rzeczpospolitej z Moskwą, zakończyło odwieczny konflikt interesów tych państw. Było to już na wyciągnięcie ręki, ale losy tego znakomitego projektu pozostały jedynie w sferze planów…

W nocy z 20 na 21 września 1610 roku oddziały Żółkiewskiego weszły do Moskwy. Następnie wojska polskie zajęły Kreml, aresztując zdetronizowanego cara Wasyla Szujskiego i jego braci oraz księżną Jekatierinę Grigoriewną, żonę Dymitra Szujskiego. Natychmiast Wasyl Szujski uznał prawa królewicza Władysława Wazy do tronu rosyjskiego, a mennica moskiewska zaczęła bić srebrne monety z wizerunkiem cara Władysława. Dowódcą wojsk polskich na Kremlu został hetman Aleksander Korwin Gosiewski. Twierdza smoleńska padła zaś 13 czerwca 1611 roku i zdawało się, że perspektywa połączenia Rzeczpospolitej z pokonaną, upokorzoną i wyzbytą ambicji mocarstwowych Rosją jest realna. Jednak niechęć Zygmunta III wobec przyjęcia przez syna Władysława prawosławia, a to było warunkiem bojarów rosyjskich do oddania jemu tronu cara,  przekreśliła te plany, bowiem Zygmunt III sterowany politycznie przez papieża Klemensa VIII planował „katolicką konkwistę” Rosji i zablokował objęcie tronu przez księcia Władysława, wysuwając propozycję posadzenia siebie na tronie carów. Pomimo tego książę Władysław był formalnie carem Rosji w latach 1610-1613, a tytularnie do 1634, a także do tego roku bito srebrne kopiejki z jego wizerunkiem. Zaś wielce nieroztropny pomysł i  propozycja Zygmiunta III, czyli zerwanie umowy Żółkiewskiego z bojarami, stała się przyczyną kęski idei integracyjnej, zniweczeniem planów zdominowania Rosji przez Rzeczpospolitą. Reakcja Rosjan była take, że w  Niżnym Nowogrodzie w 1611 wybuchło antypolskie powstanie, prowadzone przez kupca Minina, zaś armię powstańczą zorganizował i stanął na jej czele kniaź Dymitr Pożarski. Jej zadaniem było usunięcie polskiej załogi z Kremla, tak więc wojska rosyjskie rozpoczęły blokadę stolicy Rosji. Wojna polsko-rosyjska trwała jeszcze kilka lat, a jej wynik był polityczną i militarna klęską Polski…
Ale wcześniej mieliśmy swoje „5 minut glorii i dumy”, bowiem w dniu 29 października 1611 roku hetman Żółkiewski w uroczystym orszaku wkroczył ze swoim wojskiem do Warszawy, przejeżdżając Krakowskim Przedmieściem pod specjalnie wybudowanym z tej okazji łukiem triumfalnym, wioząc ze sobą Wasyla Szujskiego, carycę Katarzynę, dowódcę armii rosyjskiej Dymitra oraz następcę moskiewskiego tronu, księcia Iwana, „Guzikiem” zwanego. Więźniowie zostali doprowadzeni na Zamek Królewski, gdzie w obecności polskiego króla i jego syna, realnie jeszcze tytularnego cara Rosji, na uroczystej sesji zebrał się wspólnie Sejm i Senat Rzeczypospolitej i wielka rzesza obywateli ciekawych zdarzenia tak niezwykłego. Zdetronizowany car Rosji schylił się kornie przed polskim królem do samej ziemi, do której rękę przyłożył, aby następnie ucałować środek własnej dłoni, tej do podłogi przyłożonej. Następnie uroczyście, na klęczkach przysiągł, że Rosja nigdy nie napadnie na Polskę. Po czym Zygmunt III Waza, król Polski, podał klęczącemu carowi rękę do pocałowania. Taką samą przysięgę złożyli Dymitr oraz Iwan, upadając na ziemię i bijąc czołem o podłogę. Hołd wiernopoddańczy, rzucający Rosję na kolana, w proch ziemi, przed Polską, na jeden moment w zenicie chwały…

Po zakończeniu ceremonii rosyjscy jeńcy zostali potraktowani z szacunkiem, co było dla nich zaskoczeniem, gdyż byli przekonani, że zostaną ścięci, jak to się zwykle działo w Rosji, której barbarzyńskie obyczaje sami przecież jako władcy i dowódcy kreowali. A tu niespodzianka - oddano im do dyspozycji zamek w Gostyninie pod Płockiem, gdzie więzieni byli, ale po ludzku, w komfortowych warunkach. Jednak, pomimo łagodnego traktowania, wszyscy oni zmarli tam w tajemniczych okolicznościach w grudniu 1612 roku. Nie znana jest rzeczywista przyczyna ich zgonu, bowiem niektórzy twierdzą, że zostali skrytobójczo otruci przez Polaków, tajnych agentów rosyjskich, aby zlikwidować „pohańbionych” i otworzyć możliwość wyboru nowego cara. Jednak bardziej prawdopodobnym wydaje się, że umarli w wyniku zarazy. Należy dodać, że Hołd Ruski był bardziej doniosłym wydarzeniem, co Hołd Pruski, ale podobnie jak ten drugi, tylko symbolicznym powodem do dumy. Jak pamiętamy, a jest to pamięć bolesna i przypominająca o zmarnowanych szansach dziejowym, zarówno Rosja i jak i Prusy stały się w XVIII wieku wielkimi mocarstwami, bezlitosnymi „katami wolności” i wespół z Austrią „rozebrały” wyzutą z dumy i potęgi Rzeczpospolitą. Nie przetrwała do naszych czasów "Kaplica Moskiewska", mauzoleum zmarłych w niewoli carów Szujskich, symbol hańby i poniewierki ruskich prominentów. A Hołd Ruski, to wydarzenie już nigdzie nie upamiętnione w Polsce, nie licząc łacińskiego napisu na zachodniej tablicy Kolumny Zygmunta, którego nikt, zapewne, nie rozumie…

Jest to efektem działań Rosji w późniejszych latach, zarówno w okresie schyłku Rzeczypospolitej, zaborów, jak i PRL. Niestety zwycięstwo pod Kłuszynem i wielki talent polityczny hetmana Żółkiewskiego nie zostało odpowiednio wykorzystane, a z czasem, to Rosja stawała się potęgą imperialną, w przeciwieństwie do Polski, która traciła swoją pozycję mocarstwa, słabła duchowo i militarnie, stawała się obskuranckim i nietolerancyjnym państwem, z ojczyzny różnowierców i wolnomyślicieli przeistaczając się w „katolicką szopkę”, uzależniając się od wschodnich i zachodnich sąsiadów. W czasie zaborów rosyjskie władze dbały o to, aby usuwać wszystko, co przypominało upokarzające ich kraj wydarzenia. Wcześniej, dwa obrazy Tomasza Dolabelli: Złożenie hołdu Zygmuntowi III przez carów Szujskich i Zdobycie Smoleńska zostały zrabowane przez wojska rosyjskie w 1707 roku, kiedy to na Zamku Królewskim w Warszawie przebywał car Piotr I, a obecnie uznaje się je za zaginione. Hołd Ruski, podobnie jak ten znany, Hołd Pruski, malarsko zobrazował też Jan Matejko, jednak obraz jest mało znany, bardziej jest „kartonem” przygotowanym do monumentalnego dzieła, którego artysta nie zdążył namalować…

W efekcie tych okoliczności historycznych i braku woli politycznej, dzisiaj już mało kto wie o tych pełnych chwały czasach, o rosyjskich „smutach” i polskich zwycięstwach, o szansach na „wybicie się na światową potęgę”. Może, więc warto z prostych pobudek patriotycznych, a nie imputowanej nam „chorobliwej rusofobii”, poświęcić tym wydarzeniom więcej uwagi i przypomnieć, że historia Polski, to nie tylko klęski, rozbiory, przegrane powstania i krew nadaremna, ale również wielkie zwycięstwa i zatracone, przez złe uprawianie polityki, szkodliwe alianse i małość władców, szanse na realną, a nieziszczoną potęgę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

piątek, 30 października 2015

Analiza źródeł zagrożenia dla nowego rządu. Część 1

Autor: Integrator

"Cóż Ci Jezu damy za twych łask strumienie? Z serca ci składamy korne dziękczynienie." Słowa tej kościelnej pieśni chodzą za mną od chwili gdy oczom moim ukazała się lista znanych polityków, którym nie udało się ponowić mandatu. Listę otwierają takie nazwiska jak Dorn, Miller, Giertych, Szenyszyn, Palikot i choć jest ona znacznie dłuższa to nie długość tu cieszy najbardziej. Pisałem już o tym wczoraj ale dziś z radością raz jeszcze przypomnę, że przede wszystkim do Sejmu nie dostali się zdawało się niezatapialni bonzowie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Partia która od lat jest wrzodem na ciele polskiego parlamentaryzmu i dzięki której dowolna mniejszość bez wyraźnego wskazania przez wyborców dostawała wymaganą większość, dziś, po tylu latach nie potrafiła wprowadzić do sejmu ani swego aktualnego przewodniczącego Piechocińskiego, ani tego Pawlaka, Burego czy nawet takiego dinozaura jak Zych, którego zdawało się wyrwać z ławy poselskiej może już tylko śmierć. Dlaczego wpędza mnie to w tak dobry nastrój? Ano dlatego, że tak spektakularna porażka PSL to przede wszystkim przepiękny dowód na to, że cudowny wynik tej partii w ostatnich wyborach samorządowych to bynajmniej nie efekt ingerencji sił nadprzyrodzonych ani przejaw nadzwyczajnego uczucia uwielbienia szarego obywatela do tego ugrupowania, a bardziej efekt działania ludzkiej ręki, reki jak dotąd nieujawnionej. A skoro tak się rzeczy mają to w konsekwencji daje to mam podstawy do tego by te wybory powtórzyć, a raczej jak najszybciej przeprowadzić ponownie, przy czym zrobienie tego przy okazji pomysłu przeprowadzenia korekty podziału administracyjnego kraju wydaje się najlepszym ku tego sposobem. PiS nie ma w takim układzie absolutnie nic do stracenia za to jeśli wszystko pójdzie jak należy także na tym poziomie władzy wykonawczej dojdzie do jej przejęcia przez to ugrupowania. To zaś jest warunek podstawowy by zmiany w kraju mogły iść szerokim frontem. Nie zapominajmy bowiem, że przez ostatnie lata wiele decyzji przeniesiono na poziom samorządowy i przy obecnym układzie sił przez najbliższe lata właśnie tam przesunie się punkt ciężkości walk jakie siły liberalne toczą z PiSem już od dekady. Tu zatem należy szukać pierwszego źródła niemal pewnego bojkotu wszelkich zmian, które nowy rząd zechce przeprowadzić. Koalicje pozawierane między radnymi PO i PSL będą małymi redutami dużego zła, które choć przegrało bój o centralę będzie broniło się tam na dole dzielnie i do końca. My tym czasem nie mamy ani chwili do stracenia, nie możemy czekać kolejnych wyborów samorządowych, nie mamy też nazbyt wiele energii by ją trwonić i rozdrabiać się na wojenki z lokalnymi watażkami. Dlatego pomysł by wprowadzić dwa nowe województwa (pomijając samą jego słuszność merytoryczną) wart jest szybkiego zrealizowania, najpóźniej na wiosnę. Dlaczego właśnie wtedy powiem za chwilę, ale teraz jeszcze słowo o tym PSL. Wiem, przepraszam bardzo ale ja muszę się jeszcze tą ich porażką nacieszyć. Otóż jak idzie o fatalny wynik wyborczy PSL, to tak już na poziomie osobistych marzeń, mam nadzieję, że to jest początek drogi którą własnie ukończyła Lewica. Wypadła z gry na dobre po tym jak znane nazwiska w jakimś momencie rozeszły się po innych partiach a gdy panowie zorientowali się, że pod nowymi sztandarami ich wyborcy nie chcą z nimi nawet gadać, wrócili do matecznika ale było już za późno. Myślę, że jeśli dojdzie do wymiany pokoleniowej w PSL, co jest bardzo prawdopodobne bo łatwiej szarpnąć się młodym wołkom na Pawlaka czy Zycha jako już nie-posłów, to w kolejnych wyborach sejmowych ta partia także zniknie z polskiej mapy politycznej. To znaczy najpierw zniknie z Sejmu ale to jest raczej oczywiste, że chwilę później także w ogóle ze sceny politycznej, wszak tam akurat lepikiem są tylko pieniądze i stanowiska, których z oczywistych powodów zabraknie. Daj Bóg tak będzie.

No to teraz możemy już na spokojnie wrócić do zagadnienia przyspieszonych wyborów samorządowych. One muszę być najwcześniej nie tyle po Nowym Roku, czy jak twierdzą niektórzy konkretnie na wiosnę, bo to są terminy symboliczne, co powinny odbyć się wtedy gdy nowy rząd obsadzi już najważniejsze urzędy w kraju nowymi osobami, tak by przynajmniej ze strony agend rządowych nie rzucano mu przysłowiowych grud pod nogi w procesie odzyskiwania Polski dla Polaków, dla zwykłych obywateli. Odzyskanie urzędów, a jak wiemy PO zrobiło z tego potężną przechowalnię dla swoich, jest bardzo ważnym krokiem. Z własnego doświadczenia wiem, że nie da się wprowadzić żadnych zmian choćby nie wiem jak się chciało bazując tylko na ludziach z poprzedniego rozdania. A to z tego prostego powodu, że nowy szef, czyli ten który przyjdzie z pisowskiego nadania, nie może liczyć na lojalność pracowników, których nie on przyjmował do pracy. Tak jest i kropka. Dobrze pamiętam ile kłopotów i na swój sposób ordynarnego sabotowania moich wysiłków doznałem ze strony menedżerów niższego szczebla tylko dlatego że wszedłem na miejsce dotychczasowego ich szefa, często wieloletniego kumpla. W tamtym jeszcze czasie uważałem, że raptowna wymiana dyrektorów i kierowników może niekorzystnie wpłynąć na wyniki finansowe spółki i że wskazana jest raczej wymiana stopniowa tak by nowy pracownik uczył się stopniowo swych obowiązków od starszego i bardziej doświadczonego. Nic bardziej mylnego bo w praktyce z opisanych wyżej powodów było dokładnie odwrotnie. Czasami wszystko było dopięte na ostatni guzik a i tak z niewiadomych powodów co chwila coś się chrzaniło. Dopiero dzięki nowym pracownikom, nieuwikłanym w koleżeńskie czy lojalnościowe zależności z poprzednimi menedżerami, zrozumiałem dlaczego tak się to wszystko układa no i przede wszystkim zrozumiał gdzie tkwił mój błąd. Dziś mądrzejszy o to doświadczenie mogę ze spokojem poradzić każdemu kto obejmuje wysokie stanowisko czy to w spółce czy urzędzie państwowym, by wprowadził przynajmniej do poziomu menedżerów/urzędników średniego szczebla jeśli nie swoich ludzi to przynajmniej nowych, bo tylko wtedy jest szansa, że robota będzie przypilnowana na każdym poziomie zarządzanej struktury. Ja tu mówię o doświadczeniu w zarządzaniu firmą ale los chciał, że otarłem się także o pracę w Urzędzie Marszałkowskim i z bardzo bliska miałem okazję obserwować jak trudno było wyegzekwować porządną pracę nowemu dyrektorowi w sytuacji gdy każdy pracownik niemalże do poziomu sprzątaczki był tam zatrudniony dzięki politycznym lub towarzyskim koneksjom z poprzednim dyrektorem. Urząd ten bardzo szybko został sparaliżowany solidarną niechęcią podwładnych do nowego szefa i gdyby tylko ten człowiek wiedział ile jego poleceń nie zostało wykonanych z powodów zwyczajnie zmyślonych, i jak wielką zgrają źle-mu-życzących wilków jest otoczony, zrezygnowałby ze stanowiska jeszcze tego samego dnia. No ale nie wiedział i się męczył a urząd też jakoś tam przecież funkcjonował. W tym miejscu zapewne pojawi się zarzut o bezduszność, wszak zawsze zwolnienie człowieka to cios dla rodziny, którą ten czy inny urzędnik przecież ma. To także jest błędne rozumowanie i już mówię dlaczego. Po pierwsze, ów urzędnik dostał pracę w związku z pewnymi koneksjami i powinien się liczyć z faktem, że będzie korzystał z tych przywilejów tak długo jak władza, która go tam postawiła będzie trwała. Lanie krokodylich łez nad zwalnianymi urzędnikami a nierzadko wylewanie ich przez nich samych jest więc nie tyle nieuzasadnione co po prostu głupie i niesmaczne. Ja swego czasu decydując się na taki układ z góry zakładałem, że wytrwam na danym stanowisku najwyżej do kolejnych wyborów i choć widząc co się dzieje sam zrezygnowałem zaledwie po trzymiesięcznym okresie próbnym to nigdy nie wpadłbym na to by mieć pretensję do PeOwca, gdyby przyszedł kiedyś na moje miejsce. Sory, ale takie mamy rules, w dodatku rules na które się dobrowolnie zgodziłem. Ponadto czyli po drugie, skoro już o tych rodzinach mowa, to osoba która przyjdzie na miejsce zwalnianego urzędnika - no ludzie! - przecież i ona ma za sobą jakąś tam rodzinę do utrzymania, w dodatku o byt której nikt się nie troszczył gdy po dwóch latach Kaczyński poddał rząd i rozpoczęło się na już czyszczenie urzędów i spółek skarbu państwa z pozostawionych tam przez ten rząd "kaczystów". Przekonanych nie przekonam więc w ramach podsumowania raz jeszcze doradzam wybór opcji zero czyli trzymanie się zasady, że nowy szef przychodzi z własną drużyną (a choćby i miał ją kompletować z ludzi którzy będą uczyli się wszystkiego od nowa) i z nią odchodzi. Taka zmiana w dużo mniejszym stopniu zaburza funkcjonowanie danej instytucji i tylko w takim wariancie gwarantuje jej skuteczne działanie w przyszłości. Gratis dodam jeszcze, że takie działanie eliminuje też niebezpieczeństwo zbierania haków na nowego szefa (wysyłanych pod adres starego) bo tym jak się okazało także zajmowała się zastana przez mnie stara ekipa w spółce.

Skoro mamy już sprecyzowane dwa pierwsze źródła z których najpewniej będą płynęły zagrożenia dla sprawnego funkcjonowania nowej władzy a więc urzędy i samorządy, możemy wymienić dwa kolejne. Nie będę się nad nimi tu zbytnio rozwodził bo one są akurat najbardziej oczywiste i jeśli tylko je wymienię resztę tej pieśni każdy dośpiewa sobie sam. Są nimi nasza głupota przejawiająca się parciem na szkło lub rozwiązłym językiem, oraz niechęć ośrodków zlokalizowanych poza granicami Polski do wszystkiego co dla nas jest tak ważne. No dobra jednak trochę o tym naskrobię. Jak więc idzie o tą naszą głupotę to ona może nam pokrzyżować plany w dwojaki sposób. Raz to poprzez obsadzenie stanowisk głupcami, którzy albo będą podejmowali głupie decyzje albo z obawy przez popełnieniem głupstwa będę je odwlekali lub nie podejmowali ich wcale. To już nam się zdarzyło za poprzednim podejściem i nie raz z przykrością słuchałem opowieści jak po liberale a wcześniej komuniście przyszedł pisowiec i nie tylko, że nie podejmował decyzji to wykazał się często w stosunku do pracowników zajmujących stanowiska autentycznych specjalistów po prostu po chamsku. Trudno jest odczytać co komu po głowie chodzi i czy tam są jakieś zwoje mózgowe czy tylko kasza manna ale w razie gdyby okazało się, że popełniliśmy jednak błąd miejmy odwagę poprawić to w miarę szybko i wyrzucić durnia na ulicę. Tak, tak naszego, pisowskiego durnia jeśli będzie trzeba. Nie możemy zapominać, że większość jaką osiągnął PiS w sejmie jest niewielka a jeśli za cztery lata chcemy zmieniać konstytucję to pracować na to musimy już teraz. Opcja "zero tolerancji" nie może rozróżniać barw partyjnych i musi obowiązywać wszystkich. Ale ale, głupota może pokrzyżować nam plany także przez zbyt długi język o czym chyba najlepiej powinien wiedzieć Zbigniew Ziobro. Dobrze pamiętam jak przez tą słabość i ciągłe organizowanie konferencji prasowych a tam przez zbyt daleko idące oskarżenia (a raczej zbyt wczesne), zamiast skupić się na zadaniach ministra musiał tłumaczyć się ze swego paplania językiem przed co raz to innymi instytucjami państwowymi, że nie wspomnę już jak piękną dawało to pożywkę nieprzychylnym nam mediom. Jak się na dniach okazało nie wyciągnął pan Ziobro z tego co przeszedł żadnej nauki i nie wiedzieć po co zabrał się za komentowanie sprawy Polańskiego. Ona jest nam teraz potrzebna jak drzazga wiadomo gdzie, bo niczego konstruktywnego nie przyniesie jak tylko da zastygłym na chwilę w przerażeniu mediom okazję do pokazania nam czym ten rząd będzie się od teraz zajmował. Ja bym Polańskim zajął się tak jak każdy wie i czuje, że należy ale po cichu a zająłbym się na miejscu pana Ziobry jakimiś konkretami. Gorąco zachęcam! Co zaś się tyczy ośrodków zagranicznych, krótko, to one już zgłosiły swą gotowość do walki z "antyeuropejskim" rządem Kaczyńskiego więc tu przynajmniej zaskoczenia nie będzie. Dostaliśmy to wręcz na piśmie, że jeśli tylko nazbyt podejrzanie drgnie Prezesowi powieka to oni od razu wezmą się za dokładne rozliczanie unijnych środków słanych tu jak twierdzą szerokim strumieniem miliardów euro. Z rozbrajającą szczerością jacyś wysocy unijni urzędnicy opowiedzieli naszym dziennikarzom, że do tej pory rząd PO przewalał tą kasę przy ich cichej zgodzie, no ale polskim bandytom spod znaku orła w koronie takiego prezentu robić już nie będą. Bardzo to ładną wystawia całej Unii laurkę i dorzuca kolejny kamyk do koszyka pełnego zapytań o sens trwania Polski w takiej Unii, no ale jak mówię, tu przynajmniej wróg jest czytelny i już z daleka odgraża się nam piąchą.


Urzędy i spółki państwowe, samorządy, nasza głupota i ośrodki zagraniczne. Czy jest coś jeszcze? Zapewne źródeł ataku będzie więcej i zapewne niejednokrotnie cios przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony niemniej jest jeszcze jedno źródło za uporządkowanie którego PiS musi zabrać się możliwie szybko. Rzecz będzie o służbach i niepokojąco łatwym sposobie rozbicia za ich przyczyną nowego rządu ale o tym już w kolejnym tekście.

Zawiasy św. Piotra

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Każdy ma swoje koszmary. Od dziecięcych złych snów, poprzez nieme kino grozy zwykłych zjadaczy chleba, aż po osmalone chichotem piekielnego ognia mary złoczyńców, rozpościera się tajemnicza kraina nocnego strachu. Gdy budzik w komórce już nastawiony, gdy fryzura już psuje się na poduszce, a rozum zaczyna chrapać, wtedy ziewając i przeciągając się, budzą się senne demony, a aniołowie stróżowie wchodzą w stan podwyższonej gotowości. Koszmary albo senne alarmy zdarzają się niekiedy także rzecznikom prasowym. Oto, co całkiem niedawno przyśniło się rzecznikowi Konferencji Episkopatu pewnego katolickiego kraju.

Jak to często przekornie czynią sny, również ten koszmar zaczął się od pobudki. Mglił się jesienny poranek. Ksiądz wstał z łóżka, wziął z biurka brewiarz i klęknął z nim przy oknie. Po chwili mocowania się z modlitwą odłożył go jednak. Był nieprzytomny; psalmy poprzedzić musi kawa. Po chwili rutynowe gesty obudziły ekspres, filiżanka cicho pocałowała spodek, a łazienkę przywitał odgłos kapci na zimnych płytkach. Dzień zapowiadał się spokojnie, miał być nawet pogodny jak złote gałęzie klonu za oknem. Był  to wolny dzień księdza rzecznika. Jego prywatna, kapłańska niedziela w środku tygodnia. Postanowił już wczoraj nigdzie się nie spieszyć, a swoją Mszę cicho i spokojnie odprawić wieczorem. Leniwy poranek. Zanim jednak pachnąca, czarna smoła kawy rozlała się po kapłańskich wnętrznościach, przyszedł pierwszy SMS, co o tej porze było dość niepokojące. Dwa następne, które głośno zabrzęczały niemal w tym samym momencie, były czytelnymi zwiastunami lawiny. Można było przypuszczać, że jedyną spokojną rzeczą w życiu księdza Eliasza, rzecznika episkopatu, miała być tego dnia zaparzona rano kawa. Nieruszona i nieposłodzona, stygnąć miała cały Boży dzień, porzucona tak samo, jak książka na oknie.

Rzecznik tymczasem biegł już z telefonem przy uchu, dopinając guziki i wsuwając koloratkę, na spotkanie największego kościelnego zamieszania ostatniego półwiecza. Zamieszanie było takie, że na początku nic nie rozumiał. Na Twitterze totalny chaos, hasztagi: #terror, #koniecwatykanu, #gdzieJestPapież, a nawet #gdzieJESTBóg. Na portalach przerażające zdjęcia. Bazylika św. Piotra, kordony włoskiej policji, gdzieś miga zakrwawiony pomarańczowo-granatowy strój. Eliasz domyślił się, że niosą do karetki rannego gwardzistę. Konferencja prasowa zapowiedziana na przedpołudnie, odbywa się już teraz. Jego kolega po fachu, najlepszy z najlepszych, tłumaczyć będzie niewytłumaczalne. Głos ma spokojny, ale minę zmieszaną – wygląda, jakby kardynałowie wybrali na papieża Richarda Dawkinsa, a ten od razu oznajmił po wyborze, że owszem, wierzy; miał jednak prywatne objawienie i chce dodać do kanonu Biblii „Kubusia Puchatka”. W dwu słowach – chaos i dysonans. Ale najgorsze są zdjęcia. Rozwalone wrota bazyliki św. Piotra, leżące na jej okazałych schodach. Powalone Porta Sancta, otwierane według zwyczaju tylko z okazji wielkich jubileuszów. Policja w pustych futrynach drzwi Muzeów Watykańskich, mierzy coś i fotografuje. Drzwi. Wywalone z futryn drzwi na wszystkich kanałach telewizyjnych świata. Eliasz ogląda to wszystko siedząc już na krześle, gra spokojnego profesjonalistę, a także śledzi rękę swojego zwierzchnika, wskazującą na ekran telewizora w siedzibie Konferencji. Po chwili wskazująca niczym na odpustowym kazaniu ręka wróciła do trzymania kardynalskiej głowy, obróconej w jego stronę. Pytające i zatroskane pasterskie oblicze. Kardynał, zamiast zaproponować kawę, oznajmił, co jak obaj wiedzieli, było oczywiste:

– Dzwonili z Rzymu, mamy na razie nie komentować. Sami nie wiedzą, co się stało. Do wieczora ustalą. Istne szaleństwo…

Potem purpurat wyliczał przez dłuższą chwilę, które media zdążyły już zadzwonić. Eliasz wszystkiego tego już się dowiedział. Kiwnął tylko głową i najpewniejszym ze swoich głosów udzielał na kolejne pytania samych prawidłowych odpowiedzi.

– Oczywiście, wszystko będzie profesjonalnie przygotowane. Uspokoimy trochę te wzburzone fale, Królestwo Maryi zaśnie dziś jak niemowlę.

Zapewnił, odwołując się do ulubionego sformułowania pasterza, gdy ten z naciskiem wyraził życzenie, by na wieczór miał on przygotowaną sensowną wersję dla mediów. Kardynał był zadowolony i kiwał głową

– Właśnie. Ma być uspokajająco, pobożnie, racjonalnie, no i w jedności z centralą.

Zaczął się wir pracy, by być gotowym na program telewizyjny, traktowany w Konferencji z powagą co najmniej Sądu Szczegółowego, a może i Ostatecznego. Wtedy, w porze największej oglądalności, ze spokojnym uśmiechem Eliasz miał zapewnić trzydzieści siedem milionów swoich katolickich rodaków, że… Że mimo wszystko, tak właściwie to jednak nic się nie stało. Prawie nic. Jedynie o 2:13 w nocy w całym Watykanie, tak w apartamentach papieskich, jak w budce ogrodnika, w zakrystiach i łazienkach Patrimonii Sancti Petrii wyparowały wszystkie zawiasy, co do jednego, z wielkim hukiem uwalniając bezwładne drzwi.

Największa histeria ogarnęła Stany Zjednoczone. Miliony ewangelikalnych protestantów zobaczyły w brakujących watykańskich zawiasach zapowiedź Apokalipsy. „Porwanie zawiasów” miało zwiastować Rapture, czyli uprowadzenie wiernych, jakie mieli zorganizować Boży aniołowie wiernym w Ostatnich Czasach, zostawiając grzeszników na pastwę biblijnych plag. Jednak pewne zaniepokojenie widać było na całym świecie, nie tylko chrześcijańskim czy katolickim. Niepokój odczuwali także muzułmanie (wszak wielu komentatorów widziało w zniknięciu zawiasów akt terroru), a nawet dało się go nieco odczuć w komunistycznych Chinach, gdzie partyjni mandaryni dumali i dysputowali, jak tłumaczyć zniknięcie zawiasów tak, by „najbardziej ateistyczny naród na świecie” nie dostrzegł w tym fakcie cudu.

Studio było rumiane od reflektorów jak rzeźnia o poranku. Był już jednak zmrok, a ks. Eliasz, razem z innymi osobami, wezwanymi do największej telewizji w kraju, z poważną miną patrzył. Pokazywano im pełen dramatyzmu teledysk informacyjny, będący skrótem reakcji na zniknięcie papieskich zawiasów. Na końcu reporter, stojący na tle otwartej na oścież bazyliki zaznaczył, że wszyscy w napięciu czekają na głos Ojca Świętego i że już wiadomo, że odniesie się do tego podczas najbliższej audiencji generalnej. Eliasz wiedział, co to znaczy. Dziś wieczór nie będzie miał pomocy z Rzymu. Poza kilkoma uwagami przesłanymi na służbowego maila, nie miał stamtąd nic. Ciekawiło go niezmiernie, co On na ten temat myśli, ale nie miał czasu się zastanawiać. Kamera wzięła go na cel, gdy prowadząca program blondynka przedstawiała wszystkich obecnych w studio. Skinął głową, pozdrowił widzów po katolicku. Oprócz Eliasza byli w studio jeszcze Jakub Laodycejski, redaktor pobożnego portalu internetowego (Eliasz przewidywał, że będzie to „opcja apokaliptyczna”), profesor Jan Henochiewicz, świecki Żyd, religioznawca, no i były zakonnik Apoloniusz Magiewicz, teolog a zarazem – filozof, określający się mianem „suprateisty”. Eliaszowi przemknęło przez myśl, że wolałby w ramach rekolekcji na Podhalu całą wioskę sam przespowiadać (w nieogrzewanym kościele!), niż… Nie zdążył jednak dokończyć tej myśli, gdy się zaczęło.

– Cały świat wstrzymał oddech, gdy na serwisach społecznościowych pojawiły się pierwsze zdjęcia przestraszonych turystów, obecnych w nocy na Placu św. Piotra…

Dziennikarka była w swoim żywiole. Wreszcie coś, co przykuje ludzi do ekranów, nie jakieś polityczne mamrotania, ale najlepsza zupa medialna. Według przepisu, który zawsze się sprawdzał – religia, cud, skandal. Czuła to doskonale i podgrzewała jeszcze atmosferę, kończąc mocnym zaznaczeniem niewątpliwych faktów:

– Wiemy, że w całym Watykanie, a także w Castel Gandolfo i innych posiadłościach Stolicy Apostolskiej nie ma drzwi, które zostałyby na swoim miejscu. Zapewne Państwo przed telewizorami, jak i ja w studio, pragniecie poznać opinię naszych gości!

Na pierwszy ogień wyrwał się redaktor pobożnego portalu internetowego. Z miłym uśmiechem oznajmił, że to znak oczywisty nadchodzącej Paruzji, pełni Apokalipsy i Końca Świata, co Eliasz przyjął ze spokojem. Dopiero gdy usłyszał drugą część wypowiedzi redaktora, przerwał układanie swojej odpowiedzi i wsłuchał się uważnie. Jednak zdołał go dziś zaskoczyć. Redaktor Jakub perorował o Katechizmie dziecka pierwszokomunijnego:

– Proszę Państwa, większość z nas zna to jeszcze z lekcji religii. Chodzi o Roztropność, Sprawiedliwość, Umiarkowanie i Męstwo. Są to tak zwane cnoty kardynalne, od łacińskiego słowa „cardinis”, oznaczającego właśnie zawiasy…

Apoloniusz Magiewicz przerwał rozkręcającemu się Laodycejskiemu, z uśmiechem zaznaczając, że zamierza całą dyskusję przyprawić sporą dozą kpiny

– Cnoty! Ho, ho! Mówi pan jak płaczliwa stara panna… Wionie od Pana, redaktorze, zapach naftaliny…

Redaktor w niezliczonych potyczkach rozeznał już dobrze brak wszelkich reguł na takich arenach, jak ta, na której był teraz. Odbił piłeczkę, nawiązując do swojej wypowiedzi i osobistych, skandalicznych spraw byłego zakonnika, tak, że ten zaczerwienił się i mrugał, jakby piłka Jakuba Laodycejskiego trafiła go w oko. Wtrącił się profesor Henochiewicz, nawiązując do przerwanego wątku o cnotach

– Chce nam pan zapewne powiedzieć, jako znany krytyk wszelkich liberalnych reform w Kościele, że owo tajemnicze otwarcie drzwi jest karą za grzechy zbytniego otwierania drzwi przez obecnego papieża… Chce pan redaktor pewnie powiedzieć, że brak już na Watykanie sprawiedliwości, roztropności, umiarkowania i męstwa. Otóż śpieszę zapewnić, ze gdyby o to chodziło, to nigdy nie dałoby się tam wstawić żadnych drzwi, no, powiedzmy z pewnością nie dałoby się tego zrobić od czasu Edyktu Konstantyna, gdy to Kościół haniebnie sprzymierzył się z władzą, by prześladować…

Eliasz zauważył, że Henochiewicz był nieco subtelniejszy od Magiewicza i z intelektualnych przypraw wolał w dyskusji ironię od szyderstwa. Redaktor nie dał jednak dokończyć Profesorowi. Zaczęła się kłótnia. Obaj panowie byli wojowniczy i głośni, a z sytuacji skorzystał były ojciec Apoloniusz, wracając do gry

– Po namyśle stwierdzam, że związek ostatnich wydarzeń z tak zwanymi cnotami kardynalnymi to trop inspirujący i ciekawy intelektualnie. Dziękuję za niego, drogi panie redaktorze! Tak, być może nie wszyscy Państwo wiedzą, ale w teologii już od lat trwa proces głębokiego oczyszczania z naleciałości greckiej myśli, zwłaszcza platonizmu. To właśnie stamtąd wzięły się te cztery dumne słowa, te cnoty „zawiasowe”. Gwarantuję Państwu, że nie ma o nich mowy w Biblii, w ani jednym miejscu nie są wymienione. Trzeba się cieszyć, że ten proces deracjonalizacji postępuje. Zresztą, zawiasy kojarzą się nam wszystkim z niebezpieczeństwem przytrzaśnięcia palców, są opresyjne i bądźmy szczerzy, w dobie bezszelestnie rozsuwanych drzwi wyposażonych w czujniki…

Prowadząca się ożywiła

– Przepraszam. Chce pan powiedzieć, że to dobry znak, to zniknięcie zawiasów?

– Myślę, że samo to, że zastanawiamy się nad tym, czy to dobre, czy złe, pokazuje nasz problem! Nasze przesiąknięcie greckim sposobem myślenia. Albo tak, albo nie. Albo białe, albo czarne. To wszystko jest nie tylko niebiblijne, ale również nienowoczesne, nie przystaje do dzisiejszej filozofii…

Eliasz aż się wzdrygnął. Czas chyba zejść na ziemię, czas, by odezwał się rzecznik i wszystko wyjaśnił. Musi przez jego usta spełnić się stare proroctwo, że Roma locuta! Musi,  bo  słońce musi jakoś wstawać, bo rano muszą pójść dzieci do szkół, a z gór będą schodzić do mórz odwieczne rzeki… Bo muszą ludzie w porannej gazecie znaleźć zapewnienie, że warto przeżyć jeszcze jeden dzień. Odezwie się więc zaraz rzecznik niczym syrena fabryki św. Piotra, mocnym i pewnym głosem oświadczy, że świat jeszcze istnieje! Że słowa mają znaczenie i że Bóg prowadzi z ludźmi uczciwe rachunki. Eliasz czuł w swoim kapłańskim sercu, że na to czekają ludzie, nie na teologię czy filozofię… Nawet ci siedzący z nim w studio, chcieliby w głębi duszy zobaczyć przed sobą twardą wiarę i surową nadzieję katolicyzmu, zanim ją zmienią, ośmieszą lub odrzucą… Oświetlenie wydawało się rzecznikowi coraz mocniejsze, a wzrok kamer – coraz bardziej świdrujący. Poprawił się w fotelu, już otwierał swe usta… Nie zdążył dojść do głosu. Uprzedził go Laodycejski
– Tak, zgoda, ale ten odwrót od greckiej myśli nie może być opłacony oddaniem się w babilońską niewolę współczesnej, bezbożnej filozofii. Ojciec właśnie, ojcze Magiewiczu, – redaktor wymawiał tytuły Apoloniusza nie bez złośliwości – flirtował zawsze z bękartami filozofii, które teraz ojciec krytykuje…

Już po chwili znów trzech mężczyzn mówiło jednocześnie, a ksiądz Eliasz miał niemiłe wrażenie, że jest rybą, zanurzoną w odmętach absurdu. Był niemy i nic nie rozumiał. Na jego oczach redaktor wyciągnął z teczki kartki z napisami „Roztropność”, „Sprawiedliwość”, „Umiarkowanie” i „Męstwo”. Podpalił je i upuścił na podłogę studia, co uruchomiło natrysk przeciwpożarowy. Teraz Eliasz już dosłownie mógł się uważać za rybę. Pani prowadząca nietypowy program podała informację z ostatniej chwili – okradziono Muzea Watykańskie! Złodzieje wynieśli jedynie kilka starożytnych palestyńskich monet. Nikt z obecnych nie umiał tego zinterpretować. Potem przemoczona telewizyjna piękność zapytała równie przemoczonych gości o praktyczne reperkusje zniknięcia zawiasów. Z kamer sypały się iskry, buchała para. Ksiądz rzecznik był coraz bardziej przerażony, że nie może nic powiedzieć. Za to słuchał. Jeden z mędrców wróżył, że odtąd będą w Watykanie wisiały koraliki, co wspomoże dialog z Islamem, tak potrzebny… Drugi sugerował, że zamiast klasycznych drzwi będzie trzeba wprowadzić odsuwane kamienie, co pomoże patrzeć na wychodzenie z budynku w paschalny sposób, co przypomni o grobie Jezusa, o Jego… Trzeci chciał zrobić z tych drzwi na Tybrze most Trzeciego Tysiąclecia, most Miłosierdzia, Dialogu, Ekologii i Redystrybucji… No i niech ten most będzie wzdłuż rzeki, a nie w poprzek, bo wszelkie przecinające się linie są jak znak zakazu. A co ma do powiedzenia nasz ksiądz Rzecznik? Co ma do powiedzenia ksiądz Kościoła już od dziś bezzawiasowego? Rzecznik wypuścił z ust bąbelki powietrza i przerażony czuł, że krzyczy i tonie.

Pierwszą rzeczą, którą Eliasz zrozumiał po gwałtownym przebudzeniu było to, że był cały mokry od potu. Była dopiero piąta, jeszcze półtorej godziny snu, choć raczej już nie zaśnie. Umysł rzecznika właśnie robił wszystko, by świadomość zapomniała jak najwięcej dziwacznego koszmaru. Ten dzień, którego słońce jeszcze nie wspięło się na jesienne niebo, wcale nie był wolny.

– Cała nadzieja w kawie…

Powiedział do siebie ksiądz Eliasz, zapalił lampkę i wrócił do pracy nad punktami opublikowanego wczoraj w Rzymie dokumentu.

czwartek, 29 października 2015

Czy senator Jan Żaryn jest groźny?

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

W wywiadzie profesora Żaryna, opublikowanym na portalu prawy.pl zawarty jest program polityki propagandowej państwa, który politykę tę, jeszcze nie rozpoczętą doprowadzi do katastrofy. Nie sądzę, by do katastrofy doprowadził państwo, choć i to może się zdarzyć, zważywszy na to, jak istotna w polityce jest propaganda.


Profesor Jan Żaryn z zaskakującą prostotą wyznacza kierunki polityki propagandowej państwa, które będą realizowane przez instytucje państwowe rzecz jasna, na państwowych budżetach, rękami pracowników zatrudnionych na etacie. Kierunki będą dwa – zagranica i kraj. Profesor chce powołać instytucje promujące Polskę i jej historię za granicą oraz wzmocnić instytucje krajowe zajmujące się tymi problemami. Dlaczego ja uważam to za katastrofę? Bo etatyzm jest katastrofą, a poza tym wszystkie dotychczasowe przedsięwzięcia firmowane przez Jana Żaryna kończyły się w najlepszym wypadku sukcesem umiarkowanym.

To co możemy w tym wywiadzie przeczytać, jest zdaje się, pomyślane jako taki gest rzucenia rękawicy, tym, którzy szkalują Polskę, czyniąc z niej sprawcę wybuchu II wojny światowej. Za pomocą wspomnianych tu instytucji, które stworzone zostaną, jak mówi Jan Żaryn, po namyśle, Polska przeciwstawi się tym kłamstwom. Otóż nie, wcale się nie przeciwstawi. Polska wykona kilka nic nie znaczących gestów, które utoną w powodzi publikacji i widowisk jeszcze bardziej Polskę szkalujących. Koszta tego przedsięwzięcia będą ogromne i zadowolą jedynie tych, którzy będą te budżety przewalać. Propaganda nie istnieje w oderwaniu od polityki państwa. Trzeba się więc zastanowić, którym państwom najbardziej zależy na tym, by Polska była postrzegana jako sprawca a nie ofiara. Trzeba im mechanizm nakręcający tę propagandę wyrwać z rąk, albo sprawić, by dobrowolnie go oddali. To jest mam nadzieję jasne. Takiej sztuki można dokonać prowadząc politykę prawdziwą, a nie politykę etatystyczną, obliczoną na przesunięcie jak największych ilości gotówki z jednego miejsca w drugie, przy minimalnym zaangażowaniu w realizację misji. Tak to będzie wyglądało, dobrze o tym wiemy. Zawsze tak wygląda i nic tu nie pomogą zaklęcia Jana Żaryna.

Prócz państw politykę prowadzą także organizacje globalne. Wśród nich znajdziemy również takie, którym zależy na tym, by Polska była przedstawiana jako agresor. Czy organizacje te przejmą się instytucjami, które powoła do życia Jan Żaryn? Nie sądzę. Pan profesor zachowuje się tak, jakby celem propagandy była publiczność w krajach zachodnich. To jest założenie błędne, a jego demaskacja jasno nam wskazuje jaki kształt powinna mieć działalność propagandowa państwa polskiego. Przede wszystkim powinna być oszczędna. Tego w projekcie Żaryna nie ma, a szkoda. Mógłbym nawet powiedzieć, że powinna być skąpa, a wzorować się oczywiście musi na propagandzie brytyjskiej. Żaryn tymczasem zmierza w stronę Hollywood tyle, że o wiele bardziej nudnego. Propaganda jest zawsze ściśle powiązana z charakterem polityki państwa. Trzeba więc zadać pytanie; czy Polska będzie prowadzić za rządów PiS politykę ekspansji? Jeśli nie, a ja jestem przekonany, że nie, to znaczy, że w propagandzie naszego państwa nie powinny się pojawiać słowa takie jak ofensywa. Ja rozumiem, że pan przeprowadzających wywiad z Żarynem, a także redaktorzy Semka i Ziemkiewicz marzą o tym, by wziąć udział w dobrze opłaconej szarży, z gwarancją, że nic ich nie trafi, ale to są projekcje idiotów. W szarży zawsze giną ludzie, ginie ich wielu, a najwięcej takich, których łatwo trafić, czyli drągali jak Ziemkiewicz, albo grubasów jak Semka. Poza tym trzeba – jest to warunek konieczny i poważny – dostosować język propagandy do polityki państwa. Na razie język, którego używają „nasi” jest, wbrew sugestiom Jarosława Kaczyńskiego, językiem wojny domowej. To jest idiotyzm podwójny, bo raz, że demaskuje chętki tych biedaków, a dwa daje różnym wrogim Polsce organizacjom narzędzia do ręki, narzędzia do prowadzenia polityki prawdziwej, której z całą pewnością nie będzie prowadził Jan Żaryn i powołane przezeń, przepraszam – jeszcze nie powołane – instytucje. Aleksander Smolar, człowiek najbardziej wrogi PiS, jakiego nosi święta ziemia, wezwał wczoraj o ostrożnej krytyki. Argumenty przedstawił przy tym idiotyczne, czemu dziwić się nie możemy, ale metodę zastosował słuszną. Trzeba się uczyć od najlepszych.



Tak więc nie będzie żadnej ofensywy, nie będzie między innymi z tego powodu, że zwycięstwo PiS jest jakoś tam wpisane w politykę mocarstw wobec Rosji. I to politykę poważną. Jeśli wczoraj były brytyjski ambasador porównał Kaczyńskiego do De Gaulle’a to jest to znak. Bardzo wyraźny w dodatku i nie wróżący niczego dobrego. Ja z miejsca przekładam to na język praktyki i pytam: czego Korona będzie od nas żądała? Co będziemy musieli oddać? Co będzie Algierią? I jaką narrację propagandową doklei do tego Jan Żaryn?

Wróćmy teraz do adresatów treści propagandowych. To nie jest tak, jak się zdaje Janowi Żarynowi i Andrzejowi Nowakowi, że filmy i książki o bohaterstwie Polaków adresowane są do masowej publiczności za granicą. One mogą być adresowane do masowej publiczności w kraju. Na zachodzie wszyscy mają w nosie bohaterstwo Polaków i nic poza tym własnym nosem ich nie obchodzi. Zatrudnianie zagranicznych reżyserów przy produkcji filmów wojennych o Polsce, to jest pomysł na wyczesywanie krajowych frustracji. Jednych lemingów uspokaja aktorka Miko w scenach erotycznych, a innych uspokoi film o dywizjonie 303 nakręcony przez Petera Weira. To są akcje skuteczne na rynku wewnętrznym, nigdzie więcej nikogo to nie przekona, bo zbyt dużo filmów produkuje się codziennie na świecie. Żeby wypromować jeden czy drugi film o Polsce i utrzymać go w kinach na zachodzie przez miesiąc trzeba wydać horrendalne pieniądze na promocję, pieniądze, których w Polsce nikt nie wyda, bo sama myśl, że można coś ot, tak oddać komuś za nic sparaliżuje wszystkich. – Lepiej to podzielmy między siebie – pomyślą. I ja bym im przyklasnął, bo jak powiadam, nie ma ta zagraniczna promocja żadnego znaczenia. Nie ma w tym wymiarze, o jakim mówi Żaryn, to znaczy historycznym. To już lepiej produkować polskiej serialne i sprzedawać je do Czech, jak kiedyś oni sprzedali nam Szpital na peryferiach. Lepiej produkować gry komputerowe i filmy dla dzieci. No, ale tego instytucje powołane przez Żaryna nie zrobią, bo ludzie tam zatrudnieni mierzą wyżej. Cel misji, musi być zgodny z ich ambicjami i to jest dopiero moment prawdziwej katastrofy, bo ambicje bywają niesłychanie wyśrubowane jak wiemy. Możliwości ich realizacji zaś przeważnie są do tych wyśrubować odwrotnie proporcjonalne. Nie inaczej będzie i tym razem. Jedyna nadzieja, że to wszystko spali na panewce i się po prostu nie uda.



Co robić w takim razie. Takie pytanie z pewnością musi paść. Co robić panie dzieju? Ponieważ ja prowadzę sam taką politykę jaka śni się Janowi Żarynowi, prowadzę ją na własny rachunek, bez instytucji, budżetów, a i namyślam się przy tym raczej krótko, dokładnie wiem co robić i teraz Wam powiem. Przede wszystkim trzeba poznać dokładnie wszystkie znaczenia słowa dystrybucja. Słowa sprzęgniętego ze słowem rynek. Potem trzeba zorientować się kto rządzi na rynkach propagandy w Polsce i czy drogą administracyjną można te kawałki rynku przejąć. Jeśli idzie o PISF można, jeśli idzie o rynek książki nie bardzo. Oczywiście wszyscy „nasi” rzucą się na PISF, żeby za pieniądze podatników kręcić filmy o żołnierzach niezłomnych i przez to raz na zawsze zniechęcić ludzi do tych treści. My zajmiemy się książką, która także przecież jest bliska profesorowi Janowi Żarynowi. Otóż trzeba odwojować rynek książki, to zaś można zrobić jedynie w poprzez stworzenie wydawcom jak najlepszych możliwości dystrybucji swoich produktów. W Polsce dziś, na zniszczonym i oszukanym rynku książki, gdzie lansują się politycy tacy jak Kalisz i dziennikarze z telewizji, można zrobić tylko jedno – stworzyć sieć otwartych imprez targowych, gdzie wydawca wystawiał będzie swoje produkty za darmo lub z minimalną opłatą. Po piątej edycji takiego cyklu imprez w różnych miastach rynek książki, a co za tym idzie rynek treści promowanych w Polsce będzie całkiem odmieniony. Ani ja, ani kolega Valser nie mamy możliwości, by stworzyć coś takiego, ale próbujemy zorganizować chociaż jedne targi w Bytomiu. Państwo jednak miałoby takie możliwości, ono jednak wykorzysta je inaczej, zapłaci pieniądze zagranicznym twórcom, by kręcili filmy o Polsce, filmy które nie będą miały żadnego znaczenia. Polscy zaś producenci, reżyserzy i wydawcy będą musieli zamknąć swoje interesy, albo szukać szczęścia za granicą. Tak będzie. Za miesiąc wydamy kolejny memiks, kolejny produkt w serii zmieniającej narracje historyczne, który opowiadał będzie o Polsce w czasach powojennych. Taki produkt mieści się w planach zakreślonych przez profesora Żaryna. No, ale on go nawet nie zauważy, bo niby kto mi dał pozwolenie na robienie takich rzeczy? Niby kto dał pozwolenie tym wszystkim ludziom, którzy chcą pisać i wydawać książki w Polsce i o Polsce na pisanie i wydawanie? Kto im pozwolił? To są ważne kwestie, które rozstrzygać będą teraz „nasi’. I tego moim zdaniem należy się obawiać. Jestem w ponurym nastroju, bo przecież wiem, że te wszystkie plany, które snuje Żaryn nie będą miały znaczenia za granicą. Ich istotną funkcją jest po prostu zmonopolizowanie rynku krajowego i przejęcie całej tej narracji zwanej historyczną. To się odbędzie kosztem takich wydawnictw jak moje, bo przecież nie kosztem wydawnictw lansujących treści lewicowe i liberalne. Oni są bezpieczni, mają zapewniony zbyt i publiczność. My zaś, będziemy teraz musieli przekonywać wszystkich, że jesteśmy jednak koszerni, że też chcemy sukcesu Polski.




Najgorsze w tym wszystkim co mówi Żaryn jest, że oni za tę Polskę i jej sukces biorą się dopiero jak zdobędą władzę. Wcześniej, kiedy normalnie pracowali to było niemożliwe. Nasze wydawnictwo zaś funkcjonuje przez cały czas i nie potrzebuje do tego instytucji, budżetów państwowych i etatów. Jedyne co może uratować treści zwane polskimi to aktywność trzystu takich wydawców w Polsce. Ktoś powie, że są już tacy wydawcy, może nie w takiej ilości, ale są. Oczywiście, że są, ale im nikt niczego nie ułatwia, a ich los nie obchodzi Jana Żaryna, bo on czuje się powołany do rzeczy większych i donioślejszych. Powtarzam więc; to się skończy katastrofą.

poniedziałek, 26 października 2015

Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska

Autor: Integrator

Zwycięstwo PiSu owszem cieszy ale cieszyłoby bardziej gdyby progu wyborczego nie przekroczyło PSL. To jest podstawowy warunek bez spełnienia którego nie da się wymodelować stałego układu patriotycznych sił w parlamencie. Piszę te słowa co prawda jeszcze przed ostatecznym podaniem wyników, i być może do jutra jeszcze ziści się to moje wielkie marzenie ale póki co wszystko wskazuje na to, że ta najbardziej szkodząca naszej demokracji partia nadal będzie mogła zasysać siły witalne z tego krwiobiegu. Mam tylko cichą nadzieję, że skoro takie tuzy jak Pawlak, Zych czy Piechociński nie dostali mandatów to wkrótce polegną w ramach wewnętrznych rozliczeń. A jak tak to i sama partia do kolejnych wyborów pójdzie skutecznie rozbita. Vide lewica. Oby!

Cieszy też fakt, że mandatów nie dostali ludzie pokroju Michała Kamińskiego czy Romana Giertycha bo to jest najlepszy dowód, że jest w nas granica podłości, której mimo wszystko przekraczać nikomu nie pozwalamy.

Wróćmy jednak do zwycięzców. Mam tu dla nich z tej okazji dwie rady. Pierwsza abyście mieli w pamięci słowa Piłsudskiego - "Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska". Zwyciężyliście bo nie ulegliście pomimo tylu lat gnębienia i nieskrywanej pogardy. Ale jeśli spoczniecie teraz na laurach, i was czeka sromotna klęska. Gdy więc już ucichną fanfary, a w kieliszkach opadnie piana szampana oddajcie się dla tego kraju panowie posłowie bezgranicznie. I nie mam tu bynajmniej na myśli ciężkiej pracy, choć owszem i tej będzie potrzeba. Zanim jednak to, trzeba wam będzie popracować na intelektualnym i moralnym ugorze własnej partii, bo to poletko jest u was wcale niemałe. Od dziś nie może być miejsca dla koleżeńskich przysług, dla ludzi którzy uczynili sobie z gęby cholewę, wszak i tej małości w partii nie brakuje. Nie może być miejsca dla tych co Boga jeno na języku mają, a w życiu prywatnym tak sromotnie go obrażają. Nie może być wreszcie miejsca dla pospolitych głupców którzy wyniesieni na znaczne stanowiska będą od pierwszych, powyborczych dni zrażali do siebie elektorat, który już dziś trzeba pomnażać jeśli w kolejnej kadencji chcemy móc zmieniać konstytucję -  bo od teraz to jest nowy cel na horyzoncie naszych możliwości, czyż nie tak? Zatem nie miejcie litości dla słabości, które pulsują w sercach wielu z was. To w takich ludziach rodzić się będę nowe zastępy "kluzików".

Nie miejcie szczególnie tej litości, to druga i ostatnia rada, gdy przyjdzie rozliczać także tych co kupczyli tym krajem przez ostatnie lata. Niech was ręka boska broni od źle pojętego miłosierdzia! Nawet Bóg choć jest Miłosierdziem właśnie, jest jak uczy Kościół także "sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za zło karze". Przyjdzie więc czas i na przebaczenie niemniej to jeszcze nie teraz, nie jutro, nawet nie za rok. Póki co czyńcie swą powinność i nie bierzcie jeńców!


środa, 21 października 2015

Raport o zagadaniu wiary

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Za pięć dni kończy się Synod o rodzinie. Już dziś jest jasne, że jego obrady powiedzą nam dużo więcej o stanie Kościoła, niż wszelkie wydane później dokumenty. Jeśli bowiem ktoś do tej pory nie dopuszczał do siebie myśli, że mamy kryzys nauczania wśród biskupów, to teraz jest bardzo dobry moment, by przyznać rzeczywistości rację.

Słynna książka pokazująca od kuchni Sobór Watykański II nosiła tytuł „Ren wpada do Tybru”, by pokazać, jak niemieccy biskupi stworzyli koalicję, która zmieniła zaplanowany przez Kurię Rzymską przebieg obrad. Oczywiście, od tamtej pory zmieniło się bardzo wiele, przede wszystkim to, że duchowi spadkobiercy wczorajszych „buntowników znad Renu” mają przemożny wpływ na funkcjonowanie Kościoła. To oni napisali chociażby Instrumentum Laboris, które według R. Reno był dokumentem bliższym duchowo współczesnym terapeutom, niż Ojcom Kościoła, a nawet natchnionym autorom Biblii. Reno opublikował swoje uwagi w „First Things”, które to katolickie pismo jak dotąd nie nosiło łatki „tradycjonalizmu” czy „konserwatyzmu”, co zapewne po tym synodzie się zmieni. Wspominam tu Reno, choć jest on tylko jednym z licznych komentatorów, którzy wobec przebiegu prac Synodu grali takie larum, jakie dotąd słyszeliśmy raczej ze środowisk bliskich Bractwu Piusa X czy wręcz sedewakantystom.

Oprócz alarmujących i zaskakująco zbieżnych rzeczy, które na temat tego zgromadzenia biskupów mówili katolicy tak odlegli od siebie, jak abp Stanisław Gądecki i ks. Karol Stehlin, mamy oczywiście pełną gamę głosów, od inteligentnych i trafnych uwag ludzi żyjących swoją wiarą czy biegłych w teologii, aż po zwyczajny jazgot internetowych blogerów. Do tego właśnie jazgotu chcę dodać swoje dwie nuty, gdyż pozwolą one wybrzmieć trzeciej, która już nie jest moja, a wnosi do myślenia o Synodzie bardzo wiele. Miałem nie pisać nic o Synodzie, ale jest teolog, któremu zaraz oddam głos. On ma bardzo ważną rzecz do powiedzenia.

Romano Amerio, autor monumentalnej pozycji „Iota unum. Analiza zmian w Kościele Katolickim”, został przywrócony świadomości katolików przez Benedykta XVI. Papież Niemiec nie tylko metodycznie ukazywał piękno katolickiej wiary prezentując podczas środowych katechez Ojców Kościoła oraz świętych, idąc wraz z nimi poprzez dzieje chrześcijaństwa, lecz także miał odwagę wspominać niewygodnych proroków, takich właśnie jak wspomniany szwajcarski teolog. Amerio miałby wiele zastrzeżeń do nas, dzisiejszych duchownych i do sposobu, w jaki nauczamy. Nie zdziwiłby go obecny Synod. Widziałby w nim naturalną konsekwencję kilku głupot, które od lat praktykują ludzie w sutannach. Po pierwsze – synodalne zamieszanie to owoc kultu dialogu; jeśli dialog jest tym, co najcenniejsze, miejscem, gdzie wykuwa się prawda z różnych stanowisk, czemu stawiać mu jakiekolwiek ograniczenia. „Podialogujmy” więc o podejściu Kościoła do związków homoseksualnych oraz do zdrady i opuszczenia małżonka, przecież dialog może nas tylko „ubogacić” i „otworzyć”. No i właśnie na Synodzie nic innego nie robią, tylko dialogują. Oddajmy głos „niechcianemu prorokowi”:

Odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „dialog” w najwyższym stopniu uformowało, by nie powiedzieć przeżarło, myślenie posoborowego Kościoła. Jego nośność oraz moc przemieniania umysłów daje się porównać jedynie z potencjałem, jaki w XIX wieku rozwinęło słowo „wolność”.

Wczoraj był dialog z judaizmem, islamem, bahaizmem i Bóg wie czym, dziś mamy co najmniej kilka wyznań wiary w obrębie samego Kościoła, a „dialog wewnątrzkościelny” staje się „dialogiem międzyreligijnym”. Może się tak stać w pełni, gdy sprawy takie, jak Komunia święta da osób trwających w grzechu będzie sprawą oddaną gestii episkopatów. Kult dialogu, według Amerio, bazuje na przekonaniu, że w gruncie rzeczy człowiek nie może poznać Prawdy, a jedynie jakąś swoją małą prawdę. A skoro tak, to i  zapewne Pan Jezus trochę za mocno mówił o Sobie, jako o Drodze, Prawdzie i Życiu.

Wspomniałem o zgiełku i informacyjnej zawierusze, która zniechęca do zabierania głosu. Zgiełk forów internetowych, portali i blogów nie może dziwić. Sprawa najmocniej dyskutowana na Synodzie dotyka każdego katolika „do żywego”, dlatego pewnie, że wciąż jeszcze wiemy, co to spowiedź, grzech i Boża łaska. Biskupi dyskutowali nie o jakiejś wzniosłej teologii, której nikt nie rozumie. W praktyce, rozmawiali oni o tym, czy zmienić tych kilka prostych prawd, które tłumaczy się dzieciom przed I Komunią Świętą. Media nic tu nie wyolbrzymiły. Sam przewodniczący polskiego Episkopatu, wspomniany już abp Gądecki, zamieszcza na oficjalnej stronie polskich biskupów oświadczenie, w którym stwierdza, że „wielu zwolenników nowości myśli o faktycznej zmianie doktryny, nazywając to zmianą dyscypliny Kościoła”. Jeśli polski ksiądz otwarcie mówi, że w Rzymie są purpuraci, zamierzający zmienić podstawy naszej wiary to, cytując klasyka, „wiedz, że coś się dzieje”.

Dzieje się faktycznie bardzo dużo. W potocznej polszczyźnie wyrażają to geograficzno- etnograficzne sformułowania takie jak: „Meksyk” czy „Sajgon”. Ja sam zrozumiałem ich treść mając cztery lata. Pewnego dnia moja babcia skwitowała nimi pół godziny mojej intensywnej zabawy z garnkami, kaszą i wieloma innymi ciekawymi rzeczami, które znalazłem w jej kuchni. Na Synodzie też trwa zabawa, z tym, że jest to zabawa słowami. Nie zaczęła się ona w październiku tego roku, ani nawet nie rok wcześniej. Trwa ona w najlepsze od dawna. Jak dotąd, gdy ktoś zadawał pytania o znaczenie słów, którymi posługujemy się choćby na Mszy, gdy pytał o przebieg reformy liturgii czy o język dialogu katolików z Żydami, nie mógł liczyć na wiele zrozumienia u pasterzy. Takie wątpliwości były nie na miejscu. Także ci, którzy dziś, skądinąd chwalebnie, bronią małżeństwa na Synodzie, sami nie są tu bez winy. Wystarczy poczytać listy naszego Episkopatu, które od Bałtyku aż po Tatry witają księża na niedzielnym śniadaniu sakramentalnym pytaniem – „jaki dziś jest ten list? Taki jak zwykle, czy jakiś konkretny?” Właśnie pobożny bełkot ma źródło w rozmyciu koncepcji Prawdy.

Nie można się dziwić, że kryzys wiary wiąże się z kryzysem języka, jakim o tej wierze się mówi, wszak ona „bierze się ze słuchania”, jak wyraził to Paweł Apostoł, mistrz natchnionego słowa. Problem ten towarzyszy magisterium od dawna, składa się nań nadprodukcja dokumentów, zaklinanie rzeczywistości słowami, dewaluacja znaczeń i tworzenie hermetycznej nowomowy, której nasze swojskie „ubogacanie” oraz „chrześcijańskie wartości” to jeszcze i tak w miarę znośne przykłady. Za tym podąża zaś zagubienie normalnych katolików, którzy zamiast ewangelicznego światła dostają „pięćdziesiąt odcieni pobożnego bełkotu”. Krótko mówiąc, trzeba nam choć na chwilę zamknąć dziób na kłódkę i pomyśleć o opłakanym stanie katolickiego nauczania. Mam wrażenie, że do kłódki tej pasuje tylko klucz Piotrowy…


Debata, czyli po co nam igrzyska niepełnosprawnych?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czemu ja nie chce komentować debat, które organizowane są przy okazji kolejnych wyborów. A ja odpowiedziałem najszczerzej jak potrafię, że pierwszym powodem jest ten, że moja ocena – jakakolwiek by ona była – się kompletnie nie liczy, a po drugie jestem głęboko przekonany, że wynik dowolnej z nich pozostaje dla wyniku wyborów bez jakiegokolwiek znaczenia. Spójrzmy na dwie z nich, moim zdaniem, najbardziej w ciągu minionego ćwierćwiecza z hakiem znaczących, a więc debatę Wałęsy z Miodowiczem jeszcze za PRL-u i Jarosława Kaczyńskiego z Tuskiem w roku 2007. Powszechna opinia jest taka, że w pierwszej z nich Wałęsa, jak się to teraz mówi, „zmasakrował” Miodowicza, a w drugiej Tusk Kaczyńskiego, i to dlatego Solidarność wygrała wybory w czerwcu 1989 roku, a Platforma Obywatelska jesienią roku 2007. Otóż ja pamiętam oba te zdarzenia i nie mam najmniejszych wątpliwości, że ani wtedy Wałęsa jakoś szczególnie nie pokonał Miodowicza, ani teraz Tusk Kaczyńskiego, a to jak oni wszyscy wypadli było kompletnie bez znaczenia, gdy chodzi o nasze decyzje. Oczywiście, gdyby Wałęsa podczas rozmowy z Miodowiczem zrobił z siebie kompletnego idiotę i trzeba by go było ze studia wyprowadzać w kaftanie, albo gdyby on przynajmniej gadał wtedy tak jak gada dziś, to może komuna by aż tak nie przegrała, no ale on jakoś się tam zaprezentował, ludzie zobaczyli, że nie ma ani rogów, ani ogona, no a poza tym i tak wszystko już było dogadane, więc o czym tu mówić?

No i teraz ten Tusk ze swoimi pytaniami na temat cen marchewki i ta banda chamów sprowadzona do studia przez Nowaka. Powszechna opinia jest taka, że oni wszyscy wspólnie i w porozumieniu wyprowadzili Kaczyńskiego z równowagi, w związku z czym on tę debatę przegrał, no i w efekcie Prawo i Sprawiedliwość musiało na osiem długich lat przekazać Polskę w łapy Platformy. I tu też zgody nie ma. Przede wszystkim, moim zdaniem, Jarosław Kaczyński był podczas tamtego wieczoru bardzo dobry i ta rozmowa – jak każda zresztą inna z Tuskiem, czy z kimkolwiek innym – była przez niego wygrana, no a poza tym – tu też już wszystko było zorganizowane poza tym smutnym telewizyjnym studiem, a więc tam mniej więcej, gdzie Leszek Balcerowicz ze studentami chował babci dowód i takie tam. Wszyscy to pamiętamy.

A więc co mnie obchodzą telewizyjne debaty, poza tym, że jest to oczywiście jakaś tam rozrywka, taka sama jak każda inna, tyle że może przygotowana z trochę większym tak zwanym „biglem”? No a mimo to, tym razem pomyślałem sobie, że spróbuję się do przynajmniej jednej z nich odnieść. Oto po tym, jak w poniedziałek sztab Ewy Kopacz urządził swojej premier ostateczny pogrzeb i sam Grzegorz Schetyna poczuł się na tyle silny, by poskarżyć się na mizerię, w jakiej jego partia tkwi od czasu, gdy on nie ma tam nic do gadania, najprawdopodobniej sam Michał Kamiński ściągnął na Woronicza jakieś dzieci, by najgłośniej jak tylko się da darły mordy, budując tak zwany entuzjazm wokół występu premier Kopacz, i kiedy wydawało się, że no, no, oni jednak się czegoś nauczyli i jednak chcą wygrać… sama TVP wynajęła im u siebie na miejscu odpowiednie pomieszczenie, zorganizowała wiec wyborczy i wszystko bardzo starannie przekazała na całą Polskę, pokazując wszystkim, jak wygląda państwo w ruinie. No i cały wysiłek tych biednych dzieci w jednej chwili szlag trafił.

Z drugiej stronie ktoś z tamtej strony bardzo sprytnie wymyślił, by kiedy Beata Szydło ze swoją ekipą będą wchodzić do budynku telewizji, wysłać na nich ochronę i w ten sposób sprowokować do awantury, no i oczywiście cała Polska musiała widzieć jak człowiek nazwiskiem Łapiński – i Bóg jeden wie, co poza tym – robi z siebie takiego idiotę, że nawet sam mistrz Adam Słomka ze związkowcem Ziętkiem, by tak nie potrafili. Przepraszam bardzo, ale pomijając już fakt, że ja w ogóle nie wiem, jak można było kogoś o prezencji Łapińskiego wysunąć na pierwszy plan kampanii, jakie teraz będzie miał znaczenie fakt, że z tej całej bandy uczestników owej debaty jedynie Beata Szydło robiła wrażenie osoby, która wie, o co chodzi i jaki jest tego wszystkiego cel, jeśli oni przez kolejne dni będą od rana do wieczora we wszystkich telewizjach pokazywać tego Łapińskiego, jak się kompromituje przed Bogu ducha winnymi ludźmi?

Na koniec tych niewesołych przecież refleksji, mam wiadomość dobrą. Otóż jeśli ktoś z nas czuje się w tym momencie zaniepokojony, że oto w ostatnich dniach przed wyborami stanie się coś, co radykalnie odmieni stan rzeczy, chciałbym go uspokoić. To na szczęście nie ma żadnego znaczenia. Raz że poza nami, tego nikt nie oglądał, ci co oglądali nic z tego nie zrozumieli, a ci co zrozumieli, już od dawna nie chodzą na żadne wybory, bo mają nas razem z naszymi troskami w dupie. No a poza tym, co już zostało wspomniane wcześniej, wszystko i tak jest dawno ustalone. Do władzy wraca PiS i kropka. I bardzo, bardzo dobrze.


Bogusław Wolniewicz vs Olga Tokarczuk

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Wszyscy pamiętamy sławną kampanię medialną urządzoną dla tygodnika „W sieci”, w której dziennikarze tej gazety sfotografowani byli na tle takiej więziennej ściany, jaką zwykle widzimy w filmach o czarnych gwałcicielach, którzy okazują się pod koniec seansu niewinni. Dziennikarze ci trzymali w rękach tabliczki ze swoim nazwiskiem, a miny mieli przy tym jak, cytuję Haszka, kot srający w sieczkę. Nad nimi zaś widniał napis: bo kocham Polskę. Sens był taki, że niby oni zostali zapuszkowani za miłość do ojczyzny przez zły rząd Tuska. Na usta ponownie cisną mi się same brzydkie wyrazy, ale postaram się powstrzymać. Nędza i podłość tego pomysłu były tak straszliwe, że w zasadzie wszyscy przytomni ludzie powinni zaprzestać kupowania tej gazety. No, ale jak wiemy ona istnieje nadal i będzie istnieć, a do tego jeszcze wiele osób uważać będzie, że to właśnie ten periodyk reprezentuje wszystko co w Polsce najlepsze. Jak wiemy, a zostało to udowodnione po wielokroć, tak zwane patriotyczne gazety mogą pisać jedynie o sobie, albo o ludziach z jakiegoś punktu widzenia, medialnego lub urzędniczego ważnych. Nigdy poza ten schemat nie wyjdą, bo tak jest przez redaktorów naczelnych rozumiana misja. Już nie będę dziś pisał co o tym myślę, pisałem to wystarczająco często.

Potrafię nawet zrozumieć, że ta przypisana im małość jest jednak nie do przezwyciężenia i oni nie mogą zwyczajnie poświęcić ani szpalty na coś takiego jak udaremnienie profanacji kościołów w Krakowie, czego przyczyną stał się Toyah. No, ale są inne rzeczy i inne wydarzenia, które powinny się spotkać z jakimś, a niechby i śladowym zainteresowaniem. Rozumiem, że idą wybory i oni już przebierają nóżkami przed wstąpieniem w progi telewizji czy co im się tam marzy, ale to nie znaczy, że dziennikarz powinien ślepnąć.


Opiszę teraz takie, zasługujące na uwagę wydarzenie. Oto, o czym dowiadujemy się od samego zainteresowanego, mieszkanie profesora Bogusława Wolniewicza, nawiedziła policja. Normalnie przyszli, żeby im Wolniewicz zeznawał jako świadek w sprawie o przestępstwo, które popełnił. A jakie to było przestępstwo? Otóż powiedział on, że emigrantów zmierzających do Europy trzeba zatapiać. Była to część dłuższej wypowiedzi Bogusława Wolniewicza dotyczącej istotnej natury tej, tak zwanej imigracji. W związku z tą wypowiedzią stowarzyszenie Otwarta Polska, na stronie którego znajdujemy między innymi nazwisko Ludwiki Wujec de domo Okręt, złożyło na Wolniewicza donos. No i policja przyszła, żeby go przesłuchać jako świadka. Bogusław Wolniewicz odmówił składania zeznań i funkcjonariusze opuścili jego mieszkanie. Pod jakie paragrafy podpada wypowiedź tego starszego pana? Pod paragraf 256 i 257 kodeksu karnego. I normalnie grozi za to więzienie albo grzywna. I ja się teraz zastanawiam dlaczego tak czujna w sprawie Jerzego Zelnika prawicowa prasa nie zwróciła na te okoliczności uwagi i nie złożyła doniesienia o popełnieniu przestępstwa przez Olgę Tokarczuk, która wygłasza treści równie szokujące, a o wiele słabiej umotywowane i o wiele płytsze niż profesor Bogusław Wolniewicz? Dlaczego oni tego nie zrobili? Powiem wam, bo oni wiedzą, że to wszystko są takie jajca tylko i tak naprawdę chodzi o to, jak się tam roztasować w tej telewizji. Wolniewicz zaś to stary wariat i nie ma się co nim przejmować. Jak odłoży łyżkę to się te jego gawędy przerobi na własne przemyślenia i nikt się nawet nie zorientuje. Tak to jeździ.


No, ale fakt pozostaje faktem, do starszego pana, profesora uniwersytetu, człowieka ważącego słowa niezwykle długo, i bardzo dbającego o precyzję wypowiedzi przychodzi policja, bo użył on wyrażenia „zatapiać uchodźców”. Do Olgi Tokarczuk żadna policja nie odważyłaby się przyjść, bo gazownia rozpętałaby taki hejt, że nawet Los Angeles Times by o tym pisał, jak o Toyahu. Olga Tokarczuk może spokojnie łgać na temat historii Polski, może nazywać Polaków mordercami i składać oświadczenia łamiące paragraf 256 i 257 kodeksu karnego. Nic jej za to nie grozi. Nikt nie podejmie nawet próby przywołania jej do porządku, bo przecież „nasi” zajęci są czym innym. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że działania wymierzone przez terrorystów ze stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita w Bogusława Wolniewicza mają charakter szykan i, że w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby sobie stary nie wyobrażał za dużo, żeby znał mores. Są one też ostrzeżeniem dla nas wszystkich, żebyśmy wyraźnie widzieli kto ma do czego prawo, kogo obowiązują kodeksy, a kogo nie i żeby do nas wreszcie dotarło gdzie jest nasze miejsce. Nie wiem jak wy, ale ja oczekuję od prawicowej, związanej z PiS, prasy, że będzie reagować w takich wypadkach, reagować tak, żeby pani Ludwice Wujec de domo Okręt coś w głowie zaświtało i by jej koledzy z tego dziwnego stowarzyszenia drugi raz nie nasyłali już na nikogo policji. Tylko o to mi chodzi. To naprawdę nie jest za dużo. Wystarczy jedna decyzja redaktora naczelnego i telefon do prawnika. Potem rzeczy dzieją się same, mamy newsów, a newsów, mamy powody do pisania i dyskusji i coś się, jak to mówią, dzieje. Ale teraz też się dzieje, powie ktoś, przecież szykujemy się do wyborów, będzie sukces i w ogóle, nasi górą. Otóż nie, dopóki policja nie odwiedzi Tokarczukowej w tej samej sprawie, w której przyszła do Wolniewicza nie ma mowy o żadnym sukcesie. Jest tylko ściema.


Dopóki prawnik Paradowskiej nie dostanie szału, z powodu oskarżenia swojej klientki z paragrafu 256 i 257 kodeksu karnego nie ma mowy o żadnym sukcesie. Dopóki oni wszyscy nie zaczną ważyć słów mówiąc o Polakach, nie ruszymy z miejsca. Stowarzyszenie zaś Otwarta Rzeczpospolita, gdyby kogoś to zainteresowało, zajmuje się niejako zawodowo przygotowywaniem nas odpowiednio do okupacji, na którą szykuje się cała Europa. Wolniewicz ładnie to tłumaczy, nie chodzi o żadną imigrację, nie chodzi o uchodźctwo, to co się zbliża to okupacja. Można ją nazwać miękką okupacją, ale trzeba być doprawdy idiotą, żeby sobie na to pozwolić. Jak ktoś nie jest przekonany, niech sobie posłucha tego młodzieńca, który żali się, że potrzebuje seksu, bo bolą go jądra. On jest tak samo nieszczęśliwy jak radziecki żołnierz wygoniony z koszar wprost na front, który nie ma co jeść i nie widział od dwóch lat żadnej dziewczyny i z tego właśnie powodu zasługuje na współczucie i piosenkę, która trafi do samego dna duszy. Można się oczywiście łudzić, że to nie to samo, bo ten arabski młodzieniec nie jest uzbrojony. Na razie. Nie wiadomo jak w najbliższym czasie zmodyfikuje swoją misję stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita.


Oto nagranie z pogadanką profesora Wolniewicza:


Od mniej więcej 24 minuty zaczyna się o tej policji.

niedziela, 11 października 2015

Jak bić żonę. Poradnik.

Autor: Integrator

Moja "fascynacja" islamem, wiem to z pewnością, trąci już od dawna obłędem ale czyż mogło być inaczej gdy człowiek najpierw zaniechawszy zgłębiania tak ważnego tematu w końcu staje w obliczu nagłej konieczności szybkiego uzupełnienia tak wstydliwej luki w swej wiedzy? Z drugiej strony i tak przejść do kolejnych tematów nie mogłem bo gdy już będąc pewnym, że kwestię fali muzułmanów zalewającej Europę mam za sobą, pożal się Boże premier, Kopacz-Smoleńska po raz kolejny wezwała nas byśmy ratując resztki honoru i człowieczeństwa otworzyli nie tylko granice państwa ale i nasze serca na to co dla nas tak przecież obce i niezrozumiałe. I jakby tego było mało, w sukurs przyszli jej zaraz wszelkiej maści idioci, z których ci najbardziej pożyteczni wezwali Polki by masowo wiązały się za tymi śniadymi mężczyznami i asymilowały ich tak na potęgę. Jak się kończą takie eksperymenta możecie sobie obejrzeć na youtube, gdzie pionierki tego rodzaju pomysłów leją łzy nad swoim losem. No i swych dzieci, które zrodziły się z tego typu związków, a które bądź to muszą one dziś ukrywać przed swymi muzułmańskim mężami, bądź to resztę życia spędzać na poszukiwaniu swych pociech w odległych krajach dokąd zostały przez swych tatusiów porwane.

Panie zrobią z apelem pani premiery co uznają za słuszne, ja tym czasem zajmę trochę czasu mężczyznom. Oto stoimy moi Panowie przed historyczną chwilą - początkiem islamizacji Europy, od którego to procesu sądzę odwrotu nie ma. Wszystko więc wskazuje na to, że choć pewnie nie za rok, nie za dwa także to jednak już za dekadę prawa, które przyświecają naszym braciom muzułmanom staną się powszechnie obowiązującymi także tu nad Wisłą. A skoro tak to zamiast tracić czas na podobne tym tutaj puste rozważania, proponuję już teraz przyswoić sobie przynajmniej najważniejsze nauki z tych tak licznych, które w swej dobroci pozostawił nam Mahomet. Lecz zanim zaczniecie wedle własnego uznania dopierać, które lekcje odrobić zechcecie w pierwszej kolejność, pozwólcie, że raz ten jeszcze ostatni narzucę Wam swoją propozycję. Skoro bowiem zaczęliśmy ten tekst od zawezwania skierowanego do Polek a one najwyraźniej słuchać pani premiery nie chcą, to nie zostaje nam nic innego jak według napływających wraz z muzułmanami regulacji „ręcznie” je ku temu nakłonić. Przed nami moi Panowie pierwsza lekcja z poradnik dobrego muzułmanina pt. "Jak bić żonę". Gorąco polecam!





Witam serdecznie nowych Czytelników z Rumunii. Tygodnik Solidarni powstaje z myślą o każdej polskiej duszy, a choćby i na skraju tego świata żyjącej. Tym bardziej więc dla tych które osiadły niemalże za miedzą. Zapraszam do częstej lektury.

poniedziałek, 5 października 2015

Rozważania różańcowe - Tajemnice Bolesne na nowo odczytane

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Przymiotnik, które wyjątkowo dobrze pasuje do słowa „tajemnica” to ten, mówi o jej głębi. Często pojawia się ten motyw w kazaniach czy różnych pobożnych rozważaniach – głęboka tajemnica, głębia tajemnicy. Kiedyś rozmyślając nad bolesną częścią Różańca doszedłem do wniosku, że każdy dziesiątek poświęcony Męce Chrystusa ma swoją głębię – swoje głębokie korzenie, sięgające dni publicznej działalności Chrystusa. Już wtedy zmierzył się nasz Pan z demonicznymi siłami, których niszczycielską moc miał tak głęboko odczuć na Sobie i w Sobie, aż do własnej śmierci. Ta jego klęska przemieniła się jednak w całkowite zwycięstwo. Warto zrozumieć, że Jego walka zaczęła się dużo wcześniej, niż pierwsze krople krwi spadły na zalaną księżycowym światłem ziemię Ogrójca.
Oto Tajemnica Bolesne na nowo odczytane:

Modlitwa w Ogrójcu
Odtąd zaczął Jezus wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?
Ten fragment z Ewangelii wg św. Mateusza uzmysławia nam, jak naturalne były pokusy, jakie nawiedzały Jezusa. Tak, tak – Chrystus był kuszony, nie tylko na początku, na pustyni, ale także nieskończenie wiele razy w ciągu swojej publicznej działalności. Szczyt osiągnęło to w Ogrójcu, gdy walka wewnętrzna wytoczyła z Pana Jezusa krew, która zrosiła Jego skórę.
Ilekroć będę zmęczony wątpliwościami sumienia, odpieraniem pokus, kolejnymi upadkami i towarzyszącymi im postanowieniami poprawy, przypomnę sobie długą wewnętrzną walkę mojego Pana.

Biczowanie
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!
Jezus był przejęty Boża Prawdą, którą znał od Swego Ojca. Dlatego nie godził się na zniewolenie człowieka i podporządkowanie religii ludzkim namiętnościom, zwłaszcza chciwości, która, jak zapewnia nas Paweł Apostoł, jest „źródłem wszelkiego zła”. Gdy kapłani żydowscy zapytali Jezusa, jakim prawem oczyszcza świątynię i jaki da im znak, że to, co czyni, jest słuszne i że On ma do tego prawo, Chrystus przepowiada wtedy własną Mękę, zniszczenie Swego Ciała – „zburzcie tę świątynię”. Namiętności mają straszną moc niszczenia, a ich konsekwencje są nieodwracalne, choć Bóg potrafi spośród zniszczeń wydobyć i ocalić człowieka.
Ilekroć ukłuje mnie chciwość, egoizm i zawiść mojego brata lub siostry, pomyślę o cierpliwości Jezusa i o skutkach moich własnych namiętności.

Cierniem ukoronowanie
Uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: „Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy”. Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: „Jak może szatan wyrzucać szatana? Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc szatan powstał przeciw sobie i wewnętrznie jest skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nie nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i wtedy dom jego ograbi”. 
Uczeni w Piśmie widzieli w Jezusie opętanego, a bliscy krewni – szaleńca. Mimo tych oszczerstw, Chrystus zdobywa się na spokojne tłumaczenie. To, co pozornie jest w Jego zachowaniu trudne czy niewytłumaczalne, okazuje się na koniec Bożą mądrością. Chrystus bowiem zaskakuje ludzi, Jego postępowanie wykracza poza nasze schematy. Zwłaszcza Jego Królestwo jest zupełnie inne od władzy, jaką szatan ma nad ludźmi poddanymi jego złudzeniom – Jezus przynosi pokój, a nie skłócenie, a także wolność w miejsce związania. Jezus daje za darmo, zamiast ograbiać.
Przeżywając niepowodzenia i trudności w trybach nieuczciwego świata nie tylko zdenerwuję się na „system”, lecz spróbuje przypomnieć sobie, że ja należę już do całkiem innego Królestwa.

Droga Krzyżowa
I dodał: „Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie.(…) Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.
Gdy Jezus idzie drogą na Golgotę, każdy przechodzień może wyrazić swoją pogardę wobec Niego. Wystarczy podnieść kamień i rzucić – nikt nie ujmie się za Skazańcem. Wolno też pluć i wyzywać. Jest to cząstka Jezusowego krzyża, która od początku była wbita jak drzazga w codzienność Zbawiciela. Każdego dnia musiał On się bowiem mierzyć z ludzką małością, z kompleksami, z ograniczonym patrzeniem, z przesądami i setką innych głupich rzeczy, które nękały ludzi bardziej niż najgorsze choroby i upośledzenia. Wystarczyło, by Jezus był Sobą, by był dobry, aby zło wzbierało w ludziach i nienawiść wybuchała nagłym płomieniem, jak podczas wizyty w Nazarecie.
Postaram się zachować wolność wobec manipulacji innych ludzi. Ilekroć ktoś będzie chciał wykorzystać mnie, wzbudzić we mnie fałszywe poczucie winy czy karać mnie za nieistniejące przewinienia, postaram się zachować godnie i spokojnie, według wzoru, który On mi zostawił.

Ukrzyżowanie
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki”. Rzekli do Niego Żydzi: „Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?” Odpowiedział Jezus: „Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza (…) Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się”. Na to rzekli do Niego Żydzi: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?” Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM”. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. 

Jezus płacił wysoką cenę, za wierność samemu Sobie. W zgodzie ze Swoim sumieniem, według wewnętrznej, Bożej Prawdy, która w Nim stała się Ciałem, każdego dnia był dla ludzi znakiem sprzeciwu. Był oczywiście także Źródłem nadziei, Skałą wiary, a także – Gorejącym Krzewem miłości. Jednak właśnie dlatego, że miłość Jego była prawdziwa, była jednocześnie aż tak wymagająca. Jezus JEST Bogiem i Panem, którego moc jest potężniejsza od najgorszych ludzkich grzechów, nawet od morderstwa.

Słysząc o niegodziwościach i grzechach, jakich pełen jest nasz biedny świat, nie zwątpię ani przez chwilę w ostateczne zwycięstwo Chrystusowego Krzyża!