whos.amung.us

sobota, 12 września 2015

Władysław Warneńczyk czyli doktryna pozorowana

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Dawno, dawno temu, chyba ze trzy lata wstecz zaprosili mnie do siebie harcerze. Miałem opowiedzieć coś o swoich książkach. Ja nie działałem nigdy w harcerstwie i nie wiedziałem co się tam robi. Okazało się, że niewiele. Poza tym, że człowiek uczy się stawać na baczność, odliczać, porządkować groby bohaterów może jeszcze śpiewać piosenki. I to w zasadzie wszystko. Po spotkaniu tym było mi smutno. Coś tam gadałem tym harcerzom, a oni w przerwach śpiewali dla mnie piosenki. Całość wyglądała, jak zaplanowany przez kogoś dawno temu, a dziś już nie działający mechanizm promocyjny bardzo nieudanego produktu. Myślę – taka mała dygresja – że harcerstwo w Polsce nigdy nie będzie autentyczne, poza okolicznościami okupacyjnymi, bo większość przygód, w których biorą udział skauci z krajów zachodnich, jest u nas po prostu prawnie zakazana. Harcerze mogą więc tylko ćwiczyć się w oddawaniu życia ojczyźnie, walce bez broni z przeważającym i bardzo bezwzględnym przeciwnikiem, albo śpiewać głupie piosenki i nudzić się pod namiotami. Jedna z piosenek, którą mi zaprezentowali opowiadała o wyprawie króla Władysława III na Turków. Był to utwór tak kretyński, że wytrzymałem go z trudem. Dziś po latach mogę już to napisać wprost. Piosenka mówiła o tym, jak to młody król powodowany entuzjazmem źle obliczył swoje szanse i poszedł na pewną śmierć. Konkluzja zaś ostateczna dotyczyła postaw wykonawców utworu, czyli harcerzy, którzy też powinni oddać życie zamiast oglądać się za siebie i szukać jakichś niehonorowych wyjść. Nie wiem kto jest autorem słów tej pieśni, ale powinien się za to pokajać publicznie.

Ostatnio okazało się, że prezydent Andrzej Duda i prezydent Chorwacji pochylili głowy przed pustym sarkofagiem Warneńczyka na Wawelu. Wiele osób uznało ten mało znaczący gest za początek czegoś wielkiego, za pierwszy krok w kierunku budowy Międzymorza. To jest oczywiście nieprawda, to są mrzonki, obliczone na wywołanie krótkotrwałego entuzjazmu. Pojawiły się nawet głosy, że to może być początek czegoś na kształt doktryny politycznej państwa w dodatku ekspansywnej. I to są już całkowite brednie. Zanim zacznę rzecz wyjaśniać pogadajmy chwilę o Chorwatach. O ile pamiętam jeden z najstarszych, uznawanych przez chorwacką historię za ich własny, utworów literackich dotyczy nadziei, jakie mieszkańcy Bałkanów wiązali z domem jagiellońskim. Jest w tym utworze opisana wyprawa, albo tylko nadzieje na wyprawę, którą podejmą Jagiellonowie przeciwko Turkom wyswobadzając południe Europy. To jest oczywiście piękna wizja, ale my doskonale zdajemy sobie sprawę, że Jagiellonowie, ze swoimi tysiącznymi uwikłaniami w politykę, czary, homoseksualizm i długi nie mogli nikogo wyzwolić, ani podjąć żadnej obliczonej na sukces akcji zbrojnej przeciwko przeciwnikowi tak poważnemu jak Turcy. Jagiellonowie mogli być jedynie funkcją polityki organizacji silniejszych i bardziej zdecydowanych. I tak rzeczywiście było. Jak pamiętamy początek epoki Jagiellońskiej to z jednej strony aktywność bankierów żydowskich a z drugiej stała obecność agentów weneckich w Krakowie. Koniec zaś tej epoki to przejście kraju spod wyżej wymienionych wpływów pod kuratelę niemieckich banków z Południa, czyli mówiąc wprost Fuggerów.

Jeśli uświadomimy sobie, jak ważnym elementem w polityce weneckiej była Polska trzeba zapytać co takiego, jaki byt polityczny najbardziej Wenecjanom przeszkadzał w realizowaniu ich polityki ekspansji. Chodzi rzecz jasna o Węgry, nie o Turcję bynajmniej, z którą stosunki Wenecja układała sobie w sposób dynamiczny i prawie zawsze korzystny dla siebie. Po takiej konkluzji wypada zapytać kto był rzeczywistym inspiratorem owego poematu o wyprawie króla Władysława na Turków, stanowiącego dziś tak ważny element chorwackiej historii literatury? Jak pamiętamy wyprawa warneńska zakończyła się klęską ponieważ Wenecjanie nie wywiązali się ze zobowiązań sojuszniczych. A nie wywiązali się, ponieważ najbardziej zależało im na osłabieniu Węgier i dobiciu dogorywającego Bizancjum. To był stały element polityki weneckiej i on się nie zmienił do końca, do momentu kiedy cesarstwo upadło.

Pora teraz na kolejne pytania. Czy kraj taki jak Polska może sobie pozwolić na realizowanie swojej misji, bo o to właśnie chodzi w tych pokłonach przed pustym sarkofagiem, w oparciu o zakłamaną wersję historii, taką wiecie wersję dla niesłyszących harcerzy i mniej zorientowanych blogerów. Ktoś powie pewnie, że niepotrzebnie się czepiam, bo chodzi o to, by prezydenci ładnie wyglądali w telewizji i żeby ludzie mieli jakiś fun, a politykę prawdziwą robi się gdzie indziej. Oczywiście, że tak, przed wojną też się tak robiło politykę, że ludzie mieli fun i święto oraz gawędę o guzikach, a potem się przejście graniczne w Zaleszczykach zapchało. Dwie rzeczy są w tym ważne – nie można budować prawdziwej doktryny na fałszywych danych historycznych i nie można sprzedawać ludziom kitu na uspokojenie, w momencie kiedy wcale nie jest spokojnie. Okay, niechby się wybrali na ten Wawel i złożyli te kwiaty czy co tam mieli zrobić przed pustym sarkofagiem, ale musimy jednakowoż troszkę oprzytomnieć. Prezydent jako urzędnik, jako symbol państwa porusza się w sferze gdzie czynne są inne symbole. Pusty sarkofag, sprowokowana śmierć króla, ponura historia niewykorzystanej szansy, oszukana legenda o ucieczce do Portugalii i rzekomym ojcostwie Krzysztofa Kolumba. Z tego chcą niektórzy ukręcić ten brakujący ogon polskiej polityki historycznej, czyli doktrynę. To jest głupi pomysł.

Niestety żyjemy w trochę innych czasach niż John Dee twórca brytyjskiej doktryny imperialnej. Ona miał łatwiej, wszystkie propagandowe sznurki spoczywały w jego rękach, król Artur, którym się posłużył był postacią nie dość, że mityczną, to jeszcze plastyczną. John mógł dowolnie modyfikować jego przygody i dostosowywać je do aktualnych potrzeb propagandowych korony. Dziś nic takiego się nie uda, tak więc zapomnijmy o poważnej doktrynie zbudowanej w oparciu o oszukane gawędy i harcerskie piosenki. Zapomnijmy, tym bardziej, że w Oksfordzie jest ten cały Modlitewnik Warneńczyka, czyli książeczka pełna czarnoksięskich zaklęć, diabelskich przepisów i różnych ponurych historii atrybuowanych właśnie Władysławowi III. Do tego jeszcze ten jego homoseksualizm, bezskuteczne próby przywołania króla do porządku przez Zbigniewa Oleśnickiego i cała ta katastrofa na koniec. Horror.

Ja oczywiście rozumiem, że wielu osobom ten Warneńczyk i cała ta koncepcja przypominania historii bardzo się podoba, bo można znów zasnąć w spokoju, albo popisać się erudycją na imieninach wujka Władka. Ja rozumiem, że znowu zjawi się tu ktoś, kto będzie porozumiewawczo mrugał okiem i mówił po cichu, że to tak dla pucu. No, ale właśnie tak nie wolno. Nie wolno po cichu twierdzić, że eventy, w których uczestniczy prezydent są niepoważne. One są cholerne poważne, ale trzeba też właściwie odczytywać ich sensy. Pomysł bratania się z Chorwatami nad pustym grobem oszukanego króla uważam za chybiony, to już lepiej było pójść do restauracji bałkańskiej na jagnięcinę i wino. Naprawdę.


 Propaganda państwowa to bardzo ważna rzecz i ona musi być jak najbardziej prawdziwa w sensie literackim i filmowym. Powinna być atrakcyjna, zawierać jak najmniej przekłamań, a jeśli się tego zrobić nie da należy ją przenieść w sferę zjawisk nadprzyrodzonych. I tu powracam to tego co zwykle. Bez świętych Kościoła Powszechnego się nie obejdzie. Już lepiej, żeby prezydent pokłonił się przed grobem św. Stanisława. Myślę, że od tego właśnie należałoby zacząć budowę doktryny państwa wolnego, od zdemaskowania w ujęciu historycznym błędów i nadużyć władzy i wywyższenia św. Stanisława. To się jednak nie stanie i wszyscy wiemy dlaczego. Otóż dlatego, że władza w Polsce upiera się przy rozdziale od Kościoła. To jest błąd, bo John Dee twórca naprawdę poważnej doktryny państwowej zaczął od tego, by połączyć ją z bytem nadprzyrodzonym, nie z Panem Bogiem rzecz jasna, bo Kościół na wyspie został skutecznie zlikwidowany, ale z uświęconą władzą. Jeszcze raz więc powtarzam – rozdział Kościoła od państwa to pułapka zastawiona przez prawdziwy imperializm i herezja manichejska w jednym. Żadne hołdy składane pustym sarkofagom nic nie pomogą. Tym bardziej, że muzułmanie znów są u bram, kraj właśnie został zmuszony do przyjęcia uchodźców z terenów dawnego Imperium Osmańskiego, a tu ten pusty sarkofag. Dookoła same symbole, a ludzie próbują mrugać porozumiewawczo….niech to szlag.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz