whos.amung.us

sobota, 12 września 2015

Na marginesie dojazdów

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Księża rzadko muszą dojeżdżać do pracy. Ba! Są nawet parafie, których kościoły i plebanie mieszczą się pod jednym dachem, także przy braku kapłańskiej wrażliwości można wyjść do ołtarza w kapciach. Czasem trzeba przejść kawałek, ale pewnie w skali kraju jest to średnio po kilkadziesiąt metrów, nie więcej. Nie ma potrzeby wyjeżdżać z garażu. Czasem jednak proboszcza nachodzi coś takiego, że reformuje łazienkę lub mieszkanie wikarego i w takiej sytuacji może nie być wyjścia. Tak właśnie miałem ostatnio, w tę i z powrotem kilkanaście kilometrów, ku radości rodziców, że synek znów pod domowym dachem. Jadąc coś tam obserwowałem i rozmyślałem, w  dość szerokim zakresie tematycznym, od ornitologii przez stoicyzm po teologię moralną. Oto, co postanowiłem z tych rozmyślań spisać:

Trasa, którą pokonywałem, wiodła przez rozległe pola. Pejzaż bardzo piękny, z którego najbardziej poruszające są figurki ludzi zbierających plony – symbol uniwersalnej, ludzkiej pracy, dzięki której świat nasz jeszcze stoi. Przesuszone pola kapusty, wypłowiałe ścierniska, tu i ówdzie łąki pozwijane w wielkie bele siana – płasko, daleko, w nocy na pewno pod potokami gwiazd, gdzieś z boku rzeka lasu. Jako dziecko, gdy jechałem z tatą głośną i trzęsącą ciężarówka, nuciłem w takim krajobrazie znany motyw z serialu o Małym rycerzu, ten o „stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz…” Pasuje ta piosenka i teraz też mi się przypomniała, gdyż ilekroć tamtędy przejeżdżałem zza dnia, widziałem, jak przecinają mi drogę, szybując kilkanaście metrów nad drogą, ostre sylwetki drapieżników. Ponieważ musiałem pilnować drogi i tylko kątem oka je śledziłem, identyfikacja zajęła mi bardzo długo; bądźmy szczerzy, nie jestem dobrym ornitologiem, potrafię pomylić myszołowa z jastrzębiem, a jak ostatnio nazwałem małego, brązowo-burego ptaszka wróblem, to lepszy znawca spokojnie pouczył mnie, że to mazurek, z wróblowatych co prawda, ale wcale nie wróbel! Okazało się jednak, że mam szczęście, gdyż identyfikacja okazała się prosta. Musiałem po prostu sprawdzić, który z drapieżnych ptaków polskiego nieba ma wyraźnie rozdwojony ogon. Okazało się, że tylko jeden.

Miałem więc szczęście, że jednego dnia, gdy zjeżdżałem z niewysokiej górki, naprzeciw mnie na chwilę zastygła kania ruda, pokazując swoją piękną sylwetkę. Sprawdziłem – chociaż jest to u nas ptak nieliczny, to lubi właśnie takie tereny, pola, graniczące z lasami, najlepiej podmokłymi. No i rolnictwo starego typu. Nadmierna mechanizacja i nowoczesne metody uprawy jej nie odpowiadają. W naszym kraju są jeszcze kanie czarne, które mają właśnie inny kolor i mniej wycięty ogon niż ich krewniaczki, no i lubią bardziej podmokłe tereny. kania to piękny ptak. Jest prawdziwą ozdobą krajobrazu, przynajmniej dopóki nie jesteś kretem lub jakimś małym gryzoniem – im kania ma prawo kojarzyć się dużo gorzej. Czasem do swej diety włącza ryby, padlinę i owady. Po rozpoznaniu kani, gdy znów jechałem moją drogą do kościoła przyszło mi do głowy, że to zainteresowanie ptakami jest trochę dwuznaczne. Ot, taka ciekawostka – stwierdzić, co tam lata po niebie? A na ziemi, jak oznajmiają mi po kolei stacje radiowe, trwa wielki dramat. Głosy polityków, intelektualistów, duchownych, imigrantów, mnóstwa ludzi, którzy mówią i myślą na kształt wielkiej orkiestry, na którą ktoś rzucił zły czar. Wszyscy na raz stroją instrumenty, układają kartki beznadziejnie pomieszane. Grają każdy sam, tak, że nikt nikogo nie słyszy i nawet nie próbuje słuchać.

Jednym ze skutków ubocznych medialnego jazgotu jest niepokój sumienia. Jest on rodzajem bezradności, którą chętnie opisywali poeci XX wieku. Jest to u Barańczaka, a także u Herberta – zwykły człowiek otwiera poranną gazetę i styka się z cierpieniem innego człowieka, któremu nie może w żaden prosty sposób pomóc. Gdy człowiek jest poruszony tekstem lub zdjęciem i chciałby, naprawdę chciałby COŚ zrobić, żeby fakt, że pije oto poranną kawę w swoim domu, z dala od wojennych frontów, że jedyna okupacja to najstarsza córka w łazience, że żona smaruje chleb dla jego zdrowia masłem beztłuszczowym, że zaraz objadą jak co dzień samochodem szkoły i miejsca pracy, żeby słowem to wszystko, zwykłe życie tu w Europie, nie stało się nagle nieprzyzwoite. Coś zrobić? Czasem taki niepokój z małego pyłku na powierzchni świadomości może urosnąć do rozmiarów kamyka w bucie. Zwykle jest jednak dołączona prosta recepta, jakieś stanowisko, najlepiej czytelne, które trzeba zająć, by niepojęty mechanizm świata uczynić dla siebie czytelnym. By znaleźć się po właściwej stronie, cokolwiek to znaczy.

Jadąc samochodem, po włączeniu radia, poczułem wyrzuty sumienia, że zachciewa mi się patrzeć na ptaki, gdy kawał świata płonie, gdy Europa rozkłada ręce i nikt nie wie, czy to gest powitania, ukrzyżowania czy bezradności. Z pól wjechałem miedzy domy. Ludzie, których sąsiadów odwiedzam w trakcie wizyty kolędowej. Przypomniały mi się te wielkie różnice, jakie wtedy widziałem, po jak różnych planetach dane mi było stąpać – w ciągu pół godziny z marmurowej posadzki na klepisko niemal, potem znów zwykła podłoga i wytarty dywan. Tak różnie ludzie u nas żyją, a to przecież aspekt materialny; są jeszcze ich słowa, myśli, łzy, życiorysy i śmierci, w każdym domu inne. Nie wystarczy wpuścić do Europy miliona uchodźców, jeśli nie interesuje mnie, właściciela samochodu za pół miliona, czy moja sąsiadka ma dość drewna do palenia w kozie; nie wystarczy polubić na internecie szlachetną inicjatywę, gdy nie znam swoich sąsiadów po imieniu.
Gdy wysiadałem z samochodu, by przyszykować się na Mszę, przypomniało mi się, gdzie w Piśmie jest o obserwacji dzikiej przyrody. Jednak nie jest to zupełnie bez głowy, co robię, że sprawdzam, co tam nade mną lata. Księga Rodzaju mówi, że Adam od tego właśnie zaczął, poznawał i nadawał żywym istotom imiona, zanim zaczął czynić sobie ziemię poddaną. Stąd wniosek, że to pożyteczne ćwiczenie duchowne, przyjrzeć się ptakom, ludziom pracującym w polu i tracącym liście drzewom. Poznać alfabet swojego świata. Powiedzieć sobie: zrozumiesz, jak skomplikowane jest życie kani, polującej pośród pól, nabierzesz pokory wobec wielkich młynów ludzkiej historii. Dobrze czasem za pokutę, za swoją ludzką małostkowość, grzech i niemoc, kilka wezwań z wielkiej Litanii Stworzenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz