whos.amung.us

piątek, 4 września 2015

Gawęda o kotach, papieżach oraz Małym Księciu

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Obserwowałem dziś zaskakująco wiele ptaków, nie wychodząc przy tym z domu. Przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy telefonicznej przez okno mojego pokoju – para pięknych szczygłów ( to te ptaki o głowach w barwach francuskiej flagi i o żółtym brzuszku). Szczygły siadły na chwilę na łodygach przekwitłych kosmosów, poczęstowały się nasionami, rozejrzały się uważnie i zaraz odleciały. Potem z łazienki zobaczyłem parę pliszek, skaczących po podwórku. Gdzieś kątem oka wyłapałem też kilka mazurków no i gawrony. Co w tym dziwnego, skoro wokół domu mnóstwo drzew i wspaniały ogród? To, że w tym ogrodzie królują trzy wielkie kociska, kwaterujące się w moim rodzinnym domu. Podejrzewam, że te małe ptaszki, których jak nigdy pełno przy domu, odczuwają po prostu, jak cała przyroda, straszną tegoroczną suszę. Walczy w takim szczygle głód ze strachem przed straszliwym drapieżnikiem i w końcu wygrywa. Nie dziwię się szczygłom. Jest naprawdę strasznie sucho, a babcia twierdzi, że tak to jeszcze tutaj nie było. W powietrzu pył, drzewa usychają, albo wcześniej niż zwykle pozbywają się liści.

Niedługo zapewne równie suchy wrzesień, a pierwszego dnia tego miesiąca modlić się będziemy o ochronę stworzenia. Być może klęska upału i braku opadów sprawi, że tematyka ostatniej encykliki papieża Franciszka wyda się bardziej aktualna. Sam się zastanawiam, na ile susze podobne do tej ( a przecież są na świecie gorsze, jak choćby w Sudanie, zabijające nie tylko rośliny, lecz i ludzi) są spowodowane nierozsądnym działaniem człowieka. To, co pisze Franciszek jest ważne i w pewien sposób odkrywcze, lecz jego poprzednik także często podejmował ten temat. Benedykta XVI nazywano wręcz „zielonym papieżem”, gdyż głosił odpowiedzialność człowieka za środowisko. Sam papież z Bawarii bardzo lubił przyrodę. Pewien kot przyznał się nawet do bliskiej zażyłości z Ratzingerem i opisał to w książce pod znamiennym tytułem „Kot i jego Papież. Opowieści kota Chico o życiu papieża Benedykta XVI”. Oczywiście, dla kogoś, kto sam nie ma w domu kotów, tytuł ten może się zdawać prowokujący lub niejasny. Pamiętam, że parę lat temu, gdy ta książka dla dzieci się ukazała, sporo żartowaliśmy z kolegami, że Benedykt powinien, nawiązując w wesoły sposób do cesarza Kaliguli i plotek o jego koniu w senatorskiej todze, uczynić Chico kardynałem. Po pierwsze, kot Ratzingera przez sam fakt wspólnego zamieszkania z takim geniuszem teologii musiał sporo sobie tej nauki przyswoić i pewnie zagiąłby niejednego modernistę w sutannie. Po drugie, zamknąłby tym gębę wszystkim postępowcom, a gdyby kot, niczym katolicka wersja Behemota z powieści Bułhakowa, okazał się elokwentnym rozmówcą, wówczas Watykan podbiłby także media społecznościowe, zwariowane nieco na punkcie kotów. Ciekawe swoją drogą, kto pierwszy nazwał te włochate potwory „dumnymi władcami internetów”? Oczywiście, w  tych żartach przemycaliśmy sporo myśli najzupełniej poważnych, na temat stanu umysłowego współczesnych teologów, rozgrywek o władzę w Watykanie czy postrzegania Benedykta przez pryzmat rzeczy drugorzędnych. A jednak, niedawno zrozumiałem, że hodowla kotów ma ważny aspekt moralny, do tego stopnia, że mogłaby się spokojnie pojawić w którymś fragmencie encykliki „Laudato Si” jako całkiem poważny przedmiot rozważań papieża Franciszka.

Może się wydawać, że nic tak nie zagraża przyrodzie, jak choćby taka susza, czy też inne zmiany klimatu. A jednak jest czynnik, który miał nieporównanie większy wpływ na rośliny i zwierzęta na całej ziemi, niż cała dotychczasowa emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. By to zrozumieć, wróćmy do mruczących futrzaków. Tibbles – czy to dobre imię dla kota? Uważam, że wręcz doskonałe, jeśli jesteś na przykład anglojęzycznym latarnikiem sprzed ponad stu lat, a ten zwierzak umila Ci pobyt na nieciekawej wyspie u brzegów Nowej Zelandii. Oprócz zwykłych dla kota usług, to znaczy mruczenia na kolanach, tępienia gryzoni i przeprowadzania nocnych wypraw zwiadowczych, ten konkretnie kocur miał przyłożyć swoją łapę do wytępienia całego gatunku pewnych małych ptaszków. Mowa o łazikach południowych, które zamieszkiwały lasy i zarośla jednej jedynej wyspy Stephensa, gdzie ludzie postanowili wznieść latarnię, by wspomóc nawigację statków, no i jak to ludzie, przywlekli ze sobą swoje zwierzątka domowe. Warto tu zaznaczyć, że wcześniej te i podobne gatunki żyły na głównych wyspach archipelagu Nowej Zelandii, lecz tam z kolei zaszkodziły im szczury polinezyjskie, przywleczone z kolei nie przez poddanych Korony Brytyjskiej, lecz przodków Maorysów, którzy przypłynęli tam wcale nie tak dawno (mniej więcej w okolicach pamiętnego dnia, gdy nasz Mieszko przyjął chrzest i pierwszy raz pocałował Dobrawę), przemierzając na prostych łodziach i tratwach wielkie przestrzenie Pacyfiku. Tak już jest, że nowa ziemia zawsze wita ludzi z całym dobrodziejstwem inwentarza. Małe, skaczące ptaszki wyewoluowały w miejscu, gdzie nie było drapieżników i stąd „zapomniały” jak się lata. Gdy na ich wyspie pojawił się kot, ich czas się skończył. Można się tu pocieszać, że są idealnie utrwalone w miłosiernej pamięci Boga, któremu co niedzielę śpiewamy, że jest „Panem Zastępów”, wśród których były też te małe, urocze łaziki. Dziś badacze dowiedli, że Tibbles, jakkolwiek był niezwykle łowny, nie sam jeden wybił cały gatunek, bo w 1925 roku wystrzelano na wyspie Stephensa ponad sto zdziczałych kotów. W tej smutnej historii łazików mamy scenariusz, który niezwykle często powtarzał się w rożnych miejscach i epokach, najwyraźniej oczywiście na wyspach. Ze wszystkich aktywności człowieka, na populację dzikich roślin i zwierząt najbardziej niszczący wpływ ma wprowadzanie obcych gatunków. Proste przejrzenie przyczyn wymierania zwierząt pozwala dostrzec, że obok nadmiernych polowań był to i jest główny powód, że śpiewu takich łazików południowych nikt już nigdy nie usłyszy. Tak to jest z gatunkami inwazyjnymi. Jeśli więc na przykład spotkacie gdzieś w polskim lesie znanego z filmów amerykańskiego szopa pracza to, cóż… Wiedzcie, że coś się dzieje i to coś wcale niedobrego.

Wielu właścicieli kotów zakłada swoim mruczkom obroże z dzwoneczkami. To nieco wyrównuje szanse dobrze odżywionego kotka, który poluje dla zabawy, i jego ofiary, czy to ptaka, czy polnego chomika. Co prawda, w wielu miejscach koty wciąż jeszcze bronią ludzi choćby przez plagą myszy, ale zdecydowana większość z nich to po prostu przemiłe futrzaki, potencjalne gwiazdy filmików o słodkich stworzeniach, które po mistrzowsku opanowały rzucanie uroku na ludzi. Dbanie o małe ptaki w ogrodach to oczywiście drobnostka, ale to z drobnostek właśnie składa się Boży świat. Znana uwaga Lisa z baśni „Mały Książę”, że trzeba być odpowiedzialnym za to, co się oswoiło, zyskuje w tym kontekście nowego znaczenia. Nie wystarczy lubić zwierzęta, by być odpowiedzialnym za środowisko. Albo jeszcze inaczej , znów cytując Saint -Exupéry’ego: <<„Oswoić” znaczy „stworzyć więzy” >>. Jest to jeden ze składników mądrości, o jaką apeluje Franciszek, a wcześniej Benedykt i inni – być świadomym więzów, które z woli Boga łączą mnie z każdym stworzeniem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz