whos.amung.us

piątek, 4 września 2015

Dzieje optymizmu w Polsce

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Wróciłem do czytanej po raz kolejny Trylogii i uderzyło mnie, że jesteśmy jako naród i Kościół przygotowani do ewentualnej wojny gorzej niż szlachta zgromadzona pod Ujściem w 1655 roku. Zaskakujące jest także to, że nie umiemy odczytywać znaków, które być może zesłane są przez Opatrzność.

I
Ze wszystkich świąt Wniebowzięcie Matki Bożej jest mi najbliższe; w owym dniu nawet na światło słoneczne patrzę inaczej. Przenika mnie dreszcz, że oto w katedrze w Chartres promień południowego słońca pada w dokładnie wyznaczony punkt, w serce kolistego jak słoje drzewa labiryntu. Zdaje się wyczuwalna anielska radość z Wniebowzięcia, nawet w mniej okazałych świątyniach, jak w tej, w której byłem ochrzczony, a która obchodzi uroczyście tego dnia swój odpust. Po wspaniałej procesji w parafii przychodzi czas na równie uroczysty obiad – radości anielskie ustępują bardziej ludzkim. W gronie kilku księży, ponieważ rozmowa zeszła na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, podzieliłem się odczuciem, że bezpieczniej czułbym się pracując w parafii w środkowej Polsce, niż tu, gdzie jestem teraz. Uwaga moja poskutkowała jednak wybuchem wesołości. Bracia w kapłaństwie, o ile ich znam, zgodziliby się, że nasze dzielne wojsko jest niedoinwestowane, a powiedzieć nad odpustową kiełbaską i pyszną zupą pieczarkową, że mamy za mało żołnierzy, to ogłosić truizm, któremu chętnie by przytaknęli. Nie wierzą w dobre intencje Putina, tak, jak wątpią w zdecydowaną pomoc ze strony sojuszników. Co więcej, jako kapłani wiedzą coś niecoś o ciemnej stronie ludzkiej natury; niektórych ich poprzedników na zajmowanych stanowiskach Niemcy bądź sowieci przyprawili o wieniec męczeński. A jednak, na moje słowa wyrażające obawę przed wojną, zareagowali śmiechem. Ktoś nawet, chcąc mnie poratować, uznał, że przecież zagrożenia są, i zapytał, czy nie uważam islamistów za groźbę dla Polski dużo większą od tych, których – dla obejścia cenzury – Sienkiewicz nazywał na kartach Trylogii Septentrionami. (Otóż nie uważam, ale mniejsza o to.) Po obiedzie wróciłem do czytanej po raz kolejny Trylogii i uderzyło mnie, że jesteśmy jako naród i Kościół przygotowani do ewentualnej wojny gorzej niż szlachta zgromadzona pod Ujściem w 1655 roku. W powieści tak o niej powiedziano: „dziwni to byli żołnierze, z którymi rotmistrzowie niełatwo do sprawy przyjść mogli. Stawał na przykład towarzysz z kopią na dziewiętnaście stóp długą i w pancerzu na piersiach, ale w słomianym kapeluszu „dla chłodu” na głowie; inny w czasie musztry na gorąco narzekał, inny ziewał, jadł lub pił, inny pachołka wołał, a wszyscy w szeregu nie poczytywali za rzecz zdrożną gawędzić tak głośno, że rozkazów oficerów nikt dosłyszeć nie mógł.(…) Z jednej strony stał bezładny obóz polski, do zbiegowiska jarmarcznego podobny, hałaśliwy, pełen dysput, rozpraw nad rozporządzeniami wodzów i niezadowolenia, złożony z poczciwych wieśniaków na poczekaniu w piechotę zmienionych i z jegomościów prosto od strzyży owiec oderwanych; z drugiej, maszerowały groźne, milczące czworoboki, na jedno skinienie wodzów rozciągające się z regularnością machin w linie i półkola; (…) prawdziwi ludzie wojny, zimni, spokojni, istni rzemieślnicy, którzy do mistrzostwa doszli w rzemiośle. Któż z ludzi doświadczonych mógł wątpić, jaki będzie rezultat spotkania i na czyją stronę musi paść zwycięstwo?”. Polacy pod Ujściem gotowali się do bitwy źle. My zaś, jako społeczeństwo, nie gotujemy się dziś do wojny wcale.

II
W arcydziele Sienkiewicza zawsze odmalowane są barwnie towarzyszące wojnie znaki. Czy to dające się racjonalnie pojąć wędrówki stepowych ptaków, przepłoszonych przez tatarskie ordy, czy to bardziej tajemnicze znaki niebieskie lub w końcu pogoda. Tak też czytamy na początku pierwszej części Trylogii: „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej”. Oto jak wcześnie rozpoczęło się ocieplenie klimatu! Wracając jednak do naszej sprawy opowieść ta brzmi wiarygodnie – ludzie ówcześni spodziewali się po prostu nieszczęścia; życie i opowiadania starszych uczyły ich, że pokój jest krótkim oddechem pomiędzy wojnami. Nie będę się więc odnosił tutaj do, ciekawego skądinąd, tematu omenów i wiary w nie; postawię jednak tezę, że trwoga ówczesna, odmalowana przecież przez mistrza z inspiracji starych kronik i pamiętników, jest trzeźwa. Trzeźwiejsza niż pogodny śmiech, jaki usłyszałem w 94 rocznicę bitwy warszwskiej na wspomnienie możliwej, nadchodzącej wojny.
Sierpień jest miesiącem wojennym: stulecie bratobójczej dla Polaków Wielkiej Wojny, wiek prawie od czasów zwycięstwa nad bolszewikami, siedemdziesiąta rocznica Powstania Warszawskiego, a ostatnich niedobitków żołnierzy niezłomnych pomordowano pół wieku temu, gdy rodzili się niektórzy z siedzących przy odpustowym stole. Wracam do tego spotkania, ponieważ uważam, że stan umysłu nas, tam obecnych, odpowiada większości naszego społeczeństwa. Potwierdziło te moje przypuszczenia „Słowo biskupów diecezjalnych z Jasnej Góry w 75. rocznicę wybuchu II wojny światowej”.

III
Tylko umarli widzieli koniec wojny”, powiedział Platon, a ja dzięki temu zdaniu mogłem lepiej zrozumieć kombatantów, których spotykałem jako młody człowiek. Siedząc pod chatą na lubelskiej wsi, przed uginająca się od owoców gruszą, jedzonych z ziemi leniwie przez grubiutką kobyłę, słuchałem opowieści starego partyzanta. Wracały one nieustępliwie jak jaskółki łowiące muchy między budynkami gospodarstwa, a każdy letni dzień spędzony w domu sędziwego żołnierza AK niósł jakieś echo wystrzałów, leśnych pochodów, zasadzek i potrzasków. Potem, gdy na kolejnych lekcjach historii słyszałem, jak to wojna skończyła się w 1945 roku, przechodził mnie dreszcz, bo wiedziałem, że są ludzie, dla których traktatem pokojowym będzie dopiero mogiła w ich twardej, żołnierskiej ziemi, jak pisał Baczyński. Piszę o tym, bo zamierzam wystąpić przeciwko pacyfistycznemu duchowi, jaki u nas dziś króluje, a nie chcę słuchać oskarżeń, że traktuję wojnę jak bajkę czy grę komputerową. Znam, także z opowiadań, wojnę przeżytą również przez cywilów, rodzinne opowieści o okupacji, strasznej okupacji niemieckiej i potem o kresie cywilizacji, którą zgładziła Armia Czerwona. Pierwsza część „Słowa biskupów diecezjalnych” mówi o każdym z tych aspektów, sławiąc jednocześnie tych, którzy byli „zwyciężeni, lecz niepokonani” i „czynnie przeciwstawili się dyktatowi zła”. Pięknie wspomniany jest bohaterski czyn polskich żołnierzy podczas II wojny światowej, biskupi mówią też o tragizmie ich losów i mrokach powojennego komunizmu. W każdym niemal Kościele w Polsce wierni usłyszeli też słowa Papieża Polaka, cytowane z listu na 50 rocznicę bitwy o Monte Cassino. Trzeba przytoczyć je tu w całości, dla treści i stylu:  „My Polacy nie mogliśmy uczestniczyć bezpośrednio w tym procesie odbudowy Europy, który został podjęty na Zachodzie. Zostaliśmy z gruzami własnej Stolicy. Znaleźliśmy się, jako alianci zwycięskiej koalicji, w sytuacji pokonanych, którym narzucono na czterdzieści lat dominację ze Wschodu, w ramach bloku sowieckiego. Tak więc dla nas walka nie skończyła się w roku 1945. Trzeba ją było podejmować wciąż na nowo”. Dodajmy: walka nigdy się nie kończy, już samo życie jest walką. Naród, który chce być żywym i mieć wspaniałe państwo, godne miana Polski, musi gotować się do walki. „Si vis pacem, para bellum”.

IV
Słowo Biskupów” rozpoczyna się  tytułem nadającym się na transparent: „Tak – dla pokoju i rozwoju narodów! Nie – dla wojny i zabijania!”. Po tym haśle, mamy, jak mnie uczono na homiletyce, aktualizację, odniesienie do życia, wezwanie dla nas – co zrobić, by pokój utrzymać, aby się nie objawiła wspominana w „Słowie…” cała „bezwzględność zła, nienawiści i pogardy dla człowieka ?” Autorzy „Słowa… ….w rocznicę wybuchu II wojny światowej” (tak nazywa się ten tekst, choć ja bym go nazwał tradycyjnie listem) podają kilka środków: pamięć, przebaczenie, modlitwa, wychowanie do życia w pokoju, a także poszanowanie praw człowieka i braterstwo, przywołane za papieżem Franciszkiem… Aha – jeszcze dbanie o rozwój. Nacisk położony jest na modlitwę, bo „pokój zależy od otwartości ludzkiego serca na Boga”. Cytowany jest tu znów Jan Paweł II. Pozwolę sobie najpierw skomentować to, co mi się w tekście biskupów podoba, co, jak mi się wydaje, idzie w dobrym kierunku.
Najpierw „pamięć”. Wynika ona wprost z Czwartego Przykazania,  iż winniśmy cześć dla wysiłku rodziców, przodków w ogóle, ilekroć przy wszystkich swych niedomaganiach był podejmowany z pobudek szlachetnych. Za takim szacunkiem może potem pójść nawet ostra krytyka, jak sądzę, ale bez niego nie ma szans, byśmy mogli kontynuować. „Czcij Ojca swego i Matkę swoją, abyś odziedziczył ziemię”. Cała nauka historii jest tu nam po prostu nakazana, z jasno wskazanym jej celem i owocem.
Potem „przebaczenie”. Nigdy nie zapomnę rozmowy, jaką prowadziłem jako kapłan z pewnym weteranem Kedywu, z wieloma akcjami na koncie, który bił zarówno Niemców, jak i bolszewików. Rozmawialiśmy w zwyczajnym, po polsku umeblowanym pokoju, z orłem na komodzie, Matką Najświętsza patrzącą na nas ze ściany, jak siedzimy, młody i stary człowiek, przy stole nakrytym białym, odświętnym obrusem. Odpowiadałem mu wiele razy na podstawowe pytanie o przebaczenie. Czy może być przebaczone przelewanie krwi ludzkiej? Nawet krwi wrogów? Widziałem, jak temu człowiekowi, u kresu życia, trudno jest w to uwierzyć; był dobrym, prawym żołnierzem, bronił ojczyzny, a teraz cierpiał w sumieniu. Momentu, gdy mi powiedział, iż co noc śni mu się, jak odbiera rozkazy i idzie walczyć, nie zapomnę nigdy. Bardzo trudne jest nawet przebaczenie sobie i wiara w Boże Miłosierdzie jest taka niełatwa! A jeszcze wrogom trzeba przebaczyć i przy tym pamiętać … – jak wielka musi być wobec tego pokusa prostego zapomnienia. Pokusę tę odpędza modlitwa, a ona ma nam też przypominać, że pokój jest ostatecznie darem Boga – jak pięknie mówią biskupi, przywołując znów Jana Pawła II. Jak się jednak okazuje, sam Papież widział sprawę pokoju znacznie szerzej, również trzeźwiej oceniał środki, które mu służą. Możnaby z powodzeniem znaleźć cytaty z jego przemówień, z pielgrzymek do Polski, które zakłóciłyby pacyfistyczną wymowę czytanego z ambon tekstu.
V
Posłuchajmy, jak dźwięczy czwarte przykazanie i przytomność umysłu w tych słowach syna oficera Wojska Polskiego: „Historia świadczy o tym, że Polacy byli zawsze narodem rycerskim. Nie szukali wojny, nie prowadzili na ogół wojen zaborczych, ale umieli bohatersko walczyć w obronie zagrożonej wolności i niepodległości. Zwycięstwa oręża polskiego znaczą poszczególne etapy naszych dziejów, od epoki piastowskiej, poprzez Grunwald, aż po Wiedeń w 1683 r. Tradycja rycerska, żołnierska, została przekazana powstańcom w okresie rozbiorów. Tradycja ta odżyła z nową siłą u progu naszego stulecia. Niepodległość Rzeczypospolitej została wywalczona z bronią w ręku, a zamknięciem tej żołnierskiej epopei stała się zwycięska bitwa pod Warszawą 15 sierpnia 1920 r., która miała znaczenie przełomowe nie tylko dla Polski, ale także dla Europy. Porównuje się ją pod tym względem do wiktorii wiedeńskiej, a dawniej jeszcze (za czasów piastowskich) do bitwy pod Legnicą w XIII wieku, gdzie został odparty zalew tatarski idący na Europę od strony Azji. Ostatnia, II wojna światowa jest dalszym ciągiem tej żołnierskiej epopei, poczynając od września 1939 roku.” Zwraca uwagę zwłaszcza ta zwycięska bitwa pod Warszawą, z jakiegoś powodu nie nazwana cudem… To ciekawy skądinąd temat, do którego odniosę się kiedy indziej.
Wojsko. Oto wielki nieobecny w komentowanym biskupim słowie. Wspomniawszy bohaterstwo żołnierzy dawnych, winno się przecież przywołać naszą armię, która jest niezbędnym gwarantem pokoju. Słyszałem ostatnio na kazaniu i przypomniałem sobie, jak to Prymas Wyszyński błogosławił, jeszcze jako „zwykły” ksiądz, młodym idącym do powstania warszawskiego. Jak bym chciał, nie błogosławić nigdy niewyszkolonych dzieci idących na bój z potworną machiną, podobną hitlerowskiej! Jakże bym wolał błogosławić silnemu wojsku, wyszkolonemu i wyposażonemu, świadomemu poparcia nas wszystkich, Polaków – od najmniejszego do największego, szanujących mundur i wysiłek żołnierzy; wojsku będącemu oparciem rzetelnej polityki państwa… Państwa, którego naród nie tylko woła o pokój i krzyczy, że nie chce wojny. Takich bowiem ludzi, składających całą ufność na ocalenie w sferze werbalnej, w hasłach, rozpędzą żołnierze takiego czy innego okupanta, zabijając kilku dla przykładu.
VI
Jest taki ciekawy, amerykański plakat wojenny, z czasów II wojny właśnie, nieco może prostacki, ale przez to silniej przemawiający. Słowem – dobra propaganda. Widać na nim żołnierza z wielkim pistoletem czy armatą w rękach. I tekst: show the hun who’s got the biggest gun” („Pokaż dzikiemu hunowi, kto ma większy potencjał ogniowy.”) Dopiero potem, dodam od siebie, można nauczać młodzież i dzieci o naszej słusznej przewadze moralnej, gdy depczący cywilizację europejską hun szczęśliwie przekonał się na własnej skórze, kto ma przewagę ogniową. Ale na 75 rocznicę wybuchu II wojny biskupi o obronności kraju nie wspomnieli ani słowem. Oddajmy znów głos człowiekowi, z którego nominacji większość naszych pasterzy pochodzi: „Służba wojskowa jest nie tylko zawodem czy obowiązkiem. Musi być także wewnętrznym nakazem sumienia, nakazem serca. Tradycje żołnierskie Polaków poprzez wieki związały służbę wojskową z miłością Ojczyzny. Wydarzenia 1989 r., inauguracja III Rzeczypospolitej oznacza tutaj „nowy początek” dla całego narodu. Jednakże, podobnie jak w tylu innych dziedzinach, tak i tu, ten „nowy początek” musi jeszcze dojrzewać i gruntować się w naszych postawach, w zbiorowej świadomości”. Ta zbiorowa świadomość, przesiąknięta jest podszytym strachem pacyfizmem; ta gotowość do modlitwy i apeli, pozbawiona jest zastanowienia się, na ile te apele się zdadzą, gdy najeźdźca wejdzie do kurii biskupiej, by (a kto wie, bo niektórzy mówią, że na wschodzie jaśnieje gwiazda katechona!) zacytowawszy Ewangelię, jakiś z niej fragment o ubóstwie, pokraść, co się da. To zresztą lepsza opcja stosunków Kościoła z okupantem, nawet, gdyby doszło jeszcze i przelanie krwi. Jest też gorsza, o której lepiej nie wspominać.

VII
Niechęć do konfrontacji z rzeczywistością widać, według mnie, także w tym, iż autorzy „Słowa…” wspomnieli o liście polskich biskupów do biskupów niemieckich, natomiast zamilczeli o swoim niedawnym liście do Rosjan. Nie mówię, że mieliby list ten odwoływać. Ale odnieść się jakoś, według mnie, należy. A może biskupi nasi dostrzegli specyficzną postawę patriarchatu moskiewskiego w sprawie wojny, jaką Rosja toczy „po cichu” na wschodzie Ukrainy? Można oczywiście w takiej sytuacji stwierdzić, że „co prawda, to tak jest, ale mówić o tym nie trzeba”. Gdzieś przytacza to zdanie Herling Grudziński, jako „watykańskie przysłowie”. Bynajmniej nie jest jednak to problem tylko biskupów czy księży. Brak liczenia się z możliwością wojny i zaniedbanie wychowania do obrony jest według mnie powszechne i zapłacimy za nie taką cenę, że dyskutować o tym będą jeszcze Polacy za tysiąc lat.
Ileż widział tegoroczny sierpień rekonstrukcji historycznych! I wojna, II wojna, wojna bolszewicka – mnóstwo ludzi, poprzebieranych w mundury z epoki. Wspaniały, polowy teatr. Sporo się o tym pisało, mówiło w radiu, w telewizji. Muszę powiedzieć, że nie słyszałem nikogo, kto by chwalił te sprawy jako przygotowanie do służby Polsce w wojsku. Pytani przez reporterów uczestnicy i koordynatorzy rekonstrukcji chętnie natomiast mówili, że to nauka historii. Tak, znam tę Polską historię na tyle, by wiedzieć, że potrzebujemy armii i że musimy rozumieć jej znaczenie! Optymizm, nawet połączony z „wołaniem o pokój”, nie zastąpi nam Polski. I jeszcze z Józefa Mackiewicza, tym razem cytat, nie parafraza: „ (…) pierwszym warunkiem regulaminowego funkcjonowania więzienia, musi być przede wszystkim panujący w nim – spokój”. Pisał o tym w interesującej książce „W Cieniu Krzyża”, zwracając uwagę na to, że sowieckie zbiry chętnie przytakiwały każdej pacyfistycznej gadaninie, z jasnych powodów. Chrześcijaństwo jest jednak religią walki, gotowości na spotkanie śmierci w obronie tego, czego bronić należy. A bronić należy Polski. Tych naszych i Bożych procesji na Wniebowzięcie, z płatkami kwiatów, orkiestrami grającymi Matce Bożej na miarę możliwości, z rodzinami odświętnie ubranymi, klęczącymi przed Sanctissimum, a nawet i pogodnych obiadów odpustowych! Dla kontrastu z nimi, w „Słowie…” biskupów diecezjalnych słyszymy na koniec nawoływanie do postu, modlitwy i jałmużny w intencji pokoju. Przypomina się wspomniany fragment rozpoczynający „Ogniem i mieczem”: „odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki”. Módlmy się więc, pośćmy, bo faktycznie spadła. A imię jej – pacyfizm i święty spokój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz