whos.amung.us

czwartek, 10 września 2015

Czy przemysł pogardy organizuje walki psów?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)
 
Zdaję sobie sprawę oczywiście z tego, że dzisiejsze refleksje w pewnym sensie dotyczą kwestii tak oczywistych i dawno zamkniętych, że poświęcanie im jakiejkolwiek uwagi jest co najmniej żenujące. Mam jednak przy tym wrażenie, że, choć faktycznie sprawa jest dramatycznie jasna, właśnie przez ową jasność, ona z biegiem czasu do tego stopnia się strywializowała, że wielu z nas – a ja z całą pewnością – zatraciło czujność, której, jak wiemy, tracić pod żadnym pozorem nie wypada.
Żeby pokazać, o co mi chodzi, proponuję, byśmy wrócili pamięcią do dnia zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy i sposobu, w jaki ów dzień został uczczony przez ogólnopolskie stacje telewizyjne. Z jednak strony, jak pamiętamy, od rana do końca dnia każdy krok Prezydenta był z pełną uwagą relacjonowany, żadne jego słowo, czy jego gest nie został ani zmanipulowany, ani choćby ocenzurowany, atmosfera przez cały dzień była odpowiednio poważna i uroczysta, natomiast kierownictwo stacji – w tym wypadku, rzecz akurat dotyczy TVN24 – stanęło wręcz na głowie, by, jak rozumiem, w celu zrównoważenia emocji, do komentowania dnia niemal wyłącznie wynająć osoby, które przez minione lata zasłynęły z niekontrolowanej nienawiści do PiS-u. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że wśród tak zwanych „ekspertów”, ni stąd ni z owąd, pojawił się, nieobecny w TVN-ie od lat, niejaki Kucharczyk, a więc jeden z tych, którzy swoją wytrwałą aktywnością, swego czasu wykreowali choćby takiego Cybę.
Oglądaliśmy więc transmisję z kolejnych uroczystości, tak obiektywnie istotnych dla polskiego państwa, a w tle od rana słychać było najzwyklejsze szczucie. Z jednej strony widzieliśmy Andrzeja Dudę niesionego w tym strasznym upale entuzjazmem zgromadzonych ludzi, a w tle wylewała się owa nienawiść. A ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że to z czym mamy do czynienia, to nie manipulacja, nie propaganda, a nawet nie polityczny dyskurs, ale cały sens tego, czym są dzisiejsze media, czyli właśnie szczucie jednych przeciwko drugim. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli faktycznie współczesne media stworzyły ów tak zwany „przemysł nienawiści”, to nie dlatego, że nastał polityczny czas, który od nich tego wymagał, ale dlatego, że im już znacznie wcześniej z ekonomicznego rachunku wyszło, że tylko eksploatując nienawiść, zło i to co w człowieku małe i podłe, odniosą komercyjny sukces. Politycy natomiast uznali jedynie, że gwarancją ich sukcesu będzie sprowokowanie sytuacji, gdzie owe media, takie jakie one są i być nigdy nie przestaną, staną się narzędziem bezpośredniej polityki.
Ja oczywiście wiem, że i Monika Olejnik i Andrzej Morozowski i Maciej Knapik mają swoje poglądy i to właśnie dzięki owym poglądom są jeszcze tam gdzie dziś są, natomiast jeśli wspomniana Olejnik do swojego programu niezmiennie zaprasza Janusza Palikota, to wcale nie dlatego, że ona go jakoś szczególnie szanuje, czy uważa jego poglądy za szczególnie inspirujące, ani tym bardziej przez to, że kazała jej Platforma Obywatelska, ale dlatego, że on jest niezwykle cennym narzędziem do utrzymania odpowiedniego napięcia, które najlepiej będzie jeśli się skończy kolejnym morderstwem, bo wtedy będzie można otworzyć nowy temat, co zwiększy tak zwaną „oglądalność”.
Dlatego też wcale nie jestem pewien, czy kiedy 6 sierpnia telewizja TVN od rana do wieczora udzielała głosu osobom, którzy wyłącznie prezydenta Dudę opluwali, robiła to dlatego, że skłoniły ją do tego jej polityczne afiliacje. Moim zdaniem, pierwszym celem tego ruchu było podtrzymanie atmosfery konfliktu, bez której oni stracą rację bytu.
Tak sobie o tym myślę i nagle przypominam sobie pierwsze dni po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to na chwilę cała ta nienawiść, która doprowadziła do owego nieszczęścia, jakby wyparowała, tylko po to, by powrócić ze zdwojoną siłą już chyba we wtorek. Wówczas wydawało mi się, że za tym stoi polityczny plan nie dopuszczenia do utraty władzy przez sprawców owej tragedii. Dziś jednak mam bardzo silne poczucie, że o ile faktycznie po stronie Platformy Obywatelskiej cel był właśnie taki, media, a więc ci, którzy doprowadzili do owej eskalacji, wykonywali tylko swoją pracę. Oni znakomicie zdawali sobie sprawę z tego, że o ile nie uda im się osiągnąć wcześniejszego poziomu społecznego napięcia, ludzie przestaną oglądać telewizję, a oni sami zaczną tracić finansowo. Nikt bowiem nie będzie miał ochoty oglądać politycznych debat, gdzie siedzi dwoje polityków, jeden drugiemu nie przerywa, drugi pierwszego nie obraża, a wokół panuje atmosfera powagi i troski o sprawy publiczne. Dlatego właśnie niemal w jednym momencie na pierwszy plan zostali wysunięci Kazimierz Kutz, Janusz Palikot, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski, czy Andrzej Wajda, a więc ludzie, którzy gwarantowali, że po obu stronach sceny dojdzie wkrótce do nowej histerii. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby taka Krystyna Pawłowicz, czy Antoni Macierewicz tylko chcieli regularnie występować w programach telewizyjnych, tak jak dziś taki choćby Marian Piłka – a, jak wiemy, oni się do tego nie palą – codziennie mielibyśmy autentyczne mordobicia, a na ulicach regularne strzelaniny. Monika Olejnik nie dlatego nie zaprasza do siebie Macierewicza, by on się wziął za łby z posłem Rutnickim, dlatego, że nie wypada, albo jakoś straszno. Ona tego nie robi, bo wie, że on i tak nie przyjdzie. Rutnicki – owszem. Macierewicz – nie.
Żeby pokazać, jak to wszystko działa, będę musiał odwołać się do przykładu z najbliższego otoczenia. Otóż jeden z naszych bliskich znajomych, samotny wdowiec, człowiek już mocno starszy, pobożny, niezwykle uczciwy i porządny, o od zawsze bardzo tradycyjnych poglądach, od wielu już lat spędza czas pielęgnując w sobie szczerą i niczym niezakłóconą nienawiść do PiS-u i wszystkiego, co się z PiS-em choćby pozornie wiąże, a więc na przykład do kibiców Legii Warszawa, czy Victora Orbana. Gdy chodzi o spędzanie czasu, to on cały boży dzień ogląda telewizję TVN24, a że, jak już wspomniałem, jest człowiekiem samotnym, wszystko, czego się przez cały dzień dowiaduje, wypełnia go po brzegi, gotuje się w nim i w efekcie go niszczy. W związku z tymi emocjami, zerwał już praktycznie kontakty z wszystkimi znajomymi, którzy popierają PiS i jedynym jego już zmartwieniem jesteśmy my. Gdyby nie to, że z nami nie ma jak porozmawiać, jemu z całą pewnością byłoby lżej. Przez nas natomiast bardzo cierpi.
Ja pamiętam dwa momenty, kiedy ów starszy pan złagodniał. Pierwszy to w sobotę 10 kwietnia. Pamiętam nawet, jak wtedy, czy może w niedzielę, powiedział nam, że jemu jest przykro z powodu tego, co on mówił i myślał o Lechu Kaczyńskim jeszcze w piątek wieczorem, a kiedy ogląda te zdjęcia, co oni pokazują w telewizji, to widzi, że oni jako małżeństwo bardzo ładnie razem wyglądali. Wszystko skończyło się po paru dniach i trwa nieprzerwanie do dziś. Drugi moment owego uspokojenia pojawił się na chwilę, kiedy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie. On wprawdzie na Dudę nie głosował, jednak przyznał, że on „do niego akurat nic nie ma”, natomiast nie lubi PiS-u, więc… sami rozumiecie.
Parę dni temu zadzwonił do nas, zaczął krzyczeć, że on nienawidzi tego „wszawego towarzystwa” i że każdy porządny Polak wie, że „Duda to Maliniak”. Otóż ja nie wiem, skąd on wziął to „wszawe towarzystwo”, natomiast na ile go znam, to wiem, że on sam tego nie wymyślił. „Wszawy” to nie jest słowo z jego słownika. On musiał je usłyszeć gdzieś w telewizji i mu się spodobało. Natomiast doskonale wiem, skąd się wziął ów Maliniak. Oglądałem niedawno „Szkło Kontaktowe” i w pewnym momencie zadzwoniła jakaś pani i powiedziała, że Duda to Maliniak z „Czterdziestolatka” z tą różnicą, że jeszcze gorszy, bo prawdziwy Maliniak przynajmniej coś zbudował – na przykład Dworzec Centralny – a Duda wszystko burzy. Usłyszałem więc tego Maliniaka i zrozumiałem, że tak to właśnie było zaplanowane, by nasz znajomy go usłyszał, zapamiętał i się zdenerwował.
I teraz chodzi o to, że, moim zdaniem, oni to robią nie po to, by ten czy inny człowiek głosował na Platformę, Komorowskiego, Kopacz, czy Siemoniaka. Z tego co ostatnio widzimy aż nazbyt wyraźnie, jest wręcz odwrotnie: im zależy, żeby Platforma, Komorowski, Kopacz i Siemoniak zostali w tych wyborach tak upokorzeni, i żeby to upokorzenie z jednej strony było tak bolesne, a z drugiej strony, żeby zostało przedstawione na tak wstrząsającym tle, by triumf Prawa i Sprawiedliwości niczego nie uspokoił, lecz spowodował tylko jeszcze większe napięcia. Oni się zachowują jak organizatorzy walk psów, dla których sam wynik walki ma znaczenie o tyle, o ile spowoduje po obu stronach jak największą wściekłość i stworzy odpowiedni nastrój na przyszłość. Oni naszemu znajomemu, a przy okazji wielu innym w gruncie rzeczy dobrym, łagodnym i porządnym ludziom, podsuwają pod nos tego Maliniaka dokładnie tak, jak tamci specjaliści od psów, drażnią je, by były gotowe przeciwnika zagryźć na śmierć. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób inwestycja się zwróci. A wynik, jak mówię, nie ma znaczenia.
I to jest to, czego ja do śmierci nie daruję, dziś już na szczęście dogorywającej, Platformie Obywatelskiej i tym wszystkim, którzy stworzyli dla niej taki a nie inny „spin”. Tego, że oni postanowili osiągnąć sukces, żerując na najniższych ludzkich instynktach, i że do tego celu wynajęli media, mając na uwadze to, co jest w nich najgorsze, a więc owo powszechne pragnienie śmierci.
Parę dni temu oglądałem program prowadzony przez Andrzeja Morozowskiego, w którym do dyskusji na tematy bieżące zostali zaproszeni Zbigniew Girzyński i Stefan Niesiołowski. Zaczął Girzyński, gadał, gadał i gadał, tymczasem Niesiołowski siedział milczący, jakby nie bardzo przytomny, ani nie machał rękami, ani nie robił min, ani tym bardziej Girzyńskiemu nie przerywał, a ja zauważyłem, że Morozowski jest jakiś niezadowolony. Wreszcie Girzyński skończył, odezwał się Niesiołowski, a na twarzy Morozowskiego pojawił się szeroki, pełen upiornej wręcz satysfakcji, uśmiech. I taki już pozostał do końca programu. Jeśli ktoś myśli, że to dlatego, że Morozowski i Niesiołowski to kumple, jest w ciężkim błędzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz