whos.amung.us

poniedziałek, 28 września 2015

Bogactwo i płacz

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Dzisiejsze drugie czytanie z Mszy według mszału Pawła VI ma bardzo ostrą wymowę. Biada Bogaczom!

Teraz wy, bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby. Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabiliście sprawiedliwego: nie stawia wam oporu.

Szczerze mówiąc, fragment ten nie wydaje mi się po dłuższym zastanowieniu ani „ciężki”, ani „pesymistyczny”. Zwłaszcza wezwanie do płaczu z początku, a także wspomniane potem złoto i srebro wydają mi się ostatecznie pełne nadziei. Zanim to jednak wyjaśnię, warto przypomnieć sobie słowa z nauk Pana Jezusa, do których na pewno nawiązuje tu św. Jakub:
Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. 

Słowa Zbawiciela wydają mi się być dobrym uzupełnieniem, gdyż zawierają w sobie troskę o zagubionego bogacza. Są przyjacielskim upomnieniem, Jezus jakby delikatnie dotyka wskazującym palcem ludzkiego serca, a w geście tym jest więcej czułości i zrozumienia, niż oskarżenia. Na pewno skarbem dla Jezusa jest właśnie to ludzkie serce, dlatego też mówi to, co mówi. W mowie św. Jakuba znajdujemy napomnienie skierowane do tych, którzy zlekceważyli łagodność Ewangelii. Jest w nim nawet, być może, odwołanie do Męki. Do odpowiedzialności za zabicie Sprawiedliwego. Jakub brzmi tutaj po prostu jak dobry rekolekcjonista wielkopostny przed dniem spowiedzi.
Teraz o złocie i srebrze. Kojarzyć się mogą z przypowieścią o talentach; wszak Jakub Apostoł zarzuca bogaczom, że ich złoto i srebro zardzewiało, co jest niemożliwe z chemicznego punktu widzenia. Widać, że tu rdza jest metaforą zaniedbania, które przerodzić się może w nękające wyrzuty sumienia. Talent bogacza ukryty był w chusteczce i nie przyniósł nikomu pożytku. Można tu z dozą przekory stwierdzić, że dopiero nasze czasy na masową skalę korzystają z nadmiernej przezorności tych, którzy zakopali swoje skarby w ziemi, by ich potem nigdy nie zobaczyć. Dzięki wykrywaczom metalu i pracom archeologów zdobią prywatne kolekcje i muzea. Nieraz kości ich dawnego właściciela leżą w przykry sposób w gablocie obok. Jest jednak w każdym odkrytym średniowiecznym dzbanku z monetami czy podniesionym z dna kufrem z hiszpańskiego galeonu bardzo dużo pouczenia o trwałości ludzkich spraw. Jeśli jednak myślimy o przypowieści o talentach, to przecież od zawsze była ona interpretowana szerzej – nie tyle jako zaniechanie inwestycji czy obrotu pieniędzmi, ile zaniedbanie duchowego rozwoju. Paradoksalnie, bogactwo wcale niekoniecznie musi być do takiego rozwoju przeszkodą, wbrew obiegowym opiniom. Jak mówi Pismo, „jałmużna gładzi wiele grzechów”. Złoto i srebro są więc znakami Bożego daru, a więc znakami miłości, chociaż w tym wypadku „zardzewiałej”, nierozpoznanej i zaniechanej. Bóg dał, a człowiek nie przekazał dalej – zdawało mu się, że zyskał, a wszystko stracił.
Znam młodego księdza, który zaskoczył kiedyś sprzedawcę w księgarni religijnej, biorąc kilka takich samych książeczek, zawierających dzieło jednego z Ojców Kościoła. Na pytanie, po co mu tyle kopii starochrześcijańskiego traktatu, stwierdził, że to doskonały prezent imieninowy dla znajomych proboszczów. Tytuł tego dzieła, będący intrygującym pytaniem „Który bogaty człowiek może być zbawiony?”  sugerował z kolei, że ksiądz ten nie był pozbawiony całkiem ostrego dowcipu. Ciekawe to swoją drogą dzieło, napisał je w Aleksandrii św. Klemens, należący do pierwszych generacji chrześcijańskich myślicieli (umarł w 212 roku po Chrystusie). Aleksandria była wówczas kwitnącą metropolią, gdzie z rąk do rąk przechodziły towary i pieniądze, a między ludźmi iskrzyło wprost od wymiany idei. Stąd niejeden sprzedawca placków z cebulą zastanawiał się podczas ich pieczenia, jak to jest z nakazem świeżo poznanej religii, by sprzedać wszystko, co się ma i pójść za Jezusem. Bankier, który kupił od niego placek mógł zaś myśleć o zasłyszanym gdzieś i z pozoru błahym zdaniu mówiącym, że wszystko będzie dodane tym, którzy zatroszczą się najpierw o Królestwo niebieskie. Klemens wiedział więc, co robi – mali i wielcy kapitaliści Aleksandrii mieli w nim dobrego przewodnika w swojej przeprawie przez ucho igielne. Potem nie zawsze katolicy potrafili podejść do problemu bogactwa w tak trzeźwy sposób, jak Klemens:
“Wszystko, co posiada człowiek, zostało mu udzielone i podane niby jakaś materia i narzędzie, którym powinien się posługiwać umiejętnie i w sposób właściwy. Narzędzie, jeśli się nim posługujesz według zasad sztuki, tworzy arcydzieło; jeśli brak ci umiejętności, jemu także udziela się twoja niezręczność, chociaż nie jest jej winne”.

Łatwo uchwycić istotę myśli świętego Ojca, prawda? Z samej biedy czy bogactwa nie robi on cnoty i ubóstwa, pytając o to, co z nimi robi ich właściciel, człowiek:
“Bogactwo jest takim narzędziem. Umiesz go używać sprawiedliwie: służy sprawiedliwości. Używa go ktoś niesprawiedliwie: staje się sługą niesprawiedliwości. Z natury bowiem swojej ma ono służyć, ale nie rządzić”.

Dlatego jeśli drugie czytanie poruszyło Cię dziś na tyle, że rozważasz sprzedaż samochodu lub mebli z jadalni, warto skonsultować to jeszcze z własnym rozsądkiem (niekoniecznie to ironia! są w Polsce takie wspólnoty w Kościele, które sprzedają wszystko na pewnym etapie…).
Nie napisałem jeszcze o płaczu – co w nim optymistycznego, gdzie w nim nadzieja? Cóż, znów odwołam się do mądrości pierwszych chrześcijan, który widzieli wielki dar Boży w płaczu na własną duchową nędzą i małością. Nazywali go wręcz „drugim chrztem”, czasem zdarzają się bowiem łzy oczyszczające aż do głębi duszy.

niedziela, 20 września 2015

Gdy jestem zmęczony własnymi myślami i własną modlitwą...

Autor: ks. Jan Dobrowolski

W dalszym ciągu liturgia proponuje nam w drugim czytaniu List św. Jakuba. Trzeba przyznać, że to wyjątkowo intrygujący fragment Pisma. Mówi o jednej rzeczy, którą robi mnóstwo ludzi, czyli o modlitwie, a także o innej rzeczy, którą robi bardzo wielu, to znaczy o łamaniu ostatniego przykazania Dekalogu. Co więcej, sugeruje jeszcze, jak obie te sprawy się łączą.

Pewien Ojciec Pustyni w krótkich słowach wyjaśnił kiedyś istotę problemu, jaki w końcu napotyka każda oddana Bogu dusza. „W każdej cnocie może człowiek osiągnąć mistrzostwo”, tłumaczy stary egipski mnich, „można stać się nad wyraz cierpliwym, mężnym, a nawet – oddalić od siebie pokusy cielesne. Jest jednak rzecz, w której chrześcijanin nigdy nie nabierze wprawy, a jest nią modlitwa. W niej do końca naszych dni będziemy odczuwać walkę”. Jest to faktycznie sprawa tak trudna, że św. Jakub zauważa, iż można nie modlić się pomimo odprawiania modlitw. Intrygująca obserwacja, prawda? Jakub tak to wykłada:

Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz.

Przypomina się stara anegdota, jak to mnisi modlili się na brewiarzu, odmawiając w klasztornej kaplicy przewidziane psalmy, aż zaczęła się straszna burza. Gdy piorun uderzył bardzo blisko, jeden z braci zaproponował; „Może przerwijmy brewiarz i zacznijmy się modlić!” A przecież rutyna jest zaledwie jednym z wielu zagrożeń, jakie czyhają na drodze modlitwy. Aby nie ulec zniechęceniu, warto przypomnieć sobie inną mądrość Ojców Pustyni, tym razem pochodzącą od samego św. Antoniego Pustelnika:

Powiedział abba Antoni: „Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela rozpostarte na ziemi, jęknąłem więc i powiedziałem: «A któż się im wymknie?» I usłyszałem głos mówiący do mnie: «Pokora»”.

O pokorze traktuje w piękny sposób początek dzisiejszego drugiego czytania:

Mądrość zaś zstępująca z góry jest przede wszystkim czysta, dalej skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój.

Mądrość zstępuje z góry, a pokorny jest ten, który na nią czeka, który na nią liczy, nie licząc zbytnio na siebie. Zbytnie skoncentrowanie na sobie nie sprzyja życiu duchowemu. Nie poprawimy własnej modlitwy, ciągle przerywając czy to medytację, czy to różaniec wewnętrznym pytaniem: „Czy udało się wreszcie? Czy ja w końcu dobrze się modlę”? Ten opis mądrości przypomina postać samego Jezusa – On jest wzorem dla nas, przykłady z Jego życia, czyli Ewangelia, pociąga do prawdziwej modlitwy. Ale słowa o mądrości przypominają również Ducha Świętego. Bóg nie tylko daje wzór, lecz także moc. Jak przypomina św. Paweł w Liście do Rzymian:

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami.

Trzeba się więc przygotować na to, co leży po części w obszarze ciszy, poza słowami, poza naszym ludzkim rozumieniem. Modlitwa nie jest jakimś wewnętrznym filmem, który mamy nakręcić dla Pana Boga, tak, by mu się spodobać. Przypomina bardziej otwarcie okna, które jest w duszy od momentu naszego chrztu. Nasuwa mi się też inne współczesne porównanie – dzięki sakramentom jest w każdym z nas „lądowisko” dla Ducha Świętego. W dobrej modlitwie więcej jest czekania, niż wytwarzania jakichś wewnętrznych aktów. Poza skupieniem na Bogu, na treści medytacji czy tajemnicy różańcowej, nie mamy jako ludzie aż tak wiele do roboty, skoro najważniejszą pracę ma w nas wykonać sam Bóg. Takie podejście do życia duchowego może nieść w sobie ogromną ulgę.

Czytany dziś fragment Listu św. Jakuba zawiera w sobie poruszający opis człowieka, który wciąż łamie dwa ostatnie przykazania katechizmowego Dekalogu, to znaczy – pożąda, zazdrości, jest zaprzątnięty dbaniem o swoje potrzeby, które w istocie nie są aż tak ważne. Taki stan ducha wiąże się z ogromną, nieustanną gonitwą myśli, pełną porównywania się do innych, sądzenia ich i samego siebie – to smuci i męczy, człowiek w ten sposób sam sobą poniewiera. Myślę, że czasem uświadomienie sobie własnego wewnętrznego zmęczenia i głupoty własnych myśli o innych i o sobie jest pierwszym krokiem do prawdziwej modlitwy. Chrześcijanin, w którego sercu, jak pisze św. Jakub, czai się „zazdrość i żądza sporu, (…) bezład i wszelki występek”, jeśli tylko uświadomi sobie własną bezradność wobec tego stanu, jest na bardzo dobrej drodze, by naprawdę upaść na kolana i poprosić o ratunek, którego sam sobie dać nie może.


sobota, 19 września 2015

Prolog Wojny Ostatecznej. Część druga.

Autor: Integrator

Skoro wiemy już skąd się wzięła fala syryjskich uchodźców w samym centrum Europy możemy trochę w końcu i o nich.

Emigranci to zjawisko stare jak świat i zagadnienie humanitarne z którym demokratyczne państwa zachodu zawsze musiały sobie jakoś radzić. Gorzej niż lepiej, bardziej nie chcąc niż chcąc niemniej jakiś im to wychodziło. Głównie dlatego, że szybko wypracowały sobie procedury, które miały, co tu dużo mówić sprawę opanować, czytaj ukrócić. Tak było do niedawna, gdy nagle postanowiono otworzyć szeroko wrota Europy przed falą muzułmanów. Ot tak, jedną unijną decyzją. Otwarto wrota których przez wieki usilnie przed muzułmanami broniono bo ilekroć udało im się przez nie wedrzeć Europa płonęła a tysiące kobiet i dzieci szło w jasyr. Co zrobić, skoro najwyraźniej  po latach spokoju zamarzyła się twórcom kapitalizmu katastroficznego wojna religijna, wojna w samym sercu Europy? Zarazem Wojna Ostateczna bo wersety w Koranie wzywające do zabijania niewiernych nie pozostawiają wątpliwości, że będzie ona polegała na wzajemnym się wyrzynaniu. Gorzej, że pójdzie Europa do tej wojny całkiem nieprzygotowania bo armia Allaha nie ogłosi wymarszu jak ongiś dając nam tak czas na zebranie sił. Ona te granice właśnie przekracza - w licznie setek tysięcy głów z czego, nie inaczej, 75% to mężczyźni.

Dziwią zapewne Czytelnika tak kategoryczne stwierdzenia gorąco tedy zachęcam do rozwinięcia swej wiedzy w temacie sposobów lokacji i ekspandowania muzułmanów w poszczególnych krajach Zachodu. Już pierwsze z brzegu nagrania znalezione na youtube skutecznie leczą z błędnego przeświadczenia, że tu idzie tylko o los zwykłych ludzi którzy utracili swój cały dobytek. Globalne stacje a nie rzadziej i rodzime pokazują tylko tą stronę medalu podczas gdy to zaledwie czubek góry lodowej. Trzeba nam wiedzieć, że ta fala uchodźców to nie tylko skrzywdzeni ludzie ale także (a raczej przede wszystkim) muzułmanie, którzy w tym jednym słowie zmieścili cały sens swego życia. Muzułmanin to misja. Gdziekolwiek muzułmanin podąża, niesie w sobie Islam i obowiązujące w nim surowe prawa. Nigdy o tym nie wolno zapominać ani tego rozdzielać!

Z wielkim więc oburzeniem odbieram płynące ze strony naszego rządu pofukiwania, że Polacy opierając się przyjmowaniu muzułmańskich uchodźców zapominali, że sami kiedyś byli emigrantami i poszukiwali nowego domu. Takie twierdzenia to emocjonalny szantaż i zwykła podłość obliczona na wzbudzenie w nas jako społeczeństwie poczucia winy. To jest przede wszystkim także kłamstwo bo dobrze wiemy, że nigdzie i nigdy nie witano nas z otwartymi ramionami a pobicia na tle rasowym choćby te ostatnie na Wyspach są tego najlepszym przykładem. Nigdy też zmuszani do opuszczenia własnego kraju nie wyruszaliśmy w świat z zamiarem podboju religijnego. W żadnym wersecie Pisma Świętego na którym wychowuje się Polski Naród Jezus Chrystus Syn Boga Żywego nie wzywa do zabijania niewiernych. Nawet najbardziej zacietrzewiony wróg katolicyzmu przyznać też musi, że lekcje religii czy wychowania (jakkolwiek to nazwać co zaraz obejrzycie) nie wyglądają u nas tak jak lekcja bycia dobrym muzułmaninem, której przykład znalazłem w sieci:


To była lekcja nienawiści. Poniżej lekcja z której młodzi chłopcy dowiedzą się co robić gdy już się nienawidzi. 


https://www.youtube.com/watch?v=TdbuFjJW2ak

Lekcja kłamstwa dla odmiany. Spójrzcie proszę z jakim uczuciem na twarzy wykłada to prawo zebranym dzieciom ów nauczyciel.


Mało? To jeszcze jedno nagranie. Ze specjalną dedykacją dla tych wszystkich którzy Madzię Buczek, założycielkę Podwórkowych Kół Różańcowych w Radio Maryja okrzyknęli fanatyczką:





To jest proszę Państwa indoktrynacja absolutna. Jeśli takich rzeczy uczy się muzułmanina od dziecka, to tego nie da się już wyprać. To jest jak chromosom determinujący ich przez resztę życia do zachowań wpisanych na poziomie niemalże DNA. Zatem wbrew temu w co chcieliby wierzyć co poniektórzy, wcale nie jest tak, że jak oni tu przyjadą to się zmienią i ucywilizują. Oni mają wbudowane głęboko w sobie zadanie religijne do wykonania, są jak cykające bomby czekające na impuls z zapalnika. Ja tu nie chce nikogo straszyć ani usposabiać do nienawiści, ja tylko ostrzegam i jeszcze raz ostrzegam. Szczególnie, że z naszą religijnością jest z roku na rok co raz gorzej a przecież religii niesionej na szablach tamę może postawić tylko inna religia. W zamierzchłych czasach nasi rycerze potrafili powstrzymać nie raz i nie dwa marsz muzułmanów na Europę tylko dlatego, że mieli w sercu Boga, a jego Matkę na chorągwiach i ryngrafach. Dziś po wielu latach walki z Kościołem odebrano nam tą siłę, która pozwalała wygrywać z wrogiem o wiele liczebniejszym. 

Ale wracając jeszcze do porównania Polaków z uchodźcami z Syrii. Czy może mi kto z tych mądrali powiedzieć jaki dokładnie wkład do kultury Zachodu wnieść mają te stojące na granicy tłumy? Ale tak konkretnie, bez sloganów poproszę i na przykładach. Cisza? Tak myślałem. Bo jak idzie o Polaków na emigracji nie ma dziedziny w której nie wybiliby się na szczyty. Więc pytam raz jeszcze tych co plotą o wymianie kulturowej co poza nakazem burzenia zabytków zechcą wnieść w naszą kulturę muzułmanie?


Byłem dziś w urzędzie dzielnicy i znalazłem na stoliku kartkę informującą o festiwalu wymiany kultur. Nie mogę jej teraz naleźć ale przedstawiała jakiegoś araba z porytą twarzą w turbanie i palcami pełnym pierścionków. Ja nie wiem jaki bałwan uznał, że taka karta może zachęcać do zgłębiania czyjejś kultury bo dla mnie to jest promocja najmniej brzydoty, jeśli nie okultyzmu. Okropne. Gdybym miał córkę przez cały okres trwania tego festiwalu kulturowej wymiany trzymałbym ją pod kluczem w obawie, że przyjdzie takiemu roznosicielowi kultury ochota na moje dziecko. Znów podnoszą się zapewne głosy oburzenia, że ja tu oszczerstwa rzucam i że generalizuję. Pewnie, że generalizuję bo tam zapewne też są ludzie sumienia, niemniej u nas pedofilia jest karalna a tam nie. Współżycie z nieletnią a nawet małą dziewczynką jest tam dozwolone byleby tylko zostało wcześniej uświęcone więzłem małżeńskim. Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż gdy bardzo pobożny muzułmanin dozna nagłej potrzeby zaspokojenia swych rządzą a nie chce zgrzeszyć wystarczy, że zawrze od ręki "małżeństwo tymczasowe" a choćby i z nieletnią, i noc należy do niego. To jest dla mnie wątek aż nazbyt wstrząsający więc pozwólcie, że na tym skończę a kto chcę więcej znajdzie tutaj:


Niewiarygodne? Proszę więc tu inny wykład z którego dowiecie się, że Islam nie ma dla zawierania małżeństw dolnej granicy wiekowej. A wszystko dlatego, że jak usłyszycie Mahomet ożenił się z dziewczynką sześcioletnią i szlachetnie odczekawszy trzy lata, gdy miała już dziewięć lat rozpoczął z nią współżycie.  




Ja nie wiem kto te filmy nagrywa ale wszystko dzieje się jak widać w studiach telewizyjnych więc najwidoczniej nikt tam się z tymi praktykami nie kryje. Oglądając te okropności przypomniałem sobie sprawę budowy meczetu w Warszawie i uważam, że ludzi którzy brali udział w wydawaniu zgody na jego powstanie powinno się postawić przed sądem. Przy takiej ilości zła jaka kipi z Koranu koniecznie trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czy decyzje administracyjne w tej sprawie nie były przypadkiem uzależnione od łapówki bo nikt normalny takiej zgody by nie wydał. Nie przeprowadzono żadnej debaty społecznej ale sprawa w tamtym czasie była na tyle głośna, że z pewnością oparła się o biurko Prezydent Warszawy. Jeśli tak było powinna ta pani odpowiedzieć karnie za wydanie zgody na budowanie placówki edukacyjnej i zarazem indoktrynacyjnej islamu w naszej stolicy. Pozostaje otwartym także pytanie gdzie w tym czasie były służby specjalnie, czy sygnalizowały zagrożenie i jak na te sygnały reagował rząd? To są zbyt poważne pytania by zostawić je po jesiennych wyborach od tak bez odpowiedzi.

A wracając jeszcze na koniec do tych uchodźców wyrzucających na tory wodę wręczaną im przez Węgrów jestem przekonany, że to jest grupa od której za parę lat wszystko się zacznie. Nie potrafię sobie wyobrazić, bym ja jadąc w tych wagonach w poszukiwaniu nowego domu pozwolił sobie na takie zachowanie. To jest dowód na to, że tym ludziom już na tak wczesnym etapie emigracji ktoś zdołał wyjaśnić, że Węgrzy są "be" a Austriacy "cacy". To jest dowód na to, że ci ludzie od małego przyzwyczajeni do ślepego posłuszeństwa są całkowicie sterowalni i gdy przyjdzie odpowiedni czas podniosą głowy. Podniosą je po latach upokorzenia bardzo wysoko bo innego uczucie w ich sercach nie będzie po latach gnicia w budkach z kebabami. Nie oszukujmy się. Gdy po dwóch latach skończą się unijne pieniądze przypisane do każdego uchodźcy będą musieli sobie radzić sami. Przy bezrobociu które mamy z góry skazani są na te kebaby i trzymanie się w kupie a najpewniej na propozycję ze strony islamistów, którzy zaczną tych biedaków masowo rekrutować. Kiedyś powiedziałem  co poniżej w formie czarnego żartu ale dziś powtórzę to już bez cienia uśmiechu na twarzy. Otóż będąc w jednym z lokali specjalizujących się w kebabach straszyłem znajomym którzy tam ze mną byli, że za parę lat ci śniadzi panowie za ladą dostaną telefon, usłyszą w słuchawce krótkie "Allah cię wzywa" i część z nich nożem od tego kebaba podetnie gardła zgromadzonym w barze niewiernym, reszta nałoży na siebie trotylowe kamizelki i pójdzie w miejsca gdzie będzie można wysłać do piekła najwięcej wrogów Allaha. Nie wierzę w asymilację. Dziś póki muszą będą się uśmiechać ale jak szybko mogą się odmienić tego boleśnie doświadczyły liczne Polski, które wzięły z muzułmanami ślub. O tym też możecie posłuchać na youtube. W sumie tak pisząc wszystko dochodzę do przekonania - może to i dobrze, że tak a nie inaczej wyszło z tymi emigrantami, bo to dla nas ostatnia szansa by w końcu poznać prawdziwe oblicze Islamu...

To jeszcze raz na koniec. Tu nie chodzi o wzbudzanie nienawiści do drugiego człowieka. Chodzi o wzbudzenie świadomości czym jest islam i co z jego nauki niosą w sobie muzułmańscy uchodźcy. Idzie też o ty by zrozumieć, że to jest emigracja sztucznie wzbudzona a leczenie takich bolączek powinno zacząć nie od gaszenia skutków a nie przyczyn. Zamiast skupić się na ich eliminowaniu, zamiast uregulować sprawę u źródła czyli w Syrii, przywódcy europejskich państwa próbują leczyć cholerę dżumą. A wszystko jak zawsze dlatego by nie narazić się Rosji. Początek końca tej fatalnie wybranej drogi widać już na ulicach Niemiec czy Francji gdzie bez oglądania się na lokalne prawo muzułmanie narzucają swoje prawa i obyczaje. Niby wciąż pokojowo ale i to tylko do czasu bo ich z każdym rokiem przybywa a aborcjujących się Europejczyków ubywa. Tu pojawia się od razu naturalne w tej sytuacji pytanie, a co jeśli zamiast łamania prawa zechcą muzułmanie wykorzystać je przeciwko nam? Przecież już dziś stanowią w tych państwach siłę, która jest w stanie zawiązać własną partię, wprowadzić ją do parlamentu i zmieniać prawo?

Demokracja proszę Państwa choć o tym zapomnieliśmy to przede wszystkim odpowiedzialność. Nie pozwólmy by Platforma Obywatelska, która próbuje usilnie na koniec swych rządów ściągnąć islam do Polski, trwała choćby dzień dłużej. Ja tak o tym bo idą wybory parlamentarne, pamiętacie?



Singapur i Słowacja to dwa państwa z których odnotowałem wejścia nowych Czytelników. Witam serdecznie i zapraszam do stałych wizyt.  Tygodnik Solidarni powstaje także dla Was.

wtorek, 15 września 2015

Muzułmańscy uchodźcy prologiem Wojny Ostatecznej

Autor: Integrator

Wszyscy piszą o uchodźcach niech i mi będzie tedy wolno rzucić parę zdań w tym temacie. Acz z góry lojalnie ostrzegam, że miło to już było. Wszystko zaś przez film na youtube gdzie widać jak syryjscy uchodźcy wyrzucają wodę wręczaną im przez węgierskich policjantów. Aż się zagotowałem! Ale po kolei. Tak jak należy to zróbmy czyli od początku.

Zaczęło się od obalania dyktatur w północnej Afryce. Chyba to jeszcze pamiętamy jak tłumy Tunezyjczyków a potem Egipcjan wychodziły na ulicę by przepędzić złych ludzi rządzących nimi z dziada pradziada. Tak to przynajmniej nam tłumaczono wszelako ciśnie się od razu w tym miejscu pytanie - jak to się stało, że po tylu latach pokornego siedzenia w kuckach ludzie ci nagle wyszli na te ulice, i jak to się stało że w ogóle pozwolono im wyjść, no i w końcu jak im się udało zrobić to co ostatecznie zrobili? Tego nigdy się pewnie już nie dowiemy ale możemy być pewni, że takie rzeczy nie dzieją się od tak same z siebie. Chyba nikt kto uważa się za człowieka poważnego nie da wiary temu co opowiadała nam telewizja, że jakaś grupka konspiratorów zrobiła plan, wyszła na ulicę a zainspirowana nimi reszta narodu, która miała dość życia pod pręgierzem, poszła za nimi na pałac. Jak się kończą takie pomysły bez odpowiedniego wsparcia wiemy choćby z naszej historii bo gdy wyruszyła Pierwsza Kadrowa mieszkańcy Kielc zwyczajnie zatrzasnęli okiennice. Rozumiemy więc, że jeśli coś ma odnieść sukces, w dodatku tak nagły jak to było w przypadku północnoafrykańskich przewrotów, zawsze musi być ktoś z zewnątrz kto takie akcje zorganizuje, odpali a co ważniejsze sfinansuje. Jeśli trudno komu w to uwierzyć niech na ten przykład spojrzy na Rosję. Według tak przyjętej logiki, gdyby wszystko zależało li tyko od ciśnienia i niezadowolenia tłumu, przez ten kraj dawno już przetoczyłaby się niejedna fala zamieszek a towarzysze z Kremla ratując życie zmuszeni byliby rozjechać się po swych zagranicznych daczach. To, że tam wciąż jest jak jest, musi być dla nas wystarczającym dowodem, że bez organizatora z zewnątrz i zarazem sponsora szanse wywołania rewolty topnieją do zera. Nie twierdzę, że w Rosji nie ma ludzi zdeterminowanych, ani że nie ma zagranicznych ośrodków zainteresowanych wywołaniem tam wewnętrznych niepokojów. Ba! Jestem pewien, że takie próby podejmowano tyle, że trudno jest uprawiać ten rodzaj polityki w kraju który akurat jak idzie o inspirowanie przewrotów na terenie innych krajów jest jeśli nie numer jeden to na pewno plasuje się w światowej czołówce burzycieli pokoju. Trudno jest pokonać kogoś jego własną bronią więc wcale bym się nie zdziwił gdyby się kiedyś okazało, że prób zorganizowania w Rosji protestów społecznych było wiele acz wszystkie spaliły na panewce bo oddelegowani do tej roboty śmiałkowie ginęli zawczasu i bez śladu. Dlatego dajmy już spokój twierdzeniom, że w takiej Tunezji ludzie wyszli na ulicę bo im się przelało. Kto był na wycieczce w tym kraju widział, że raz - to nie bardzo miało się z czego ulewać bo to w końcu nie Korea Północna, dwa - oni wyszli na te ulicę bo ktoś miał w tym interes, zainwestował i w jednej chwili osiągnął to co zwykle jest procesem rozciągniętym na dziesiątki lat. 

Podobnie rzecz miała się w Syrii. Tu też ktoś wyprowadził ludzi na ulicę tyle, że wbrew scenariuszom realizowanym w poprzednich państwach tu dyktator (jak przystało na dyktatora) wysłał przeciwko demonstrantom wojsko. Nam co prawda w telewizorni znów tłukli do głów, że to jest taka afrykańska Wiosna Ludów, taka ichnia "Solidarność" ale i to było kłamstwo bo tam od początku nikt nie myślał o dogadywaniu się jak tylko o tym by sprawy załatwić możliwie długim nożem. Teraz sobie poteoretyzujemy ale gdy na to wszystko patrzę zadaję sobie pytanie kto miał w takim obrocie spraw największy interes? Bloger coryllus pisał tu u nas w Tygodniku, że to zwyczajowo robota Wielkiej Brytanii, która potrzebuje tej fali uchodźców by móc wystąpić z Unii Europejskiej a następnie rozpocząć politykę imperialną. To nie jest pozbawione logiki bo na ten przykład Niemcy korzystając z okazji zamknęli swoje granice. Zostawiam tą tezę pod ocenę Czytelników sam zaś mam własną. Otóż gdyby mnie zapytano skąd to tak i dlaczego z pełnym przekonaniem jako inicjatora syryjskiej emigracji wskazałbym Rosję. To jest po pierwsze i po najważniejsze obszar jej wpływów i Wielka Brytania nie ma tu za wiele do gadania. Syria znajduje się pod protektoratem Kremla od bardzo dawna a gdy dwa lata temu zaczęły się protesty w tym kraju a jego władze wysłały wojsko przeciwko demonstrantom Rosja (i Chiny) zablokowały rezolucję ONZ potępiającą takie działania. Ale odpowiadając na pytanie jaki interes miałaby Rosja w inicjowaniu fali emigracyjnej - ona to zrobiła by rozbić solidarność Europy w kwestii embarga i polityki gazowej. Nie twierdzę oczywiście, że taki zamiar przyświecał jej od początku (choć nie wykluczam definitywnie i takiego wariantu). Protesty społeczne w państwie którego władze podporządkowane były Rosji wznieciły raczej kraje zachodu, które poprzez oddolną wymianę tych władz chciały zmienić stosunek sił w rejonie. Nie przewidziano jednak wariantu, że obalenie rządzących twardą ręką dyktatorów spowoduje tak szybki rozwój grup ekstremistycznych, które teraz pod znakiem Państwa Islamskiego weszły do gry i poprzez swe barbarzyńskie praktyki sprowokowały fale uchodźców. Nie możemy przy tym zapominać, że swój wkład w tą sytuację ma także ONZ, które ostatnio wstrzymało w tym regionie pomoc humanitarną.  Niemniej bo bez względu już na przyczyny i krzyżujące się tam interesy wielu państw, poza muzułańskimi przywódcami religijnymi, tylko Rosja wydaje się być zainteresowana by ta fala rosła i rozlewała się możliwie daleko po Europie. Oni wiedzą, że dla Zachodu to będzie potężny kłopot logistyczny i przyczynek do wielu sporów, co zresztą już obserwujemy. Ale wie też, że za parę lat gdy ci muzułmanie osiądą na dobre na nowej ziemi i zaczną się rozmnażać w tempie znacznie większym niż zliberalizowani Europejczycy, z czasem podniosą spuszczone dziś pokornie głowy i zaczną rozsadzać kolejne państwa od środka. Tym którzy myślą, że przesadzam polecam przejażdżkę paryskim metrem lub spacer ulicami większych miast Niemiec po których biegają gromadki śniadych dzieci. Jeśli ten problem będzie narastał a wiemy, że będzie bo tam działa zasada im więcej dzieci tym lepiej no i jest jeszcze ta poligamia to Rosji już wkrótce będzie miała całkowicie wolną rękę w ponownym zbieraniu dawnych republik do kupy. Żaden przecież Francuz czy Niemiec nie będzie sobie zawracał głowy jakąś tam Estonią czy Gruzją a jak dobrze huknie to i Polską gdy w stolicach ich państw zaczną masowo wysadzać się w powietrze młodzi muzułmańscy chłopcy, którym obiecano po śmierci niebo i gromadę dziewic. Dlatego uważam, że Rosja ma w tym plan i jest on taki by tych uchodźców odpowiednio i w miarę równolegle rozlokować we wszystkich państwach unijnych a potem już tylko czekać nieuniknionego. Właśnie przeczytałem w Onecie, że kraje UE osiągnęły konsensus w sprawie równego podzielenia pomiędzy siebie 120 tysięcy syryjskich emigrantów. To ma być potężne przedsięwzięcie relokacji tysięcy ludzi bez jakiejkolwiek możliwości ich identyfikacji bo większość z nich zgubiła dokumenty inni zaś zwyczaje je wyrzucili. No to teraz już chyba bez wyjątku możemy wspólnie zgodzić się w stwierdziu, że tak drastyczne dla całego kontynentu decyzje mogą zapadać li tylko dzięki rosyjskiej agenturze zlokalizowanej w decyzyjnych ośrodkach Brukseli, prawda? 

Na podsumowanie tej części notki wypada jeszcze stwierdzić, choć to może się wydać bulwersującym, że obaleni "dyktatorzy" byli najlepszym gwarantem spokoju w tamtym rejonie. Gdy tylko ujawniała się jakakolwiek grupa ekstremistyczna odpowiednie służby bez zadawania zbędnych pytań eliminowały delikwentów tłumiąc tym samym rozwój ośrodków terrorystycznych w zarodku. Z chwilą gdy zabrakło ich twardej ręki i nie było już komu przycinać stale odrastających pędów zła, rozwinęło się ono do rozmiarów Państwa Islamskiego. Państwa, które nie tylko nakazuje niszczyć zabytki co przede wszystkim wprowadziło na podległych sobie terenach prawo znacznie surowsze od obowiązującego za czasów poprzedników. Aż dziw bierze, że i tym razem nie ma chętnych by wychodzić na ulicę, protestować, obalać tyranów, prawda? 

Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 14 września 2015

Über alles?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

A zatem stało się to co się musiało stać. Niemcy, mianowicie, zamknęli swoje granice. Wbrew prawu unijnemu, wbrew europejskim traktatom, wbrew europejskiej konstytucji. Jak gdyby nigdy nic. Bez choćby śladu pozorów. A ja sobie myślę, że jednoznaczna i bezdyskusyjna korzyść z tego dla nas jest taka, że może niektórzy z nas przynajmniej zorientują się, na czym polega system, który powszechnie nazywamy Unią Europejską. Otóż układ jest taki, że rządzą Niemcy i to co Niemcy zadecydują, obowiązuje resztę towarzystwa. Niemcy postanowili, że w ramach solidarności ogólnoeuropejskiej, wszyscy otwieramy granice, a kto będzie marudził zostanie do tego zmuszony siłą (Schultz), a na to oczywiście polski rząd grzecznie położył uszy po sobie i zadeklarował pełne posłuszeństwo. Dziś Niemcy, uznawszy, że ich wyliczenia okazały się błędne – lub może globalna polityka zmieniła kierunek – granice zamykają, a my zostajemy z tym smutnym oświadczeniem polskiego Episkopatu, że Caritas w pełnej gotowości czeka na decyzje polskich władz.
Rzecz w tym, że nie ma czegoś takiego jak polska władza. Mamy wyłącznie bandę tanich cwaniaków, którzy nie są w stanie wykonać jednego kroku bez odpowiednich instrukcji z zewnątrz. Pozostaje nam więc już tylko zawołać: Niech żyją Węgrzy, niech żyją Czesi, niech żyją Rumuni, niech żyją Słowacy, niech żyje Polska!


Archeologia w islamie czyli zmiana charyzmatów imperialnych

Autor: Gabriel Maciejewski (toyah)

Większość tak zwanych wykształconych ludzi wierzy, że badania prowadzone w dziedzinach, nie wiedzieć czemu zwanych humanistycznymi to kwestia nie do podważenia, aktywność inspirująca, wewnętrznie piękna i spójna, a także mająca przeszłość i przyszłość. Nie niepokoją tych biedaków nawet tak spektakularne fakty jak dewastacja zabytków i stanowisk archeologicznych przez członków ISIS. A jeśli niepokoją to nieznacznie, tyle jest bowiem ciepłych stanowisk i posadek w świecie uczelnianym i pokrewnych światach, tyle jest miejsce do zasiedlenia, że zniszczenie Palmiry, Perty czy innych stanowisk nikomu nie spędza snu z powiek. Poza tym każdy wie, że armie tak zwanego zachodu, kiedy wkroczyły do Iraku zachowywały się może troszkę lepiej niż ISIS ale to tylko dlatego, że poprzestały na kradzieży i paserce, nie dewastując cennych obiektów. No, ale gdzie są dziś tak pracowicie gromadzone w muzeach bagdadzkich artefakty z czasów babilońskich i asyryjskich? O to należałoby spytać żydowskich pośredników w handlu antykami działających na terenie USA i Wielkiej Brytanii. 

Muzułmanie z ISIS niszczą najcenniejsze zabytki odkopane przez europejskich archeologów. Trzeba więc zadać sobie pytanie co to znaczy, jakiego rodzaju event mamy przed oczami. Tłumaczy się nam, że to jest zacieranie pogańskiej przeszłości na chwałę Allacha i proroka Mahometa. Otóż nie, to jest coś innego zgoła. To jest wymazywanie śladów politycznej obecności europejskich imperiów na Bliskim Wschodzie. A skoro tak rozważyć wypada kolejne kwestie. Jak to jest, na przykład, że poza walką i seksem arabski mężczyzna nie daje się nakłonić do żadnej fizycznej aktywności, jak jest w bardzo trudnym położeniu będzie sprzedawał kebaby, ale to zajęcie dla jakichś nierozgarniętych nędzarzy bez pomysłu i kontaktów w różnych agencjach. Normalnie oni nie robią nic, poza wymienionymi wyżej czynnościami i paleniem fajki wodnej. No i nagle telewizja pokazuje tych facetów jak z ciężkimi młotami w rękach latają po salach muzealnych i rozwalają te asyryjskie posągi. To jest poważny wysiłek, żartów nie ma. Ktoś powie, że niesie ich nienawiść i gorliwość religijna. Akurat. Takie rzeczy to możecie opowiadać Janowi Tomaszowi Grossowi. On z pewnością w nie uwierzy. Ktoś im za to płaci, to jasne. Ktoś tych ludzi wynajął, żeby niszczyli zabytki. Jeśli uznamy dewastowane obiekty za imperialne charyzmaty Brytyjczyków, albo ogólnie Zachodu, wypada zapytać kogo najbardziej interesuje zatarcie tych śladów, tych gigantycznych posągów pychy imperialnej, która kazała przerzucić miliony ton piachu i kamieni, by odsłonić wielkie pogańskie miasta? No, chyba tych, którzy rządzili tam przed Brytyjczykami, czyli Turków, a mówiąc wprost premiera Erdogana i jego kolegów. Na to wychodzi i inaczej być nie chce. Oczywiście można mówić o fanatyzmie, ale doświadczenie i historia uczą, że fanatyzm to jest masa plastyczna, fanatyzm bez jedzenia, picia, taniego burdelu i narkotyków nie działa. Jedyni, którym udało się oszczędzić na kosztach fanatyzmu to bolszewicy, ale oni w miejsce narkotyków, burdeli i jedzenia wprowadzili oddziały zaporowe, tak pięknie pokazywane w filmach Nikity Michałkowa. To wystarczyło, by stymulować fanatyzm żołnierza radzieckiego. 

Wracajmy do archeologii. Postawmy taką oto hipotezę: przeszłość zawsze jest ukradziona. Nie dość, że jest fragmentaryzowana przez idiotyczne metody badawcze, nie dość, że wykorzystuje się ją do doraźnej propagandy, to jeszcze zawsze musi być ukradziona. W sensie dosłownym, poprzez kradzież zabytków do muzeów, oraz w sensie metaforycznym poprzez sugestię, że imperia współczesne są dziedzicami imperiów starożytnych i proponowany przez nie ład nie opiera się na nagiej sile, ale na tradycji. Jakiej? Pogańskiej rzecz jasna. 

Idźmy dalej. Co jest najwdzięczniejszym obiektem badań archeologicznych? Świątynie. Czy współczesne imperia mają jakieś świątynie, takie które mogłyby być nazwane ich własnymi w sensie dogmatycznym? Nie, nie mają. Poza bankami i armią współczesne imperia nie dysponują żadnymi świątyniami. Mogą co najwyżej roztaczać opiekę nad kultem. I tu znamienne jest to przekształcenie się księcia Karola z obrońcy wiary w obrońcę wiar. To jest znak wyraźny, że Imperium się odradza. No, ale jak widzimy po poczynaniach ISIS na Bliskim Wschodzie nie ono jedno. No i widzimy też, że jeśli idzie o charyzmaty naszego ulubionego imperium to są one dewastowane w sposób modelowy i systematyczny. W dodatku jeszcze są one niszczone przez pośrednika, sprawca rzeczywisty jest ukryty. Pośrednik zaś przyjmuje na siebie całe odium i wściekłość tak zwanego cywilizowanego świata. Napisałem „wściekłość”? Przepraszam, o żadnej wściekłości nie ma dziś mowy. Imperialni uczni milczą, bo wiedzą doskonale o co chodzi. Głos zabierają tylko polscy archeologowie i jak zwykle pieprzą oni o wspólnym dziedzictwie kulturowym i innych, podobnych dyrdymałach. To jest typowe dla ludzi, którzy nie rozumieją w czym uczestniczą. Tym biedakom wydaje się, że sensem archeologii jest ratowanie zabytków przeszłości i gromadzenie jak największej ilości śmieci w muzeach, do których zapędza się potem szkolne wycieczki. To jest postawa typowa dla aspirujących głupków, kolejny kult cargo w wydaniu lokalnej, naszej czeredki. Im się zdaje, że Arsenał w Warszawie to prawie to samo co British Museum. Otóż jest to zgoła coś innego. Muzeum archeologiczne, narodowe i inne polskie muzea, to tylko naśladownictwo fragmentu imperialnej polityki Wielkiej Brytanii i Niemiec sprzed 200 lat. Nic więcej. To jest juma wewnętrzna, bo tamci przynajmniej zwozili fanty ze świata. Nasi kradną u siebie i stworzyli przy tym kastę, która rości sobie prawo do wszystkiego co leży w ziemi, nawet jeśli nie ma pojęcia co to jest i nikt z nich nie uczynił ani jednego kroku, ani nawet nie pomyślał o tym, by to coś znaleźć i wydobyć. 

Jak wiecie zapewne prawo w Wielkiej Brytanii działa tak, że lokalni poszukiwacze skarbów stają się właścicielami tego co znajdą, a Korona ma jedynie prawo pierwokupu i sporządza dokumentację znaleziska, a czasem jeśli jest ono duże pomaga znalazcy je wydobyć z ziemi. On zaś, jeśli nie odkopał skarbu na swoim terenie musi się podzielić znaleziskiem z właścicielem gruntu. To też jest element polityki imperialnej, która integruje poddanych. Tak to zostało pomyślane. W Polsce jak wiemy jest inaczej, każdy kto wykopie coś z ziemi jest z miejsca przestępcą lub potencjalnym przestępcą, grozi mu areszt, grzywna i konfiskata. Sensem tego prawa nie jest integracja obywateli wokół idei wspólnego dziedzictwa, ale wyodrębnienie spośród tychże obywateli hierarchicznej kasty pośredników zajmujących się obrotem wykopanymi lub ukradzionymi fantami. Jak wszyscy wiemy organizacje hierarchiczne o charakterze lokalnym podlegają – o ile nie służą doktrynie obowiązującej lokalnie lub jakiejś innej niż imperialna doktrynie uniwersalnej – organizacjom imperialnym. W posłuszeństwie utrzymywane są zaś poprzez systemy subsydiów i grantów, a także wtajemniczenia. Imperiom – czego uczy nas przykład prawa dotyczącego skarbów znalezionych w brytyjskiej ziemi – zwisa, gdzie fanty będą się znajdować, byle tylko były pod kontrolą zaufanych ludzi i spoczywały miękko w wyściółce propagandowej, której centralnym i najważniejszym momentem jest tak zwane wspólne dobro. Jeśli coś znajdziesz w ziemi to nie jest to twoje, ale należy do skarbu państwa. Otóż nie, to nie należy do skarbu państwa, bo nasze państwo nie prowadzi żadnej uczciwej polityki wobec swoich obywateli i wobec swojej przeszłości. Muzea zaś, gdzie gromadzone są artefakty to jedynie imperialne magazyny przedmiotów, których obecność świadczyć ma o ciągłości imperialnej tradycji na dużym obszarze. 

Czy już teraz rozumiecie dlaczego z taką zaciekłością islam niszczy zabytki na bliskim wschodzie? Mam nadzieję, że tak. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że to tylko etap. Niszczenie tradycji imperialnej, tradycji zachodu zbudowanej w XVIII i XIX wieku to dopiero początek. Imperia mogą nagle zmienić doktrynę i okaże się, że muzea nie są im do niczego potrzebne, a to co do tej pory uważane było za wartościowe, o ile nie jest wykonane ze złota, trafi na śmietnik, albo na materiał do utwardzania dróg. Już raz to widzieliśmy w innym nieco wymiarze. Im więcej muzeów powstawało na świecie im większe obszary włączano w programy badań wykopaliskowych tym sztuka stawała się coraz bardziej odjechana i nieczytelna. Imperiom nie zależy bowiem na wychowywaniu mistrzów. Wszelkie bowiem przejawy geniuszu muszą być zawłaszczone. Jeśli nie ma mistrza, albo jest on martwy, pojawia się miejsce dla kogoś, kto o martwym mistrzu lub jego braku będzie opowiadał, kto będzie stał na straży tego pustego miejsca po artyście wybitnym. I to zawsze będzie urzędnik imperialny, nazywany czasem kustoszem, a czasem kuratorem wystawy. Tak zwana współczesność zadowala się płytką hucpą, która nie ma nic wspólnego z warsztatową praktyką, albo pośrednictwem. A ta doskonałość i mistrzostwo skąd się brały, spyta ktoś. Z wiary. Kościół nie budował muzeów, ale świątynie, nie kształcił urzędników, ale artystów, nie zmuszał do uczestnictwa w hucpie, ale dawał wolność i stwarzał kanony. A co najważniejsze stworzył rynek sztuki i system edukacji artystycznej. Dziś zaś ludzie stojący na straży przedmiotów, którym odebrano pierwotną funkcję, na polecenie organizacji imperialnych, wypożyczają je prowokatorom medialnym, po to, by ci mogli zdewastować tę i tak już prawie nieważną funkcję. Tak było z pamiętnym sprofanowaniem krucyfiksu w Zamku Ujazdowskim. Ten szmaciarz, zwany artystą, pożyczył sobie legalnie, w majestacie prawa krucyfiks z muzeum, potem się rozebrał i kładł się obok wyobrażenia Chrystusa. To jest coś, co nasze, tak wrażliwe na los pamiątek przeszłości państwo akceptuje w pełni. Jeśli ktoś zaś znajdzie w ziemi guzik od gaci austriackiego żołnierza i zrobi to za pomocą kupionego legalnie detektora jest przestępcą. 

To wszystko jednak jest, jak powiadam, dopiero początek. Kulminacja już nadchodzi i będzie nią burzenie świątyń i palenie zabytków sztuki chrześcijańskiej. Czyli mówiąc wprost niszczenie pamiątek po jedynej organizacji, która potrafiła się przeciwstawić ładowi imperialnemu. Nie łudźcie się bowiem, że imperia zachodu przeciwstawią się tym, reaktywowanym na wschodzie uzbrojone w doktrynę, którą już znacie. To się nie uda, nadchodzi bowiem zmiana imperialnych charyzmatów, muzea już nie będą miały znaczenia, podobnie jak starożytna architektura. Inne sprawy zajmą miejsce centralne w kulcie imperialnym. Głównym zaś wrogiem jednych i drugich będzie jak zwykle Kościół. No i my, ludzie, którzy nie nadajemy się na imperialnych urzędników, my ludzie wolni. 

sobota, 12 września 2015

Na marginesie dojazdów

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Księża rzadko muszą dojeżdżać do pracy. Ba! Są nawet parafie, których kościoły i plebanie mieszczą się pod jednym dachem, także przy braku kapłańskiej wrażliwości można wyjść do ołtarza w kapciach. Czasem trzeba przejść kawałek, ale pewnie w skali kraju jest to średnio po kilkadziesiąt metrów, nie więcej. Nie ma potrzeby wyjeżdżać z garażu. Czasem jednak proboszcza nachodzi coś takiego, że reformuje łazienkę lub mieszkanie wikarego i w takiej sytuacji może nie być wyjścia. Tak właśnie miałem ostatnio, w tę i z powrotem kilkanaście kilometrów, ku radości rodziców, że synek znów pod domowym dachem. Jadąc coś tam obserwowałem i rozmyślałem, w  dość szerokim zakresie tematycznym, od ornitologii przez stoicyzm po teologię moralną. Oto, co postanowiłem z tych rozmyślań spisać:

Trasa, którą pokonywałem, wiodła przez rozległe pola. Pejzaż bardzo piękny, z którego najbardziej poruszające są figurki ludzi zbierających plony – symbol uniwersalnej, ludzkiej pracy, dzięki której świat nasz jeszcze stoi. Przesuszone pola kapusty, wypłowiałe ścierniska, tu i ówdzie łąki pozwijane w wielkie bele siana – płasko, daleko, w nocy na pewno pod potokami gwiazd, gdzieś z boku rzeka lasu. Jako dziecko, gdy jechałem z tatą głośną i trzęsącą ciężarówka, nuciłem w takim krajobrazie znany motyw z serialu o Małym rycerzu, ten o „stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz…” Pasuje ta piosenka i teraz też mi się przypomniała, gdyż ilekroć tamtędy przejeżdżałem zza dnia, widziałem, jak przecinają mi drogę, szybując kilkanaście metrów nad drogą, ostre sylwetki drapieżników. Ponieważ musiałem pilnować drogi i tylko kątem oka je śledziłem, identyfikacja zajęła mi bardzo długo; bądźmy szczerzy, nie jestem dobrym ornitologiem, potrafię pomylić myszołowa z jastrzębiem, a jak ostatnio nazwałem małego, brązowo-burego ptaszka wróblem, to lepszy znawca spokojnie pouczył mnie, że to mazurek, z wróblowatych co prawda, ale wcale nie wróbel! Okazało się jednak, że mam szczęście, gdyż identyfikacja okazała się prosta. Musiałem po prostu sprawdzić, który z drapieżnych ptaków polskiego nieba ma wyraźnie rozdwojony ogon. Okazało się, że tylko jeden.

Miałem więc szczęście, że jednego dnia, gdy zjeżdżałem z niewysokiej górki, naprzeciw mnie na chwilę zastygła kania ruda, pokazując swoją piękną sylwetkę. Sprawdziłem – chociaż jest to u nas ptak nieliczny, to lubi właśnie takie tereny, pola, graniczące z lasami, najlepiej podmokłymi. No i rolnictwo starego typu. Nadmierna mechanizacja i nowoczesne metody uprawy jej nie odpowiadają. W naszym kraju są jeszcze kanie czarne, które mają właśnie inny kolor i mniej wycięty ogon niż ich krewniaczki, no i lubią bardziej podmokłe tereny. kania to piękny ptak. Jest prawdziwą ozdobą krajobrazu, przynajmniej dopóki nie jesteś kretem lub jakimś małym gryzoniem – im kania ma prawo kojarzyć się dużo gorzej. Czasem do swej diety włącza ryby, padlinę i owady. Po rozpoznaniu kani, gdy znów jechałem moją drogą do kościoła przyszło mi do głowy, że to zainteresowanie ptakami jest trochę dwuznaczne. Ot, taka ciekawostka – stwierdzić, co tam lata po niebie? A na ziemi, jak oznajmiają mi po kolei stacje radiowe, trwa wielki dramat. Głosy polityków, intelektualistów, duchownych, imigrantów, mnóstwa ludzi, którzy mówią i myślą na kształt wielkiej orkiestry, na którą ktoś rzucił zły czar. Wszyscy na raz stroją instrumenty, układają kartki beznadziejnie pomieszane. Grają każdy sam, tak, że nikt nikogo nie słyszy i nawet nie próbuje słuchać.

Jednym ze skutków ubocznych medialnego jazgotu jest niepokój sumienia. Jest on rodzajem bezradności, którą chętnie opisywali poeci XX wieku. Jest to u Barańczaka, a także u Herberta – zwykły człowiek otwiera poranną gazetę i styka się z cierpieniem innego człowieka, któremu nie może w żaden prosty sposób pomóc. Gdy człowiek jest poruszony tekstem lub zdjęciem i chciałby, naprawdę chciałby COŚ zrobić, żeby fakt, że pije oto poranną kawę w swoim domu, z dala od wojennych frontów, że jedyna okupacja to najstarsza córka w łazience, że żona smaruje chleb dla jego zdrowia masłem beztłuszczowym, że zaraz objadą jak co dzień samochodem szkoły i miejsca pracy, żeby słowem to wszystko, zwykłe życie tu w Europie, nie stało się nagle nieprzyzwoite. Coś zrobić? Czasem taki niepokój z małego pyłku na powierzchni świadomości może urosnąć do rozmiarów kamyka w bucie. Zwykle jest jednak dołączona prosta recepta, jakieś stanowisko, najlepiej czytelne, które trzeba zająć, by niepojęty mechanizm świata uczynić dla siebie czytelnym. By znaleźć się po właściwej stronie, cokolwiek to znaczy.

Jadąc samochodem, po włączeniu radia, poczułem wyrzuty sumienia, że zachciewa mi się patrzeć na ptaki, gdy kawał świata płonie, gdy Europa rozkłada ręce i nikt nie wie, czy to gest powitania, ukrzyżowania czy bezradności. Z pól wjechałem miedzy domy. Ludzie, których sąsiadów odwiedzam w trakcie wizyty kolędowej. Przypomniały mi się te wielkie różnice, jakie wtedy widziałem, po jak różnych planetach dane mi było stąpać – w ciągu pół godziny z marmurowej posadzki na klepisko niemal, potem znów zwykła podłoga i wytarty dywan. Tak różnie ludzie u nas żyją, a to przecież aspekt materialny; są jeszcze ich słowa, myśli, łzy, życiorysy i śmierci, w każdym domu inne. Nie wystarczy wpuścić do Europy miliona uchodźców, jeśli nie interesuje mnie, właściciela samochodu za pół miliona, czy moja sąsiadka ma dość drewna do palenia w kozie; nie wystarczy polubić na internecie szlachetną inicjatywę, gdy nie znam swoich sąsiadów po imieniu.
Gdy wysiadałem z samochodu, by przyszykować się na Mszę, przypomniało mi się, gdzie w Piśmie jest o obserwacji dzikiej przyrody. Jednak nie jest to zupełnie bez głowy, co robię, że sprawdzam, co tam nade mną lata. Księga Rodzaju mówi, że Adam od tego właśnie zaczął, poznawał i nadawał żywym istotom imiona, zanim zaczął czynić sobie ziemię poddaną. Stąd wniosek, że to pożyteczne ćwiczenie duchowne, przyjrzeć się ptakom, ludziom pracującym w polu i tracącym liście drzewom. Poznać alfabet swojego świata. Powiedzieć sobie: zrozumiesz, jak skomplikowane jest życie kani, polującej pośród pól, nabierzesz pokory wobec wielkich młynów ludzkiej historii. Dobrze czasem za pokutę, za swoją ludzką małostkowość, grzech i niemoc, kilka wezwań z wielkiej Litanii Stworzenia.


Władysław Warneńczyk czyli doktryna pozorowana

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Dawno, dawno temu, chyba ze trzy lata wstecz zaprosili mnie do siebie harcerze. Miałem opowiedzieć coś o swoich książkach. Ja nie działałem nigdy w harcerstwie i nie wiedziałem co się tam robi. Okazało się, że niewiele. Poza tym, że człowiek uczy się stawać na baczność, odliczać, porządkować groby bohaterów może jeszcze śpiewać piosenki. I to w zasadzie wszystko. Po spotkaniu tym było mi smutno. Coś tam gadałem tym harcerzom, a oni w przerwach śpiewali dla mnie piosenki. Całość wyglądała, jak zaplanowany przez kogoś dawno temu, a dziś już nie działający mechanizm promocyjny bardzo nieudanego produktu. Myślę – taka mała dygresja – że harcerstwo w Polsce nigdy nie będzie autentyczne, poza okolicznościami okupacyjnymi, bo większość przygód, w których biorą udział skauci z krajów zachodnich, jest u nas po prostu prawnie zakazana. Harcerze mogą więc tylko ćwiczyć się w oddawaniu życia ojczyźnie, walce bez broni z przeważającym i bardzo bezwzględnym przeciwnikiem, albo śpiewać głupie piosenki i nudzić się pod namiotami. Jedna z piosenek, którą mi zaprezentowali opowiadała o wyprawie króla Władysława III na Turków. Był to utwór tak kretyński, że wytrzymałem go z trudem. Dziś po latach mogę już to napisać wprost. Piosenka mówiła o tym, jak to młody król powodowany entuzjazmem źle obliczył swoje szanse i poszedł na pewną śmierć. Konkluzja zaś ostateczna dotyczyła postaw wykonawców utworu, czyli harcerzy, którzy też powinni oddać życie zamiast oglądać się za siebie i szukać jakichś niehonorowych wyjść. Nie wiem kto jest autorem słów tej pieśni, ale powinien się za to pokajać publicznie.

Ostatnio okazało się, że prezydent Andrzej Duda i prezydent Chorwacji pochylili głowy przed pustym sarkofagiem Warneńczyka na Wawelu. Wiele osób uznało ten mało znaczący gest za początek czegoś wielkiego, za pierwszy krok w kierunku budowy Międzymorza. To jest oczywiście nieprawda, to są mrzonki, obliczone na wywołanie krótkotrwałego entuzjazmu. Pojawiły się nawet głosy, że to może być początek czegoś na kształt doktryny politycznej państwa w dodatku ekspansywnej. I to są już całkowite brednie. Zanim zacznę rzecz wyjaśniać pogadajmy chwilę o Chorwatach. O ile pamiętam jeden z najstarszych, uznawanych przez chorwacką historię za ich własny, utworów literackich dotyczy nadziei, jakie mieszkańcy Bałkanów wiązali z domem jagiellońskim. Jest w tym utworze opisana wyprawa, albo tylko nadzieje na wyprawę, którą podejmą Jagiellonowie przeciwko Turkom wyswobadzając południe Europy. To jest oczywiście piękna wizja, ale my doskonale zdajemy sobie sprawę, że Jagiellonowie, ze swoimi tysiącznymi uwikłaniami w politykę, czary, homoseksualizm i długi nie mogli nikogo wyzwolić, ani podjąć żadnej obliczonej na sukces akcji zbrojnej przeciwko przeciwnikowi tak poważnemu jak Turcy. Jagiellonowie mogli być jedynie funkcją polityki organizacji silniejszych i bardziej zdecydowanych. I tak rzeczywiście było. Jak pamiętamy początek epoki Jagiellońskiej to z jednej strony aktywność bankierów żydowskich a z drugiej stała obecność agentów weneckich w Krakowie. Koniec zaś tej epoki to przejście kraju spod wyżej wymienionych wpływów pod kuratelę niemieckich banków z Południa, czyli mówiąc wprost Fuggerów.

Jeśli uświadomimy sobie, jak ważnym elementem w polityce weneckiej była Polska trzeba zapytać co takiego, jaki byt polityczny najbardziej Wenecjanom przeszkadzał w realizowaniu ich polityki ekspansji. Chodzi rzecz jasna o Węgry, nie o Turcję bynajmniej, z którą stosunki Wenecja układała sobie w sposób dynamiczny i prawie zawsze korzystny dla siebie. Po takiej konkluzji wypada zapytać kto był rzeczywistym inspiratorem owego poematu o wyprawie króla Władysława na Turków, stanowiącego dziś tak ważny element chorwackiej historii literatury? Jak pamiętamy wyprawa warneńska zakończyła się klęską ponieważ Wenecjanie nie wywiązali się ze zobowiązań sojuszniczych. A nie wywiązali się, ponieważ najbardziej zależało im na osłabieniu Węgier i dobiciu dogorywającego Bizancjum. To był stały element polityki weneckiej i on się nie zmienił do końca, do momentu kiedy cesarstwo upadło.

Pora teraz na kolejne pytania. Czy kraj taki jak Polska może sobie pozwolić na realizowanie swojej misji, bo o to właśnie chodzi w tych pokłonach przed pustym sarkofagiem, w oparciu o zakłamaną wersję historii, taką wiecie wersję dla niesłyszących harcerzy i mniej zorientowanych blogerów. Ktoś powie pewnie, że niepotrzebnie się czepiam, bo chodzi o to, by prezydenci ładnie wyglądali w telewizji i żeby ludzie mieli jakiś fun, a politykę prawdziwą robi się gdzie indziej. Oczywiście, że tak, przed wojną też się tak robiło politykę, że ludzie mieli fun i święto oraz gawędę o guzikach, a potem się przejście graniczne w Zaleszczykach zapchało. Dwie rzeczy są w tym ważne – nie można budować prawdziwej doktryny na fałszywych danych historycznych i nie można sprzedawać ludziom kitu na uspokojenie, w momencie kiedy wcale nie jest spokojnie. Okay, niechby się wybrali na ten Wawel i złożyli te kwiaty czy co tam mieli zrobić przed pustym sarkofagiem, ale musimy jednakowoż troszkę oprzytomnieć. Prezydent jako urzędnik, jako symbol państwa porusza się w sferze gdzie czynne są inne symbole. Pusty sarkofag, sprowokowana śmierć króla, ponura historia niewykorzystanej szansy, oszukana legenda o ucieczce do Portugalii i rzekomym ojcostwie Krzysztofa Kolumba. Z tego chcą niektórzy ukręcić ten brakujący ogon polskiej polityki historycznej, czyli doktrynę. To jest głupi pomysł.

Niestety żyjemy w trochę innych czasach niż John Dee twórca brytyjskiej doktryny imperialnej. Ona miał łatwiej, wszystkie propagandowe sznurki spoczywały w jego rękach, król Artur, którym się posłużył był postacią nie dość, że mityczną, to jeszcze plastyczną. John mógł dowolnie modyfikować jego przygody i dostosowywać je do aktualnych potrzeb propagandowych korony. Dziś nic takiego się nie uda, tak więc zapomnijmy o poważnej doktrynie zbudowanej w oparciu o oszukane gawędy i harcerskie piosenki. Zapomnijmy, tym bardziej, że w Oksfordzie jest ten cały Modlitewnik Warneńczyka, czyli książeczka pełna czarnoksięskich zaklęć, diabelskich przepisów i różnych ponurych historii atrybuowanych właśnie Władysławowi III. Do tego jeszcze ten jego homoseksualizm, bezskuteczne próby przywołania króla do porządku przez Zbigniewa Oleśnickiego i cała ta katastrofa na koniec. Horror.

Ja oczywiście rozumiem, że wielu osobom ten Warneńczyk i cała ta koncepcja przypominania historii bardzo się podoba, bo można znów zasnąć w spokoju, albo popisać się erudycją na imieninach wujka Władka. Ja rozumiem, że znowu zjawi się tu ktoś, kto będzie porozumiewawczo mrugał okiem i mówił po cichu, że to tak dla pucu. No, ale właśnie tak nie wolno. Nie wolno po cichu twierdzić, że eventy, w których uczestniczy prezydent są niepoważne. One są cholerne poważne, ale trzeba też właściwie odczytywać ich sensy. Pomysł bratania się z Chorwatami nad pustym grobem oszukanego króla uważam za chybiony, to już lepiej było pójść do restauracji bałkańskiej na jagnięcinę i wino. Naprawdę.


 Propaganda państwowa to bardzo ważna rzecz i ona musi być jak najbardziej prawdziwa w sensie literackim i filmowym. Powinna być atrakcyjna, zawierać jak najmniej przekłamań, a jeśli się tego zrobić nie da należy ją przenieść w sferę zjawisk nadprzyrodzonych. I tu powracam to tego co zwykle. Bez świętych Kościoła Powszechnego się nie obejdzie. Już lepiej, żeby prezydent pokłonił się przed grobem św. Stanisława. Myślę, że od tego właśnie należałoby zacząć budowę doktryny państwa wolnego, od zdemaskowania w ujęciu historycznym błędów i nadużyć władzy i wywyższenia św. Stanisława. To się jednak nie stanie i wszyscy wiemy dlaczego. Otóż dlatego, że władza w Polsce upiera się przy rozdziale od Kościoła. To jest błąd, bo John Dee twórca naprawdę poważnej doktryny państwowej zaczął od tego, by połączyć ją z bytem nadprzyrodzonym, nie z Panem Bogiem rzecz jasna, bo Kościół na wyspie został skutecznie zlikwidowany, ale z uświęconą władzą. Jeszcze raz więc powtarzam – rozdział Kościoła od państwa to pułapka zastawiona przez prawdziwy imperializm i herezja manichejska w jednym. Żadne hołdy składane pustym sarkofagom nic nie pomogą. Tym bardziej, że muzułmanie znów są u bram, kraj właśnie został zmuszony do przyjęcia uchodźców z terenów dawnego Imperium Osmańskiego, a tu ten pusty sarkofag. Dookoła same symbole, a ludzie próbują mrugać porozumiewawczo….niech to szlag.

czwartek, 10 września 2015

Ojczyznę wolną pobłogosław

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)
 
 
Jarosław Kaczyński został człowiekiem roku, jak zapewne słyszeliście. To nie jest bynajmniej dobra wiadomość, to jest mniej więcej tak, jakby Józef Piłsudski dostał nagle ni stąd ni zowąd order Lenina i tytuł bohatera Związku Radzieckiego. No, ale niektórzy się cieszą, bo rozumieją, że nie da się inaczej rządzić Polską jak tylko poprzez realizowanie aspiracji tych tam łżeelit i awanse w hierarchiach narzucanych przez obcych. To są niestety projekcje zgubne, a przywyknięcie do takiego sposobu myślenia i klaskanie na cześć, doprowadzi nas do katastrofy. Ogłoszenie Jarosława Kaczyńskiego człowiekiem roku, to jest kolejny symptom fikcji demokratycznej, z którą musimy się zmagać łażąc na te całe wybory. Już wiadomo co i jak będzie, wybory są po to, by ustalić rzecz w proporcjach.
Dlaczego ja się nie cieszę z tego przyszłego sukcesu? Ponieważ podejrzewam już teraz jakimi ustępstwami został on okupiony, podejrzewam, że nie będzie to żaden sukces, ale odroczona katastrofa, tak jak odroczoną katastrofą było odzyskanie przez Polskę niepodległości w roku 1918. Najgorsze co można zrobić bowiem w czasach kryzysu, to słuchać tak zwanych doradców, to są zawsze, podkreślam – zawsze ludzie źle nam życzący. I tak samo jest tym razem. Nie wiem kto tam stoi na zapleczu PiS i kto im doradza, ale to z pewnością jest człowiek, którego ani polska racja stanu, ani doktryna państwa, ani ten tyle razy podnoszony, a wielce komiczny interes narodowy nic nie obchodzi.
Trudno przypuścić, znając z grubsza mechanizmy działające w polityce, że sukces PiS w nadchodzących wyborach oderwany jest od polityki mocarstw na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie. Z pewnością nie jest. Spróbujmy więc jeszcze raz powiedzieć sobie co tam się dzieje. Oto drenuje się cały, duży obszar z ludzi, pod jakiś nowy projekt. Wraz z tymi ludźmi wyjeżdżają terroryści, którzy – mówmy to jasno – ludźmi nie są. Oni potrzebni są w Europie do tego, by – jak to się eufemistycznie mówi – destabilizować sytuację. Co będzie się działo w takim razie w Syrii? Najprawdopodobniej, po ustaleniu jakiegoś status quo dla Ukrainy nastąpi rozbiór tego państwa. Część zostanie przyłączona do Izraela, a część do Turcji, być może znajdzie się tam jeszcze miejsce na jakiś kadłubowy Kurdystan. Polska jest i będzie przez najbliższe lata funkcją tych planów a my będziemy codziennie słyszeć, że wreszcie nasz kraj osiągnął sukces i jest wolny, że wreszcie Jarosław Kaczyński ugryzł żubra w dupę i też żubr pogalopował tam gdzie trzeba. To są głupoty. To są projekcje emerytów, którzy potrzebują, żeby im się marzenia zmaterializowały, a niechby i miały za to płacić następne pokolenia. Jeśli PiS będzie kontynuował politykę PO, w kluczowych dla Polski sprawach, takich jak przyjęcie dużej liczby uchodźców czy innych, to ja nie widzę tutaj tego momentu zysku i sukcesu. Bo chyba nie chcecie mi powiedzieć, że sprzedaż patriotycznych koszulek jest tym triumfem, że nominowanie filmu Skolimowskiego do Złotych Lwów w Wenecji jest tym sukcesem, albo jakaś inna bzdura.
Zaczął się rok szkolny i władza lokalna lata po szkołach szukając oszczędności. Państwo nie utrzymuje oświaty, cedując ten obowiązek na burmistrzów, a ci tną gdzie mogą, a także tam gdzie nie mogą. W tym czasie przedstawicielka tejże władzy co scedowała obowiązek na burmistrzów, ministra Kluzikowa prowadzi regularną wojnę z nauczycielami. Tak więc polityka państwa wobec uczniów, polskich uczniów i polskich nauczycieli jest jawnie wroga. To jest polityka okupanta, którzy trochę się boi, ale już coraz mniej i w tym swoim malejącym z dnia na dzień strachu, ogranicza polskim uczniom dostęp do ważnych i rozwijających zajęć. Bo po co im one? Na zmywaku i tak się nie przydadzą. Niebawem jednak to samo ministerstwo rozpocznie finansowanie bogatych programów służących adaptacji uchodźców w Polsce, uchodźców, którzy w nosie mają i Polskę i edukację. I w nikim to, a najmniej w samorządowcach, nie wywoła zdziwienia. Dlaczego? Bo realna władza jest poza granicami naszego kraju. My zaś nawet nie wiemy gdzie, a co dopiero mówić o tym, byśmy mogli się przeciwstawić pomysłom tej władzy. Rząd jest rządem repliką, to samo mamy z ministrą edukacji. Listkiem figowym całej tej hucpy są samorządy, które wyłaniane są przez kooptację zasłoniętą wyborami lokalnymi. Każdy to widzi i każdy struga głupka, bo liczy na to, że coś na tym skorzysta. Nic nie skorzysta. Dziewczynka zabita w Kamiennej Górze była polską uczennicą, która miała iść we wrześniu do tej zdewastowanej przez Kluzikową szkoły. Została zamordowana przez Turka mieszkającego w Polsce, który nie dostał zasiłku. I to jest symbol nadchodzących czasów. Uczniowie, którymi nie chce się jak należy zająć ani rząd ani samorządy, będą zabijani przez pupilów tegoż rządu i tych samorządów, którzy zostali tu zainstalowani po to, by ktoś mógł zrealizować swoje plany na Bliskim Wschodzie. Czy PiS zamierza to zmienić? Czy PiS zamierza pomóc polskim dzieciom kształcącym się w niedoinwestowanych szkołach, które zmuszane są do robienia idiotycznych oszczędności kosztem najmłodszych? Ja się tego chętnie dowiem przed wyborami. Ja się nie piszę na głosowanie, do którego zachęcać mnie będzie jakaś głupia gęba z palcem położonym na ustach, która wydaje z siebie dźwięk ciiiiiiiiiiiii….ciiiiiiiiiiii, bo się wyda….Wygrajmy najpierw, a potem im pokażemy….To są idiotyzmy. Już wszystko jest jasne, PiS idzie do władzy, a ja teraz chcę się dowiedzieć czyje interesy będzie realizować ta partia. Nie interesują mnie kariery jej poszczególnych członków, nie interesują mnie symbole na koszulkach patriotycznych, ani ten cały patriotyczny rap. Nie interesuje mnie propaganda adresowana do kibiców i wzmożonej patriotycznie młodzieży. To są sprawy nieciekawe z istoty. Bawiło nas to przez jakiś czas, ale już nie bawi. Przechodzimy do konkretów. Mnie oczywiście najbardziej ciekawi kto będzie reprezentował tę tak zwaną prawicę w sferze propagandowej, medialnej. Telewizję Republika i jej czołowych dziennikarzy już sobie tu omówiliśmy, dodać możemy jeszcze to tylko, że w sprawie tej zamordowanej w Kamiennej Górze dziewczynki, ta superpatriotyczna stacja zachowuje się dokładnie tak jak gazownia, która wyłączyła możliwość komentowania pod tekstami o muzułmanach. Cisza. Nie wiadomo kim jest morderca i z jakiej rodziny się wywodził. Ja tylko przypomnę, że kiedy Mariusz Szczygieł pisał o nauczycielce co zakatowała dziecko, nauczycielce przyjętej do pracy w oświacie za rządów PO, to powoływał się przede wszystkim na jej katolicką rodzinę i nawet pra-pra dziadka z Powstania Listopadowego wyciągnął, żeby pokazać jak mordercze instynkty wywoływane są dzięki kultywowaniu tradycji patriotycznych. Teraz cisza. Media patriotyczne i niepatriotyczne idą ręka w rękę. Dziś z rana zaś na portalu WP ukazał się wywiad z małżeństwem Terlikowskich, którzy w pogodny sposób opowiadają o swoich ekstremalnych, katolickich poglądach, a ile przy tym jest duserów, ile ukłonów ile westchnień pogodnych, ile kręcenia głową i łapania się za nią. A o tej zamordowanej uczennicy Terlikowski nic nie powiedział i dziennikarz go o to także nie zapytał. Takie sprawy pana Tomasza nie obchodzą? A to czemu? Taki z niego katolicki talib i co, milczy w tej jakże istotnej kwestii?
Na naszych oczach tworzy się alternatywne państwo, dla którego my będziemy tylko kłopotliwym dodatkiem. Organizacje zwane pomocowymi, które służą do transferowania dużych sum na projekty polityczne, już szykują się do tego by wejść do Polski i zająć się uchodźcami, by podłączyć się do budżetu państwa i stworzyć wspólny, pasożytniczy system, który coś nam tam rzucić od czasu do czasu, jakiś ochłap, ale to też tylko wtedy kiedy podniesiemy wielki wrzask. Nie wcześniej. W tym czasie ludzie tacy jak Wałęsa, wspomniany Terlikowski i inni wyznaczeni do odgrywania roli autorytetów będą opowiadać w telewizji o tym, jak chętnie przyjęliby uchodźców, tylko wcześniej muszą zapytać żony. Bo oni tacy są wiecie, troszkę pierdołowaci, jak większość Polaków. Tu w ogóle nie o to chodzi. Szykowany jest wielki pomocowy program, wielkie pomaganie za ogromne pieniądze, które odbywać się będzie naszym kosztem, na naszym terenie i na naszą szkodę. I to widać już dziś, po wzrastającej aktywności propagandystów. Pytanie istotne brzmi: jak wobec tego zachowa się PiS?

Czy przemysł pogardy organizuje walki psów?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)
 
Zdaję sobie sprawę oczywiście z tego, że dzisiejsze refleksje w pewnym sensie dotyczą kwestii tak oczywistych i dawno zamkniętych, że poświęcanie im jakiejkolwiek uwagi jest co najmniej żenujące. Mam jednak przy tym wrażenie, że, choć faktycznie sprawa jest dramatycznie jasna, właśnie przez ową jasność, ona z biegiem czasu do tego stopnia się strywializowała, że wielu z nas – a ja z całą pewnością – zatraciło czujność, której, jak wiemy, tracić pod żadnym pozorem nie wypada.
Żeby pokazać, o co mi chodzi, proponuję, byśmy wrócili pamięcią do dnia zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy i sposobu, w jaki ów dzień został uczczony przez ogólnopolskie stacje telewizyjne. Z jednak strony, jak pamiętamy, od rana do końca dnia każdy krok Prezydenta był z pełną uwagą relacjonowany, żadne jego słowo, czy jego gest nie został ani zmanipulowany, ani choćby ocenzurowany, atmosfera przez cały dzień była odpowiednio poważna i uroczysta, natomiast kierownictwo stacji – w tym wypadku, rzecz akurat dotyczy TVN24 – stanęło wręcz na głowie, by, jak rozumiem, w celu zrównoważenia emocji, do komentowania dnia niemal wyłącznie wynająć osoby, które przez minione lata zasłynęły z niekontrolowanej nienawiści do PiS-u. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że wśród tak zwanych „ekspertów”, ni stąd ni z owąd, pojawił się, nieobecny w TVN-ie od lat, niejaki Kucharczyk, a więc jeden z tych, którzy swoją wytrwałą aktywnością, swego czasu wykreowali choćby takiego Cybę.
Oglądaliśmy więc transmisję z kolejnych uroczystości, tak obiektywnie istotnych dla polskiego państwa, a w tle od rana słychać było najzwyklejsze szczucie. Z jednej strony widzieliśmy Andrzeja Dudę niesionego w tym strasznym upale entuzjazmem zgromadzonych ludzi, a w tle wylewała się owa nienawiść. A ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że to z czym mamy do czynienia, to nie manipulacja, nie propaganda, a nawet nie polityczny dyskurs, ale cały sens tego, czym są dzisiejsze media, czyli właśnie szczucie jednych przeciwko drugim. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli faktycznie współczesne media stworzyły ów tak zwany „przemysł nienawiści”, to nie dlatego, że nastał polityczny czas, który od nich tego wymagał, ale dlatego, że im już znacznie wcześniej z ekonomicznego rachunku wyszło, że tylko eksploatując nienawiść, zło i to co w człowieku małe i podłe, odniosą komercyjny sukces. Politycy natomiast uznali jedynie, że gwarancją ich sukcesu będzie sprowokowanie sytuacji, gdzie owe media, takie jakie one są i być nigdy nie przestaną, staną się narzędziem bezpośredniej polityki.
Ja oczywiście wiem, że i Monika Olejnik i Andrzej Morozowski i Maciej Knapik mają swoje poglądy i to właśnie dzięki owym poglądom są jeszcze tam gdzie dziś są, natomiast jeśli wspomniana Olejnik do swojego programu niezmiennie zaprasza Janusza Palikota, to wcale nie dlatego, że ona go jakoś szczególnie szanuje, czy uważa jego poglądy za szczególnie inspirujące, ani tym bardziej przez to, że kazała jej Platforma Obywatelska, ale dlatego, że on jest niezwykle cennym narzędziem do utrzymania odpowiedniego napięcia, które najlepiej będzie jeśli się skończy kolejnym morderstwem, bo wtedy będzie można otworzyć nowy temat, co zwiększy tak zwaną „oglądalność”.
Dlatego też wcale nie jestem pewien, czy kiedy 6 sierpnia telewizja TVN od rana do wieczora udzielała głosu osobom, którzy wyłącznie prezydenta Dudę opluwali, robiła to dlatego, że skłoniły ją do tego jej polityczne afiliacje. Moim zdaniem, pierwszym celem tego ruchu było podtrzymanie atmosfery konfliktu, bez której oni stracą rację bytu.
Tak sobie o tym myślę i nagle przypominam sobie pierwsze dni po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to na chwilę cała ta nienawiść, która doprowadziła do owego nieszczęścia, jakby wyparowała, tylko po to, by powrócić ze zdwojoną siłą już chyba we wtorek. Wówczas wydawało mi się, że za tym stoi polityczny plan nie dopuszczenia do utraty władzy przez sprawców owej tragedii. Dziś jednak mam bardzo silne poczucie, że o ile faktycznie po stronie Platformy Obywatelskiej cel był właśnie taki, media, a więc ci, którzy doprowadzili do owej eskalacji, wykonywali tylko swoją pracę. Oni znakomicie zdawali sobie sprawę z tego, że o ile nie uda im się osiągnąć wcześniejszego poziomu społecznego napięcia, ludzie przestaną oglądać telewizję, a oni sami zaczną tracić finansowo. Nikt bowiem nie będzie miał ochoty oglądać politycznych debat, gdzie siedzi dwoje polityków, jeden drugiemu nie przerywa, drugi pierwszego nie obraża, a wokół panuje atmosfera powagi i troski o sprawy publiczne. Dlatego właśnie niemal w jednym momencie na pierwszy plan zostali wysunięci Kazimierz Kutz, Janusz Palikot, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski, czy Andrzej Wajda, a więc ludzie, którzy gwarantowali, że po obu stronach sceny dojdzie wkrótce do nowej histerii. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby taka Krystyna Pawłowicz, czy Antoni Macierewicz tylko chcieli regularnie występować w programach telewizyjnych, tak jak dziś taki choćby Marian Piłka – a, jak wiemy, oni się do tego nie palą – codziennie mielibyśmy autentyczne mordobicia, a na ulicach regularne strzelaniny. Monika Olejnik nie dlatego nie zaprasza do siebie Macierewicza, by on się wziął za łby z posłem Rutnickim, dlatego, że nie wypada, albo jakoś straszno. Ona tego nie robi, bo wie, że on i tak nie przyjdzie. Rutnicki – owszem. Macierewicz – nie.
Żeby pokazać, jak to wszystko działa, będę musiał odwołać się do przykładu z najbliższego otoczenia. Otóż jeden z naszych bliskich znajomych, samotny wdowiec, człowiek już mocno starszy, pobożny, niezwykle uczciwy i porządny, o od zawsze bardzo tradycyjnych poglądach, od wielu już lat spędza czas pielęgnując w sobie szczerą i niczym niezakłóconą nienawiść do PiS-u i wszystkiego, co się z PiS-em choćby pozornie wiąże, a więc na przykład do kibiców Legii Warszawa, czy Victora Orbana. Gdy chodzi o spędzanie czasu, to on cały boży dzień ogląda telewizję TVN24, a że, jak już wspomniałem, jest człowiekiem samotnym, wszystko, czego się przez cały dzień dowiaduje, wypełnia go po brzegi, gotuje się w nim i w efekcie go niszczy. W związku z tymi emocjami, zerwał już praktycznie kontakty z wszystkimi znajomymi, którzy popierają PiS i jedynym jego już zmartwieniem jesteśmy my. Gdyby nie to, że z nami nie ma jak porozmawiać, jemu z całą pewnością byłoby lżej. Przez nas natomiast bardzo cierpi.
Ja pamiętam dwa momenty, kiedy ów starszy pan złagodniał. Pierwszy to w sobotę 10 kwietnia. Pamiętam nawet, jak wtedy, czy może w niedzielę, powiedział nam, że jemu jest przykro z powodu tego, co on mówił i myślał o Lechu Kaczyńskim jeszcze w piątek wieczorem, a kiedy ogląda te zdjęcia, co oni pokazują w telewizji, to widzi, że oni jako małżeństwo bardzo ładnie razem wyglądali. Wszystko skończyło się po paru dniach i trwa nieprzerwanie do dziś. Drugi moment owego uspokojenia pojawił się na chwilę, kiedy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie. On wprawdzie na Dudę nie głosował, jednak przyznał, że on „do niego akurat nic nie ma”, natomiast nie lubi PiS-u, więc… sami rozumiecie.
Parę dni temu zadzwonił do nas, zaczął krzyczeć, że on nienawidzi tego „wszawego towarzystwa” i że każdy porządny Polak wie, że „Duda to Maliniak”. Otóż ja nie wiem, skąd on wziął to „wszawe towarzystwo”, natomiast na ile go znam, to wiem, że on sam tego nie wymyślił. „Wszawy” to nie jest słowo z jego słownika. On musiał je usłyszeć gdzieś w telewizji i mu się spodobało. Natomiast doskonale wiem, skąd się wziął ów Maliniak. Oglądałem niedawno „Szkło Kontaktowe” i w pewnym momencie zadzwoniła jakaś pani i powiedziała, że Duda to Maliniak z „Czterdziestolatka” z tą różnicą, że jeszcze gorszy, bo prawdziwy Maliniak przynajmniej coś zbudował – na przykład Dworzec Centralny – a Duda wszystko burzy. Usłyszałem więc tego Maliniaka i zrozumiałem, że tak to właśnie było zaplanowane, by nasz znajomy go usłyszał, zapamiętał i się zdenerwował.
I teraz chodzi o to, że, moim zdaniem, oni to robią nie po to, by ten czy inny człowiek głosował na Platformę, Komorowskiego, Kopacz, czy Siemoniaka. Z tego co ostatnio widzimy aż nazbyt wyraźnie, jest wręcz odwrotnie: im zależy, żeby Platforma, Komorowski, Kopacz i Siemoniak zostali w tych wyborach tak upokorzeni, i żeby to upokorzenie z jednej strony było tak bolesne, a z drugiej strony, żeby zostało przedstawione na tak wstrząsającym tle, by triumf Prawa i Sprawiedliwości niczego nie uspokoił, lecz spowodował tylko jeszcze większe napięcia. Oni się zachowują jak organizatorzy walk psów, dla których sam wynik walki ma znaczenie o tyle, o ile spowoduje po obu stronach jak największą wściekłość i stworzy odpowiedni nastrój na przyszłość. Oni naszemu znajomemu, a przy okazji wielu innym w gruncie rzeczy dobrym, łagodnym i porządnym ludziom, podsuwają pod nos tego Maliniaka dokładnie tak, jak tamci specjaliści od psów, drażnią je, by były gotowe przeciwnika zagryźć na śmierć. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób inwestycja się zwróci. A wynik, jak mówię, nie ma znaczenia.
I to jest to, czego ja do śmierci nie daruję, dziś już na szczęście dogorywającej, Platformie Obywatelskiej i tym wszystkim, którzy stworzyli dla niej taki a nie inny „spin”. Tego, że oni postanowili osiągnąć sukces, żerując na najniższych ludzkich instynktach, i że do tego celu wynajęli media, mając na uwadze to, co jest w nich najgorsze, a więc owo powszechne pragnienie śmierci.
Parę dni temu oglądałem program prowadzony przez Andrzeja Morozowskiego, w którym do dyskusji na tematy bieżące zostali zaproszeni Zbigniew Girzyński i Stefan Niesiołowski. Zaczął Girzyński, gadał, gadał i gadał, tymczasem Niesiołowski siedział milczący, jakby nie bardzo przytomny, ani nie machał rękami, ani nie robił min, ani tym bardziej Girzyńskiemu nie przerywał, a ja zauważyłem, że Morozowski jest jakiś niezadowolony. Wreszcie Girzyński skończył, odezwał się Niesiołowski, a na twarzy Morozowskiego pojawił się szeroki, pełen upiornej wręcz satysfakcji, uśmiech. I taki już pozostał do końca programu. Jeśli ktoś myśli, że to dlatego, że Morozowski i Niesiołowski to kumple, jest w ciężkim błędzie.