whos.amung.us

czwartek, 6 sierpnia 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (trzecia, spóźniona część opowiadania:)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

– Myślę, że to dobry moment, by wprowadzić nieustającą nowennę do św. Antoniego – powiedział proboszcz i wypił trochę kawy.

– A wy jak myślicie, chłopcy?

Pytanie było skierowane mężczyzn, zajmujących wielkie fotele i kanapę, obitą tkaniną w róże, idealnie pasującą do najładniejszego pokoju całej plebanii. Prawie wszyscy księża siedzieli w salonie swojego szefa, zajadając apetycznie wyglądający, biało-czerwony sernik na zimno, z porzeczkową galaretką i była to jedyna osłoda tej chwili. Proboszcz, gdy tylko uporał się ze swoją porcją pysznego, pieczonego kurczaka, kazał gospodyni, by podała deser u niego, co odebrało nieco apetytu wikariuszom. Szykowało się zebranie księży, gwarowo zwane najczęściej, jak Polska długa

i szeroka, „sanhedrynem”. Jak widać, uczestnicy narad duszpasterskich mieli obycie biblijne oraz dystans co do ewentualnego wpływu Ducha Świętego na kształt swoich uzgodnień.

Było to spotkanie nadzwyczajne, gdyż zwyczajnie odbywały się one nie co wtorek po obiedzie, lecz co czwartek wieczorem. Ich organizator i pomysłodawca, ksiądz proboszcz Bossak został za to osobiście pochwalony przez Pasterza całej diecezji.


Był to bowiem, przynajmniej w teorii, czas na dogadanie spraw, na wybranie odpowiedniego kierunku duszpasterskiego, na przekonanie wikariuszy do wizji Bossaka. On też dbał o rytmiczność spotkań, wikariusze przejawiali mniejszy entuzjazm dla takiej formy spędzania wieczorów. Największym sceptykiem był oczywiście ks. Len. Przychodził co prawda dość często, głównie, by uniknąć zarzutów o niszczenie wspólnoty kapłańskiej. Teraz jednak był nieobecny i proboszcz był z tego powodu zadowolony. Oczywiście, przy najbliższej sposobności wypomni to swojemu rezydentowi. Teraz jednak mógł skupić się na papudze bez obawy o komentarze i uśmiechy. Uderzał długopisem o notes, gdzie przed chwilą zapisał sobie dwa podkreślone słowa – „Nowenna- Antoni” i patrzył na reakcję swoich podwładnych. Widział, że młodzi księża nie pałają entuzjazmem. Proboszczowi jednak zależało na powrocie ukochanego ptaka. Teraz postawił filiżankę i zabierając się za sernik, rozwinął myśl:


– Nikt tego nie ma w okolicy, takiej modlitwy za rzeczy zagubione, zwłaszcza za zwierzęta. Rozwojowo można było rozszerzyć nabożeństwo na zagubionych ludzi…

Proboszcz rozglądał się szukając aprobaty. Wikariusze dalej milczeli. Ten, kto pierwszy się odezwie i poprze ten pomysł, najprawdopodobniej będzie odpowiedzialny za jego przygotowanie i poprowadzenie. Proboszcza nie krępowała ta cisza. Bossak rozumiał dobrze sposób działania swojej rady. Postanowił więc usprawnić proces pytaniem, skierowanym do najmłodszego z wikarych

– Piotrze, a ty co sądzisz o tej nowennie? Św. Antoni jest patronem twojej rodzinnej parafii, tak? – chłopak lekko spięty pytaniem, uściślił:

– Nie, sąsiedniej. Ta nowenna, no cóż… modlitwa nigdy nie zaszkodzi, to znaczy, nigdy jej nie za wiele…

Szef wykonał standardowy manewr:

– No właśnie, ty to masz ducha, bracie! Jeszcze oleje nie wyparowały, czuć powiew Ducha, ufność w modlitwę.

Cały wywód trwał jeszcze chwilkę, a zakończył się  wymowną sugestią, że ksiądz Piotr na pewno świetnie by wszystko przygotował. Znów długopis zaskrobał w notesie.

– Poza wsparciem duchowym, musimy podjąć jeszcze jakieś poszukiwania. Chcę, by jeden z was przygotował plakaty i rozlepił je po mieście wspólnie z siostrami, a pozostali by wyszli dziś wieczorem po Mszy na poszukiwanie. Gdy będzie ciemniej, ona będzie mniej nerwowa, może nawet zaśnie gdzieś i łatwiej się ją złapie. Pan Wiesław, nasza złota rączka, obiecał załatwić skądś trzy podbieraki na ryby…

Na wieść o podbierakach i perspektywie  wieczornych łowów na różową papugę, pozostali wikariusze z zazdroscią popatrzyli na ks. Piotra. On szczęśliwie miał już inną funkcję i uśmiechał się lekko z wyrazem ulgi na twarzy. Ksiądz Marek Imański, jak zwykle przezorny, podniósł rękę:

– Zgłaszam się do robienia plakatów, to bardzo dobry pomysł.

Postanowił też wyręczyć proboszcza i zapytał swoich kolegów:

– Na pewno mamy jeszcze wiele dobrych pomysłów, prawda?
Powiódł wzrokiem po milczącej większości. Po kilku urywanych zdaniach i dość długich, cichych pauzach, Marek objawił to, co od początku chodziło mu po głowie. Rozwiązanie bardzo nowoczesne.

– Postuluję umieszczenie zdjęcia papugi na stronie parafialnej – rzekł, nachylając się w kierunku szefa, ze splecionymi dłońmi i zatroskaną miną.

Najmłodszy wikary parsknął nawet lekko śmiechem. Na dłużącym się niemiłosiernie spotkaniu myślami był gdzie indziej.  Teraz przypomniał sobie dzisiejszą rozmowę nadętego Marka z tym starym cwaniakiem, Lnem. Wracał właśnie z nieudanego polowania na wiadomą papugę. Najpierw widział, jak ktoś w zielonej marynarce stoi nad kimś, kto w ogrodniczym ubraniu przysiadł na schodach świątyni. Po chwili jednak ogrodnik wstał, a druga postać wyraźnie się cofnęła. Poznał ich niemal od razu. Teraz był już na tyle blisko, by usłyszeć, jak Marek nerwowo rzuca „tak, tak, oczywiście, ale…”, a Len w ogrodniczym ubraniu, pełen przekonania i pewnego rodzaju furii, wykłada doktorowi swoje racje. Podszedł i zaczął słuchać. Zapamiętał zwłaszcza definicję polityki

– W księdza gazecie wykładają, niby w katechizmie, że takie kazanie papieża na Placu Zwycięstwa to było mieszanie się do polityki – Len tłumaczył z zapałem i machał rękami – bo dla nich polityka to atak, konflikt i mieszanie ludziom w głowach. A dla papieża polityka zaczynała się tam, gdzie człowiek znajdował w sobie siłę, moc Ducha, by coś zmienić na lepsze.

Len dalej przywołał słynne zawołanie Jana Pawła II i wyjaśnił, czemu to dobry tekst na kazanie, które ma zamiar wygłosić w najbliższą, wyborczą niedzielę:

– Demokracja polega na tym, by ludzie rozumieli, że ich codzienne wybory są tak ważne dla kraju, ba! ważniejsze nawet, niż oddany raz na jakiś czas głos. Jak będą przyzwoicie żyć, to pewne kandydatury im przez głowę nie przejdą.

To ostatnie zdanie wypowiedziane zostało szczególnie mocno, jakby Len chciał, by coś z niego trafiło Marka osobiście. Na tym też skończył i podszedł do przysłuchującego się Piotra. – Witaj, kolego! – powiedział i zdjął rękawicę, uścisnęli ręce. Len z uśmiechem zaproponował zrzutkę na nową papugę.

– Jeśli będzie wystarczająco podobna, proboszcz się nie zorientuje.

Piotrek myślał przez chwilę, że to prowokacja, a Len namawia go do oszustwa, ale figlarne oczy starszego mężczyzny miały w sobie prostolinijność, której zaufał.

– Wie ksiądz, myślę, że poznałby po oporze w praniu.

– Jak to? – zapytał Len.

– Proboszcz opowiadał, że pierwszy tydzień był najgorszy, jeśli chodzi o mycie papugi. Potem przywykła. – starszy kapłan zaśmiał się serdecznie.

– Tak, dobrze mówisz. Skoro ja mogłem się przyzwyczaić do spotkań duszpasterskich, pewnie i papuga przywykła do mycia.

„Szkoda, że go teraz nie ma, utarłby trochę nosa tym fantastom…”- pomyślał Piotr i poprawił się w wielkim fotelu. Znów doszły do niego słowa obecnych na spotkaniu. Wydawało mu się, że co do niego, to chyba nigdy nie przywyknie do spędzania tak całego popołudnia czy wieczoru. Wypił już kawę i zorientował się, że już drugi raz podnosi pustą filiżankę. Kolejna myśl w głowie: „czysty Czyściec, pięćset dni,  jak mawiał Len. Znów on – ciekawe, co teraz porabia?”

Podobne myśli kołatały się w tej samej chwili w głowie księdza Stanisława. Len siedział w kancelarii i odrabiał swoją smutną pańszczyznę – robił porządek w kartotece cmentarnej i przepisywał ją do wersji cyfrowej. Gdyby go w tym momencie spytać o to, jak wyobraża sobie pośmiertną pokutę za grzechy, pewnie nie odezwałby się słowem, tylko wskazał na wysoką stertę pożółkłych kartoników. Dziś był jego dyżur. Aktualnie przedzierał się przez nazwiska na literę „B”. – Pan Janusz Bałaban, zmarły w 1934 roku, ostatni raz pokładne zapłacone w 1986, brak adresu dysponenta… Mruczał do siebie, wstając jednocześnie od stolika w kancelarii, by podejść do wielkiej mapy cmentarza. – Sektor „C”, Rząd 15, miejsce 7… To wszystko trzeba było wprowadzić do komputera, a przy tym upewnić się co do lokalizacji i jeszcze połączyć z odpowiednim zdjęciem. Dzięki temu, w teorii miało być łatwiej. W praniu okazywało się jednak często inaczej, a powodem był tak zwany „czynnik ludzki”. Nigdy nie wiadomo, kto zapuka do kancelarii.

Dlatego też z pewnym napięciem przerwał swoją pracę przy kartotece cmentarnej, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Ktoś pofatygował się tu poza normalnymi godzinami przyjęć, co mogło oznaczać jakąś nadzwyczajną sytuację – od młodych zdrowych, zbierających na piwo, po zapłakanych usiłujących załatwić sprawę związaną z pogrzebem. No i wszystkie możliwe formy kombinacji pierwszego z ostatnim. Trzeba mieć, jak Len, kilka dekad kapłaństwa na karku by poczuć na własnej skórze, że ludzie i takie – wydawałoby się skrajne – rzeczy są w stanie doskonale połączyć. Rutynowo wyciągnął z szuflady wielki pęk kluczy o kolorowych breloczkach i poszedł przez poczekalnię i korytarz do drzwi. Nie wiedział, że człowiek po drugiej stronie jest nieporównanie bardziej zestresowany od niego.

Konstanty Bulski od początku nie miał ochoty na tę wyprawę. Przymuszony przez żonę, zniechęcony odmową pobożnych sąsiadów, wyszedł jednak z bloku i wybrał nienajkrótszą drogę na plebanię. Na szczęście było niedaleko, albo nie na szczęście. Bulski łaził trochę po parku, korzystał z uroków wiosny, na ławeczce dostrzegł w oddali swoich kolegów i znajomych, wśród których był nawet jeden wojskowy emeryt. Na pewno dyskutowali o wyborach, upewniali jeden drugiego co do przebiegu drugiej tury.


Bulski miał ochotę do nich podejść, ale przeszkadzało mu to diabelskie pudełko. Różowy ptak wcale nie miał zamiaru siedzieć spokojnie, rzucał się i skrzeczał z desperacją, a pułkownik z kolei nie miał pomysłu, jakby wytłumaczyć koleżeństwu, że oto wobec tak wielkich zmagań wewnętrznych, w tak doniosłej dla kraju chwili, on, jak gdyby nigdy nic, idzie do proboszcza z jego ptakiem. Jakby wszystkie fosy były zakopane, a transzeje zrównane. Bulski nie był zbyt rozmowny, wolał słuchać niż mówić, a istniało przy tym graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że jego drodzy koledzy wykorzystaliby tę papugę przeciwko niemu. „Jak tam Kostek, dalej wyprowadzasz czarnym papugi na spacer? Płacą ci coś chociaż ?” W uszach Bulskiego zabrzmiał ten hipotetyczny śmiech i w zdenerwowaniu potrząsnął pudełkiem po wódce.

– Siedź cicho! Zaraz będziesz u swoich… – powiedział to pod wąsem, chociaż od początku poważnie bił się z myślami, czy nie wypuścić jej tutaj. Gdy wyszedł jednak z klatki i zobaczył pozornie puste rzędy okien na ścianach sąsiednich bloków, stwierdził, że to jednak zły pomysł. Gdyby ktoś go zobaczył, jak wypuszcza tego ptaka! Ewentualne żarty starych kolegów wydały mu się nieszkodliwą błahostką na tle tego, co by z nim wtedy zrobiły języki osiedla „Cisza”. Uświadomił sobie, ile oczu musi go w tej chwili śledzić zza firanek, potrząsnął jeszcze mocniej pudełkiem i powlókł się w stronę kościoła.

Pod drzwiami kancelarii parafialnej stanął z niechętną miną, a w dodatku doczytał, że otwarta będzie dopiero o szesnastej. Już miał kolejny raz wyładować swoje nerwy na pudełku, gdy zastanowiła go pewna rzecz. Zanim jednak zajrzał do środka, zdążył już dwa razy nacisnąć dzwonek do drzwi. Gdy Len mu otworzył, mina Bulskiego nie wyrażała już jakiejś wydumanej niechęci, ale zwierzęcy strach człowieka, który nie ma zupełnie pomysłu jak się zachować, a niestety nie udaje mu się zapaść pod ziemię.

Ksiądz Stanisław był zdziwiony, nie znał tego człowieka z kościoła. Mężczyzna chyba trochę starszy od niego, wąsaty, z pudełkiem po wódce w trzęsących się ramionach. Bezdomny? Nie, nie ten zapach i ubranie, ale niewątpliwie – człowiek zmęczony życiem, pomyślał Len. Przyszło mu nawet do głowy,  że może to lustro do niego przyszło, jedno z tych, co to przechadzają się po gościńcu. No, ale on nie miał wąsów. Zrobił zatroskaną minę spokojnego plebana i zapytał, o co chodzi. Odpowiedź kazała mu otworzyć szeroko drzwi i zaprosić człowieka do środka. Mężczyzna oznajmił mu zmieszanym głosem, że ona właśnie umarła.

Len siadając za biurkiem układał spokojnie przebieg rozmowy. Trzeba delikatnie dopytać, co to za „ona”. Ze stanu tego człowieka odczytywał, że raczej ciocia lub mama, chyba nie małżonka. Tacy jak on odejściem żony załamani są zupełnie. Śmierć ma już to do siebie, że często to  właśnie najtwardsi materialiści przychodzą do kancelarii najbardziej skruszeni. Z pokładów umysłu karmionego latami Trybuną Ludu lub twardym draństwem Nie wydobywał się nagle bezgłośny szloch. A także ufność. No i przekonanie, że jednak czarni się na tym znają, na śmierci, że wiedzą, co robić. Co zrobić z tą żoną, której nagle zabrakło? Małżonka tyle przyzwoita, by pomimo jego protestów przyjąć co jakiś czas księdza po kolędzie. Okazywało się to cenne, gdy zostawali sami z pogrzebem, ci dawni pierwsi sekretarze, dyrektorzy nieistniejących już fabryk czy oficerowie LWP, bezradni i zagubieni wśród formalności. Len dotąd pamiętał mieszaninę żalu, zażenowania i współczucia, jaką odczuł w sobie na koniec pewnego pogrzebu. Ortodoksyjny marksista poprosił go o mikrofon i łamiącym się głosem spróbował połączyć bardzo dalekie brzegi. Najpierw gorąco podziękował księżom „za wszystko”, z przesadną wręcz wylewnością. Potem oznajmił uczestnikom pogrzebu, że podpisuje się w całości pod tym, co zostało powiedziane na mszy.

– Tak! Moja żona jest naprawdę w niebie! Gdy ją skremowaliśmy, część drobin nie znalazła się przecież w urnie, lecz kominem dostała się w powietrze i jest teraz w niebie nad naszym miastem, które tak kochała…

Len uważał, że to mógł być podobny przypadek, należało więc zachować szczególną delikatność. Mężczyzna zajął miejsce po drugiej stronie kancelaryjnego biurka, ciągle ściskając w ramionach zagadkowe pudełko.

– Bardzo mi przykro – powiedział Len. – Kiedy to się stało?

Bulski prawie go nie słuchał, próbował ogarnąć, co się dzieje. Niestety, ale cały scenariusz przekazania ptaka, jaki sobie ułożył po drodze, wziął nagle w łeb.  Gdy zaintrygowany bezruchem w pudełku zajrzał do środka, stojąc przed kancelarią, bał się, że ptak wygryzł dziurę i uciekł. Było jednak gorzej. Papuga była co prawda w środku, ale sztywna i nieruchoma. Leżała z wyciągniętymi w górę nogami. Len spokojnie ponowił pytanie, a Bulski zdołał odpowiedzieć:

– Dzisiaj, teraz…

Pułkownikowi naprawdę było głupio. Co o nim teraz pomyślą? Ach, ci przeklęci księża! Który normalny mężczyzna hoduje różową papugę! A jak hoduje, to jej pilnuje! Po cichu ją chowa, ani pary z ust. No i strzeże, by nie uciekła. Czy oni nie wiedzą, co to wstyd? No cóż, on wiedział, a martwy różowy ptak w pudełku i żywy mężczyzna w czerni potęgowali jego zakłopotanie. Zamiast jednak wybuchu i wygłoszenia kilku uwag o hodowli ptaków egzotycznych, postanowił wykonać manewr zabezpieczający. Nie ma w końcu żadnych złych intencji, chętnie odkupi im tę ich święconą papugę.
– Zapłacę za nią, – popatrzył z determinacją na Lna i dodał – oczywiście, że zapłacę… –
Stanisław się wzdrygnął. „Masz mnie więc za krwiopijcę, tak?”- pomyślał, zły, że rozmowa od razu zeszła na temat opłat. Postanowił wrócić do rzeczy najważniejszych. Podejść, jak by to powiedział ksiądz doktor Imański, „personalistycznie”.

– Spokojnie, pieniądze nie są najważniejsze – zapewnił Len, pochylając się nad biurkiem, po czym dodał:

– Rozumiem, jak pan się musi teraz czuć. Śmierć to zawsze tragedia. Czy zmarła była naszą parafianką?

Bulski zaczął analizować ostatnie słowo, którego chyba nigdy w życiu nie używał. Czy chodzi mu o papugę? Nazywali ją parafianką? Nie, chyba niemożliwe. Głos księdza przerwał jego rozmyślania

– Czy pan jest stąd? – Len chciał przejść do faktów. To zawsze uspokajało rodzinę w takich wypadkach.

Bulski jednak doszedł do wniosku, że nie wie jak rozmawiać z tym dziwnym człowiekiem, który tak poważnie reaguje na śmierć ptaka. On miał go jedynie odnieść, wcale nie wiadomo, czy to potrząsanie pudełkiem ją zabiło, zresztą, może akurat nikt tego nie widział… Pułkownik przełamał się, postawił tekturowy sześcian z napisem „Bols” na biurku, otworzył go i wskazał ręką

– Proszę, niech ksiądz sam zobaczy.

Tego Len się nie spodziewał. Po raz drugi tego dnia wrócił do przeszłości. Lata siedemdziesiąte, jako kleryk siedzi przy niedzielnym obiedzie w swojej rodzinnej parafii. Kanonik Dobrzański, znany gawędziarz, nalewa sobie rosołu i z kolei wraca do swojej kapłańskiej młodości. Jak to w czterdziestym szóstym do kancelarii przyszedł chłop z zawiniątkiem, postawił je na wielkim dębowym biurku tamtej plebanii i patrząc głęboko w oczy zdziwionego plebana, zapytał:

– Co to jest, proszę księdza, ósme przykazanie?

Zanim ksiądz zdążył odpowiedzieć, chłop ciągnął swoje – nie tylko kłamstwo, ale i wielomówstwo, jak ojce misjonarze w poście prawili! To są grzechy śmiertelne, tak?

Z zawiniątka przesączała się powoli krew, ślicznie pasująca swą czerwienią do starej dębiny, a Dobrzański przypomniał sobie nagle, że żona siedzącego przed nim chłopa milkła tylko tedy, gdy spała. We wsi mówili, że stara Gienia Klimowa nawet z gębą pełną klusek nie przestawała zrzędzić. Len często przytaczał ten wypadek młodym księżom. Ilekroć narzekali na współczesne zepsucie, sugerował, by cieszyli się, że nikt im nie przyniósł do kancelarii odciętej siekierą damskiej głowy  z pytaniem o ósme przykazanie. Len teraz jednak na własny użytek starał się intensywnie przypomnieć sobie dalszą część opowieści kanonika Dobrzańskiego. W kancelarii zapadła cisza. Gdyby z kolei Bulski potrafił czytać w myślach, wiedziałby skąd milczenie, skąd nagła obawa i pot na twarzy siedzącego za biurkiem księdza. Mimo wszystko ponowił gest, wskazując na pudełko. Len wstał i spojrzał do środka. Uff! Okazało się, pomyślał z nagłą ulgą, że to jednak nie Stephen King, a raczej Monthy Python pisał scenariusz tego dnia. Moment zdziwienia i głośny śmiech Lna wprawił pułkownika na nowo w konsternację. Len dostrzegł to i przemówił:

– No proszę, znalazł pan zgubę. Przepraszam, nie zrozumieliśmy się. Myślałem, że pan z pogrzebem. Z tego wszystkiego nawet się nie przedstawiłem.

Wymienili pozdrowienia, przedstawili się, uścisk ręki, znowu siedzą. A Bulski tak chciałby już iść.

– Gdzie pan ją znalazł, co? Rozbiła się? – Bulski wyjąkał jakieś odpowiedzi na te i następne pytania rozbawionego nagle księdza. Sam miał tylko jedno pytanie

– Czy to księdza ptak?

Len uśmiechnął się odprężony

– Nie, ale adres dobry. Niech się pan nie martwi, miała ciężkie życie ta papuga.

Zanim Len skończył pocieszać poznanego przed chwilą pułkownika, kątem oka dostrzegł, że ktoś kręci się w sąsiednim pomieszczeniu, gdzie stały kartoteki. Po krokach poznał Bossaka. Należało działać możliwie szybko, więc wstał, obszedł biurko, wyciągnął jeszcze raz rękę do Bulskiego, objął go ramieniem gdy ten wstał, by odwzajemnić uścisk. Len delikatnie popychał go w kierunku drzwi, dziękując za fatygę. Obawiał się, że tego człowieka, któremu nie było chyba zbyt blisko do kościoła, weźmie w obroty proboszcz. Przesłuchanie w związku ze śmiercią różowej kakadu mogło stać się solidną płytą nagrobną jego wiary. Udało im się opuścić kancelarię i wejść do poczekalni, zanim zjawił się tam proboszcz. Len słyszał jednak za sobą kroki Bossaka, pewnie ten coś od niego chciał i właśnie go szukał.


Wyszedł z Bulskim na schody wiodące do kancelarii i dopiero teraz obaj się zorientowali, że pułkownik wciąż ma w rękach pudełko, które musiał odruchowo zabrać ze stołu.

– Niech pan mi to da. Można? – zapytał Len, odebrał pudło i pożegnał mężczyznę, który od razu zaczął się oddalać od kancelarii. Ksiądz Stanisław miał jeszcze ochotę powiedzieć, że szkoda, że papuga nie jest niebieska, no i że zapewne jest tylko zmęczona całodziennym skrzeczeniem i odpoczywa. Szkoda, że nie zdążył. Byłoby to bowiem proroctwo. Zanim się odwrócił, usłyszał zza pleców głos Bossaka.

– Czego chciał ten pan?

Len nie oparł się pokusie malutkiego kłamstwa, choć zaraz sumienie zagrzmiało w nim, niczym stary kanonik z ambony, że nie ma czegoś takiego jak małe kłamstwo. Odwrócił lekko głowę i wymamrotał

– On… przyniósł w pudełku makulaturę.

Len, stojąc bokiem na schodach teraz miał przed sobą wielki, pomarańczowy kontener, w którym parafianie zbierali stare papiery, by wybudować za nie studnię w Afryce. Starszy kapłan naprawdę chciał tylko oszczędzić wszystkim dochodzenia i pogrzebu. Proboszcz skomentował, że nigdy się nie nauczą. Widzi taki Janusz wąsaty kontener, a nie wrzuci, tylko księdza fatyguje, a tyle pracy przy cmentarzu, przy inwentaryzacji. Proboszcz gadał tak, gdyż wiedział, że Len lubił grzebać czasem w tych papierach. Niestety, a to wygrzebał z makulatury Mickiewicza z XIX wieku, a to jakieś hiszpańskojęzyczne bzdety o filozofii, a to dobre, jego zdaniem kryminały, a to pozycje z osiedlowej biblioteki. Słowem – Len wyciągał z kontenera najcięższe porcje papieru i tym samym, ku utrapieniu Bossaka, opóźniał realizację zbożnego dzieła. „Tym razem ci się nie uda, molu książkowy!” Pomyślał Bossak, zabrał starszemu księdzu pudełko i rzucił je w otwartą paszczę kontenera. Z tego, co w tamtej chwili się wydarzyło, Len miał się głośno śmiać jeszcze przez długie miesiące. Krzyk proboszcza, machanie rękami, skrzek papugi i machanie skrzydłami, pościg i ucieczka, pełne niezrozumienia i wyrzutu spojrzenie Bossaka. Jednym słowem, niezapomniany widok. Najlepszy jednak w tym wszystkim był właściciel pudełka.

Konstanty Bulski powoli wypuszczał powietrze, wracając pewnym krokiem z udanej akcji. Pozbył się papugi! Trochę żal mu było dobrego pudełka, ale trudno. Niech to będzie, jak to się mówi, ofiara! Jego ofiara na kościół! Zanim jednak opuścił teren świątyni, usłyszał za plecami krzyk mężczyzny i znajomy skrzek. Niemożliwe! Odwrócił się i od razu dostrzegł szeroko otwartymi oczami wzlatującą między drzewa, głośną i różową plamę. Jak oni? Jak?!? A jednak… Pułkownik Bulski spojrzał na wielką bryłę świątyni, na śmiejącego się na schodach księdza i powoli przeżegnał się, bardzo nabożnie. Zupełnie tak, jak go babcia uczyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz