whos.amung.us

wtorek, 18 sierpnia 2015

POLOWANIE NA OSIEDLU „CISZA” (EPILOG)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Otwarły się leciwe, drewniane drzwi, a chłodny mrok zakrystii zmienił się w ciepło wiosennego wieczoru.Cisza ustąpiła śpiewowi ptaków oraz gwarowi ludzi. Ksiądz Len zobaczył, że część wiernych, dla których przed chwilą odprawiał mszę, teraz z zainteresowaniem zbiera się pod drzewem. Len domyślił się, że po raz kolejny zlokalizowano zbiega. Tym razem papuga znalazła sobie świetne schronienie. Dąb, sporo wyższy od dwupiętrowego budynku plebanii, wyróżniał się na tle buków, klonów oraz sosen leżącego zaraz za kościołem lasu. To sąsiedztwo pewnie sprawiło, że osiedle nazywało się tak czarująco – „Cisza”. Ulice miały nazwy jakby wzięte z wierszy Leśmiana. Była więc Szumiąca, Chruśniakowa, Pąkowa, przy której mieściły się lokalne szkoły, Ptasia i Jagodowa, przy której stała plebania. Były też mniej poetyckie Liściasta i Iglasta, które zawsze śmieszyły Lna. „Brakuje jeszcze okrytonasiennej i nagonasiennej”, myślał sobie, ilekroć przydarzyło mu się przemierzać osiedle z racji wizyty kolędowej. Generalnie, ksiądz Stanisław Len uważał, że wszechobecna zieleń, a co za tym idzie, mieszkanie w zasięgu nadawania całego „ptasiego radia” to jedne z większych atrakcji tej parafii. W dodatku, była teraz wiosna. Ilekroć Len opuszczał jakiś budynek i znajdował się na dworze, z lubością uśmiechał się do wiosennego, zielonego życia i głęboko oddychał. Tak też było i teraz. Powoli szedł w stronę plebanii, niespecjalnie zainteresowany łowami na ptaka, którego kilka godzin wcześniej sam przypadkiem wypuścił z pudełka. Spojrzał przy tym na zegarek, gdyż jego dzień pracy jeszcze się nie skończył.

Len minął dwóch ministrantów, który przed chwilą służyli mu do mszy,a teraz pokazywali sobie coś palcami pomiędzy konarami dębu. Nikt ze stojących księży i sióstr nie zaczepiał go. Przedziwne istoty, na które przestraszona papuga spoglądała spomiędzy konarów, były zupełnie zaabsorbowane polowaniem na nią. Ptak zdawał się szykować się na nocleg w koronie drzewa. Len zdążył jeszcze uchwycić z dreszczem emocji, jak odstawiano od potężnego pnia kilkumetrową drabinę, jako za krótką. Ustąpiła miejsca jeszcze potężniejszej konstrukcji. Składała się ona z dwu sporych, niezdarnie połączonych drabin, których kilka lat temu używano podczas tynkowania kościoła. Len westchnął. Nie dalej jak miesiąc temu użył w kazaniu przykładu ze studnią, która pochłonęła całą rodzinę i połowę dwóch sąsiednich. Bezmyślni ludzie z wielkim poświęceniem ratowali kurę ze studni. Makabryczny przykład kaznodziejski, z przeszło dziesięcioma trupami. Len już sam nie pamiętał, gdzie usłyszał tę historię, uznał jednak, że był to dobry wstęp do nauki o pożytkach z myślenia – nie wystarczy bowiem poświęcać się, trzeba to jeszcze robić w sensownej sprawie! Len po chwili wszedł już do plebanii i zamknął za sobą drzwi; śpieszył się do pracy. Poza tym, wolał nie zastanawiać się, jaki przykład homiletyczny wykluwa się właśnie pod dębem z inicjatywy Bossaka.

– Niech Kruczysko wejdzie na górę!

zaproponował stojącym pod drzewem mężczyznom ksiądz Piotr. Jego współwikariusz, o nieco ptasim nazwisku, niemal odruchowo zaoponował

– Dlaczego niby ja? Sam leź, jak żeś taki mądry!

Księża, którzy przed chwilą wyszli z kościoła, stali w sutannach; Kruczysko jednak wieczorem tylko spowiadał i zdążył się już rozebrać. To ustawiało go w nieciekawej sytuacji, jako zdatnego do wspinania się. Wobec tego, postanowił niezdarnie odwrócić od siebie uwagę
– Ja myślę, że nikt tak tego dobrze nie zrobi, jak pan Wiesiek!

Rozwiązanie wydawało się idealne. Niech świecki facet lata po drzewie. Gdyby Mariusz Kruczysko to zrobił, jeszcze przez długie miesiące słuchałby kawałów o romansach między czarnymi a różowymi ptakami. Mógł się też spodziewać pytań, czy nie złożył tam, na dębie, jaj. Jeszcze żeby sami księża na to patrzyli, a tu się już chyba pół parafii zebrało. Mariusz wobec braku odpowiedzi spróbował ponownie, tym razem z nutką prośby w głosie

– Prawda, panie Wiesławie? Wejdzie pan, ja panu nawet podbierak podam…

Pan Wiesław uśmiechnął się i pogładził po siwych wąsach. Był to człowiek ciężkiej pracy i zaskakująco pogodnego uśmiechu,  taka złota rączka o złotym sercu. Zaraz miało się okazać, że nie zmarnował czasu w żadnej z sześciu klas szkoły podstawowej, jakie udało mu się skończyć

– Księże Mariuszu, może być tak jak ksiądz mówi. Ale jest jedna rzecz.

– Ksiądz Mariusz! Ksiądz Mariusz!

zaczęli skandować zgromadzeni pod dębem ministranci, chcący zobaczyć księdza Kruczyskę, swego opiekuna, na szczycie chwiejnej drabiny. Pan Wiesław uciszył ich szybkim ruchem ręki

– Sza! Otóż myślę sobie, że, jak to ostatnio na kazaniu jeden kapłan mówił, wiara i rozum są jak dwa skrzydła…
Zrobił tu znaczące ruchy szerokimi, suchymi ramionami, ukrytymi pod flanelą wymęczonej nieustannym cyklem pracy i prania koszuli.

– To chyba nawet Jan Paweł II pierwszy tak powiedział, co, proboszczu?
Bossak niechętnie przytaknął. Podobnie jak reszta księży obawiał się, że padnie zaraz ofiarą jakiegoś głupiego żartu.

– To w tym kazaniu o kurze było, nie? Jak to się pół wioski potopiło za jednym głupim ptaszyskiem…

Wikarzy parsknęli śmiechem, proboszcz szerzej otworzył oczy. Wiesław zmitygował się. Podszedł do księdza Mariusza, poklepał go po plecach i z wielką powagą oznajmił

– Na taką drabinę to musi wejść ksiądz co te skrzydła ma i to oba! Ja myślę, że tu by się najbardziej ksiądz doktor Marek nadawał! O! On to ma oba i to dobrze opierzone, jako że i tytuł ma, i swoje już w świecie zobaczył.

Wszyscy spojrzeli na ks. Marka. Mariusz odetchnął, że to jednak nie on; co do reszty, to wszyscy uśmiechnęli się na wygłupy Wiesława. Doktor Marek Imański naburmuszył się jak dziecko i z niesmakiem spoglądał na wąsatego robotnika, którego zwykle widywał przed plebanią z miotłą w garści. Niezadowolony był też Bossak

– Panowie, ona zaraz odleci! Albo zostanie tam, a noc zapadnie i ją kuna jakaś naruszy. Albo sowa. Trzeba wejść! Czy ja to mam wziąć na siebie? Młodsi jesteście!

Wobec braku odzewu na dramatyczne apele właściciela różowej kakadu, pan Wiesław w końcu zlitował się nad lokalnym duchowieństwem i wspiął się na drabinę. Wiedział, że najprawdopodobniej podbierak nic nie pomoże, a papuga odleci po prostu wyżej, lub też zmieni drzewo. Nie wydawało się, by miała zamiar dać się złapać. Mimo to, gdy skończyła się drabina, Wiesław wspiął się wyżej po gałęziach. Gdy papuga znalazła się w jego zasięgu, wystarczył nieznaczny ruch podanego mu z ziemi podbieraka, by przeniosła się znów o kilka metrów. Nie ryzykowałby może dla samego ptaka, ale zauważył na drzewie coś intrygującego. Dlatego wspiął się jeszcze kawałek, by dostać się na rozgałęzienie trzech potężnych konarów. To, co tam znalazł, napełniło pana Wiesława najwyższym zdumieniem. Na pytanie z ziemi, czy udało mu się z papugą, odpowiedział tylko

– Nie, za to znalazłem krzesło!

Gdy Len po kwadransie opuszczał plebanię, o znalezisku było już dość głośno. Wychodząc na chodnik przed plebanią, zagadnął wracającego spod dębu księdza Mariusza, jak polowanie.

– Nie udało się, papuga odleciała. Ale za to pan Wiesław wytropił punkt obserwacyjny naprzeciw okien proboszcza.

Połowa odpowiedzi na pytanie co słychać pod drzewem, była dokładnie taka, jakiej się spodziewał. Druga zaś go zaintrygowała. Stał przez chwilę przy drodze, patrząc w stronę pięknego dębu, zielonego najbardziej wiosenną odmianą zieleni. Widział kiedyś niedaleko innej plebanii takie nadrzewne krzesło, czy też raczej siedzisko, ułatwiające długą obserwację. Patrząc na umiejscowienie drzewa niedaleko plebanii i bliskość lasu, łatwo się można było domyśleć, że było jednym z reliktów minionych czasów. Za chwilę podjechał samochód, kierowca chciał zapakować do bagażnika niewielką torbę Lna, ale ten odmówił. Wiedział, że jazda nie będzie długa. Wyjechali po chwili z osiedla i skierowali się ku trasie biegnącej za miasto. Ksiądz Stanisław miał po raz pierwszy od lat okazję wziąć udział w tradycyjnym, wiejskim święceniu pól. Oprócz wielkich osiedli, do parafii należały dwie podmiejskie wioski. Kierowca zjechał z trasy, po chwili asfalt ustąpił żwirowi polnej drogi. Ksiądz, który święcił pola w zeszłym roku, tłumaczył mu, że obrzędy mają zacząć się pod kapliczką św. Antoniego, a kończy kilka kilometrów dalej, przy przydrożnym krzyżu. Była to trasa oddzielająca od siebie obie wioski i dlatego co roku trzeba było zmieniać kierunek procesji. Samochód, po kilku minutach podskakiwania na wertepach, dojechał do kapliczki, leżącej pośrodku ożywionych wiosenny słońcem pól. Ludzie już czekali, było nawet sporo dzieci. Stanisław wysiadł z samochodu i ucieszył się z panującego wokół spokoju. Ubrał komżę i stułę, stwierdził, że wierni są bardzo cisi i skupieni. Dobry znak. Zachodzące słońce kończyło ten pogodny dzień pomarańczowo i fioletowo, a w powietrzu był pełno ptaków. Len zestroił się już z otoczeniem, cieszył się z całej tej mistyki i prostoty, którą ma w sobie poświęcenie pól. Zrobił znak krzyża, rozpoczął modlitwę i już po chwili z wielkim skupieniem błogosławił płodność ziemi. Rozpoczęła się procesja, kapłan zaintonował litanię do Wszystkich Świętych, a potem po kolei pieśni do Najświętszej Maryi Panny, zaczynając oczywiście od „umajonych łąk” ks. Antoniewicza. Było coś bardzo podniosłego w tym obrzędzie poświęcenia ziemi. Len naprawdę modlił się nim. wkładał modlitwę w każde zanurzenie kropidła w wodzie święconej, czuł łączność z niezliczonymi pokoleniami, które robiły wcześniej to, co oni teraz. Pogodny wieczór przenikał go Bożym pokojem, z miłością i wdzięcznością patrzył na zielone łany pól, słuchał śpiewu ptaków żegnających dzień. Pomyślał przez chwilę, że ten jego wielki pędzel, którym macha, to nie jest pędzel malarza. On nie tworzy nic nowego; tylko, trochę jak archeolog wydobywa rzeczy z bardzo dawnej przeszłości. Z czasu, gdy wszystko było harmonią. Serce mężczyzny przenikała kojąca pewność, że we wszystkim, od różowych obłoków zachodu, po spacerujące koło niego w wiośnie życia dzieci, trzymające rodziców za ręce – we wszystkim jest Bóg. On wszystko czyni jednym. To były jednak tylko sekundy, najwyżej minuta. Trochę mistycyzmu w życiu starego księdza. Poza tym Len był trochę zawiedziony, gdy doszli na miejsce i przekonał się, że ludzie nie znają właściwie żadnej pieśni. Śpiewał w ciągu drogi praktycznie wszystko sam, począwszy od każdej drugiej zwrotki. Na koniec, po błogosławieństwie podeszło do niego kilka kobiet z podziękowaniami, młode mamy ze zmęczonymi dzieciakami na rękach. Len dowiedział się od nich, że po raz pierwszy od lat procesja nie szła w milczeniu.

– Ale nas ksiądz zaskoczył tym śpiewem! Za rok przygotujemy się, będziemy mieli wydrukowane teksty.

Kobieta ładnie się przy tym uśmiechnęła, a chłopczyk na jej ramionach zrobił jeszcze bardziej zrezygnowany i tuląc się do mamy, zachęcał ją, by wreszcie rzucili tę nudną zabawę i poszli do domu. Len odwzajemnił uśmiech i nabrał zbawiennego uczucia, że jednak robi w życiu coś ważnego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz