whos.amung.us

wtorek, 25 sierpnia 2015

Czy na Czerskiej drukują już zaproszenia?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)
 
Mam nadzieję, że przynajmniej część z nas pamięta, jak już po tym, gdy prezydent Kaczyński zginął w Smoleńsku i jego wielka idea stworzenia tu w naszej części Europy koalicji państw zjednoczonych wokół spraw dla nas wręcz żywotnych, w sposób oczywisty i naturalny umarła wraz z nim, w Gruzji, a więc kraju bezpośrednio dla Polski sojuszniczym, doszło do wyborów, gdzie stawką było to, czy Gruzja pozostanie niepodległa, czy wpadnie w łapy Moskwy. Mam też nadzieję, że wciąż pamiętamy – bo to jest coś, czego zapomnieć nie można – jak owe wybory wygrała partia o, w opisywanym przez nas kontekście, szyderczej nazwie „Gruzińskie Marzenie”, na której czele stał najbogatszy człowiek w Gruzji i jeden z najbogatszych ludzi na świecie, w sposób jednoznaczny przedstawiciel imperialnej polityki Władimira Putina, Bidzina Iwaniszwili.
Ale mam też nadzieję, że wielu z nas wciąż pamięta cały kontekst tamtych wyborów i jego upiorną wręcz symbolikę. Informowały o tym również najbardziej oficjalne media, jak to ów Iwaniszwili, od czasu, gdy kilka lat wcześniej wrócił z Moskwy do Tbilisi, zamieszkał w wielkim szklanym pałacu na wzgórzu, skąd miał widok na całe miasto i przez lata, bardzo cierpliwie i w milczeniu, czekał na moment, gdy będzie mógł zejść na dół i poczuć ów „zapach napalmu o poranku”.
No i przyszedł ten dzień, partia prezydenta Saakaszwilego doznała bolesnej porażki i z tej właśnie okazji do Tbilisi udał się sam Adam Michnik, by wspólnie z „gruzińskimi przyjaciółmi” świętować owo „zwycięstwo nad faszyzmem”. Nie wiem, jak inni, ale ja do dziś pamiętam i już nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy w „Gazecie Wyborczej” ukazała się korespondencja wspomnianego Michnika z Tbilisi, gdzie ten, pełen radosnego uniesienia, opisywał radość na ulicach miasta, szczęśliwe twarze młodych dziewcząt i chłopców i cytował ich słowa wyrażające satysfakcję, że ów faszystowski koszmar zgotowany Gruzinom przez prezydenta Saakaszwilego się skończył. „Widziałem gruziński cud; widziałem Tbilisi, miasto w stanie łaski” – pisał Michnik, po to, by w tym wzruszeniu zajechać na to tbiliskie wzgórze i przeprowadzić rozmowę z owym pogromcą faszyzmu. Pamiętam to i tego już nie zapomnę.
Dziś, kiedy Andrzej Duda objął swój urząd, ten sam Adam Michnik ogłosił, że dla Polski nastały czasy trudne i niebezpieczne, bo oto w naszej części Europy powstaje kolejna, obok Rosji Władimira Putina i Węgier Victora Orbana, faszystowska dyktatura. A ja sobie tylko myślę, że tam na Czerskiej nastroje od lat są takie, że gdyby nagle jakimś szatańskim cudem okazało się, że wspomniany Bidzina Iwaniszwili odkrył w sobie jakieś polskie korzenie i za pięć lat polityczną władzę w Polsce przejął jego ruch o nazwie „Polskie Marzenie”, Adam Michnik, Jarosław Kurski i Seweryn Blumsztajn jako pierwsi pospieszyliby z gratulacjami, a „Gazeta Wyborcza” uczciłaby owo wyrwanie Polski z łap faszyzmu specjalnym wywiadem z nowym prezydentem.

piątek, 21 sierpnia 2015

Pojedynek na referenda czyli 1:0 dla Dudy

Autor: Integrator

Nie wiem czy i Wy tak czujecie ale jak idzie o mnie to świadomość, że w Pałacu Prezydenckim mieszka nowy lokator powoduje, że z przyjemnością mijam ten budynek. Gdy zajmował go Komorowski, ilekroć przechodziłem obok, automatycznie wracały złe emocje i makabryczne wspomnienia, które ów pan od czasu tragedii smoleńskiej na stałe połączył z tym miejscem. Powracał drewniany krzyż, rozmodleni ludzie składających znicze i te hordy pijanych durniów którym za kilkadziesiąt lat, gdy ich wnuki zapytają o tą historię, zostanie jeno spuścić ze wstydu siwą już głowę, lub zwyczajnie kłamać, że i oni stali tam i drżeli o przyszłość kraju. Na szczęście wszystko się zmieniło. Obecność Andrzeja Dudy, następcy Lecha Kaczyńskiego, pozwala na powrót mijać to miejsce z nadzieją, że wszystko idzie ku dobremu, że przywróci on temu miejscu i piastowanemu urzędowi głowy państwa należny majestat. 

Strapiłem się więc bardzo gdy doszła mnie wieść, że w specjalnym wystąpieniu do narodu Andrzej Duda zechce zająć stanowisko w sprawie dodania trzech pytań do referendum, które zarządził jego poprzednik. To byłby bardzo poważny błąd i nie wróżyłby dobrze na przyszłość.

Byłby to błąd kardynalny albowiem dobrze to wszyscy czujemy, że referendum Komorowskiego nie cieszy się na tyle dużą popularnością by mogło być uznane za wiążące. Czujemy to bo widzimy z jaką nachalnością funkcjonariusze medialni próbują wysłać nas do tych urn, nie bez znaczenia jest też fakt, że nikt nie publikuje sondaży które przecież na taką okoliczność są standardem. To referendum spali na panewce bo pytanie o JOWy, o finansowanie partii politycznych i dla niepoznaki na koniec pytanie o rozstrzyganie sytuacji spornych między obywatelem a państwem na korzyść tego pierwszego to ordynarny geszeft, który próbują zrobić elity tego kraju rękoma zwykłych zjadaczy chleba dla których pytania te jawią się jako zwykłe dyrdymały. Pytania te to idealny przykład materii którą zajmowała się przez ostatnie lat Platforma Obywatelska i dowód na to jak daleka jest od roztropnej troski o dobro wspólne - w ten to przecież sposób Jan Paweł II definiował politykę.

Nie bez znaczeni jest też fakt, że od chwili przegrania przez Komorowskiego wyborów prezydenckich referendum to jest naznaczone specyficznym odorem klęski, co dodatkowo zniechęca (tak podprogowo) każdego kto choć przez chwilę zatrzyma się by zadać sobie pytanie czy warto iść i odpowiedzieć na te jego, zadane zza politycznego grobu pytania? Nie ma wątpliwości, że ta jego inicjatywa - w stanie w jakim zaproponował je człowiek z Ruskiej Budy - będzie równie wielką porażką co jego wynik wyborczy. Dlatego bardzo źle by było, gdyby Andrzej Duda zgodził się dopisać do listy pytań kolejne trzy, acz przeciwnie do poprzednich, bardzo ważne z punktu interesu społecznego pytania. Pytania wszak które chce nam zadać nowy Prezydent są ważne nie tylko dla nas jako wspólnoty ale także dla każdego z nas z osobna, co kumuluje duże prawdopodobieństwo, że poszlibyśmy 6 września do urn głównie dla nich. W przeciwieństwie do zagadnień zaproponowanych przez Komorowskiego, pytania które chce nam zadać Andrzej Duda zostały przedstawione mu oddolnie, bo przez obywateli, a zainteresowanie nimi wykazało sześć milionów wyborców - tyle zebrano pod nimi podpisów.

A zatem samo dodanie tak ważnych dla szarego obywatela pytań dałoby wymaganą frekwencję, niezbędną by referendum Komorowskiego można było uznać za ważne. Należałoby się wtedy liczyć z faktem, że przy okazji, ludzie którzy poszliby głosować w trosce o możliwość swobodnego poruszania się po polskich lasach czy w obawie o los swych dzieci, przy okazji zagłosowali by za JOWami i odebraniem finansowania partii z budżetu państwa. Większość z nich nie rozumie jakie konsekwencje kryją się za tak podstępnie sformułowanymi pytaniami ale w swej niewiedzy i poczciwości doprowadzili by do sytuacji w której Sejm zajęli by na lata ci sami ludzie, którzy okupują go dziś, bo do tego sprowadzają się w praktyce JOWy. Układ ten scementowałby dodatkowo nowy czynnik na polskiej scenie politycznej, polegający na odcięciu partii od pieniędzy państwowych. W czym tu problem, zapytacie? Otóż ktoś moi Drodzy musi płacić za kampanię wyborcze i te wszystkie biura poselskie, inaczej to działać nie będzie. Jeśli nie będzie mógł robić tego budżet państwa ale też rozliczać partii z tych pieniędzy to bardzo chętnie zrobią to różnej maści biznesmeni i mafiosi, którzy obracają milionami dzięki opaśnym kontraktom rozdawanym im przez ludzi władzy. Nikt bardziej niż to szemrane towarzystwo nie będzie zainteresowany by zasilać konta podobnych Platformie partii. Nagrania u Sowy nie pozostawiają złudzeń w jakim to wszystko poszłoby kierunku.

Dlatego decyzja Andrzeja Dudy by zwrócić się do Senatu z wnioskiem o dodanie nowych pytań do kart wyborczych z 25 września jest arcydobra. Takie zagranie jak idzie o frekwencję zagłodzi  "referendum Komorowskiego" i tym samym zablokuje niekorzystne z punktu widzenia demokracji zmiany, które próbowano przepchnąć rękoma zdezinformowanych obywateli. Ważniejsze jest jednak to, że ta fala obywateli - niechby nawet tylko większa część z tych sześciu milionów która podpisała się pod pytaniami o wiek emerytalny, lasy państwowe i wcześniejsze posyłanie dzieci do szkół - że ta fala przy okazji referendum odda głos na Prawo i Sprawiedliwość. Chyba nikt z Czytelników nie ma wątpliwości, że wyborcy mając w pamięci butę i arogancję polityków Platformy próbujących zniweczyć wysiłek i wolę obywateli, zagłosuje na partię jawiącą się im jako przeciwieństwo łobuzów rządzących dziś krajem.

Decyzja Andrzeja Dudy to kilka pieczeni na jednym ogniu, które mam nadzieję przyjdzie nam z radością kosztować jeszcze w tym roku. Jeśli się nie mylę a referendum zaproponowane przez obecnego Prezydenta znajdzie poparcie w Senacie to PiS po tych wyborach będzie mogło rządzić samodzielnie. Pamiętajmy wszelako, że w tej izbie parlamentu większość (tu wybory przeprowadzane są właśnie według reguły JOW) posiada Platforma Obywatelska. Niemniej odrzucenie wniosku Prezydenta też będzie dla nas wszystkich czytelnym sygnałem i zarazem motywacją by poprawnie zagłosować w nadchodzących wyborach.

Pojawili się nowi Czytelnicy z Chorwacji. Bardzo mnie to cieszy i motywuje. Zapraszam bardzo gorąco do lektury Tygodnika Solidarni.

wtorek, 18 sierpnia 2015

POLOWANIE NA OSIEDLU „CISZA” (EPILOG)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Otwarły się leciwe, drewniane drzwi, a chłodny mrok zakrystii zmienił się w ciepło wiosennego wieczoru.Cisza ustąpiła śpiewowi ptaków oraz gwarowi ludzi. Ksiądz Len zobaczył, że część wiernych, dla których przed chwilą odprawiał mszę, teraz z zainteresowaniem zbiera się pod drzewem. Len domyślił się, że po raz kolejny zlokalizowano zbiega. Tym razem papuga znalazła sobie świetne schronienie. Dąb, sporo wyższy od dwupiętrowego budynku plebanii, wyróżniał się na tle buków, klonów oraz sosen leżącego zaraz za kościołem lasu. To sąsiedztwo pewnie sprawiło, że osiedle nazywało się tak czarująco – „Cisza”. Ulice miały nazwy jakby wzięte z wierszy Leśmiana. Była więc Szumiąca, Chruśniakowa, Pąkowa, przy której mieściły się lokalne szkoły, Ptasia i Jagodowa, przy której stała plebania. Były też mniej poetyckie Liściasta i Iglasta, które zawsze śmieszyły Lna. „Brakuje jeszcze okrytonasiennej i nagonasiennej”, myślał sobie, ilekroć przydarzyło mu się przemierzać osiedle z racji wizyty kolędowej. Generalnie, ksiądz Stanisław Len uważał, że wszechobecna zieleń, a co za tym idzie, mieszkanie w zasięgu nadawania całego „ptasiego radia” to jedne z większych atrakcji tej parafii. W dodatku, była teraz wiosna. Ilekroć Len opuszczał jakiś budynek i znajdował się na dworze, z lubością uśmiechał się do wiosennego, zielonego życia i głęboko oddychał. Tak też było i teraz. Powoli szedł w stronę plebanii, niespecjalnie zainteresowany łowami na ptaka, którego kilka godzin wcześniej sam przypadkiem wypuścił z pudełka. Spojrzał przy tym na zegarek, gdyż jego dzień pracy jeszcze się nie skończył.

Len minął dwóch ministrantów, który przed chwilą służyli mu do mszy,a teraz pokazywali sobie coś palcami pomiędzy konarami dębu. Nikt ze stojących księży i sióstr nie zaczepiał go. Przedziwne istoty, na które przestraszona papuga spoglądała spomiędzy konarów, były zupełnie zaabsorbowane polowaniem na nią. Ptak zdawał się szykować się na nocleg w koronie drzewa. Len zdążył jeszcze uchwycić z dreszczem emocji, jak odstawiano od potężnego pnia kilkumetrową drabinę, jako za krótką. Ustąpiła miejsca jeszcze potężniejszej konstrukcji. Składała się ona z dwu sporych, niezdarnie połączonych drabin, których kilka lat temu używano podczas tynkowania kościoła. Len westchnął. Nie dalej jak miesiąc temu użył w kazaniu przykładu ze studnią, która pochłonęła całą rodzinę i połowę dwóch sąsiednich. Bezmyślni ludzie z wielkim poświęceniem ratowali kurę ze studni. Makabryczny przykład kaznodziejski, z przeszło dziesięcioma trupami. Len już sam nie pamiętał, gdzie usłyszał tę historię, uznał jednak, że był to dobry wstęp do nauki o pożytkach z myślenia – nie wystarczy bowiem poświęcać się, trzeba to jeszcze robić w sensownej sprawie! Len po chwili wszedł już do plebanii i zamknął za sobą drzwi; śpieszył się do pracy. Poza tym, wolał nie zastanawiać się, jaki przykład homiletyczny wykluwa się właśnie pod dębem z inicjatywy Bossaka.

– Niech Kruczysko wejdzie na górę!

zaproponował stojącym pod drzewem mężczyznom ksiądz Piotr. Jego współwikariusz, o nieco ptasim nazwisku, niemal odruchowo zaoponował

– Dlaczego niby ja? Sam leź, jak żeś taki mądry!

Księża, którzy przed chwilą wyszli z kościoła, stali w sutannach; Kruczysko jednak wieczorem tylko spowiadał i zdążył się już rozebrać. To ustawiało go w nieciekawej sytuacji, jako zdatnego do wspinania się. Wobec tego, postanowił niezdarnie odwrócić od siebie uwagę
– Ja myślę, że nikt tak tego dobrze nie zrobi, jak pan Wiesiek!

Rozwiązanie wydawało się idealne. Niech świecki facet lata po drzewie. Gdyby Mariusz Kruczysko to zrobił, jeszcze przez długie miesiące słuchałby kawałów o romansach między czarnymi a różowymi ptakami. Mógł się też spodziewać pytań, czy nie złożył tam, na dębie, jaj. Jeszcze żeby sami księża na to patrzyli, a tu się już chyba pół parafii zebrało. Mariusz wobec braku odpowiedzi spróbował ponownie, tym razem z nutką prośby w głosie

– Prawda, panie Wiesławie? Wejdzie pan, ja panu nawet podbierak podam…

Pan Wiesław uśmiechnął się i pogładził po siwych wąsach. Był to człowiek ciężkiej pracy i zaskakująco pogodnego uśmiechu,  taka złota rączka o złotym sercu. Zaraz miało się okazać, że nie zmarnował czasu w żadnej z sześciu klas szkoły podstawowej, jakie udało mu się skończyć

– Księże Mariuszu, może być tak jak ksiądz mówi. Ale jest jedna rzecz.

– Ksiądz Mariusz! Ksiądz Mariusz!

zaczęli skandować zgromadzeni pod dębem ministranci, chcący zobaczyć księdza Kruczyskę, swego opiekuna, na szczycie chwiejnej drabiny. Pan Wiesław uciszył ich szybkim ruchem ręki

– Sza! Otóż myślę sobie, że, jak to ostatnio na kazaniu jeden kapłan mówił, wiara i rozum są jak dwa skrzydła…
Zrobił tu znaczące ruchy szerokimi, suchymi ramionami, ukrytymi pod flanelą wymęczonej nieustannym cyklem pracy i prania koszuli.

– To chyba nawet Jan Paweł II pierwszy tak powiedział, co, proboszczu?
Bossak niechętnie przytaknął. Podobnie jak reszta księży obawiał się, że padnie zaraz ofiarą jakiegoś głupiego żartu.

– To w tym kazaniu o kurze było, nie? Jak to się pół wioski potopiło za jednym głupim ptaszyskiem…

Wikarzy parsknęli śmiechem, proboszcz szerzej otworzył oczy. Wiesław zmitygował się. Podszedł do księdza Mariusza, poklepał go po plecach i z wielką powagą oznajmił

– Na taką drabinę to musi wejść ksiądz co te skrzydła ma i to oba! Ja myślę, że tu by się najbardziej ksiądz doktor Marek nadawał! O! On to ma oba i to dobrze opierzone, jako że i tytuł ma, i swoje już w świecie zobaczył.

Wszyscy spojrzeli na ks. Marka. Mariusz odetchnął, że to jednak nie on; co do reszty, to wszyscy uśmiechnęli się na wygłupy Wiesława. Doktor Marek Imański naburmuszył się jak dziecko i z niesmakiem spoglądał na wąsatego robotnika, którego zwykle widywał przed plebanią z miotłą w garści. Niezadowolony był też Bossak

– Panowie, ona zaraz odleci! Albo zostanie tam, a noc zapadnie i ją kuna jakaś naruszy. Albo sowa. Trzeba wejść! Czy ja to mam wziąć na siebie? Młodsi jesteście!

Wobec braku odzewu na dramatyczne apele właściciela różowej kakadu, pan Wiesław w końcu zlitował się nad lokalnym duchowieństwem i wspiął się na drabinę. Wiedział, że najprawdopodobniej podbierak nic nie pomoże, a papuga odleci po prostu wyżej, lub też zmieni drzewo. Nie wydawało się, by miała zamiar dać się złapać. Mimo to, gdy skończyła się drabina, Wiesław wspiął się wyżej po gałęziach. Gdy papuga znalazła się w jego zasięgu, wystarczył nieznaczny ruch podanego mu z ziemi podbieraka, by przeniosła się znów o kilka metrów. Nie ryzykowałby może dla samego ptaka, ale zauważył na drzewie coś intrygującego. Dlatego wspiął się jeszcze kawałek, by dostać się na rozgałęzienie trzech potężnych konarów. To, co tam znalazł, napełniło pana Wiesława najwyższym zdumieniem. Na pytanie z ziemi, czy udało mu się z papugą, odpowiedział tylko

– Nie, za to znalazłem krzesło!

Gdy Len po kwadransie opuszczał plebanię, o znalezisku było już dość głośno. Wychodząc na chodnik przed plebanią, zagadnął wracającego spod dębu księdza Mariusza, jak polowanie.

– Nie udało się, papuga odleciała. Ale za to pan Wiesław wytropił punkt obserwacyjny naprzeciw okien proboszcza.

Połowa odpowiedzi na pytanie co słychać pod drzewem, była dokładnie taka, jakiej się spodziewał. Druga zaś go zaintrygowała. Stał przez chwilę przy drodze, patrząc w stronę pięknego dębu, zielonego najbardziej wiosenną odmianą zieleni. Widział kiedyś niedaleko innej plebanii takie nadrzewne krzesło, czy też raczej siedzisko, ułatwiające długą obserwację. Patrząc na umiejscowienie drzewa niedaleko plebanii i bliskość lasu, łatwo się można było domyśleć, że było jednym z reliktów minionych czasów. Za chwilę podjechał samochód, kierowca chciał zapakować do bagażnika niewielką torbę Lna, ale ten odmówił. Wiedział, że jazda nie będzie długa. Wyjechali po chwili z osiedla i skierowali się ku trasie biegnącej za miasto. Ksiądz Stanisław miał po raz pierwszy od lat okazję wziąć udział w tradycyjnym, wiejskim święceniu pól. Oprócz wielkich osiedli, do parafii należały dwie podmiejskie wioski. Kierowca zjechał z trasy, po chwili asfalt ustąpił żwirowi polnej drogi. Ksiądz, który święcił pola w zeszłym roku, tłumaczył mu, że obrzędy mają zacząć się pod kapliczką św. Antoniego, a kończy kilka kilometrów dalej, przy przydrożnym krzyżu. Była to trasa oddzielająca od siebie obie wioski i dlatego co roku trzeba było zmieniać kierunek procesji. Samochód, po kilku minutach podskakiwania na wertepach, dojechał do kapliczki, leżącej pośrodku ożywionych wiosenny słońcem pól. Ludzie już czekali, było nawet sporo dzieci. Stanisław wysiadł z samochodu i ucieszył się z panującego wokół spokoju. Ubrał komżę i stułę, stwierdził, że wierni są bardzo cisi i skupieni. Dobry znak. Zachodzące słońce kończyło ten pogodny dzień pomarańczowo i fioletowo, a w powietrzu był pełno ptaków. Len zestroił się już z otoczeniem, cieszył się z całej tej mistyki i prostoty, którą ma w sobie poświęcenie pól. Zrobił znak krzyża, rozpoczął modlitwę i już po chwili z wielkim skupieniem błogosławił płodność ziemi. Rozpoczęła się procesja, kapłan zaintonował litanię do Wszystkich Świętych, a potem po kolei pieśni do Najświętszej Maryi Panny, zaczynając oczywiście od „umajonych łąk” ks. Antoniewicza. Było coś bardzo podniosłego w tym obrzędzie poświęcenia ziemi. Len naprawdę modlił się nim. wkładał modlitwę w każde zanurzenie kropidła w wodzie święconej, czuł łączność z niezliczonymi pokoleniami, które robiły wcześniej to, co oni teraz. Pogodny wieczór przenikał go Bożym pokojem, z miłością i wdzięcznością patrzył na zielone łany pól, słuchał śpiewu ptaków żegnających dzień. Pomyślał przez chwilę, że ten jego wielki pędzel, którym macha, to nie jest pędzel malarza. On nie tworzy nic nowego; tylko, trochę jak archeolog wydobywa rzeczy z bardzo dawnej przeszłości. Z czasu, gdy wszystko było harmonią. Serce mężczyzny przenikała kojąca pewność, że we wszystkim, od różowych obłoków zachodu, po spacerujące koło niego w wiośnie życia dzieci, trzymające rodziców za ręce – we wszystkim jest Bóg. On wszystko czyni jednym. To były jednak tylko sekundy, najwyżej minuta. Trochę mistycyzmu w życiu starego księdza. Poza tym Len był trochę zawiedziony, gdy doszli na miejsce i przekonał się, że ludzie nie znają właściwie żadnej pieśni. Śpiewał w ciągu drogi praktycznie wszystko sam, począwszy od każdej drugiej zwrotki. Na koniec, po błogosławieństwie podeszło do niego kilka kobiet z podziękowaniami, młode mamy ze zmęczonymi dzieciakami na rękach. Len dowiedział się od nich, że po raz pierwszy od lat procesja nie szła w milczeniu.

– Ale nas ksiądz zaskoczył tym śpiewem! Za rok przygotujemy się, będziemy mieli wydrukowane teksty.

Kobieta ładnie się przy tym uśmiechnęła, a chłopczyk na jej ramionach zrobił jeszcze bardziej zrezygnowany i tuląc się do mamy, zachęcał ją, by wreszcie rzucili tę nudną zabawę i poszli do domu. Len odwzajemnił uśmiech i nabrał zbawiennego uczucia, że jednak robi w życiu coś ważnego.


środa, 12 sierpnia 2015

PRZYSZŁOŚĆ – MIASTO OTWARTE

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Czytam „Dziennik pisany nocą” Herlinga-Grudzińskiego. Znalazłem w nim streszczenie książki z lat siedemdziesiątych, „Rzymu bez papieża” Guido Morselliego. Tamte lata miały to do siebie, że wszystko wydawało się możliwe, nawet zmiana stolicy papiestwa. Lata bezpośrednio po drugim soborze watykańskim to był prawdziwy karnawał zmian. W rzymskich bazylikach sprawowano msze o zwycięstwo Vietcongu, a we Francji i w Niemczech całe klasztory bądź to przechodziły na prawosławie, bądź ulegały rozwiązaniu. Nie było trudno to dostrzec, a czasem przybierało to formy wybitnie groteskowe.

Kilka wpisów przed wspomnianym streszczeniem Herling-Grudziński wspomina o księdzu, który na falach jakiejś włoskiej rozgłośni radiowej postulował stworzenie katolickiej pornografii. Wybór Wojtyły w konklawe trochę uspokoił sytuację, zresztą być może w naturalny sposób zmieniało się też wychylenie wahadła nastrojów w całym Kościele. Jednak wszystkie te zmiany stymulowały wyobraźnię. Co by się stało, gdybali pisarze i futurolodzy wszelkiej maści, „teo-futuryści”, gdyby po Pawle VI, który kazał pootwierać wszystkie drzwi i okna na oścież w całym Watykanie, przyszedł taki papież, który wyburzyłby jeszcze ściany? Albo wszystko po prostu sprzedał?

W powieści, którą cytuje Grudziński nie ma co prawda sprzedaży żadnej z  Bazylik. Za to Ojciec Święty ofiaruje całe to dziedzictwo, łącznie z pałacami papieskimi i Castel Gandolfo Organizacji Narodów Zjednoczonych. Akcja powieści dzieje się już po tych zmianach, w fikcyjnym 1999 roku, i obfituje w podobne zdarzenia. Kościół na jej kartach faktycznie jest nie do poznania:

Następcą Pawła VI i Libańczyka obrządku maronickiego Liberiusza I jest Jan XXIV, zakonnik irlandzki zaręczony z Hinduską (celibat zniesiono). Na Stolicę Apostolską obrał sobie miasteczko Zagarolo w odległości trzydziestu kilometrów od Rzymu (…). Watykan „neo-awinioński” rozlokowano tam w biało różowych domkach letniskowych. (…) Ideologią popieraną przez Kościół jest  jakiś tajemniczy „socjalidaryzm”, narkotyki są wolne od zakazu, księży kształci się w sztuce „dialogologii”, tytułem do chwały i dumy stał się konkordat z ZSRR zwany „białą bombą”, a filarem zreformowanej doktryny Instytut Krzewienia Psychoanalizy Katolickiej („musimy nawrócić Antychrysta, ochrzcić Freuda”). Jan XXIV nazywany jest powszechnie Victor Diaboli. 

No, może przesadziłem z tym „nie do poznania”. Zdanie o kształceniu w sztuce „dialogologii” jest jak najbardziej prawdziwe. Warto czytać słynny „Dziennik pisany nocą!”. Dzięki jego autorowi kilka lat po studiach  znalazłem wyraz, streszczający główną ideę większości moich wykładowców i niemal wszystkich wychowawców seminaryjnych – „dialogologia”. Sprowadzenie nauki, czy to teologii, czy historii, do służebnic „Dialogu”, czy też „walki o pokój”, czy w końcu „zacierania istotnych różnic”. Kto jednak nie lubił tej idei, komu wydawała się niebezpieczną dla wiary czy intelektu, ten mógł zostać wysłany na specjalne badania, psychologiczne, rzecz jasna. Stąd morał, że również ta psychoanalityczna inkwizycja, wspomniana na kartach „Rzymu bez papieża” jest tu i ówdzie  aktualna. Reszta, tj. domki letniskowe w pastelowych kolorach, zniesienie celibatu i konkordat z sowietami, nie sprawdziła się zupełnie.

Mnóstwo autorów odmalowywało w opowiadaniach i powieściach dalszy ciąg wielkiego rejsu Łodzi Piotrowej. Dreszczem przejmuje zwycięstwo teologów wyzwolenia i przejęcie przez nich władzy nad religią katolicką, a nawet wszelkimi innymi religiami, przedstawione w genialny sposób w „Katolikach” Moora, „Krótka opowieść o Antychryście” Sołowiowa brzmi czysto i poważnie jak starożytne proroctwo, a „Kantyczka dla Lebovitza” Millera umiejętnie wzrusza. Poza tym, z kilkoma wyjątkami, dominują wizje lewoskrętne, czarno-białe, gdzie czerń symbolizuje rzekomy mrok wiary. Czym w takim razie wyróżnia się „Rzym bez papieża”, skoro wielki umysł, zapisujący w ciepłe, włoskie noce swój dziennik, zechciał mu poświęcić całą stronę? Cóż, według Herlinga-Grudzińskiego nie ma u niego nuty szyderstwa ze świętości, co samo w sobie wydaje się oryginalne. To co dominuje, to „smutek i zmęczenie” – Rzym z Wiecznego Miasta staje się miastem najzwyklej w świecie starym.

Nic dziwnego, że wizja Morselliego zaintrygowała autora „Innego świata”. Wydostawszy się z zimnego piekła Gułagu do włoskich ogrodów, Gustaw Herling-Grudziński doskonale czuł, że zagrożenie, któremu był poddany bezpośrednio, różnymi drogami przesącza się do Europy i niszczy ją od środka. Choroba materializmu,  marksizmu, nihilizmu. Dziś widać jej skutki choćby w nierealistycznym podejściu do Islamu, który razem z homoseksualizmem zagnieździł się w umysłach zachodnich intelektualistów w miejscu, gdzie kiedyś gnieździła się sympatia do wielkiego kraju Lenina i Stalina.

Futurologia bywa odczytywaniem prądów, przenikających współczesny świat, znając ich kierunek, można mniej lub bardziej trafnie przewidzieć przyszłość. Czym różni się to od proroctwa? Cóż, w proroctwie mamy element zaskoczenia – to, co po ludzku nie dało się przewidzieć, coś nieoczywistego nagle ujawnia się i zmienia sam kierunek zmian. Pozostaje nadzieja, że wbrew potężnym, nieuchronnym zdaje się prądom dziejów, stolica Apostołów Piotra i Pawła będzie w stanie naprawdę nas zaskoczyć.


wtorek, 11 sierpnia 2015

Komorowski przyjaźnie rozdziela Kościół od państwa

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Wszyscy wiemy jak zakłamany jest język polityki. Nie można niestety nic z tym zrobić, bo polityka to domena władzy tajnej, która normalnie mówi jedynie do tak zwanych „swoich”, z całą resztą czyli z ogłupiałym tłumem, określanym mianem wyborców komunikuje się poprzez wyprodukowane dawno temu kalki. Obejrzałem sobie wczoraj ostatni wywiad z prezydentem Komorowskim. Prowadziła go Justyna Pochanke i powiem Wam, że powinniśmy się wszyscy modlić, żeby ta wariatka została tam gdzie jest. Ona nie potrafi zadać żadnego normalnego pytania, więc nie ma obaw, że w czasie rządów PiS będzie używać jakiś podstępów, by na wizji skompromitować tego czy innego polityka. Inna sprawa czy oni sami się nie skompromitują. No, ale był ten wywiad i pan, były już na szczęście prezydent, wygłosił kilka kwestii wprost niesłychanych. Najpierw najbezczelniej w świecie domagał się, by Andrzej Duda był prezydentem wszystkich Polaków, w tym opozycji, a nie tylko prawicy (tak powiedział – prawicy). Jak wiemy Komorowski nie był prezydentem nikogo, poza samą wierchuszką urzędniczą i korporacyjnymi szczurami, a i to nie wszystkimi. I teraz takie słowa….dość to jest szokujące, przynajmniej dla mnie. No, a potem było już o tym rozdziale Kościoła od Państwa. Powiedział były już prezydent, że jest za przyjaznym rozdziałem Kościoła od Państwa. Pochanke zaś kiwała ze zrozumieniem głową, kiedy on to mówił, a potem rzekła, że grozić nam może powrót do średniowiecza, czyli do tego co się Pochanke kojarzy ze średniowieczem. W jej oczach mogliśmy to wyczytać. Chodziło o to więc, że jak Kościół teraz dał czadu z tym in vitro, to bez przyjaznego rozdziału od państwa gotów obłożyć klątwą urzędników najwyższego szczebla, a może nawet rozpalić jakiś stos. Nie będę udowadniał idiotyzmu Pochanke i pokazywał, w których momentach ujawnia się jej wsiowy spryt, bo to wyraźnie widać. Chciałbym zatrzymać się nad tym przyjaznym rozdziałem. To jest jawna groźba i rozumie to każdy, kto wie, że język polityki jest zakłamany. Jeśli ktoś wychodzi i mówi, że będzie dobry, łagodny i będzie dążył do zgody, to w najlepszym razie jest kukłą i popychadłem, jak pan Bronisław, a w najgorszym szykuje się do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Sam zaś rozdział Kościoła od Państwa jest mechanizmem dość prostym do zdemaskowania. Na świecie jak wiemy działają różne organizacje, możemy je podzielić na takie, które mają zasięg globalny i to jest wpisane w misję, oraz na organizacje lokalne. Kościół jest organizacją globalną, a państwo lokalną. Jego wpływy są ograniczane poprzez wpływy innych państw, odeń silniejszych, a także poprzez organizacje globalne inne niż Kościół. Kościół jest jedyną globalną organizacją, która nie ingeruje w sposób tajny w pracę państw. Czyni to jawnie, ale jak wiemy za słabo. Każda taka próba okrzykiwana jest przez różne pochanki powrotem do średniowiecza. One również (te pochanki) wbrew faktom negują istnienie organizacji globalnych innych niż Kościół. Tak więc jeśli państwo, w którym większość stanowią katolicy domaga się rozdziału od Kościoła, oznacza to jedynie tyle, że zamierza swoją misję i swoje cele podporządkować innym organizacjom globalnym, które wpiszą misje tego państwa do swoich planów. I to jest proste jak włos Mongoła. Nie może być inaczej. Jeśli ktoś myśli, że rozdzielenie państwa od Kościoła oznacza samodzielność tego państwa, to znaczy, że ma nass…..ane i nie wymieszane. Przepraszam szanownych Państwa, ale nie mogę inaczej po tym wczorajszym wywiadzie. Jeżeli ktoś uważa, że bez organizacji która ma misję nie z tego świata możliwe jest istnienie jakiegokolwiek państwa ma w głowie to samo co napisałem powyżej. Ludziom naiwnym i ubogim w duchu wydaje się często, że wystarczy założyć bojówkę, żeby odzyskać swobodę działania na swoim terenie. To są mrzonki. To jest naiwność młodzieńcza, która skończy się egzekucją, albo zamachem. Nikt powiem nie patyczkuje się z lokalnymi watażkami. Państwo musi tworzyć wspólną jakość z Kościołem. Inaczej staje się działem w jakiejś światowej korporacji. Módlmy się, żeby nasze nie stało się działem w korporacji medycznej, bo z całą pewnością będzie to dział doświadczalnych królików. Dowody na to już mamy, w postaci tego in vitro oraz obowiązkowych szczepień, które występują u nas w takiej masie, że tylko dureń nie zauważa iż są problemem. Za tymi szczepieniami w dodatku głosowali posłowie PiS, warto by ich było pokazać na zdjęciach i wymienić z nazwiska. No, ale to może kiedyś. Na razie mamy tę bolesną niemoc umysłową, sączoną do mózgów przez telewizory. Przez pochanki, bronki i inne stwory. Nie można tego traktować poważnie. Polityk, który wygłasza kwestie takie jak Komorowski powinien objeżdżać resortowe domy starców dla byłych oficerów MO i tam ględzić o przyjaznym rozdziale Kościoła od państwa. Rozdział taki to podporządkowania państwa innym organizacjom globalnym. W tym także religijnym. No, a jeśli mamy taką konstatację, to od niej już tylko krok do wymienienia tych innych organizacji religijnych i charakterze globalnym, które mają w swoim statucie misję, tyle, że nieco się od misji Kościoła różniącą. Sami je sobie wymieńcie. Nie będę Wam niczego ułatwiał. 

Teraz wnioski. Póki Kościół w Polsce nie dostanie czytelnego i mocnego sygnału od państwa, że popiera ono w całości jego naukę, nie będzie mowy o żadnym przyjaznym rozdziale. Będzie mowa o rozdziale nieprzyjaznym, który oznacza po prostu postępującą marginalizację Kościoła w Polsce. W efekcie może się to zakończyć likwidacją tej organizacji, albowiem ludzi szczególnie młodych łatwo sparaliżować różnymi rzekomymi swobodami, których Kościół zabrania, a także ogłupić wyczynami, niektórych biskupów i księży. Nie ma bowiem co ukrywać, że wielu ludzi Kościoła powinno się nieco zastanowić nad swoją postawą. Nie do mnie jednak należy ich ocena, podobnie jak nie należy ona do Pochanke. Możemy jednak swobodnie oceniać nasze państwo, które domaga się od nas świadczeń przymusowych (w odróżnieniu od Kościoła). Możemy i czynimy to, a kiedy już do tych ocen przyjdzie widzimy, że państwo to oddzielając się od Kościoła staje się coraz mniej nasze i coraz więcej czyjeś inne. Do ustalenia pozostaje czyje.

Savoir vivre, czyli dlaczego nie wypada chować się na cmentarzu przed gwizdami

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, który to był rok, kiedy Jerzy Owsiak po raz pierwszy kazał uczestnikom tak zwanego „Przystanku Woodstock” uczcić pamięć o Powstaniu Warszawskim i jego bohaterach, a tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy to on akurat był tym pierwszym, który postanowił przejąć od nas tę narrację i rozpocząć wieloletni proces jej zawłaszczania, pamiętam jednak świetnie zarówno tamto lato, jak i cały kontekst owej hucpy, bardzo dobrze. A zatem pamiętam przede wszystkim Polskę, w której jakiekolwiek demonstrowanie przywiązania do wartości narodowych, było powszechnie – a mam tu na myśli zarówno polityków, jaki i media, czy wreszcie propagandowo eksploatowaną kulturę popularną – wyszydzane, a często traktowane jako wynaturzenie, i wcale nie mówię tu przede wszystkim o świętowaniu takich okazji, jak rocznica Powstania Warszawskiego, ale o zwykłych gestach w postaci wywieszania biało-czerwonej flagi, czy przyjmowaniu uroczystej postawy przy okazji hymnu państwowego. No, ale pamiętam oczywiście tamten „Woodstock”, kiedy to wszystkim nam odjęło wręcz mowę na widok owej wielusettysięcznej, uświnionej w tym błocie, często pijanej, czy niekiedy wręcz zaćpanej hałastry, wysyłającej na wezwanie swojego mistrza jakieś niby-światełka ku niebu, no i jego samego wrzeszczącego, że oto wszystkie tamte zamordowane w Powstaniu Warszawskim dzieci patrzą z nieba na ten cały syf i czują już jedynie dumę i wdzięczność.

Pamiętam tamten dzień i nie zapomnę go już nigdy, podobnie jak nie zapomnę bezsilnej rozpaczy, która mnie wówczas ogarniała.

Jak mówię, trudno jest mi dziś sobie przypomnieć, który to był rok, kiedy Owsiak postanowił odstawić ten swój upiorny cyrk, natomiast dziś wszyscy już widzimy, że od tego czasu owa maskarada stała się powszechnie uznawaną tradycją i nie można sobie wyobrazić dowolnej medialnej relacji z obchodów tego święta, bez próby skierowania naszej uwagi na to, co się dzieje tam, w tym czarnym błocie, kurzu i w tej ludzkiej nędzy. Ale, jak wiemy, przez te wszystkie lata stało się coś jeszcze. Doszło mianowicie do sytuacji, w której tak naprawdę prawdziwie szczerymi i serdecznie zaangażowanymi czcicielami narodowych wartości stali się ci, którzy wcześniej, przez wiele długich lat, na dźwięk słowa „Polska” w najlepszym wypadku wzruszali ramionami, ale też znacznie częściej wykrzywiali twarze w gniewnym szyderstwie. Stoją więc oni dziś przed nami i uznają za stosowne nas pouczać, jak to Polska jest naszą wspólną wartością i że nie wolno nikogo wyłączać z narodowej wspólnoty.

Stoją oni – dokładnie ci sami co wtedy i ci sami co zawsze – kiwają z jak najbardziej szczerą powagą dokładnie tymi samymi co zawsze łbami i mówią nam, byśmy się jednak może zreflektowali i przestali na nich gwizdać i buczeć, bo to naprawdę ani okazja ani miejsce odpowiednie po temu, by urządzać tego typu demonstracje. No i pytają, dlaczego? O cóż wam wszystkim chodzi? Skąd te pretensje? Czym myśmy sobie zasłużyli na takie traktowanie? Czyżbyśmy byli gorszymi Polakami?
I ja przyznaję, że nie jest łatwo na tę bezczelność odpowiednio mocno zareagować z dwóch względów. Przede wszystkim, nie da się zaprzeczyć, że w ogóle nie jest łatwo argumentować, dlaczego pewna część społeczeństwa znalazła się poza jego nawiasem w sensie przynależności definiowanej patriotycznie. Tu jednak też nie jest łatwo odwoływać się do świadectw historii, jako że owa wspomniana wcześniej antypolska kampania nigdy nie była prowadzona na poziomie dosłowności, którą można opisać przy pomocy paru obrazów i kilku zdań. To zawsze raczej chodziło nie tyle o słowa, czy o poszczególne twarze, co o owo wyłażące zewsząd szyderstwo i pogardę. No i też nie jest łatwo wziąć któregoś z nich za ucho i zażądać, by nam opowiedział, jak to on pięć, dziesięć, czy piętnaście lat temu czcił pamięć polskich bohaterów. No a poza tym wreszcie sam temat, jak każdy związany z osobistymi, często skrywanymi głęboko w sercu wzruszeniami, nie nadaje się do publicznego roztrząsania.

Całym szczęściem, ten blog ani nie jest ograniczony żadnymi konwenansami, ani też jego autor nie ma żadnego powodu, by dbać o swoją reputację kosztem prawdy, więc nie widzę najmniejszych przeszkód, by powiedzieć, dlaczego ja nie mam żadnego problemu z ludźmi, którzy od lat, w każdą rocznicę wybuchu Powstania przychodzą tam, gdzie próbują się lansować ci, dla których Polska nigdy nie była niczym więcej, jak zaledwie wstydliwie ukrywaną informacją w paszporcie, i na nich gwiżdżą, wrzeszczą, buczą, a może i plują. I ani mi w głowie, by się tu jakoś szczególnie napinać i w żywe oczy kłamać, że cmentarz to nie jest odpowiednie miejsce do demonstracji. Ile razy bowiem widzę choćby tego oszusta Owsiaka i tę jego sektę, jak bezczeszczą pamięć naszych bohaterskich żołnierzy i widzę tę naszą bezradność, myślę sobie, że tak naprawdę to jest wszystko, co nam zostało: spróbować tam pójść i zagłuszyć ich naszą pogardą.


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Jan Kulczyk. Wciąż inspiruje...

Autor: Integrator

Remont trwa, trwa w najlepsze. Jeśli więc już uda mi się znaleźć choć odrobinę wolnego czasu a nadto działające gniazdko z którego mógłbym podładować wciąż padającego laptopa, w pierwszej kolejności staram się wstawić teksty naszych najbardziej wytrwałych kolegów redakcyjnych. Ważne wszak by każdy Czytelnik ilekroć przekroczy te nasze skromne progi, mógł częściej niż rzadziej znaleźć tu coś nowego. Inna rzecz, że głód pisania doskwiera mi bardzo, przeto choć po północy, choć pomiędzy stłoczonymi w jedno miejsce meblami, i niemalże w namiocie z folii malarskiej, siedzę i piszę dla Was te parę słów.

Pomarło się Janowi Kulczykowi. Co prawda już parę dni temu, co przy dzisiejszej prędkości obiegu informacji może się co poniektórym wydawać tematem niewartym wspomnienia, no ale tak mnie to wydarzenie poruszyło, że nie ma siły bym o swych przemyśleniach w tej kwestii nie napisał. Bynajmniej nie chcę tu śladem innych szperać w jego życiorysie, ani też czynić rozważań nad kruchością życia i marnością rzeczy tego świata. Ba, ja w ogóle o nim pisać nie będę bo cóż przecież mądrego można powiedzieć wobec aktu śmierci? Wolę już podumać tu z Wami o tym co w naszym zasięgu, to jest poczynić rozważań kilka o tym jak ten świat materialny jest ułożony, jak się w nim odnaleźć, co robić by nie skończyć jako ta kukiełka. Wiem, enigmatycznie brzmi, ale zaraz wszystko wyjaśnię.

Żeby nie burzyć porządku tekstów jakie mi nagła śmierć pana Kulczyka w głowie ustawiła, teksty ważniejsze zostawię na później. Dziś, na rozgrzewkę, bardzo lekko acz wcale niezgorzej będzie jak idzie o wartość przekazywanych treści. Pokaże dziś na zaledwie dwóch przykładach perfidię koncernów wciekających nam swe „dobra”.

Stoi oto przede mną zafoliowany, równie pięknie jak wspomniane meble, telewizor plazmowy marki Samsung. Zważywszy na fakt, że minęło sześć lat od jego kupna, można powiedzieć, że to jest już sprzęt wiekowy. Można na nim co prawda oglądać telewizję naziemną, no i zdjęcia z pendrive’a ale to wszystko. Nie da się posłuchać muzyki ani obejrzeć filmów. Żeby się dało, pan w sklepie poradził kupić nowy model (a jakże!) albo zewnętrzny dekoder który mi te filmy przemieli. Pomyślałem, że może jednak wystarczy tylko aktualizacja oprogramowania ale po wejściu na stronę producenta zrozumiałem, że to co stoi przede mną to model zakwalifikowany już do grupy AOL (out of line) i firma zaprzestała udzielać wsparcia technologicznego. Szczęściem trafiłem przy okazji zgłębiania problemu na forum gdzie jakiś człowiek tłumaczył jak sobie w mojej sytuacji poradzić. Posłuchajcie. Jak się okazuje, poprzez wciśnięcie odpowiedniej kombinacji przycisków na pilocie można dostać się do menu serwisowego telewizora a przez to do najbardziej zaawansowanych jego ustawień.  Wszystko co miałem już później zrobić sprowadzało się do wybrania z listy, w odpowiedniej pozycji tego menu, nazwy modelu telewizora ale nie tego który posiadam tylko znacznie później wypuszczonego na rynek. Zadziałało! Telewizor włącza się teraz co prawda z dwudziesto-sekundowym opóźnieniem ale jak za dotknięciem magicznej różyczki poza dotychczasową możliwością oglądania telewizji naziemnej i tych zdjęć w formacie JPG, mogę słuchać muzyki w formacie mp3 i oglądać filmy w najwyższej rozdzielczości.

Dobrnęliśmy tym samym do sedna sprawy. Najwyraźniej, producenci by ograniczyć koszty produkcji zamiast każdorazowo rozbudowywać „matrycę” na bazie której powstaje nowy telewizor wmontowują od razu wszystko co trzeba do jednego układu. Przez co telewizor który posiadamy, zapewne i ten który ty Czytelniku masz w domu, przygotowany jest sprzętowo do obsługi niektórych nowinek technologicznych. Funkcje te są jednak zablokowane na poziomie wspomnianego menu. Wszystko po to by producent mógł sprzedawać kolejne modele, pod różnymi nazwami i w nowych obudowach, próbując skusić nas tym prostym zabiegiem do kupowania, kupowania, i jeszcze raz kupowania. Myślę, że inni producenci stosują podobne zabiegi ale to już musicie sprawdzić sami.

Mam też w domu router, firmy Netgear. Z portem USB by móc podłączyć drukarkę sieciową. To jest także sprzęt po gwarancji więc i tym razem postanowiłem zaryzykować. Poszło o to, że parę lat temu kupiłem w Plusie modem w formie pendrive’a, poprzez który łączyłem się mobilnie z siecią. To było rozwiązanie dobre gdy używa się jednego komputera, ale gdy chciałem podłączyć cokolwiek innego był z tym już pewien problem, że nie wspomnę o komórce czy tablecie działających w oparciu o system android. W takiej sytuacji idealnym rozwiązaniem byłaby możliwość włożenia do routera wspomnianego pendrive’a, i rozrzucenie sygnału z sieci komórkowej na resztę pomieszczeń. Zadzwoniłem do przedstawiciela producent, ale tam mi powiedziano, że port USB w routerze służy tylko do podłączenia drukarki a jeśli chcę zrobić to co planuję to oni mają do tego specjalne modele 3G. Nie było wyjścia jak tylko znów poszperać w sieci i volià! Okazało się, że jest alternatywne, darmowe oprogramowanie dla routerów, nazywa się tomato, które po wgraniu w miejsce oryginalnego, odblokowuje port USB dla modemów komórkowych. To jest zadanie znacznie trudniejsze niż to z telewizorem, ale i tu sieć podpowiada jak zrobić tą sztuczkę krok po kroku. Mi bynajmniej, przecież laikowi, udało sie i tym razem. Mam stary model routera, a mimo to sygnał sieci komórkowej dostępny w całym domu i dla wszystkich urządzeń. Można?

Po co ja to piszę? Na pewni nie po to by się pochwalić jaki to ze mnie gieroj. Chcę tylko abyście przez chwilę pomyśleli o tym jak bardzo stajemy się bezradni wobec tych wszystkich koncernów obracających miliardami, jeśli bezkrytycznie będziemy podchodzili do wszystkiego co one nam podadzą na tacy. Przeciwko nam stoją nie tylko te koncerny ale i wielkie sieci sprzedażowe, które żyją z tego co nam wcisną wzbudziwszy w nas wcześniej potrzebę posiadania, której bez ich technik manipulacyjnych nigdy byśmy nie odczuli. Oni nie mają litości, pieniądz musi płynąć, choćbyście musieli wziąć kolejny kredyt. Bezbronni wszelako nie jesteśmy. Wszystko co potrzebujemy w takich sytuacjach to rozsądek. Korzystajmy z niego bo jak widać warto.

Witam dziś w sposób szczególny na stronach Tygodnika Solidarni Czytelników z Arabii Saudyjskiej i ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Mam kilkanaście wejść z tych krajów co mnie niezmiernie cieszy. No i jedno, pierwsze wejście z Turcji. Dziękuję Wam i zapraszam częściej!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (trzecia, spóźniona część opowiadania:)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

– Myślę, że to dobry moment, by wprowadzić nieustającą nowennę do św. Antoniego – powiedział proboszcz i wypił trochę kawy.

– A wy jak myślicie, chłopcy?

Pytanie było skierowane mężczyzn, zajmujących wielkie fotele i kanapę, obitą tkaniną w róże, idealnie pasującą do najładniejszego pokoju całej plebanii. Prawie wszyscy księża siedzieli w salonie swojego szefa, zajadając apetycznie wyglądający, biało-czerwony sernik na zimno, z porzeczkową galaretką i była to jedyna osłoda tej chwili. Proboszcz, gdy tylko uporał się ze swoją porcją pysznego, pieczonego kurczaka, kazał gospodyni, by podała deser u niego, co odebrało nieco apetytu wikariuszom. Szykowało się zebranie księży, gwarowo zwane najczęściej, jak Polska długa

i szeroka, „sanhedrynem”. Jak widać, uczestnicy narad duszpasterskich mieli obycie biblijne oraz dystans co do ewentualnego wpływu Ducha Świętego na kształt swoich uzgodnień.

Było to spotkanie nadzwyczajne, gdyż zwyczajnie odbywały się one nie co wtorek po obiedzie, lecz co czwartek wieczorem. Ich organizator i pomysłodawca, ksiądz proboszcz Bossak został za to osobiście pochwalony przez Pasterza całej diecezji.


Był to bowiem, przynajmniej w teorii, czas na dogadanie spraw, na wybranie odpowiedniego kierunku duszpasterskiego, na przekonanie wikariuszy do wizji Bossaka. On też dbał o rytmiczność spotkań, wikariusze przejawiali mniejszy entuzjazm dla takiej formy spędzania wieczorów. Największym sceptykiem był oczywiście ks. Len. Przychodził co prawda dość często, głównie, by uniknąć zarzutów o niszczenie wspólnoty kapłańskiej. Teraz jednak był nieobecny i proboszcz był z tego powodu zadowolony. Oczywiście, przy najbliższej sposobności wypomni to swojemu rezydentowi. Teraz jednak mógł skupić się na papudze bez obawy o komentarze i uśmiechy. Uderzał długopisem o notes, gdzie przed chwilą zapisał sobie dwa podkreślone słowa – „Nowenna- Antoni” i patrzył na reakcję swoich podwładnych. Widział, że młodzi księża nie pałają entuzjazmem. Proboszczowi jednak zależało na powrocie ukochanego ptaka. Teraz postawił filiżankę i zabierając się za sernik, rozwinął myśl:


– Nikt tego nie ma w okolicy, takiej modlitwy za rzeczy zagubione, zwłaszcza za zwierzęta. Rozwojowo można było rozszerzyć nabożeństwo na zagubionych ludzi…

Proboszcz rozglądał się szukając aprobaty. Wikariusze dalej milczeli. Ten, kto pierwszy się odezwie i poprze ten pomysł, najprawdopodobniej będzie odpowiedzialny za jego przygotowanie i poprowadzenie. Proboszcza nie krępowała ta cisza. Bossak rozumiał dobrze sposób działania swojej rady. Postanowił więc usprawnić proces pytaniem, skierowanym do najmłodszego z wikarych

– Piotrze, a ty co sądzisz o tej nowennie? Św. Antoni jest patronem twojej rodzinnej parafii, tak? – chłopak lekko spięty pytaniem, uściślił:

– Nie, sąsiedniej. Ta nowenna, no cóż… modlitwa nigdy nie zaszkodzi, to znaczy, nigdy jej nie za wiele…

Szef wykonał standardowy manewr:

– No właśnie, ty to masz ducha, bracie! Jeszcze oleje nie wyparowały, czuć powiew Ducha, ufność w modlitwę.

Cały wywód trwał jeszcze chwilkę, a zakończył się  wymowną sugestią, że ksiądz Piotr na pewno świetnie by wszystko przygotował. Znów długopis zaskrobał w notesie.

– Poza wsparciem duchowym, musimy podjąć jeszcze jakieś poszukiwania. Chcę, by jeden z was przygotował plakaty i rozlepił je po mieście wspólnie z siostrami, a pozostali by wyszli dziś wieczorem po Mszy na poszukiwanie. Gdy będzie ciemniej, ona będzie mniej nerwowa, może nawet zaśnie gdzieś i łatwiej się ją złapie. Pan Wiesław, nasza złota rączka, obiecał załatwić skądś trzy podbieraki na ryby…

Na wieść o podbierakach i perspektywie  wieczornych łowów na różową papugę, pozostali wikariusze z zazdroscią popatrzyli na ks. Piotra. On szczęśliwie miał już inną funkcję i uśmiechał się lekko z wyrazem ulgi na twarzy. Ksiądz Marek Imański, jak zwykle przezorny, podniósł rękę:

– Zgłaszam się do robienia plakatów, to bardzo dobry pomysł.

Postanowił też wyręczyć proboszcza i zapytał swoich kolegów:

– Na pewno mamy jeszcze wiele dobrych pomysłów, prawda?
Powiódł wzrokiem po milczącej większości. Po kilku urywanych zdaniach i dość długich, cichych pauzach, Marek objawił to, co od początku chodziło mu po głowie. Rozwiązanie bardzo nowoczesne.

– Postuluję umieszczenie zdjęcia papugi na stronie parafialnej – rzekł, nachylając się w kierunku szefa, ze splecionymi dłońmi i zatroskaną miną.

Najmłodszy wikary parsknął nawet lekko śmiechem. Na dłużącym się niemiłosiernie spotkaniu myślami był gdzie indziej.  Teraz przypomniał sobie dzisiejszą rozmowę nadętego Marka z tym starym cwaniakiem, Lnem. Wracał właśnie z nieudanego polowania na wiadomą papugę. Najpierw widział, jak ktoś w zielonej marynarce stoi nad kimś, kto w ogrodniczym ubraniu przysiadł na schodach świątyni. Po chwili jednak ogrodnik wstał, a druga postać wyraźnie się cofnęła. Poznał ich niemal od razu. Teraz był już na tyle blisko, by usłyszeć, jak Marek nerwowo rzuca „tak, tak, oczywiście, ale…”, a Len w ogrodniczym ubraniu, pełen przekonania i pewnego rodzaju furii, wykłada doktorowi swoje racje. Podszedł i zaczął słuchać. Zapamiętał zwłaszcza definicję polityki

– W księdza gazecie wykładają, niby w katechizmie, że takie kazanie papieża na Placu Zwycięstwa to było mieszanie się do polityki – Len tłumaczył z zapałem i machał rękami – bo dla nich polityka to atak, konflikt i mieszanie ludziom w głowach. A dla papieża polityka zaczynała się tam, gdzie człowiek znajdował w sobie siłę, moc Ducha, by coś zmienić na lepsze.

Len dalej przywołał słynne zawołanie Jana Pawła II i wyjaśnił, czemu to dobry tekst na kazanie, które ma zamiar wygłosić w najbliższą, wyborczą niedzielę:

– Demokracja polega na tym, by ludzie rozumieli, że ich codzienne wybory są tak ważne dla kraju, ba! ważniejsze nawet, niż oddany raz na jakiś czas głos. Jak będą przyzwoicie żyć, to pewne kandydatury im przez głowę nie przejdą.

To ostatnie zdanie wypowiedziane zostało szczególnie mocno, jakby Len chciał, by coś z niego trafiło Marka osobiście. Na tym też skończył i podszedł do przysłuchującego się Piotra. – Witaj, kolego! – powiedział i zdjął rękawicę, uścisnęli ręce. Len z uśmiechem zaproponował zrzutkę na nową papugę.

– Jeśli będzie wystarczająco podobna, proboszcz się nie zorientuje.

Piotrek myślał przez chwilę, że to prowokacja, a Len namawia go do oszustwa, ale figlarne oczy starszego mężczyzny miały w sobie prostolinijność, której zaufał.

– Wie ksiądz, myślę, że poznałby po oporze w praniu.

– Jak to? – zapytał Len.

– Proboszcz opowiadał, że pierwszy tydzień był najgorszy, jeśli chodzi o mycie papugi. Potem przywykła. – starszy kapłan zaśmiał się serdecznie.

– Tak, dobrze mówisz. Skoro ja mogłem się przyzwyczaić do spotkań duszpasterskich, pewnie i papuga przywykła do mycia.

„Szkoda, że go teraz nie ma, utarłby trochę nosa tym fantastom…”- pomyślał Piotr i poprawił się w wielkim fotelu. Znów doszły do niego słowa obecnych na spotkaniu. Wydawało mu się, że co do niego, to chyba nigdy nie przywyknie do spędzania tak całego popołudnia czy wieczoru. Wypił już kawę i zorientował się, że już drugi raz podnosi pustą filiżankę. Kolejna myśl w głowie: „czysty Czyściec, pięćset dni,  jak mawiał Len. Znów on – ciekawe, co teraz porabia?”

Podobne myśli kołatały się w tej samej chwili w głowie księdza Stanisława. Len siedział w kancelarii i odrabiał swoją smutną pańszczyznę – robił porządek w kartotece cmentarnej i przepisywał ją do wersji cyfrowej. Gdyby go w tym momencie spytać o to, jak wyobraża sobie pośmiertną pokutę za grzechy, pewnie nie odezwałby się słowem, tylko wskazał na wysoką stertę pożółkłych kartoników. Dziś był jego dyżur. Aktualnie przedzierał się przez nazwiska na literę „B”. – Pan Janusz Bałaban, zmarły w 1934 roku, ostatni raz pokładne zapłacone w 1986, brak adresu dysponenta… Mruczał do siebie, wstając jednocześnie od stolika w kancelarii, by podejść do wielkiej mapy cmentarza. – Sektor „C”, Rząd 15, miejsce 7… To wszystko trzeba było wprowadzić do komputera, a przy tym upewnić się co do lokalizacji i jeszcze połączyć z odpowiednim zdjęciem. Dzięki temu, w teorii miało być łatwiej. W praniu okazywało się jednak często inaczej, a powodem był tak zwany „czynnik ludzki”. Nigdy nie wiadomo, kto zapuka do kancelarii.

Dlatego też z pewnym napięciem przerwał swoją pracę przy kartotece cmentarnej, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Ktoś pofatygował się tu poza normalnymi godzinami przyjęć, co mogło oznaczać jakąś nadzwyczajną sytuację – od młodych zdrowych, zbierających na piwo, po zapłakanych usiłujących załatwić sprawę związaną z pogrzebem. No i wszystkie możliwe formy kombinacji pierwszego z ostatnim. Trzeba mieć, jak Len, kilka dekad kapłaństwa na karku by poczuć na własnej skórze, że ludzie i takie – wydawałoby się skrajne – rzeczy są w stanie doskonale połączyć. Rutynowo wyciągnął z szuflady wielki pęk kluczy o kolorowych breloczkach i poszedł przez poczekalnię i korytarz do drzwi. Nie wiedział, że człowiek po drugiej stronie jest nieporównanie bardziej zestresowany od niego.

Konstanty Bulski od początku nie miał ochoty na tę wyprawę. Przymuszony przez żonę, zniechęcony odmową pobożnych sąsiadów, wyszedł jednak z bloku i wybrał nienajkrótszą drogę na plebanię. Na szczęście było niedaleko, albo nie na szczęście. Bulski łaził trochę po parku, korzystał z uroków wiosny, na ławeczce dostrzegł w oddali swoich kolegów i znajomych, wśród których był nawet jeden wojskowy emeryt. Na pewno dyskutowali o wyborach, upewniali jeden drugiego co do przebiegu drugiej tury.


Bulski miał ochotę do nich podejść, ale przeszkadzało mu to diabelskie pudełko. Różowy ptak wcale nie miał zamiaru siedzieć spokojnie, rzucał się i skrzeczał z desperacją, a pułkownik z kolei nie miał pomysłu, jakby wytłumaczyć koleżeństwu, że oto wobec tak wielkich zmagań wewnętrznych, w tak doniosłej dla kraju chwili, on, jak gdyby nigdy nic, idzie do proboszcza z jego ptakiem. Jakby wszystkie fosy były zakopane, a transzeje zrównane. Bulski nie był zbyt rozmowny, wolał słuchać niż mówić, a istniało przy tym graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że jego drodzy koledzy wykorzystaliby tę papugę przeciwko niemu. „Jak tam Kostek, dalej wyprowadzasz czarnym papugi na spacer? Płacą ci coś chociaż ?” W uszach Bulskiego zabrzmiał ten hipotetyczny śmiech i w zdenerwowaniu potrząsnął pudełkiem po wódce.

– Siedź cicho! Zaraz będziesz u swoich… – powiedział to pod wąsem, chociaż od początku poważnie bił się z myślami, czy nie wypuścić jej tutaj. Gdy wyszedł jednak z klatki i zobaczył pozornie puste rzędy okien na ścianach sąsiednich bloków, stwierdził, że to jednak zły pomysł. Gdyby ktoś go zobaczył, jak wypuszcza tego ptaka! Ewentualne żarty starych kolegów wydały mu się nieszkodliwą błahostką na tle tego, co by z nim wtedy zrobiły języki osiedla „Cisza”. Uświadomił sobie, ile oczu musi go w tej chwili śledzić zza firanek, potrząsnął jeszcze mocniej pudełkiem i powlókł się w stronę kościoła.

Pod drzwiami kancelarii parafialnej stanął z niechętną miną, a w dodatku doczytał, że otwarta będzie dopiero o szesnastej. Już miał kolejny raz wyładować swoje nerwy na pudełku, gdy zastanowiła go pewna rzecz. Zanim jednak zajrzał do środka, zdążył już dwa razy nacisnąć dzwonek do drzwi. Gdy Len mu otworzył, mina Bulskiego nie wyrażała już jakiejś wydumanej niechęci, ale zwierzęcy strach człowieka, który nie ma zupełnie pomysłu jak się zachować, a niestety nie udaje mu się zapaść pod ziemię.

Ksiądz Stanisław był zdziwiony, nie znał tego człowieka z kościoła. Mężczyzna chyba trochę starszy od niego, wąsaty, z pudełkiem po wódce w trzęsących się ramionach. Bezdomny? Nie, nie ten zapach i ubranie, ale niewątpliwie – człowiek zmęczony życiem, pomyślał Len. Przyszło mu nawet do głowy,  że może to lustro do niego przyszło, jedno z tych, co to przechadzają się po gościńcu. No, ale on nie miał wąsów. Zrobił zatroskaną minę spokojnego plebana i zapytał, o co chodzi. Odpowiedź kazała mu otworzyć szeroko drzwi i zaprosić człowieka do środka. Mężczyzna oznajmił mu zmieszanym głosem, że ona właśnie umarła.

Len siadając za biurkiem układał spokojnie przebieg rozmowy. Trzeba delikatnie dopytać, co to za „ona”. Ze stanu tego człowieka odczytywał, że raczej ciocia lub mama, chyba nie małżonka. Tacy jak on odejściem żony załamani są zupełnie. Śmierć ma już to do siebie, że często to  właśnie najtwardsi materialiści przychodzą do kancelarii najbardziej skruszeni. Z pokładów umysłu karmionego latami Trybuną Ludu lub twardym draństwem Nie wydobywał się nagle bezgłośny szloch. A także ufność. No i przekonanie, że jednak czarni się na tym znają, na śmierci, że wiedzą, co robić. Co zrobić z tą żoną, której nagle zabrakło? Małżonka tyle przyzwoita, by pomimo jego protestów przyjąć co jakiś czas księdza po kolędzie. Okazywało się to cenne, gdy zostawali sami z pogrzebem, ci dawni pierwsi sekretarze, dyrektorzy nieistniejących już fabryk czy oficerowie LWP, bezradni i zagubieni wśród formalności. Len dotąd pamiętał mieszaninę żalu, zażenowania i współczucia, jaką odczuł w sobie na koniec pewnego pogrzebu. Ortodoksyjny marksista poprosił go o mikrofon i łamiącym się głosem spróbował połączyć bardzo dalekie brzegi. Najpierw gorąco podziękował księżom „za wszystko”, z przesadną wręcz wylewnością. Potem oznajmił uczestnikom pogrzebu, że podpisuje się w całości pod tym, co zostało powiedziane na mszy.

– Tak! Moja żona jest naprawdę w niebie! Gdy ją skremowaliśmy, część drobin nie znalazła się przecież w urnie, lecz kominem dostała się w powietrze i jest teraz w niebie nad naszym miastem, które tak kochała…

Len uważał, że to mógł być podobny przypadek, należało więc zachować szczególną delikatność. Mężczyzna zajął miejsce po drugiej stronie kancelaryjnego biurka, ciągle ściskając w ramionach zagadkowe pudełko.

– Bardzo mi przykro – powiedział Len. – Kiedy to się stało?

Bulski prawie go nie słuchał, próbował ogarnąć, co się dzieje. Niestety, ale cały scenariusz przekazania ptaka, jaki sobie ułożył po drodze, wziął nagle w łeb.  Gdy zaintrygowany bezruchem w pudełku zajrzał do środka, stojąc przed kancelarią, bał się, że ptak wygryzł dziurę i uciekł. Było jednak gorzej. Papuga była co prawda w środku, ale sztywna i nieruchoma. Leżała z wyciągniętymi w górę nogami. Len spokojnie ponowił pytanie, a Bulski zdołał odpowiedzieć:

– Dzisiaj, teraz…

Pułkownikowi naprawdę było głupio. Co o nim teraz pomyślą? Ach, ci przeklęci księża! Który normalny mężczyzna hoduje różową papugę! A jak hoduje, to jej pilnuje! Po cichu ją chowa, ani pary z ust. No i strzeże, by nie uciekła. Czy oni nie wiedzą, co to wstyd? No cóż, on wiedział, a martwy różowy ptak w pudełku i żywy mężczyzna w czerni potęgowali jego zakłopotanie. Zamiast jednak wybuchu i wygłoszenia kilku uwag o hodowli ptaków egzotycznych, postanowił wykonać manewr zabezpieczający. Nie ma w końcu żadnych złych intencji, chętnie odkupi im tę ich święconą papugę.
– Zapłacę za nią, – popatrzył z determinacją na Lna i dodał – oczywiście, że zapłacę… –
Stanisław się wzdrygnął. „Masz mnie więc za krwiopijcę, tak?”- pomyślał, zły, że rozmowa od razu zeszła na temat opłat. Postanowił wrócić do rzeczy najważniejszych. Podejść, jak by to powiedział ksiądz doktor Imański, „personalistycznie”.

– Spokojnie, pieniądze nie są najważniejsze – zapewnił Len, pochylając się nad biurkiem, po czym dodał:

– Rozumiem, jak pan się musi teraz czuć. Śmierć to zawsze tragedia. Czy zmarła była naszą parafianką?

Bulski zaczął analizować ostatnie słowo, którego chyba nigdy w życiu nie używał. Czy chodzi mu o papugę? Nazywali ją parafianką? Nie, chyba niemożliwe. Głos księdza przerwał jego rozmyślania

– Czy pan jest stąd? – Len chciał przejść do faktów. To zawsze uspokajało rodzinę w takich wypadkach.

Bulski jednak doszedł do wniosku, że nie wie jak rozmawiać z tym dziwnym człowiekiem, który tak poważnie reaguje na śmierć ptaka. On miał go jedynie odnieść, wcale nie wiadomo, czy to potrząsanie pudełkiem ją zabiło, zresztą, może akurat nikt tego nie widział… Pułkownik przełamał się, postawił tekturowy sześcian z napisem „Bols” na biurku, otworzył go i wskazał ręką

– Proszę, niech ksiądz sam zobaczy.

Tego Len się nie spodziewał. Po raz drugi tego dnia wrócił do przeszłości. Lata siedemdziesiąte, jako kleryk siedzi przy niedzielnym obiedzie w swojej rodzinnej parafii. Kanonik Dobrzański, znany gawędziarz, nalewa sobie rosołu i z kolei wraca do swojej kapłańskiej młodości. Jak to w czterdziestym szóstym do kancelarii przyszedł chłop z zawiniątkiem, postawił je na wielkim dębowym biurku tamtej plebanii i patrząc głęboko w oczy zdziwionego plebana, zapytał:

– Co to jest, proszę księdza, ósme przykazanie?

Zanim ksiądz zdążył odpowiedzieć, chłop ciągnął swoje – nie tylko kłamstwo, ale i wielomówstwo, jak ojce misjonarze w poście prawili! To są grzechy śmiertelne, tak?

Z zawiniątka przesączała się powoli krew, ślicznie pasująca swą czerwienią do starej dębiny, a Dobrzański przypomniał sobie nagle, że żona siedzącego przed nim chłopa milkła tylko tedy, gdy spała. We wsi mówili, że stara Gienia Klimowa nawet z gębą pełną klusek nie przestawała zrzędzić. Len często przytaczał ten wypadek młodym księżom. Ilekroć narzekali na współczesne zepsucie, sugerował, by cieszyli się, że nikt im nie przyniósł do kancelarii odciętej siekierą damskiej głowy  z pytaniem o ósme przykazanie. Len teraz jednak na własny użytek starał się intensywnie przypomnieć sobie dalszą część opowieści kanonika Dobrzańskiego. W kancelarii zapadła cisza. Gdyby z kolei Bulski potrafił czytać w myślach, wiedziałby skąd milczenie, skąd nagła obawa i pot na twarzy siedzącego za biurkiem księdza. Mimo wszystko ponowił gest, wskazując na pudełko. Len wstał i spojrzał do środka. Uff! Okazało się, pomyślał z nagłą ulgą, że to jednak nie Stephen King, a raczej Monthy Python pisał scenariusz tego dnia. Moment zdziwienia i głośny śmiech Lna wprawił pułkownika na nowo w konsternację. Len dostrzegł to i przemówił:

– No proszę, znalazł pan zgubę. Przepraszam, nie zrozumieliśmy się. Myślałem, że pan z pogrzebem. Z tego wszystkiego nawet się nie przedstawiłem.

Wymienili pozdrowienia, przedstawili się, uścisk ręki, znowu siedzą. A Bulski tak chciałby już iść.

– Gdzie pan ją znalazł, co? Rozbiła się? – Bulski wyjąkał jakieś odpowiedzi na te i następne pytania rozbawionego nagle księdza. Sam miał tylko jedno pytanie

– Czy to księdza ptak?

Len uśmiechnął się odprężony

– Nie, ale adres dobry. Niech się pan nie martwi, miała ciężkie życie ta papuga.

Zanim Len skończył pocieszać poznanego przed chwilą pułkownika, kątem oka dostrzegł, że ktoś kręci się w sąsiednim pomieszczeniu, gdzie stały kartoteki. Po krokach poznał Bossaka. Należało działać możliwie szybko, więc wstał, obszedł biurko, wyciągnął jeszcze raz rękę do Bulskiego, objął go ramieniem gdy ten wstał, by odwzajemnić uścisk. Len delikatnie popychał go w kierunku drzwi, dziękując za fatygę. Obawiał się, że tego człowieka, któremu nie było chyba zbyt blisko do kościoła, weźmie w obroty proboszcz. Przesłuchanie w związku ze śmiercią różowej kakadu mogło stać się solidną płytą nagrobną jego wiary. Udało im się opuścić kancelarię i wejść do poczekalni, zanim zjawił się tam proboszcz. Len słyszał jednak za sobą kroki Bossaka, pewnie ten coś od niego chciał i właśnie go szukał.


Wyszedł z Bulskim na schody wiodące do kancelarii i dopiero teraz obaj się zorientowali, że pułkownik wciąż ma w rękach pudełko, które musiał odruchowo zabrać ze stołu.

– Niech pan mi to da. Można? – zapytał Len, odebrał pudło i pożegnał mężczyznę, który od razu zaczął się oddalać od kancelarii. Ksiądz Stanisław miał jeszcze ochotę powiedzieć, że szkoda, że papuga nie jest niebieska, no i że zapewne jest tylko zmęczona całodziennym skrzeczeniem i odpoczywa. Szkoda, że nie zdążył. Byłoby to bowiem proroctwo. Zanim się odwrócił, usłyszał zza pleców głos Bossaka.

– Czego chciał ten pan?

Len nie oparł się pokusie malutkiego kłamstwa, choć zaraz sumienie zagrzmiało w nim, niczym stary kanonik z ambony, że nie ma czegoś takiego jak małe kłamstwo. Odwrócił lekko głowę i wymamrotał

– On… przyniósł w pudełku makulaturę.

Len, stojąc bokiem na schodach teraz miał przed sobą wielki, pomarańczowy kontener, w którym parafianie zbierali stare papiery, by wybudować za nie studnię w Afryce. Starszy kapłan naprawdę chciał tylko oszczędzić wszystkim dochodzenia i pogrzebu. Proboszcz skomentował, że nigdy się nie nauczą. Widzi taki Janusz wąsaty kontener, a nie wrzuci, tylko księdza fatyguje, a tyle pracy przy cmentarzu, przy inwentaryzacji. Proboszcz gadał tak, gdyż wiedział, że Len lubił grzebać czasem w tych papierach. Niestety, a to wygrzebał z makulatury Mickiewicza z XIX wieku, a to jakieś hiszpańskojęzyczne bzdety o filozofii, a to dobre, jego zdaniem kryminały, a to pozycje z osiedlowej biblioteki. Słowem – Len wyciągał z kontenera najcięższe porcje papieru i tym samym, ku utrapieniu Bossaka, opóźniał realizację zbożnego dzieła. „Tym razem ci się nie uda, molu książkowy!” Pomyślał Bossak, zabrał starszemu księdzu pudełko i rzucił je w otwartą paszczę kontenera. Z tego, co w tamtej chwili się wydarzyło, Len miał się głośno śmiać jeszcze przez długie miesiące. Krzyk proboszcza, machanie rękami, skrzek papugi i machanie skrzydłami, pościg i ucieczka, pełne niezrozumienia i wyrzutu spojrzenie Bossaka. Jednym słowem, niezapomniany widok. Najlepszy jednak w tym wszystkim był właściciel pudełka.

Konstanty Bulski powoli wypuszczał powietrze, wracając pewnym krokiem z udanej akcji. Pozbył się papugi! Trochę żal mu było dobrego pudełka, ale trudno. Niech to będzie, jak to się mówi, ofiara! Jego ofiara na kościół! Zanim jednak opuścił teren świątyni, usłyszał za plecami krzyk mężczyzny i znajomy skrzek. Niemożliwe! Odwrócił się i od razu dostrzegł szeroko otwartymi oczami wzlatującą między drzewa, głośną i różową plamę. Jak oni? Jak?!? A jednak… Pułkownik Bulski spojrzał na wielką bryłę świątyni, na śmiejącego się na schodach księdza i powoli przeżegnał się, bardzo nabożnie. Zupełnie tak, jak go babcia uczyła.