whos.amung.us

wtorek, 21 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.

Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.

Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.

No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.

No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.

No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.

No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.

W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.

Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz