whos.amung.us

czwartek, 30 lipca 2015

On jest moim pasterzem, czyli witamy w studio tatuażu

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Notka dzisiejsza chodzi mi po głowie od wielu już miesięcy, by nie powiedzieć lat i jeśli dotychczas nie udało mi się nawet jej zacząć, to przede wszystkim dlatego, że do dziś praktycznie nie umiałem znaleźć tego jednego obrazu, który zawsze jest potrzebny, kiedy chce się powiedzieć coś w formie wiersza, opowiadania, piosenki, czy choćby zwykłej refleksji. I oto od paru mam przed oczyma coś, co chyba doprowadzi mnie do tego, że wyrzucę to z siebie raz na zawsze. Ale zacznijmy od początku.

Parę dni temu szedłem sobie ulicą, kiedy minęła mnie dziewczyna, wedle wszelkich znanych mi standardów, bez śladu czegoś, co moglibyśmy nazwać postawą wyzywającą, z jednym maleńkim wyjątkiem: otóż wysoko na piersi, nieco z boku od miejsca, gdzie się zwykle nosi medalik, miała wytatuowany skromny krzyżyk. Choć widok ów zrobił na mnie pewne wrażenie, muszę przyznać, że nie stało się to po raz pierwszy. Oto parę lat temu jechaliśmy sobie pociągiem z Bletchley do Londynu i obok nas stała bardzo ładna kobieta w średnim wieku, niezwykle elegancka, i też w najmniejszym stopniu nie wyglądająca ekscentrycznie, z tym jednym wyjątkiem, że na nadgarstku miała niewielki tatuaż, jakiś napis, o ile pamiętam. Ale i to nie było moje pierwsze doświadczenie tego typu zjawiska, gdzie ludzie, pozornie niczym nie różniący się od nas, nagle odnajdują w sobie potrzebę, by przy pomocy tatuażu opieczętować choćby jeden fragment swojego ciała.

Oczywiście wszyscy wiemy, co mam na myśli. Mówię o owej szczególnej ogólnoświatowej modzie, rozlewającej się po piłkarskich boiskach, muzycznych estradach, ale też ulicach naszych miast, i to niekiedy do tego stopnia, że nagle z przerażeniem zauważamy, że na tym tle wyglądamy jakoś… dziwnie, a polegającej na ozdabianiu ciała różnego rodzaju obrazami, w takim zamiarze, by one pozostały tam na zawsze. Mówię o owej szczególnej intencji, która niektórym z nas każe złożyć tę szczególną, czasem bardzo osobistą, ale często też pozornie nic nie znacząca, deklarację – niekiedy tak doskonale ukrytą i nieprzeniknioną – w tak sposób, by ona już do końca naszego życia świadczyła o nas, tak jak świadczy o nas nasza twarz, nasza sylwetka, czy nasz charakter. Tyle że o ile tam często liczymy na to, że może z biegiem lat będziemy mądrzejsi, piękniejsi, czy zwyczajnie zgrabniejsi, tu zdajemy się walczyć o to, by to, jacy byliśmy w wieku 18, 25, czy 35 lat, zostało z nami już na zawsze. To jest trochę tak, jakbym ja, mając te swoje 15 lat i poczucie, że moim całym życiem jest piosenka zespołu Led Zeppelin „Since I’ve Been Loving You”, kazał sobie ową frazę wytatuować na plecach w pięknym łuku od ramienia do ramienia i nosił ja tam do dziś, kiedy zbliżam się do 60-tki. I przyznaję, że tego typu gestów nie rozumiem.

Ale, jak wiemy, kiedy pojawia się temat tatuaży, nie chodzi przecież wcale ani o ten krzyżyk na piersi, ani o ów łańcuszek na nadgarstku, ani nawet o herb miasta Katowic na plecach, ale o powszechne traktowanie ludzkiego ciała, jako płótna, które będziemy tak długo zamalowywać, aż nie zostanie tam choćby centymetr kwadratowy wolnego miejsca. A wówczas zaczniemy kaleczyć to ciało już bardziej bezpośrednio, przebijając je, rozcinając, wbijając w nie różnego rodzaju większe, lub mniejsze ozdoby. No a dalej już pozostanie nam tylko stawiać kolejne kroki, czy to przez wszczepianie sobie kocich wąsów, tygrysich zębów, czy diabelskich rogów.

Czemu to robimy? Nie wiem. Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje mi się przyjęcie, że w tym akurat wypadku mamy do czynienia z psychiczną chorobą, taką jak anoreksja, bieganie, seks, hazard, czy inne natręctwa, a skoro tak, to też nie mamy za bardzo o czym rozmawiać. Ja jednak nie chcę się zajmować ani artystami, ani piłkarzami, ani wariatami. Mnie nie chodzi też o tej tak zwanej „białej nędzy”, która wierzy, że jak sobie wytatuuje tego węża albo smoka na łydce, to w ten sposób będzie awansowana do establishmentu. Ja dziś zastanawiam się zaledwie nad tymi z nas, którzy pewnego dnia tak bardzo pragną się gdzieś na którymś fragmencie swojego ciała podpisać, że się przełamują i idą sobie zrobić ten obrazek na kostce, czy na nadgarstku, tak by sobie móc od czasu do czasu na niego popatrzeć i poczuć tę satysfakcję. I proszę nie myśleć, że nie próbowałem tej zagadki badać osobiście. Owszem, miałem okazję pytać paru znajomych, czemu to robią, jednak nigdy nie uzyskałem jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, poza ta jedną, że tak będzie ładnie. A i to w najlepszym wypadku, bo i tak przeważnie odpowiedzią było tylko owo uparte spojrzenie typu: „A czemu nie?”

A zatem, nie pozostaje mi nic innego, jak samemu drążyć tę zagadkę: czemu tak wielu z nas tak bardzo potrzebuje złożyć na choćby drobnym fragmencie ciała ów podpis? Niechby to był ten wspomniany na początku krzyżyk. I muszę z prawdziwym bólem serca przyznać, że moje myśli niezmiennie idą w stronę tych młodych kobiet z Gdyni, o których ostatnio dość dużo pisały internetowe portale, a które zatrudnione były u jakichś lokalnych alfonsów w charakterze dziewcząt do towarzystwa. Jestem pewien, że większość z nas miała okazję oglądać policyjne zdjęcia przedstawiające tatuaże, jakie owi sutenerzy kazali wykaligrafować tym dziewczynom na nogach, ramionach, czy plecach, tak by one zaświadczały o tym, że każda z nich jest własnością któregoś z nich: „Made by B.”, „Własność Olka””, „Wierna suka Leszka”, „Kocham mojego pana i władcę”…
Z informacji, jakie do nas dochodzą wynika, że one wszystkie tak naprawdę chciały mieć te tatuaże i dziś nie ma sposobu, by je skłonić do tego, by zeznawały przeciwko swoim oprawcom. Otóż uważam, że właśnie tam, w tej Gdyni, dostaliśmy odpowiedź na tę zagadkę. Bo jeśli się tak naprawdę zastanowić, to różnica między tamtymi obrazkami, a… powiedzmy, wydrapanym na ramieniu chińskim znakiem, jest wyłącznie techniczna. To znaczy, że podczas gdy my każemy sobie przybijać te pieczątki na naszych łydkach, ramionach i plecach, to Leszek i Olek zdobią nogi, ramiona i plecy tamtych dziewcząt, w głębokim przekonaniu, że to jest ich ciało. Intencja więc, jednak, i cel pozostają te same: chodzi o to, by potwierdzić przed sobą, że nasze ciało należy do nas i do naszego pana i władcy. Że jesteśmy tak naprawdę niewolnikami. Czyimi? Aaaa… to jest już temat na dłuższą rozmowę.


czwartek, 23 lipca 2015

In vitro, czyli zabójstwo o stuprocentowej skuteczności

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)


Przed kilkoma dniami miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w audycji Katolickiego Radia Podlasie, w której głównym zaproszonym gościem był wybitny polski lekarz-ginekolog, a jednocześnie znany obrońca życia poczętego, którego zadaniem było przedstawienie słuchaczom istotnych faktów związanych z niewyobrażalnym wręcz oszustwem znanym pod nazwą „in vitro”. Ponieważ, jak mówię, sam miałem zaszczytną okazję w owej audycji uczestniczyć, poza tym tak się składa, że wspomniany lekarz jest od lat moim konsultantem, a my znaleźliśmy się właśnie na prostej drodze do zalegalizowania w naszym kraju owego wyjątkowo czarnego procederu, chciałbym podzielić się w tym temacie paroma bardzo krótkimi uwagami.

Otóż z informacji, jakie zostały mi przekazane przez dr. Fąka, wiemy, że skuteczność wspomnianej metody, i to realizowanej w najlepszych ośrodkach i przy użyciu najbardziej zaawansowanych medycznych technik, sięga zaledwie 20 do 30 procent. A należy pamiętać, że kiedy mówimy o owych procentach, mamy na myśli zaledwie skuteczną produkcję rokującego jakiekolwiek szanse przeżycia zarodka. Jaki jest tego ostateczny efekt, a więc, czy dziecko w ogóle się urodzi i czy będzie na tyle zdrowe, by przeżyć, wszystko to pozostaje już poza podstawową statystyką i, jak się zdaje, nikogo kompletnie nie interesuje. Pieniądze zostały zaksięgowane, robota wykonana. I to nie jest niczyja opinia, ale nagie, powszechnie rozpoznane fakty. To że realna skuteczność owej metody nie przekracza paru procent, to fakt, którego nikt kompetentny nie kwestionuje. Metoda in vitro stanowi cywilizacyjny eksperyment, który z medycznego punktu widzenia stanowi niemal całkowitą fikcję, a jego jedyną funkcją jest, z jednej strony, walka z tradycyjną moralnością, a z drugiej, generowanie zysków dla biznesu.

Wielu przeciwników stosowania metody in vitro w znanej nam postaci zwraca uwagę na fakt, że ceną jej legalizacji jest śmierć wielu niewinnych ludzkich istnień. I to jest fakt równie niepodważalny, jak wspomniana wcześniej nieskuteczność owego procederu. To jest fakt równie jednoznaczny, jak to, że tak naprawdę to owa śmierć stanowi jedyny, praktyczny sukces owego czarnego przedsięwzięcia. Tak naprawdę, w ostatecznym rozrachunku, jedyne czym mogą się pochwalić wszyscy ci, którzy postanowili się zaangażować w realizację owych procedur, jest to, że skuteczność owych zabójstw jest bliska 100 procent.

Zdając sobie sprawę z powagi owej konstatacji, chciałbym jednak wskazać na fakt, że zabijanie ludzi w imię różnego rodzaju ideologii nie dość, że nie jest wynalazkiem współczesnym, to w dodatku przez wielu komentatorów traktowane jest jako coś do tego stopnia zwykłego, że wręcz niewartego uwagi, a w związku z tym nie sądzę, by podnoszenie tej kwestii miało dziś dla nas szczególną wartość praktyczną. To co natomiast ma znaczenie, to fakt, że po raz kolejny, tylko po to, by zabić i jednocześnie mieć z tego realny zysk, również po raz kolejny, świat wielu z nas najzwyczajniej w świecie wystawił do wiatru, a myśmy nawet nie jęknęli.


wtorek, 21 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.

Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.

Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.

No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.

No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.

No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.

No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.

W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.

Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.


wtorek, 14 lipca 2015

O naszym egoiźmie, chamstwie też naszym i trochę o zwykłych durniach

Autor: Integrator

Może nie powinienem pisać tego co tu zaraz znajdziecie ale wierzcie, i tak nazbyt długo zwlekałem. A nie powinienem ruszać tego tematu przede wszystkim dlatego, bo zdaję sobie dobrze sprawę z faktu, że gdy pisze się dobrze o własnym narodzie jest się przez współbraci kochanym i pod niebo wychwalanym. Lecz gdy tylko uderzy się w niemiłą uchu nutę krytyki zaraz spada na człowieka grom z jasnego nieba. Wszelako nie powstrzyma mnie to przed smutnym stwierdzeniem, że jako społeczeństwo chamiejemy i to na potęgę. Proszę, oto tylko nieliczne przykłady naszej słabej i wciąż słabnącej kondycji kulturowej.

Ostatni weekend spędziłem nad morzem. Żeby nie krążyć slalomem pośród masy smażących się na słońcu ciał, wszak do tego sprowadza się w tych dniach spacer po sopockiej części wybrzeża, wybrałem wyspę Sobieszewo. Droga nad morze wiedzie tu asfaltem przez las. Jest to zaledwie kilometrowy odcinek, acz ci którzy szukają miejsca ustronnego muszą przejść drugie tyle do jednej z pobocznych bram, drogą wyłożoną betonowymi płytami. Wybrałem ten wariant właśnie i ale by jeszcze bardziej umilić sobie drogę, szedłem wydeptaną ścieżką lasem. Tu ma swój pierwszy akt to chamstwo, które składa się na smutny obraz poziomu naszej zbiorowej kultury.

Całą tą bowiem leśną drogę do bramy numer 15 znaczyły mi porzucone puszki po piwie i plastikowe butelki. Jedne rzucone od tak jak popadło, inne nabite bądź pozawijane wokół gałązek młodych drzewek. Nawet na plaży jakiś imbecyl wymyślił, że dobrze będzie użyć butelki po piwie do wystawienia jednej z wież piaskowego zamku. W tym miejscu, abstrahując od samego śmiecenia, zacząłem poważnie się martwić, czy aby kampanie piwowarskie nie wymodelowały nam nowego styl spędzania czasu, który polega na robieniu wszystkiego z puszką czy butelką w ręku. Bo proszę zwrócić uwagę, gdy będziecie Państwo sami nad morzem, jak wiele osób pije piwo na plaży. I nie chodzi już nawet o to, że oni łamią prawo, ani o to czy piwo powinniśmy pić częściej czy na przykład colę, ale o to że z całej gamy dostępnych napojów co raz częściej wybieramy alkohol. Bo tak jest cool, bo z puszką w ręku jesteśmy luzacy, tak? Nie wiem jaki mechanizm uruchomiono, ale na pewno uruchomiono i ta głupia moda staje się niebezpiecznie powszechna. Jakby na zawołanie, pochłonięty tymi myślami, wchodząc raz kolejny na plażę natknąłem się na młodego człowieka kontemplującego zachód słońca w towarzystwie aluminiowej puszki. Jak moim Czytelnicy wiedza, ja już raz wobec aktu publicznego spożywania alkoholu zaprotestowałem, to było w pociągu Intercity, skoro jednak pan konduktor - funkcjonariusz państwowy - nie zareagował poprawnie, mijam teraz takie obrazki bez najmniejszego wzruszenia. Cóż pewnie jak większość z nas. Za głowę więc już tylko się złapałem gdy wracając tą samą drogą w miejscu gdzie siedział ów młodzieniec znalazłem tylko tą puszkę. Cóż za durniem trzeba być, niepojęte, by siedząc zaledwie pięć metrów od kosza na śmieci wstać i jak nigdy nic zostawić po sobie taką pamiątką? To jest pole do popisu dla psychologów, tudzież dla socjologów choć oni to zachowanie na pewno już opisali i znaleźli dobre a przede wszystkim bardziej stonowane wytłumaczenie. Dla mnie człowieka myślącego w kategoriach dobro-zło, piękno-brzydota to jest zwykłe chamstwo przez które w ten słoneczny dzień postanowiłem zasiąść i wyżalić się przed komputerem. I żeby nie było, że ja się czepiam - w końcu to mógł być tylko incydent - wiedzcie, że w drodze powrotnej wygrzebawszy z plecaka biedronkową reklamówkę napełniłem ją po brzeg podobnymi pamiątkami, które porzucili w drodze na plażę moi rodacy.

Tym to sposobem zacząłem zastanawiać się nad kondycją kultury naszego społeczeństwa a wygrzebane z pamięci kolejne przykłady zwykłego chamstwa wprawiły mnie w nader smutny nastrój.

Proszę oto inna scena. Mam psa i jak każdy właściciel czworonoga zmuszony jestem co najmniej dwa razy dziennie wyjść z nim na spacer. W Warszawie niewiele jest miejsc poza parkami gdzie można uciec przed ludźmi i emitowanym przez nich hałasem, ale ja znalazłem miejsce dość ustronne, bardzo zielone gdzie przy odpowiedniej determinacji można odnieść wrażenie, że jest się poza miastem. To jest miejsce rzadko odwiedzane wszelako nie bezludne więc od czasu do czasu trafiam tam na innych ludzi, głównie właścicieli psów. Ostatnio jednak trafiłem również na grupkę osób z których dwie osoby grały w badmintona, reszta odrzucała sobie kolejno plastikowy dysk, a wszystko w atmosferze naprawdę wesołej zabawy. Miło, pomyślałem, bo przecież takie obrazki zdarzają się nieco dzień. Wracając ze spaceru w drodze powrotnej minąłem ich raz jeszcze, szło już powoli ku zachodowi, ale oni dalej bawili się pysznie co wprawiło w bardzo przyjemny nastrój. Proszę więc sobie wyobrazić moje zdumienie gdy na drugi dzień pies mój a potem ja odkryliśmy w miejscu wczorajszej zabawy szesnaście puszek i pięć butelek po piwie. I tu kogoś poniosła fantazja, jak tego osła który w nadmorskim lesie ponatykał puszki na czubki młodych drzewek, bo butelki zetknięto ustnikami tak, że tworzyły wcale równy kwiatuszek. Puszki zaś ustawiono idealnie jedna obok drugiej niczym sardynki w puszcze. Cóż. Tak z wyglądu to byli normalni ludzie, część z nich z rana wybrała się zapewne w garniturach do pracy. Były w tym gronie także kobiety co najbardziej smuci. Nie było to zatem posiedzenie osiedlowych żuli, a ludzi którzy na co dzień idąc ulicami naszych miast, wrzucają śmieci do koszy, a gdy ich piesek zrobi kupkę zbierają ją teatralnie i bardzo sumiennie do woreczka. Po czym gdy tylko przestają czuć na sobie dyscyplinujący wzrok przechodniów, a kara z śmiecenie staje się bardzo wirtualna zaczynają zachowywać się niczym zwykłe świnie. Przepraszam ale trudno mi dla takich aktów chamstwa silić się jeszcze na odpowiednie słowa.

Inna sceneria, inny przypadek – komunikacja miejska. Jak idzie o prowadzenie rozmów telefonicznych w autobusach staram się takowych nie prowadzić by nie przeszkadzać współpasażerom. Inna rzecz, że nie czuję też potrzeby dzielenia się swoimi sprawami z każdym kto kupił bilet na ten sam przejazd. No ale wiadomo jak z tym jest, czasami trzeba odebrać, w takich przypadkach rozmowa trwa krótko, zawsze stłumionym głosem, a gdy tylko mogę dłonią zasłaniam usta. To ja. A reszta Warszawy zdaje się, że ma na odwrót i drze się do słuchawki jakby się wychowała w lesie. Parę razy bardzo delikatnie zwracałem uwagę takim rozmówcom by zawiłości swych stosunków rodzinnych czy relacji uczuciowych tłumaczyła osobie pod drugiej stronie słuchawki ciut ciszej ale zawsze kończyło się tak samo. Po chwili rozmówca znów wracał do poprzedniego tonu i niebyło innej rady jak cierpliwie czekać właściwego przystanku. Nie spotkałem się też z przypadkiem by kto inny jeszcze z pasażerów poza mną zwrócił w takiej sytuacji gadule uwagę. „Róbta co chce ta”, to zawezwanie z wczesnego okresu naszej demokracji odcisnęło jednak piętno na kulturze osobistej tego pokolenia. No i robią co chcą a reszta próbuje się dostosować. Ostatnio, przyznam, że z zainteresowaniem przyglądałem się scenie jak dwóch nastolatków włączyło sobie na głos transmisję z meczu i dość siarczyście komentując to co mieli na ekranie smartfona oddali się temu zajęciu bez reszty. To było co prawda na drugim końcu autobusu, ale ja i tak dobrze słyszałem co się dzieje na ich małym ekranie. Jak reagowali najbliżej siedzący pasażerowie którym pewnie bębenki w uszach pękały? Wszyscy jak jeden mąż poodwracali głowy w kierunku szyb odlatując myślami jak najdalej od tych chłopców i ich hałaśliwej zabawki.

Na szczycie stosu zanotowanych w pamięci przypadków naszego chamstwa umieszczam jednak scenę z salonu z płytkami gdzie trafiłem przy okazji remontu jaki pustoszy moje mieszkanie od zbyt już długiego czasu. Jakiś wycelowany dureń, i to dureń do kwadratu, paląc papierosa obsługiwał kobietę w ciąży. Stał przy ekspozycji, zaciągał się papierosem będąc całkiem ślepym na fakt, że ta bieda i najwyraźniej bardzo zdeterminowana kobieta sugestywnie odsuwała się od niego ilekroć ten za bardzo się do niej zbliżył. Zwróciłem durniowi uwagę, ale z durniami już tak jest, że oni nie są w stanie czegokolwiek zrozumieć, a już na pewno nie od ręki, więc tylko na chwilę przestał gadać, po czym zaciągnął się bardzo powoli raz jeszcze i wrzucił peta do stojącej obok umywali. Durniów ci u nas niestety dostatek na dowód czego przytoczę inny przykład z papierosem w tle. Przypadek ten jest znacznie częściej spotykany więc być może stracę przez to paru Czytelników. A może pójdą po rozum do głowy?

O co chodzi? O palenie w towarzystwie dzieci. Pisałem tu kiedyś o pielęgniarce pracującej w przychodni w której wykonuje się badania prenatalne. Pani ta zabiła mnie stwierdzeniem, że ona z obowiązku musi przypominać matkom-palaczkom, że palenie szkodzi zdrowiu dziecka. Okazuje się, że większość tych matek ma to jej gadanie gdzieś i wszystko na co je stać to jedynie ograniczenie ilość wypalanych papierosów, bo o ich odstawieniu nie ma nawet mowy. Trochę już widziałem i trochę słyszałem ale to było coś absolutnie wyjątkowego. Nie do końca chciałem w to wierzyć ale podczas jednego ze spacerów ze smutkiem stwierdziłem, że chyba jednak egoizm i nałóg są w stanie pokonać coś co wydawało mi się do tej pory rzeczą absolutnie niezwyciężoną – instynkt macierzyński. Niestety i ten mit upadł. W zaledwie w pół godziny spaceru zieleniakiem okalającym osiedlowy plac zabaw minęło mnie, specjalnie liczyłem, osiem matek z papierosem w ręku. W jednym papieros w drugim dziecko albo poręcz pchanego przed sobą wózka. Przerażający obraz, prawda? Nie mniej jednak gorszy niż ten jaki możemy spotkać pod każdym niemal ogródkiem restauracyjnym. Szukając ucieczki przed lejącym się z nieba ukropem, schroniłem się pod jednym z nich, zamówiłem duży napój z lodem i zanim kelner wrócił poczułem charakterystyczny zapach dymu tytoniowego. To jest miejsce wydzielone w którym można palić, i palacze z tego prawa korzystają, szkoda tylko że robią to w sposób tak bardzo samolubny i tak nieodpowiedzialny. Odwróciłem się by namierzyć źródło dymu i moim oczom ukazała się scena jak z horroru. Dwie panie kopciły pety a cały dym, w największym stężeniu leciał z wiatrem do stolika obok przy którym zasiadła pięcioosobowa rodzina gdzie najstarsze dziecko mogło mieć najwyżej dziesięć lat. Innym razem, bo z pewnym wyczuleniem zacząłem pod tym kątem postrzegać palenie w ogródkach, trafiło się, że dym niesiony wiatrem dokładnie okurzał kobietę w cięży która szukając ucieczki przed ukropem i chcąc ulżyć nogom znalazła pod parasolem schronienie. Powiecie, że to nie jest chamstwo tylko bezmyślność, ale dla mnie to jedno i to sami. Głupot zawsze idzie w parze z chamstwem. Tak jedno jaki drugie nie pozwala też dostrzegać innych ludzi, szczególnie tych słabszych.

Przykładów naszego schamienia i nieliczenia się z innymi można podać tu jeszcze wiele. Jeśli komu podane przykłady nie wystarczą może sprawdzić na parkingu pod blokiem z jaką nonszalancją część z nas parkuje samochody. Pod skosem, w dużych odległościach od innych aut, przez co od razu blokują dwa miejsca. Nie widzicie i tego? Może zatem warto zastanowić się czy aby nie o Was jest ten tekst?

Pojawił się nowy Czytelnik tym razem z Austrii. Jeden, słownie jeden ale zagląda regularnie. Witam pioniera i zapraszam resztę Polonii z tego pięknego kraju na strony Tygodnika Solidarni.

sobota, 11 lipca 2015

Trzy głosy o przemocy. Anioł szybszy od ostrza (część 3).

Zachęcam gorąco do lektury ostatniej części rozważań Księdza Jana Dobrowolskiego na temat przemocy i jej odzwierciedlenia na kartach Biblii. Temat niełatwy, ale warto pochylić się nad tym tekstem no a już na pewno warto poznać puentę tych na-trzy-dzielonych myśli, którymi uraczył autora inny kapłan, znacznie bardziej od niego doświadczony. Zapraszam.

Autor: ks. Jan Dobrowolski

„Niezliczone pokolenia znają na pamięć słowo w słowo historię Abrahama, ale iluż ludziom nie dała ona spać? Opowieść o Abrahamie ma tę niezwykłą właściwość, że zawsze jest wspaniała, chociaż byśmy ją rozumieli w sposób ubogi”  - tak o ofierze Izaaka mówi Soren Kierkegaard, widząc w niej najważniejsza opowieść Starego Testamentu i klucz do Ewangelii. Słusznie pyta o ludzi, którym spędziła ona sen z powiek. Są tacy.
Jeden raz w życiu poprowadziłem katechezę dla dorosłych katolików na temat tego fragmentu Księgi Rodzaju, gdy Abraham przeżywa największą próbę swojej wiary. Dotąd pamiętam skupioną powagę i przejecie się słowem. ludzie nie tyle słuchali mojego wywodu i tłumaczenia, ile zasłuchani byli w samą Biblię. Nóż wzniesiony na chłopcem ogniskował uwagę tak bardzo, że w późniejszej dyskusji nikt nie zatrzymał się na fakcie, że przecież nie został on użyty. Anioł pozostawał jakby niewidzialny, inaczej niż ten właśnie nóż w dłoni Abrahama. Dramat wiary, tak przemawiający do wierzących w Boga…
Chwali się Abrahama, ale jak? Całej sprawie nadaje się całkiem pospolity wyraz: „Największe było to, że tak kochał Boga, iż chciał mu ofiarować, co miał najlepszego”.
Duński filozof skupił się na wewnętrznych dylematach Abrahama, daleko odchodząc, według mnie, od istoty biblijnej opowieści. Warto, by przed chwaleniem wiary Abrahama dostrzec i pochwalić Tego, o którym tekst ten najwięcej mówi. Podobny zachwyt i grozę wobec postawy Abrahama, jak u duńskiego filozofa, znajdujemy u Ojców Kościoła. W dodatku, ich głosy są bliższe istocie wiary, wolne od herezji. Zwłaszcza wrażenie robi św. Jan, biskup cesarskiego Konstantynopola, gdy oddaje głos sługom Abrahama, których ten jednak nie zabrał z sobą w najtrudniejszą drogę swego życia. Co by mu radzili?
Straszna tragedia! Trzeba jej zapobiec! Nasz pan postradał zmysły, nie poznaje swego syna, sądzi, że trzyma w dłoniach żertwę ofiarną, cielę lub owcę. (…) odbierzmy mu sztylet, powstrzymajmy prawicę! (…) Ocknij się, panie! Trzymasz w swych dłoniach ukochanego syna, który narodził się z niepłodnej matki, późny dar Boży, owoc gościny (…). Izaaku, przemów do swego ojca, by po głosie rozpoznał syna. To nie jest, panie, żertwa ofiarna, lecz ten, za którego liczne żertwy i modlitwy należy zanieść do Boga, by pozwolił mu osiągnąć wiek męski, by obdarzył go małżonką (…). Pragnąłeś ujrzeć dojrzałe jego owoce i nimi się radować, jak radowałeś się Izaakiem, gdy był niemowlęciem. Cóż za straszna tragedia, którą dziś szykowałeś! Zamiast wieńca zgotowałeś mu więzy, zamiast żony – nóż. Rozpaliłeś ogień, lecz nie ten, który rozświetla orszak ślubny(…).
Ten wywód jest bardzo długi. To tylko fragmenty. Trzeba sobie wyobrazić najlepszego mówcę spośród pasterzy tamtych wieków, jak nadaje im żar i moc, jak podnosi wszystkie możliwe wątpliwości, potrąca struny uczuć i rozumu. Nie było go łatwo słuchać w tamten dzień…
Jak odtąd mamy cię nazywać – pytają dalej słudzy Abrahama – Kapłanem z powodu ofiary, czy dzieciobójcą z powodu syna? (…) Zawsze modliliśmy się, by nie cierpieć tak, jak dziś cierpimy z powodu tej ofiary. Ten czyn jest straszniejszy od wojny!
Straszniejszy od wojny! W oczach sług Abraham jest skończony, on i jego modlitwa, jego wiara…
Wytnij również owe gościnne dęby, spal namiot pełen dobroci, jak spaliłeś swego syna. Żaden wędrowiec nie ośmieli się wstąpić w twoje progi, ogarnięty obawami, skoro swego syna nie oszczędziłeś(…). 
Oczywiście, gościem Abrahama był Bóg. Niektórzy żydowscy komentatorzy widzą w podniesionym nad Izaakiem nożu narzędzie mordu pierworodnych w Egipcie, blaski płomieni trawiących niszczoną Świątynię, spustoszoną winnicę Izraela, a gdyby opadł – gotowi są stwierdzić, że w nicość zatapia się całe stworzenie… Nóż jednak nie opadł. Dodam tylko dla porządku, że słudzy, pełni moralnego oburzenia na koniec swojej tyrady sensownie postawią przed oczami Abrahamowi, że przebije swym czynem zbrodnię Kaina i za mało będzie wód na odpowiedni potem potop. A ofiary z dzieci przyjmują tylko złe demony. Natomiast wiecie, co na koniec mówi ten stary, święty Grek, Chryzostom? Pyta:
Czy praojciec wypełniłby nakaz Pana, gdyby słudzy wyrzekli te bezrozumne słowa(…)? 
Św. Jan zachwyca się gotowością Patriarchy i faktem, ze w swoim sercu dopełnił ofiary. Słowa sług, pełne wszelkiego ludzkiego uczucia i moralności, nazywa bezrozumnymi, jak zobaczymy potem, nad wyraz przesadnie. Rozum bowiem, obecny w ich słowach, zrozumienie, nie pochodzi od byle kogo. Co najważniejsze, autor rozważanego przez nas kazania zgadza się, że najważniejszym momentem jest jednak powstrzymująca dłoń Anioła, a w zasadzie, samego Boga. Nazywa go momentem Prawdy. Pisarze chrześcijańscy pierwszych wieków są zgodni, tak zresztą, jak autor Listu do Hebrajczyków, że Izaak jest zapowiedzią Chrystusa. Syn niosący drewno na górę, u boku Ojca, by złożona została najważniejsza Ofiara. Podobieństwa są oczywiste. Wiadomo, kogo zapowiada wskazany przez anioła cielec zaplątany w zaroślach góry Moria. Wspaniale wykłada nam to Meliton z Sardes w swojej homilii na Wielkanoc:
Jest bowiem tajemnica Pana i stara, i nowa, stara przez zapowiedź, nowa przez łaskę. A jeśli spojrzysz na tę zapowiedź, ujrzysz prawdę przez jej spełnie­nie. Jeśli więc chcesz oglądać tajemnicę Pana, patrz na Abla, który został podobnie zabity, na Izaaka, który został podobnie związany, na Józefa, który został podobnie sprzedany, na Mojżesza, który został podobnie porzucony, na Dawida, który był podobnie prześladowany, na proroków, którzy podobnie ze względu na Chrystusa cierpieli. Patrz również na baranka złożonego na ofiarę w Egipcie, na Tego, który uderzył Egipt, a przez krew zbawił Izraela. Co więcej, również i głosy proroków zapowiadały tajemnicę Pana. (…) Jeremiasz: „Ja jak baranek bez winy, którego prowadzą na zabicie. Powzięli przeciw mnie zgubne plany mówiąc: Dalej, wrzućmy drzewo w chleb jego i zgładźmy go z ziemie żyjących, a jego imienia nikt już nie wspomni”. I Izajasz: „Jak baranek był na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec tego, kto ją strzyże, nie otworzył ust swoich. Kto rodzaj jego wypowie?” 
Nie da się ukryć, że ofiara Abrahama została tu zestawiona z czynami ludzi złych, prześladujących Bożych wybrańców, bez dodatkowego komentarza. Związanie Izaaka jest przedstawione po prostu jako akt przemocy, mówiący coś o Męce Zbawiciela. Działa to zresztą w obie strony. Również ta Męka ma coś do powiedzenia o tym akcie, jak i o każdym innym. Sięgnijmy jeszcze do proroków: Jeremiasz, trzydziesty drugi rozdział, trzydziesty piaty werset, gdy Bóg wyrzuca potomkom Abrahama ich złe czyny, najgorsze z możliwych:
I zbudowali wyżyny Baala w dolinie Ben-Hinnom, by ofiarować swych synów i swoje córki ku czci Molocha. Nie poleciłem im tego ani Mi na myśl nie przyszło, by można czynić coś tak odrażającego(…). 
Moi dorośli słuchacze, gdy powiedziałem im, ze najważniejsze jest to, ze Izaak żyje, co więcej, że Bóg nigdy nie miał na myśli zarżnięcia go przez Abrahama na ołtarzu, byli zdumieni. A jednak tak właśnie jest; ta opowieść mówi coś bardzo ważnego o Bogu Abrahama, stanowi jego Objawienie. To nasza optyka każe odbierać słowa Anioła, że oto Bóg poznał, iż Abraham się Go boi, ponieważ nie odmówił Mu nawet swojego jedynego syna, jako ściśle powiązane z podniesionym nożem i związanym dzieckiem. Bóg uczy, że nie jest to konieczne. Ofiara Abrahama ma być duchowa i żywa, jak to jasno okazało się w Nowym Testamencie:
A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.
Tak uczy św. Paweł. Wzór tego świata! Cóż, archeolodzy znajdują tu i tam w Ziemi Świętej zwęglone szczątki ludzkie, które mówią wiele, co to był za wzór w czasach Patriarchów. Bóg jednak leczył ludzi z fascynacji cierpieniem i przemocą… Służba Boża ma być rozumna! Przypomina to z kolei wykład naszego papieża Benedykta z Ratyzbony. Pamiętacie „polemikę” adresatów tego wykładu, czcicieli „samotnego boga”? Popalone samochody, wybite szyby w ambasadach, krew chrześcijan na bruku (myślę zresztą, że nie spodobałby się także Kierkegaardowi). Warto posłuchać choć fragmentu, ten tekst i dziś ma wiele do powiedzenia także nam. Mówi o rozmowie chrześcijańskiego cesarza i islamskiego myśliciela. Oczywiście, mówili o naturze Boga, przemocy i wierze:
W siódmej rozmowie (…) cesarz dotyka tematu dżihadu (…) zwraca się do swego rozmówcy dość szorstko, zadając kluczowe pytanie na temat ogólnej relacji między religią a przemocą, w następujących słowach: „Pokaż mi, co przyniósł Mahomet, co byłoby nowe, a odkryjesz tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz zaprowadzania mieczem wiary, którą głosił”. Cesarz kontynuuje, tłumacząc szczegółowo powody, dla których rozpowszechnianie wiary przemocą jest czymś nierozumnym. Przemoc jest niezgodna z naturą Boga i naturą duszy. „Bóg nie cieszy się z krwi, a nierozumne postępowanie jest sprzeczne z Bożą naturą. Wiara rodzi się z duszy, nie z ciała. Ktokolwiek miałby doprowadzić drugiego do wiary, potrzebuje zdolności dobrego przemawiania i właściwego rozumowania, bez przemocy i gróźb… Aby przekonać rozumną duszę, nie potrzeba silnego ramienia ani żadnej broni, ani żadnych innych sposobów grożenia danej osobie śmiercią…” Decydującym stwierdzeniem w tej argumentacji przeciwko nawracaniu przemocą jest to, że niedziałanie zgodnie z rozumem jest czymś sprzecznym z naturą Bożą (…) dla cesarza, bizantyjczyka ukształtowanego przez filozofię grecką, to stwierdzenie jest oczywiste samo w sobie. Ale dla nauczania muzułmańskiego, Bóg jest całkowicie transcendentny. Jego wola nie jest związana żadnymi naszymi kategoriami, nawet kategorią racjonalności. (…) Gdyby taka była wola Boża, to możliwe, że musielibyśmy nawet praktykować bałwochwalstwo.
Warto dodać na marginesie tego genialnego tekstu, a po myśli naszych rozważań, że w Koranie opowieść o ofierze Abrahama różni się od biblijnej istotnym szczegółem. Ma tam miejsce szczera rozmowa i syn rozumie, czego wymaga od niego ojciec. Zgłasza się z radością na ochotnika. Nie ma tam miejsca na samotny dramat Abrahama, na więzy i rękę zastygłą z nożem. Nie mogę powstrzymać się od myśli, ze w momencie, gdy piszę te słowa toczą się wśród wyznawców Allaha podobnie „szczere” rozmowy. Człowiek ginie jeszcze zanim wybuchną laski dynamitu, którymi się obłoży, a prawdziwa wiara – wcale nie zostaje ocalona. Nie wystarczy bowiem mieć mocnego przekonania w sercu; prawdziwa wiara jest zgodna z rozumem; prawdziwa właśnie.
Cała ta opowieść ma zakończenie w sercu Ewangelii – pomyślmy o opisach Męki. Jak często spotykam ludzi, którzy zdają się sądzić, że to ręka Boga Ojca zabiła na Golgocie Pana Jezusa. Mieszanka cierpienia, przemocy i wiary ma w sobie coś hipnotyzującego, złowrogiego i pogańskiego. Były w dziejach mroczne dni, gdy uderzała ludziom do głów. Otóż nie jest to Boża mieszanka; nie Bóg zgromadził tych ludzi, którzy zabili Chrystusa. Jezus, którego Izaak zapowiada, uświadamia to swoim przeciwnikom na kartach Ewangelii wg św. Jana:
Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie mojej nauki. Głoszę to, co widziałem u mego Ojca, wy czynicie to, coście słyszeli od waszego ojca». W odpowiedzi rzekli do Niego: «Ojcem naszym jest Abraham». Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy pełnicie czyny ojca waszego». 
Ani Bóg, ani Abraham nie są mordercami, mówiąc wprost; kto inny zalicza się do tej grupy. Ofiara Syna Bożego jest krwawa przez nasze grzechy, nie przez jakąś złość czy bezrozumną zemstę Stwórcy, którego zranioną ambicję może ugasić tylko krew jego własnego Dziecka. Nie. Bóg ponosi ją sam, w Swoim Sercu, nie zrzuca na nas żadnej przemocy. Na koniec trzy obrazki z duszpasterstwa; ludzie ze wspomnianej katechezy wyszli nieco zakłopotani, wracali potem często do tego tematu, ale byłem zadowolony z ziarna „wątpliwości”, które zasiałem. Temat wszak poważny – w Kogo wierzymy? Jaki On jest? Drugi przykład znam z opowieści przyjaciół: podczas uroczystej Wigilii Paschalnej w pewnej „kreatywnej liturgicznie” wspólnocie dzieci mogły zadawać dorosłym pytania na temat czytań, które usłyszały. Tak, było wśród nich to o ofierze Izaaka. Tak, nietrudno zgadnąć, prawda? Dwunastoletnia dziewczynka zapytała ojca, co by zrobił, gdyby był na miejscu Abrahama, a ona leżała związana na ołtarzu. Zapadła cisza, podobna pewnie nieco do tej na górze Moria, w tamten pamiętny dzień. Nie wiem, czy biedny tata rozważył całą rzecz tak, jak ja tu próbowałem, ale odpowiedział w sposób, który może był nieco rozczarowujący dla „nadgorliwych”, ale zdaje się że spodobał się zarówno dziewczynce, jak i Panu Bogu. Trzeci zaś przykład to wypowiedź jednego księdza, z którym kiedyś o całej tej opowieści rozprawiałem. Zażartował, ale mądrze:
Wiesz, niejeden „pobożny” by się pośpieszył. A Ojciec nasz Abraham trzymał nóż w górze wystarczająco długo, by anioł zdążył!
Za co dzięki niech będą Bogu, Abrahamowi i Jego dzieciom!

sobota, 4 lipca 2015

Teoria o niepokalanym poczęciu

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Nie wiem czy słyszeliście o autorach książeczki, której bohaterem jest ślimak Sam? Ja dopiero wczoraj usłyszałem. Otóż chodzi o to, że ten ślimak jest transpłciowy i to jest niezwykłe. I teraz pan Jakub i pani Marysia, autorzy tej książki, dwoje uśmiechniętych, ciepło do świata nastawionych ludzi będzie, prawdopodobnie stosując wobec bliźnich przymus, przekonywać nas, byśmy się tym ślimakiem transpłciowym zainteresowali. Jakie są ich motywacje? Oni chcą czynić dobro, a zauważyli, że większość Polaków nie toleruje mniejszości, więcej oni nie chcą w ogóle o mniejszościach gadać, szczególnie o tych seksualnych. A to jest przecież szalenie istotna sprawa. Pan Jakub mówi, że tych mniejszości nie da się sterroryzować i ci, którzy próbują tak robić na pewno przegrają. Mniejszości może i nie da się sterroryzować, ale większość jak najbardziej. Większość nie jest zorganizowana, rozłazi się nie wiadomo gdzie, każdy gada coś od siebie, a jak się tak bliżej zastanowić to nie ma żadnej mniejszości. Jest tylko zatomizowana masa ludzi gapiących się każdy w swój telewizor oraz organizacje. One mają różne hierarchie i działają w różnym stopniu utajnienia. Ja wiem, że pan Jakub i pani Marysia zaraz zaprotestowaliby czytając o tej jakiejś tajności, do której ja ciągle powracam, ale w takim wypadku ja miałbym do nich pytanie: ile dostali od większościowego rządu polskiego dotacji na tego ślimaka Sama? Czy można się dowiedzieć, jeśli to nie jest oczywiście tajne. A jeśli nie dostali pieniędzy z ministerstwa to z jakich organizacji je dostali i czy mogą przestać się tak uśmiechać jak para głupich Jasiów i zdradzić ich nazwę?

Numer, który przed nami odstawia na para cwaniaków jest stary jak świat. Przebierzmy się w głupie czapki, za duże jesionki i rękawiczki bez palców i opowiadajmy o tym, że trzeba kochać ludzi. A jak nie zrozumieją to zadekretujemy wraz z kolegami z Norwegii, że siedmiolatki mogą zmieniać płeć. Mogą, bo skoro na ziemi żyją transpłciowe ślimaki, to każdy jest potencjalnie transpłciowy. 

Ja sobie przeczytałem wywiad z tymi osobami w gazowni i jestem lekko wstrząśnięty, ale jak widzicie wcale nie zmieszany. To są terroryści, którzy wyglądają i zachowują się jak roboty z takiego starego filmu SF, gdzie grał Kirk Douglas (chyba). Facet ucieka po kamienistej planecie, gdzie nie ma już ludzi tylko androidy, a ściga go dwie setki odzianych w stare łachy, łagodnych jak baranki i smutno uśmiechniętych chłopców lat około 12. Chcą go zabić, a ten co ich zaprojektował dobrze sprawę przemyślał. Do polowania na ludzi nie używa się już bowiem obcych, co wyglądają jak najczarniejsze wcielenie Lucfera, ale właśnie takich miłych androidów. I my ich mamy przed sobą codziennie, wyłażą zza każdego krzaka i mówią: dlaczego nie kochasz ślimaka Sama, dlaczego nie kochasz ślimaka Sama, dlaczego nie kochasz ślimaka Sama, a potem ruszają wszyscy ulicami miast w jakimś upiornym pochodzie. 

Po czym ja poznaję, że to właśnie oni, androidy z filmu? Bo zaczyna się od ślimaka, a zaraz potem wchodzi prezydent elekt Duda, który na pytanie czy zatrudniłby osobę homoseksualną odpowiedział: tak, pod warunkiem, że nie biegałaby goła po kancelarii. To jest według naszych bohaterów ignorancja. Duda nie wie, że homoseksualiści są takimi samymi ludźmi jak inni i podejrzewa ich o to, że myślą bez przerwy o seksie. A to przecież nieprawda. No, ale zastanówmy się ilu Duda zna gejów? To jest przecież mniejszość, a póki co nie ma jeszcze żadnej książeczki o ich zwyczajach, która pozwoliłaby się właściwie ustosunkować do tej mniejszości. Zamiast rzetelnej edukacji serwuje się nam te parady, które ludzi co tu gadać przerażają, bo tam właśnie większość tych facetów i dziewczyn demonstruje zachowania seksualne. No więc chyba prezydent elekt, który doprawdy nie musi interesować się gejami, może mieć takie podejrzenia co do nich? Zaraz po Dudzie idzie szkoła, gdzie jest więcej katechezy niż biologii. To nie jest akurat prawda, bo biologii jest ciągle więcej niż katechezy, ale niebawem wcale jej nie będzie bo zastąpi ją nauka o gender, po cóż bowiem ktoś ma wiedzieć czym się różni pleszka od pliszki i kania ruda od kani czarnej. Co to jest za wiedza? Barachło jakieś…Ile jest rodzajów miłości i jakie one są, oto jest dopiero wdzięczny temat….Z samą katechezą zaś jest tak, jak nas poucza pan Jakub, że teoria o niepokalanym poczęciu nie pasuje do biologii. Rozumiem, że transpłciowy ślimak pasuje? W czasach kiedy chodziłem do szkoły religia była nauczana gdzie indziej, a w szkole poznawaliśmy życie transpłciowego tasiemca oraz takiejż błotaniarki stawowej. I nikt nie używał tego jako argumentu za mnożeniem płci u gatunku homo sapiens, każdy jakoś tam, mniej lub bardziej przytomnie, widział, że to są rzeczy nieporównywalne. Głównie z tego powodu, że człowiek jest istotną duchową, a tasiemiec i błotniarka nie. Podobnie jest jak sądzę ze ślimakiem Samem, który jest ledwie kreacją tych państwa…to chyba wszyscy rozumiemy? Mam nadzieję. 

No, a ta historia o niepokalanym poczęciu to przecież dogmat, a nie teoria. Książeczka zaś o transpłciowość ślimaka, napisana przez pana Jakuba i panią Marię to próba zrównania niepokalanego poczęcia z ową ślimaczą transpłciowością. 

Dalej jest atak na Biblię prowadzony wprost. Mówią nasze androidy, że przez tę książeczkę chciały się przeciwstawić biblijnej wizji świata ożywionego. Trochę późnawo moim zdaniem, bo dziś tylko nieliczni bardzo przyjmują biblijną wizję stworzenia dosłownie. Głównie tyczy się to świadków Jehowy. Reszta próbuje jakoś pogodzić Biblię z nauką, a czynimy to unikając uszczegółowień i przeważnie nam się to godzenie udaje. To znaczy mnie się udaje, nie wiem jak Wam. 

Potem kolej na politykę, ślimak Sam atakuje otwarcie ustawodawstwo. Naturalne nie jest to czego chce większość, tak nas pouczają pan Jakub i pani Maria. No, ale większości nie ma, jest zatomizowane społeczeństwo i organizacje. No więc reprezentująca nas organizacja czyli sejm została zaatakowane przez tych co sfinansowali wydanie książki o ślimaku. Tak to wygląda w realiach, po odrzuceniu mrzonek. Jeśli zaś książeczkę sfinansowało ministerstwo to znaczy, że jest jeszcze gorzej, bo mamy tu do czynienia z wszczepioną autodestrukcją. Wszczepioną przez wrogą organizację. I nie wiem doprawdy co myśleć o tym mechanizmie, czy jest on naturalny czy nie? A jeśli naturalny to jakie organizacje stosują go z natury? To ważne pytanie. 

Gdzieś tak w połowie tekstu pan Jakub mówi, że pracował jako wolontariusz w sierocińcu i uważa, że dziecku, każdemu dziecku będzie lepiej w kochającej rodzinie jednopłciowej niż w sierocińcu. Niechby może wyskoczył z tą teorią do Janusza Korczaka, co? Ja dalej nie mogę tego wywiadu czytać, wybaczcie…nie wiem bowiem jak zadekretować miłość dwóch pedałów do obcego i nic ich nie obchodzącego dziecka. Nie wiem jaki mechanizm tam działa. Oni wchodzą do sierocińca i widząc małego chłopca czują żywsze bicie serca, a potem myślą: on jest cudowny, wychowamy go na wybitnego specjalistę w dziedzinie biologii. Tu macie link do całości: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18148465,_W_szkole_jest_wiecej_katechezy_niz_biologii___Aut - See more at: http://coryllus.pl/?p=2497#sthash.vhGzexCM.dpuf