whos.amung.us

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (część druga)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Ksiądz miał wrażenie, że usłyszał krzyk. Wytężył na chwilę słuch, ale dźwięk się nie powtórzył. Osiedle było pełne różnych dźwięków – dalekie kosiarki do trawy, silniki samochodów, wiatr w kwitnących kasztanowcach. No i mnóstwo treli, bo ptaki już od miesiąca intensywnie zdzierały gardła. Jeśli nawet coś się działo, to było to daleko. Być może chłopcy z budowlanki wygłupiali się na zajęciach praktycznych. Jest tyle ciekawych rzeczy, które mogą przyjść do głowy młodemu znudzonemu człowiekowi. Ileż kreatywności wykazali przy tym numerze z betoniarką i plecakami, by sięgnąć po przykład z ostatniego tygodnia. Len uśmiechnął się na to wspomnienie, wstał, otrzepał spodnie z ziemi i pozbierał doniczki. Na długiej rabacie zieleniły się wdzięcznie krzaczki dzwonków karpackich. Pierwotnie miało ich nie być w Ogrodzie III Tysiąclecia, w „pontyfikacie św. Jana Pawła II rozpisanym na drzewa, krzewy i byliny”, jak go to poetycko określał proboszcz. Ksiądz Len jednak przekonał w końcu zarówno swojego szefa, jak i projektantów ogrodu, że campanula carpatica są mocno związane z pontyfikatem Papieża Polaka. Po pierwsze, pochodzą z gór, a po drugie, gdy wybrali Wojtyłę na konklawe, to w całym Rzymie biły dzwony. Len sadził je, bo lubił. Pozbierał rzeczy i usiadł na schodach kościoła. Wokoło była szumiąca cisza małego miasta. W ogrodzie przechadzał się ksiądz doktor Imański. Czytał coś w swoim smartfonie i co jakiś czas pukał w ekranik. Starszy kapłan zamknął oczy i postanowił chwilę odpocząć; może pójdzie się modlić do pustego o tej porze przedsionka świątyni?  Na plebanii pani Halinka podawała już obiad. Godzinę temu obława wróciła z pustymi rękami. Spoceni wikariusze, wściekłe na porwane habity zakonnice,  wszyscy wymieniający uwagi, co jeszcze można zrobić, by odzyskać plebańskiego ptaka. Za nimi wlókł się proboszcz ze smutną miną pasterza, który wraca do owczarni bez zaginionej owieczki. Siostra Hanna zostawiła nawet część welonu na kasztanowcu i szła do klasztoru trzymając się za głowę. Na ile Len znał swojego szefa, to ten dzwonił już do hodowli po następną kakadu. Klatka przecież nie może stać pusta. Podobnie, względna cisza nie trwa wiecznie.

Szczęść Boże! – gdy Len otworzył oczy, zobaczył nad sobą kwaśny uśmiech Imańskiego. Trzeba przyznać, wyjątkowo pasujący do sztruksowego garnituru w zgniłozielonym kolorze. Len odpowiedział. Faktycznie widzieli się tego dnia pierwszy raz

Zmęczył się ksiądz pościgiem? – zagaił Imański.

Nie, miałem inne zajęcia 

Len wskazał na parkan i rząd dzwonków.

O, widzę, że ksiądz Len chce zostawić po sobie coś trwałego w tej parafii! – doktor zaśmiał się dziwnym rodzajem śmiechu, który doskonale dawał się zapisać jako „ho, ho ho” i nie pasował zupełnie do jego młodego wieku. Był to śmiech do kwadratu zmanierowany.

Chociaż tyle. 

odpowiedział starszy ksiądz i również się uśmiechnął. Doktor zagadał jeszcze o ogrodzie i papudze, ale można się było domyśleć, że zaczął tę rozmowę w innym celu. W końcu okazało się, o co chodzi.

Słyszałem, że na księdza w tę niedzielę kolejka wypada. Duża uroczystość, dopełnienie Paschy, Pascha Ducha Świętego, jak niektórzy mówią… No i takie ważne wydarzenia obywatelskie, znaczy, dla państwa istotne, to jest, wybory prezydenckie… 

Len był księdzem już długo, niejedno widział, wiele słyszał. Mimo to, zawsze zadziwiała go wprawa, z jaką Marek Imański owijał wszystko w bawełnę. Nie oszczędzał na niej, jakby był bogatym właścicielem ziemskim z „Przeminęło z wiatrem” i miał nieograniczone zapasy tego surowca. Len wiedział już, do czego młody zmierza, dlatego mu przerwał.

Mogę księdzu doktorowi odstąpić kolejkę, to nie problem 

Zaproponował. Imański tylko się wzdrygnął

O nie, nie nie! Księże Lnie! nie! Jestem ciekawy księdza kazania, czy też homilii. Wyobrażam sobie, że może być dla mnie źródłem inspiracji! Taka homilia o Duchu, homilia inspirująca, od łacińskiego inspiro. Tyle pięknych wątków, Ewangelia, czytania, a kolekta! Ileż tam treści teologicznych… 

młodszy kolega mówił co prawda pobożnie, ale ksiądz Len wiedział, dlaczego pyta o kazanie. Stary, zwariowany księżulek na ambonie plus gorący czas wyborów w umyśle doktora równało się pewnej sensacji, może nawet takiej z odcieniem lokalnego skandalu. Fajnie byłoby potem powtarzać na kapłańskich kawkach, jak to się Len w politykę miesza… Wobec takiej dość oczywistej prowokacji, starszy ksiądz obiecał sobie być po prostu szczerym. Słuchał więc spokojnie wywodów Imańskiego na temat teologii Ducha Świętego. Potok teologicznych terminów i duszpasterskich uwag sprawił w końcu, że stary ksiądz przypomniał sobie ubiegłoroczne kazanie na niedzielę Świętej Trójcy. Ten sam ksiądz doktor zapewniał wtedy uroczyście, że potrzeba wiele lat studiować teologię, najlepiej w Niemczech, by pojąć, czym jest Trójca święta. Len, tak jak za pierwszym razem, gdy usłyszał te ambitne deklaracje, roześmiał się głośno na samo wspomnienie. Imański zdziwił się i przerwał wątek.

Czy powiedziałem coś nie tak? Czemu się ksiądz śmieje? Ja tylko cytowałem kardynała Suenensa, który jako wybitny pneumatolog… 

Len nie miał już ochoty tego słuchać.

Dobrze, powiem księdzu, co przygotowałem 

Doktor zamilkł w połowie zdania.

Będę rozważał werset psalmu. Krótko. Niech księża mają czas zaśpiewać prefację, proboszcz – wygłosić ogłoszenia, a ludzie – pójść na wybory…

Imański zaczął na to zachwalać ideę krótkich homilii biblijnych. Były one mocno promowane przez aktualnego pasterza diecezji. W chwili jednak, gdy wymienił głośno numer psalmu, który będzie śpiewany na Zielone Swiątki, coś do niego dotarło.
O który werset chodzi? 

Len odpowiedział swoim donośnym, głębokim głosem

Niech zstąpi Duch Twój. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!

Wypowiadając ostatnie słowa popatrzył doktorowi prosto w oczy. Prowokacja się powiodła.

To parafaza! W psalmie jest inaczej. Księże, to może być prowokacyjnie odebrane!

Len udał głupiego – O, w jakim sensie prowokacyjnie?

Imański zaczął wyjaśniać. Podkreślił, że dziś żyjemy już w wolnej Polsce! Wszystko się zmieniło, nie może ksiądz powtarzać tej ogłupiającej propagandy o kondominium. Zajął ręce strzepywaniem niewidzialnych pyłków ze swojej marynarki i dalej toczył swój wywód. Dowodził, że słuchacze może po prostu pomyśleć, że ksiądz tym odwołaniem do pierwszej pielgrzymki papieża sugeruje, że sytuacja jest analogiczna do tej sprzed prawie czterdziestu laty. Przecież Jan Paweł II sam zachęcał nasze społeczeństwo do przystąpienia do Unii Europejskiej! Był on wielkim orędownikiem dialogu, wręcz papieżem dialogu! Używanie religii, czy ambony, w celu manipulowania obywatelami jest wątpliwe moralnie. Imański zatrzymał się w pół zdania i podkreślił nieco nerwowo
bardzo wątpliwe moralnie!

Len nie słuchał. Zaczął już inną rozmowę, trudniejsza niż uczenie rozumu stu Imańskich naraz. Dialog, którego nie zna nowoczesna dialogologia. Pośrodku kościelnego placu, po prawie czterdziestu latach dopadły go wspomnienia, niczym gawron majowego chrabąszcza. Dusza chrzęściła mu w środku jak chityna w ptasim dziobie. Wystarczyły tylko: data – 1979 rok, no i ta głupia, zielona marynarka.

Wewnętrzny dialog o obiadowej porze dopadł także innego mieszkańca nadwiślańskiej „Ciszy”. Konstanty Bulski czuł się jak zwycięzca jakiejś koszmarnej loterii, w której zamiast wygranej musi zapłacić kolosalną karę. Przed chwilą zamknął za sobą drzwi mieszkania i zrezygnowany opadł na fotel. Stary pułkownik świdrował wzrokiem spore pudło, które swego czasu mieściło sześć litrowych wódek marki Bols. Po chwili dobiegł go z kuchni przenikliwy dźwięk

No i co, załatwiłeś? Musisz coś z tym zrobić! widziałeś, dwa storczyki są złamane! A moje piękne rogi ło…, to znaczy, moje piękne placyterium! 

żona przyszła zaraz do pokoju, jakby po niewidzialnym sznurku swojego wywodu i stanęła nad nim z miną co najmniej generała brygady. Tekturowe pudło po wódce podskoczyło, żona trajkotała, Bulski odchylił w fotelu głowę, zastanawiając się, jak zakończy się ten szalony dzień.

Było tak. Najpierw przez prawie dziesięć minut pułkownik uspokajał skołatane serce. Z nerwów i strachu cały się spocił i dziękował, że tylko tyle. Udało się nie dostać zawału, uff. Siedział na podłodze balkonu, wokół kołatał ptak i biegała jego żona. Gdy udało się jej złapać papugę w ręcznik, Bulski już był na nogach. Okazało się, że pani Bulska – Katatniewicz wiedziała czyj to ptak. Dobrze znając dzielną naturę swojego męża przyniosła z szafy w korytarzu pudełko z napisem Bols i wydała mu ścisłe rozkazy. Już po chwili Bulski stał elegancko ubrany na żółtej klatce schodowej. Patrzył na porysowane drzwi do windy, ale jej nie przywołał, palec zatrzymał się w drodze do guzika. Przyszło mu do głowy, że może jednak uda się uniknąć wyprawy do kościoła. Spojrzał na drzwi swoich sąsiadów, na szczęście niebezpośrednich, gdyż pomiędzy nimi była pusta kawalerka. Też były, można powiedzieć, porysowane. Pisało na nich „C+M+B 2015″, a nad futryną przymocowana była palma. Bulski nie był tam częstym gościem, ba, gdy podjął decyzję, że tam zapuka, nie pomyślał nawet, że robi to pierwszy raz. Otworzyła mu malutka dziewczynka w nieco pobrudzonej sukience, popatrzyła na niego wielkimi, czarnymi oczami i od razu krzyknęła.

Tato! 

Zanim Bulski zdążył się przedstawić i cokolwiek powiedzieć, za drzwiami zaroiło się od dzieci. Gdy jego żona mówiła, że ich sąsiedzi mają dziewięcioro dzieci i należą do katolickiej sekty, śmiał się z tego i parskał kpiąco pod wąsem, ale nie wystarczyło mu wyobraźni, by sobie to zobrazować. To znaczy, widywał ich na klatce, owszem, ale to co innego. Wyglądali po prostu jak przedszkole na spacerze. Ale ten widok w mieszkaniu… Był zdziwiony każdą z pięciu małych istot, które zapełniały korytarz, z których jedna dopiero raczkowała. Dzieci uważnie obserwowały trzymane przez niego pudełko po Bolsie. Na szczęście, pomyślał Bulski, te dzieci jeszcze nie czytają. Wtedy najwyższa z dziewczynek, na oko sześcioletnia, zapytała bezpretensjonalnie

Po co pan przyniósł tyle wódki? Tata jej nie lubi! 

Zanim Bulski zdołał przeanalizować wypowiedź dziecka, pierwszego dziecka z jakim rozmawiał od niepamiętnych czasów, może od czasów, gdy sam miał kilka lat, zjawił się wołany przez córeczkę tata.

Rut, bądź grzeczna! Proszę, dzieci, przepuśćcie mnie. O, pan pułkownik, dzień dobry. Niech pan wejdzie! 

Bulski przepraszał, zrobił krok w przód, podali sobie ręce i zaraz zaczął się tłumaczyć. Nie chciał tam wchodzić, nie lubił nawet zapachu dzieci, jaki stamtąd wyczuwał. Przyświecała mu jedna myśl – zostawić za tymi drzwiami kościelnego ptaka. To dlatego zapukał. Niech go nawet zjedzą, tyle dzieci, na pewno nie łatwo je wyżywić. Tej ostatniej myśli nie wyjawił, zresztą, nawet by nie zdążył. Jego sąsiad zgrabnie się wykręcił.

Wie pan, starszych dzieci nie ma. Na pewno by zaniosły, ale są jeszcze w szkole. Ja dziś mam akurat wolne, bo były ćwiczenia – ewakuacja i nie wracaliśmy do biura. Obiecałem żonie pomoc w sprzątaniu.

Bulski wiedział swoje. Jego sąsiad jest nie dość, że fanatykiem religijnym, to jeszcze cywilnym pracownikiem armii, siedzi w biurze uzupełnień. Stary żołnierz dziwił się sam sobie, że liczył tu na jakieś zrozumienie, jak to mówią w kościele? Na miłosierdzie… Gdy sąsiad pożegnał go i zamknął drzwi, pułkownik usłyszał jeszcze strzępy dialogu małżeńskiego:

Dlaczego mu nie pomogłeś, przecież wybieramy się na majówkę? 

Spokojnie, staremu komuszkowi nie zaszkodzi, jak zajdzie do kościoła.

No i głosy dzieciaków

-Tato? Czy w tym pudełku była papuga? Tato, a co to stary komuszek?

Bulski spojrzał na palmę, windę i wybrał na razie swoje drzwi. Nie mógł tak po prostu pójść do kościoła, musiał się psychicznie przygotować. Siedział więc teraz w fotelu i słuchał, jak bardzo jego małżonka jest zmotywowana do tego, by wypchnąć go z domu w kierunku kancelarii. W końcu miał już dość jej gderania, bez słowa wziął pudełko z papugą i czerwony na twarzy zamknął za sobą drzwi. Im szybciej, tym lepiej!

Na Klarowie, trzydzieści sześć lat wcześniej, otwarły się drzwi małej chatki. Tydzień przed pierwszą pielgrzymką papieża Polaka, młody Stanisław Len miał wolny dzień, by odwiedzić matkę. Brudny od kurzu, jaki wzbijał na polnej drodze swoim motorem, wszedł do sieni, zdjął czapkę i buty. Wszedł głębiej w dom, do kuchni. To zastał w środku, sprawiło, że niemal pożałował. Jego Matka stała z miną pełną smutku, jakby stało się coś nieodwołalnego, coś prawie tak ciężkiego jak wieko trumny , które dwa lata temu zamknęli nad ojcem. Wzrok, krótki uścisk, kobieta odsunęła się pokazując drzwi, prowadzące z kuchni do pokoju. Już  niespotykany widok samochodu stojącego na podwórzu napełnił go niepokojem. Teraz był już wiedział, o co chodzi i nieco go zemdliło. Stres. Nie było sensu modlić się o to, by ta chwila nie nadeszła. Teraz modlił się o to, by ją przetrwać. Po trzech głębokich oddechach przeszedł z kuchni do pokoju.

Słychać było natarczywy śpiew ptaków, okno było otwarte. Klarów opierał się o las, a jego rodzinny dom dodatkowo otoczony był sadem grusz i jabłoni. Poza tym panowała cisza. Mężczyzna, stojący przy oknie nie od razu się odezwał. Stał przy oknie, odgarniał ręką firankę i patrzył. Czego szukał w majowej zieleni? Przecież przyjechał tu po niego. Po duszę chłopaka, który tłukł się wiele kilometrów starym motorem, by odwiedzić matkę w domu. Len zastanawiał się, czy gdyby zaczął ostro od „co znaczy to najście”, to byłby to znak siły, czy słabości. Wybrał bardzo trudny spokój.

Słucham? Co pan tu robi? W jakiej sprawie…

Dzień dobry, proszę księdza. Niech ksiądz nie będzie nerwowy. Może usiądziemy? W końcu jest ksiądz u siebie. Po chwili zaczęli rozmawiać. Len słyszał, jak matka wyszła na podwórze. Studiował twarz ubeka, jego ubranie. Zielona marynarka, niespotykana, brązowe spodnie i buty. Wyglądał inteligentniej, niż Len tego oczekiwał. Mówił też niczym diabeł z mądrej przypowieści, kusił inteligentnie i pięknie. Byc może nawet szczerze. Gdy mówił o domu, o matce w małej chacie pośród pól na Mazowszu, o biedzie. Służył, pewnie dzis myliłby się, ale coś tam jeszcze pamięta, tylko, że po łacinie. Teraz jest czas zmian, w liturgii mamy polski. Len dziwił się, jak dobrze pracował ten człowiek, jak umiał go podejść. Mężczyzna naprawdę tego dnia postawił na szczerość.
Moje zachowanie od początku do końca jest bezczelne, wiem. Rozumiem dobrze, kto przy tym stole jest dobry, a kto zły – uśmiech, kwaśny i nie wpływający żaden sposób na wyraz oczu.

Znam Cię dobrze, księże Stanisławie. Czytałem, co piszesz, wiem o czym rozmawiasz i mówię o tym nie po to, by cię straszyć. Również to najście twojej matki nie jest tym, na co wygląda. Bo wygląda jak standardowy nasz chwyt poniżej pasa… Jakbym chciał ci powiedzieć, młodemu, szlachetnemu kapłanowi, że to właśnie takiemu gównu, takiemu zeru musisz podać rękę… Ale nie, nie zrobiłem tego, by cię straszyć. Widzisz, w wydziale od czasu do czasu ktoś cię wspomni, rzucasz się w oczy. Koledzy mówią mi: poczekaj. Daj mu parę lat. Wpadnie jakoś, pewnie dobra dziewczyna, w dodatku jedna, bo widać, ze chłop raczej uczciwy. Albo pić zacznie, poczekaj. Sami go popchną w taki rejon, że wyciągniemy go, a on nie będzie miał wyrzutów, że z nami idzie, a my, nie będziemy się z nim szarpali. Tak mówią zawsze, gdy nie mają haka na kogoś takiego jak ty. Ja powiedziałem, że hak na ciebie już jest i to dobry. Twój rozum. Jesteś inteligentny. Posłuchaj, a zrozumiesz o co mi chodzi. 

Mężczyzna mówił, Len kilka razy przerywał, ale be przekonania. Był ciekawy, co powie mężczyzna. Patrzył na słońce rozlane po białym obrusie i brązowym dywanie w czarne i czerwone paprocie. Kilka pyłków obracało się w powietrzu. Len pomyślał, jakby to było widzieć takie pyłki we włoskim słońcu, soczystym jak pomarańcza. Taka, w której są nie tylko pestki. Pył tańczący w świetle wpadającym do wnętrza rzymskiej bazyliki. Kto to powiedział, umierając, „więcej światła”? Mężczyzna ciągnął swoją opowieść. Mówił o Watykanie, jakby co najmniej kilka razy w życiu tam był.

Widzisz więc, że mam Cię za długofalową inwestycję. żadne tam donoszenie na kolegów, czy podsłuchy w konfesjonale, inni ludzie, z mojej i twojej strony, są być może od takich rzeczy. Cieszę się, że żaden z nas. Szczerze, to ja księdzu proponuję po prostu przyjaźń. No i jestem jak dobry kaznodzieja – nie będę straszył, ale zapytam o większe dobro. Czy ta kobieta o pokrzywionych od pracy rękach, księdza matka, zasługuje, by jej syn był nikim i nic nie osiągnął? Słucham? Bo z tobą Len, tak już jest. Wszystko, albo nic. Wspomnij na harówę Ojca, na pot twojej matki! Już trochę widziałeś, wiesz, jak to wygląda. Nie przyszedłem od razu, bo powąchałbyś tylko oleje, co ci niedawno z czoła ściekały i powiedziałbyś „a kysz!”. Ale teraz, te trzy lata później, pomyślisz. Nie wiem, czy się zgodzisz, ale pomyślisz, zastanowisz się. 

Mężczyzna wstał, podszedł znów do okna. Wyglądał na spokojnego, ale przejętego. Może nawet przekonanego swoją własną mową. Len inaczej sobie to wyobrażał. Nie czuł już ciężaru, czuł się dziwnie lekki, jakby wszystko już było zdecydowane dawno, jeszcze gdy dziadek pierwszy raz święcił tę izbę, modląc się o błogosławieństwo z babcią, która była wtedy pewnie młodsza od niego. Przypomniał sobie ojca z jego „wszystko będzie tak, jak ma być”, przysłowiem z pogranicza fatalizmu i wiary w Opatrzność. W głowie miał wiele cytatów z Ewangelii. nie porównując się do Chrystusa, pomyślał, że ubek ma władzę nad nim, ale jednak daną z góry. Ma nad sobą centurionów, jakichś archontów w mrocznych biurach warszawskich gmaszysk. On też ma takie rozmowy, których się boi. Też go straszą i sam siebie straszy, kuszą go i sam siebie kusi. Twój wróg, czy tylko nieprzyjaciel, to też człowiek, nie zapominaj o tym, Stasiu. Poza tym, jaką masz gwarancję, że mówi prawdę? Ze może to dać? A w tym Rzymie, na studiach, już pierwszego dnia można przecież wpaść pod samochód, Włosi jeżdżą ponoć jak wariaci. Z jakiegoś filmu znał obraz człowieka leżącego w jasnym świetle rzymskiego lata w kałuży krwi. Śmierć na ulicy wiecznego miasta. Potem, gdy wracał do tego momentu, dziwił się, ile w nim było emocji i irracjonalności. Przecież umrzeć mógł także tu, na polskiej wsi, na leśnej podklarowskiej drodze. O tym jednak nie wówczas nie myślał.

Nie ma wątpliwości, że byś sobie poradził. Myślę wręcz, że robiłbyś nam problemy – im bardziej byś się rozwijał, tym większe. Ale nić porozumienia, sądzę, że by się utrzymała, dla dobra Polski, Kościoła, dla mojego i twojego dobra, dla dobrze rozumianej kariery. Tam trzeba mądrych ludzi, wiesz? Więcej – ludzi nieskorumpowanych, a rozsądnych! Zresztą, lepiej ode mnie orientujesz się, jak szeroko mógłbyś rozłożyć skrzydła na takich studiach. Wysłali mnie tu, bo żartują, że ja choć tytuły rozumiem tych książek, co ty je na śniadanie zjadasz… Powiem jeszcze jedno. On by Cię polubił.

Mężczyzna grzebał w kieszeni, wyciągnął paczkę papierosów. Wyjął jednego, resztę położył na stole. Chciał na koniec spojrzeć młodemu księdzu w oczy. Spotkali się na moment. To wszystko nie wyszło chyba tak spontanicznie, jak chciał. Powiedział coś o wypaleniu wszystkich papierosów i dobrej potem decyzji. Len zrozumiał, że w paczce coś jest, pewnie adres. Męzczyzna wstał i wyszedł. Len słuchał jak zamknęły się drzwi od sieni, słuchał silnika, potem kroków mamy. Gdy weszła do pokoju, Stanisław już płakał.

Więcej nigdy nie spotkał tego człowieka. Papierosy wyrzucił do rzeki tego samego dnia, wracając na parafię. Teraz, kilkadziesiąt lat później siedział i ze zdziwieniem patrzył na młodego ksiedza i jego marynarkę. Nie, jednak odcień i materiał były zupełnie inne. Czego właściwie ten Imański chce? Len wielokrotnie się nad tym zastanawiał i dochodził do wniosku, że Imański nie lubi go, gdyż boi się, że kiedyś skończy jak Len. W zeszłym roku wrócił z Niemiec i zamiast dobrej posady w Seminarium lub w Kurii, zrobili z niego zwykłego księdza, jednego z wikarych. Co z tego, że na niezłej parafii? Coś tam nie poszło tak, jak liczył. Imańskiego denerwował więc codzienny widok ziarna, które wpadło w ziemię i obumarło, miało bliżej do emerytury niż do najmarniejszego probostwa. Len przerażał go jak hipis członka middle class z ameryki lat sześćdziesiątych. Oto wyzwanie homiletyczne, zaśmiał się Len w duchu. Jak takiemu wytłumaczyć, że te słowa papieża o Duchu to coś więcej niż pstryczek w nos złym komunistom? Powiedział sobie w duszy, z nutką jemu tylko wiadomej goryczy: przed tobą prawdziwe wyzwanie, studencie rzymskiego Gregorianum, najstarszego papieskiego uniwersytetu.
CDN…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz