whos.amung.us

niedziela, 7 czerwca 2015

Od mecenasa do animatora

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Wyłapanie różnicy pomiędzy mecenasem kultury, a animatorem kultury jest proste. Mecenas ma własne pieniądze i poprzez sztukę realizuje jakieś swoje cele propagandowe, animator zaś to wynajęty człowiek, pracujący na cudzym budżecie i mający do zrealizowania zadania określone przez właścicieli budżetu. Czy ci właściciele to mecenasi? Skąd, oczywiście że nie. Ci właściciele to „niewiadomokto”. Może to być na przykład państwo polskie, albo jakaś duża firma, która akurat postanowiła upuścić trochę gotówki i nazwać to sponsoringiem kultury. Różnica pomiędzy mecenasem, a właścicielem budżetu przeznaczonego na kulturę jest nieco subtelniejsza i polega na tym, że mecenas się nie ukrywa. Nie musi. Mecenas spaceruje w pełnym blasku słońca albo fleszy i mówi - paczta chopoki, jakem zaszalał – i pokazuje w tym miejscu coś co sobie za swoje pieniążki zafundował. Na koniec zaś poklepuje po plecach nieco zaambarasowanego artystę, który dzięki niemu będzie miał co jeść przez najbliższe miesiące. Ostatnią rzeczą o jakiej myśli właściciel budżetu obrabianego przez animatorów kultury jest ujawnienie się i publiczna demonstracja. Więcej, ów właściciel nie ma nawet chęci, by komukolwiek pokazywać tę kulturę, co to ją animatorzy za jego pieniądze wystrugali, a często jest wręcz tak, że ta kultura się do pokazywania nie nadaje, albowiem nie posiada cech trwałości. Co to znaczy? Ano na przykład animatorzy za czyjeś pieniądze organizują w domu kultury zajęcia z paćkania farbami po wielkich płachtach szarego papieru. Rozliczać się z tego można na różne sposoby, ale sam pomysł, by animować kulturę niepiśmiennych sześciolatków w ten sposób, żeby rozwijać ich wyobraźnię poprzez paćkanie, jest z punktu widzenia właściciela budżetu znakomity. Byłby jeszcze lepszy, gdyby można było zrobić ogólnonarodowe paćkanie na Stadionie Narodowym z udziałem dwóch tysięcy dzieci i sześćdziesięciu ton farby. To by dopiero była kultura i sztuka. No, ale wtedy ktoś mógłby się połapać, że coś tu nie gra, skąd ta farba i w ogóle. No więc w przeciwieństwie do mecenasów właściciele budżetów na kulturę i sztukę skazani są na działania dyskretne.

Są jeszcze inne różnice pomiędzy mecenasem a właścicielem budżetu na kulturę. Otóż mecenas poszukuje takich wykonawców, co do których nie będzie cienia wątpliwości, iż się na robocie znają. Odwalą ten swój zachód słońca nad jeziorem na murze stadionu LKS Huragan i publika oniemieje. Nic nie trzeba będzie dodawać i nic odejmować. Inaczej jest z właścicielami budżetu, oni nie szukają artystów, których talent jest oczywisty, oni szukają kogoś, wokół kogo – jeśli oczywiście trzeba będzie gdzieś przepuścić kolejny budżet – da się urządzić jakąś dyskusję. Dyskusję o sztuce, kulturze, a często antysemityzmie i roli Kościoła w życiu mieszkańców wielkich osiedli. Stąd już prosta droga do formuły następującej – mecenasa najbardziej interesuje forma, w dodatku taka, która nie pozostawia żadnych widzowi żadnych wątpliwości, a właściciel budżetu zaciekawiony jest wyłącznie treścią, bo tylko wokół treści można kreować kolejne budżety. Z pozoru wydaje się, że jest na odwrót, ale to złudzenie. Treść w dziele zafundowanym przez mecenasa jest oczywista i nie podlega dyskusji. Można sobie co najwyżej pogadać o tym, czy jeleń na rykowisku ma wystarczająco duże poroże. Treść w przypadku dzieł fundowanych przez tajnych właścicieli budżetów jest umowna i zależy od animatorów kultury. Mogą ją oni modyfikować, zmienia i przerabiać ile razy zechcą, a czynności te wprost zależą od misji, jaką budżet został opatrzony. Dawniej nazywano to krytyką. I tu powstaje to złudzenie, że w przypadku opisywanym forma jest ważniejsza. Nieprawda, tam formy nie ma wcale, a chodzi tylko o to, by awansem, z myślą o kolejnych budżetach zaopatrzyć te maziaje w jakąś legendę, która da się modyfikować.

Prawdziwemu mecenasowi zależy na tym, by istniało szkolnictwo artystyczne. To znaczy, by we wiosce był zawsze ktoś kto potrafi narysować konia. I ktoś kto umie nauczyć jakiegoś Jaśka czy Staśka jak się konia rysuje. Właściciele budżetów i animatorzy kultury budzą się w nocy z krzykiem jak im się przyśni facet rysujący z ręki, bez modela, galopujący szwadron kawalerii. To jest czarny sen animatorów kultury i ludzi ich finansujących. Oznacza on bowiem zbędność budżetów na kulturę i odwrócenie wektora. Facet taki wychodzi na ulicę i z ręki trzaska szwadron za szwadronem, aż się wioskowy mecenas nadziwić nie może i patrzy dziwnie na swój portfel. Ludziska bez pytania kupują te kobyły i nikt nie zapisuje dzieci na zajęcia z paćkania. Horror. No, ale w żadnej wiosce nie ma już dziś człowieka, co by konia potrafił narysować więc animatorzy i ich sponsorzy śpią snem spokojnym. Większość istotnych dzieł sztuki jest dziś pochowana po muzeach i sejfach, a to co jest, należy w całości do sfery obsługiwanej przez nierozpoznane budżety i animatorów. Szkolnictwo artystyczne jest największym wrogiem tych ludzi, na drugim miejscu są mecenasi, którzy domagają się ładnych obrazków i chcą za nie płacić. Żeby animacja kultury funkcjonowała właściwie trzeba oduczyć ludzi rysowania koni, unieważnić krytykę, a potem wszystkich wynająć za tanie pieniądze do paćkania i postawić nad nimi animatora. Drugiego trzeba postawić nad publicznością, a trzeciego w jakiejś gazecie i tak cały ruch gotówki na rynku zwanym do niedawna rynkiem sztuki jest opanowany i kontrolowany. Po co? No, żesz kurna, studia kończyli, a nie wiedzą...Po to, żeby wpuszczać tam budżety z innych rynków, na przykład z rynku gdzie handluje się kokainą, albo karabinami, albo dziewczynami, albo sportowcami, albo ziemią. To chyba jasne.

Najłatwiej było unieważnić krytykę, dokonało się to poprzez poprzez likwidację kanałów komunikacyjnych pomiędzy krytykiem a publicznością. Ci pierwsi przestali w pewnym momencie przemawiać do publiczność i im się zdawało, że oto właśnie osiągają szczyt swoich możliwości, bo samym tylko ruchem powiek wskazują na to co wielkie i niszczą to co małe. Było to złudzenie, bo moment ten był istotnie ważny, ale z innego powodu. Oznaczał on koniec krytyki w rozumieniu XIX wiecznym. Facetów zepchnięto ze sceny i załadowano do wora, a na ich miejsce postawiono animatorów, którzy byli doskonale zorientowani w co się gra. Takim animatorem jest na przykład znana wszystkim Anda Rottenberg. Ona i jej podobni zajmowali się przez całe życie jednym tylko właściwie, dobudowywaniem treści do maziajów i kooptacją ich autorów do grona wybrańców, dla których organizuje się wystawy. Na nie zaś potrzebne są różne budżety. Nie wykładają ich jednak mecenasi, bo oni wymarli w pewnym momencie. Obieg się zamknął. Kontrola jest pełna. Dotyczy ona nie tylko pieniądza, nie tylko szkolnictwa artystycznego, ale także treści. A raczej tego co za treść uchodzi. Myślicie, że się mylę? Myślicie, że można dziś malować i tworzyć co się chce? No to kto widział gdzieś ostatnio nastawę ołtarzową zrobioną współcześnie, z wizerunkami świętych, zaśnięciem Marii, czy czymkolwiek innym? Nie ma czegoś takiego, a nie ma bo podobno jest niepotrzebne, bo liczy się pobożność wewnętrzna. Oczywiście, podobnie jak liczą się budżety wewnętrzne. Pobożność taka oznacza brak zamówień dla potrzeb Kościoła, a co za tym idzie oznacza, że sztuka sakralna zdechła dawno temu, a teraz próbuje się ją podłączyć do zamkniętego obiegu, który tu opisałem. Są jeszcze witraże, ale jak wiemy największym witrażownikiem w kraju jest Owsiak Jerzy. Skoro nie ma szans na wychowanie i wyuczenie jakiegoś mistrza pięknych Madonn, to obrót treścią i pieniędzmi może dokonywać się we wszystkie strony, zależnie od woli wykładających budżety organizacji. I dziwi mnie tylko, jak długo jeszcze historycy sztuki karmić się będą złudzeniami i pisać swoje dysertacje o nowoczesnych dziełach. Ma ów system jeszcze jeden aspekt który nam umyka. Oto doszliśmy do miejsca, w którym postaci zniknęły właściwie z przedstawień. I co? Chcecie mi teraz powiedzieć, że to nie ma znaczenia religijnego? Że pozostaje bez związku z doktrynami i rytuałem? Znajdźcie sobie innego frajera, ja idę popatrzeć na jelenie na rykowisku co to je Jaśko na murze okalającym stadion LKS Huragan wymalował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz