whos.amung.us

środa, 24 czerwca 2015

Koka i melonik (na odejście marszałka Sikorskiego)

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem dwóch zdarzeń i obu niezwykle radosnych. Pierwsze z nich to sposób, w jaki, korzystając z najwidoczniej już kompletnej utraty instynktu zachowawczego przez polityków Platformy Obywatelskiej, władzę w Sejmie przejął znany nam skądinąd poseł Wenderlich, a drugie, to ostateczny upadek Radosława Sikorskiego. Mimo że obie okazje traktuje, jako powód do świętowania, muszę przyznać, że ze względu na pewne istotne zaszłości, sprawa Sikorskiego jest dziś dla mnie zupełnie podstawowa. Satysfakcja jaką dziś czuję, to jest coś, dla czego w pewnych momentach mojego życia byłem gotów poświęcić naprawdę wiele. Chciałbym więc uczcić ten dzień przez przypomnienie pewnego starego już bardzo tekstu, jeszcze z roku 2011, a dotyczącego wydarzeń jeszcze starszych, bo sprzed Katastrofy. Rzućmy proszę okiem i zadumajmy się nad ludzkimi losami.


Chciałem dziś przypomnieć, trochę na zachętę, a trochę po to, byśmy po raz kolejny wbili sobie do głowy prawdę o tym, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, pewną scenę sprzed lat. To nie jest tamten tekst. Tamten tekst nawet nie był o Sikorskim, ale o Leszku Kołakowskim i o kłamstwie. To jest tylko tamta historia i zupełnie nowe refleksje. Proszę posłuchać.

Otóż jeszcze w grudniu 2008 roku, premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale to akurat nie ma dla nas większego znaczenia. To co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku.
A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że nasi politycy siedzieli przy stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.

Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.
Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...

A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.

Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.

Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – po raz drugi nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.

Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?

A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski, i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.

Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz