whos.amung.us

sobota, 27 czerwca 2015

Kiedy myślimy o Januszu Korczaku….

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Staje nam przed oczami wagon pełen biednych i niczego nie rozumiejących dzieci, które jadą na śmierć. Towarzyszy im starszy pan w kapeluszu i drucianych okularach. Ja przynajmniej zawsze mam taką wizję, a utwierdzają mnie w niej wszystkie opisy, zdjęcia i pomniki, poświęcone Korczakowi i jego dzieciom.

Wczoraj jednak coś się w tych moich projekcjach zmieniło. W dodatku zmieniło się nagle i chyba nieodwołalnie. Oto przeczytałem recenzję książki wydanej przez „Czarne”, książki opowiadającej o życiu Stefanii Wilczyńskiej, najbliższej współpracownicy Korczaka. Pani ta została opisana jakby była aniołem, który zstąpił na ziemię, by czynić dobro, może tak rzeczywiście było, a może nie, ja nie jestem badaczem korczakianów, jak to się pięknie niekiedy określa. Ja tylko przeczytałem recenzję i ma w związku z nią kilka pytań. Dotyczą one także samej książki, bo jak to zwykle bywa u nieudolnych autorów, recenzja ta nie jest w istocie recenzją, ale po prostu streszczeniem dzieła, zdradzającym mnóstwo szczegółów. Idźmy więc po kolei.

Nie miałem pojęcia, że plac pod sierociniec Korczaka kupiono za 24 tysiące rubli. To jest kwota astronomiczna, która w żaden sposób nie koreluje z przeznaczeniem inwestycji. Miał to być wszak plac pod budowę domu dla żydowskich sierot. Biednych, zawszonych Mośków i Sruli z Nalewek. W dodatku dom, który na tym placu postawiono był czymś w owym czasie niespotykanym. Kafelki na podłodze, obrotowe drzwi, łazienki, czysta pościel, sale sypialne co prawda zbiorowe, ale za to czyste. Do tego szkoła, biblioteka i inne atrakcje. Kiedy wszystko było gotowe, sprowadzono tam te nieszczęśliwe dzieci, które żyły w suterenach, w piwnicach i na poddaszach. No, ale pisze nam autorka biografii Wilczyńskiej, że na sobotę szły te dzieci do swoich rodzin, a potem – o zgrozo – nie miały zamiaru wracać do Korczaka i były o to jakieś awantury. No więc nie były sierotami, prawda? A przynajmniej nie wszystkie nimi były. Prócz żydowskiej ochronki istniały w Warszawie również inne, w tym chrześcijańskie oraz – jak sądzę państwowe, czyli carskie. Jak więc to się stało, że do domu dla sierot trafiały „niesieroty” i w jaki sposób były one selekcjonowane? Kto decydował, że te dzieci akurat mogą przez cały tydzień siedzieć u Korczaka, a na sobotę wracać do nor, gdzie mieszkali ich rodzice? No i wreszcie kto wyłożył te monstrualne pieniądze na ochronkę, która była olbrzymim budynkiem w środku wielkiego miasta, a nie nędzną budą na przedmieściu. Tego nie wyjaśnia nam autorka biografii Stefanii Wilczyńskiej. Ona się skupia na relacji pomiędzy Korczakiem a Wilczyńską i zastanawia się czy oni się kochali potajemnie, czy może nienawidzili, czy ich relacja wzajemna była głęboka czy płytka.

Pierwsza odpowiedź jaka się nam nasuwa, jest prosta. Ochronę Korczaka zbudowano z funduszy syjonistycznych i była ona przeznaczona dla dzieci, które po wstępnym okresie edukacji miałby wyjechać do Palestyny i tam rozpocząć kolonizację terenów przyszłego państwa żydowskiego. To jest oczywistość z gatunku najbardziej oczywistych oczywistości, ale ja – z racji słabego zainteresowania Korczakiem – do wczoraj nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z czasem instytucja prowadzona przez Korczaka została rozbudowana, powstała bursa, gdzie mieszkali starsi wychowankowie i szkoła, gdzie kształcono przyszłych wychowawców dzieci. Jak pamiętacie metody Korczaka wzbudzały wielkie emocje i wiele osób się z nimi nie zgadzało. Należała do nich na przykład żona Józefa Piłsudskiego. W swoich pamiętnikach pisze ona wprost, że Korczak namawiał dzieci, by donosiły na nauczycieli. Ja nie wiem czy można w ten sposób opisać tę metodę, ale zajrzyjcie do wspomnień Aleksandry Piłsudskiej, bo tam to jest tak przedstawione. We wczorajszej recenzji zaś stało jak byk, że w tej ochronce była specjalna skrzynka życzeń i zażaleń i dzieci wrzucały do tej skrzynki karteczki z prośbami, żalami i skargami. Pani Stefania Wilczyńska zaś czytała je wszystkie.

Przejdźmy teraz do samej Wilczyńskiej. Kończyła ona tę samą pensję co Maria Skłodowska i studiowała nauki przyrodnicze w Szwajcarii oraz Belgii. W ochronce Korczaka była osobą najważniejszą, która potrafiła żelazną ręką narzucić dyscyplinę. Była przy tym jeszcze aniołem dobroci i dzieci biegły do niej, kiedy było im smutno i źle. Myślę, że było trochę inaczej, bo sam mieszkałem w internacie i wiem jak to jest, ale niech im tam będzie….

Stefania Wilczyńska poświęciła całe życie dla tych dzieci. Wspomina jednak autorka biografii, że jej bohaterka miała chwile zwątpienia i chciała odejść. Przez cały czas pracy w ochronce miała wychodne tylko w jeden dzień w tygodniu – w środę. Chodziła wtedy do matki. Z opisu wynika, że Korczak się jej bał i musiał się z nią liczyć. Być może Stefania Wilczyńska była dla sponsorów ochronki zaworem bezpieczeństwa, na wypadek, gdyby dobremu doktorowi coś odbiło i zaczął realizować inny program niż to zaplanowano w preliminarzach. Nie wiem tego z całą pewnością, tak tylko głośno myślę….Nie ma oczywiście nigdzie słowa na temat wynagrodzenia Korczaka i Wilczyńskiej, a przecież nie pracowali za darmo. Ja rozumiem, że legenda wymaga, by nie wymieniać sum, ale rzetelność badacza z kolei wymaga czegoś innego. Jeśli ktoś poświęca całe życie dla dzieci, musi dostawać wynagrodzenie. Jeśli nie będzie wynagradzany, ucieknie i nie ma znaczenia czy jest żydem, katolikiem czy buddystą. Praca z dziećmi jest najbardziej upiornym zajęciem na świecie. Wilczyńska chciała uciec raz, ale wróciła.

I teraz najważniejsze. Korczak odwiedził brytyjski Mandat Palestyny dwa razy, w 1934 i w 1936 roku. Był wtedy w kibucu En Charod na północy kraju. Kibuc ten został założony przez emigrantów z Europy Wschodniej w roku 1921. Zanim tam przybyli w miejscu tym istniała arabska wioska, z którą nie wiadomo co się stało. Potem emigranci rozpoczęli osuszanie bagien, pracowali i żyli w strasznych warunkach, umierając na malarię i inne choroby. Było im bardzo ciężko. Nie wiemy jak było potem, kiedy w kibucu był Korczak, ale skoro tam był przypuszczać chyba możemy, że dzieci z jego ochronki przeznaczono właśnie dla tego miejsca. Możemy, czy nie? No chyba tak, po cóż inaczej by tam jeździł? Dzieciaki zabrane rodzinom, bo nie sieroty przecież, jak nam oznajmia autorka biografii Wilczyńskiej, po edukacji w sierocińcu Korczaka miałby być wywiezione do Palestyny i tam budować zręby państwa Izrael. I teraz kolejne ważne pytanie: czy Korczakowi się to podobało? Nie znam odpowiedzi. Nie wiem czy był zadowolony czy smutny po wizycie w Kibucu En Charod.

Wilczyńska, o czym przeczytałem wczoraj, była w tym samym kibucu w roku 1939, może coś pokręciłem, ale autorka wyraźnie pisze, że trwała już wojna kiedy Wilczyńska wyjechała z kibucu En Charod i wróciła do Warszawy. To jest ważna informacja, która burzy całkowicie nasze myślenie o wojnie i Żydach. Jeśli dodamy do tej informacji inną, dotyczącą wywozu dzieci zabranych rodzinom, z Czechosłowacji, tuż po aneksji, to musimy się poczuć dziwnie. Pamiętacie tę sprawę, prawda? Brytyjski urzędnik pilotuje program swojego rządu, który przeznaczył na każde żydowskie dziecko w Czechosłowacji 50 funtów. Dzieci są wywożone żeby uniknęły holocaustu, tak to jest opisywane. No, ale wywożone są dzieci kilkunastoletnie, a ich rodzice zostają, rozdziela się rodziny i nie ma sposobu by to zmienić, bo Korona wyłożyła pieniądze tylko na dzieci, nie na dorosłych. Rodzice zostają w Dystrykcie Czech i Moraw w oczekiwaniu na przeznaczenie. Nie żal ich syjonistom? Nie żal tych ludzi brytyjskim urzędnikom? Zresztą w roku 1938 nie ma jeszcze mowy o żadnym holokauście. Nie ma mowy o obozach zagłady. Gdzieś tam są jakieś obozy pracy i zamknięci w nich komuniści przemierzając z łopatami olbrzymie połacie torfowisk śpiewając pieśń Wir sind die Moor Soldaten. To wszystko. O cyklonie B jeszcze nikt nie słyszał. No, ale te dzieci z Czechosłowacji jednak są wywożone. Nawet mamy pomniki upamiętniające te wydarzenia, jeden na dworcu w Pradze, a drugi bodajże w Gdańsku, przez który dokonywano przerzutów. I teraz ta Wilczyńska – wraca jak gdyby nigdy nic w 1939 do Warszawy. Po co? Nikt jej nie powiedział, że będzie wojna? Od wiosny 1939 wszystko jest jasne. Od 1938 dzieci są wywożone z Czechosłowacji. Ona, jako działaczka żydowska musiała o tym wiedzieć. Po co wróciła? Nie bała się holocaustu? Być może nie, być może chciała się poświęcić dla tych dzieci, ale przecież w to nie wierzymy. W 1939 roku nikt nie myśli o zagładzie. Organizuje się getto, a sierociniec Korczaka znajduje się poza jego murami. Budynek jest ewakuowany i ochronka dostaje nowy lokal w getcie. Dzieci nadal są karmione, uczy się je i wychowuje. I tak aż do ostatecznego rozwiązania, które – jak sądzę – było wielkim zaskoczeniem tak dla Korczaka, jak i dla Wilczyńskiej. Przecież oni musieli wiedzieć jak to wszystko jeździ i musieli się czuć w miarę bezpiecznie. Byli odważnymi ludźmi, mieli swoją misję do zrealizowania i nie zrezygnowali z niej do końca. Dzieci zamiast do kibucu En Charod pojechały do obozu w Treblince i tam zostały zagazowane. Wiecie ile było tych dzieci? Dwadzieścia wagonów! Tak, tak, dwadzieścia wagonów dzieci zostało wywiezionych z getta prost do gazu. No, ale przecież Niemcy nie mówili Żydom, że jadą do gazu. To się okazywało nagle i niespodziewanie. Dokąd więc jechali Korczak, Wilczyńska i te dzieci? O czym myśleli w czasie podróży?

I teraz rzecz najistotniejsza. W roku 1927 kibuc En Charod wizytowany był przez bardzo dostojnego gościa, był nim sam prezydent republiki Czechosłowackiej Tomasz Masaryk. Ciekawe czy jemu się tam podobało? Bo ja obstawiam, że Korczakowi nie podobało się wcale. No, ale może Masaryk przykładał do tego inne kryteria. Ja może napiszę to wprost, żebyśmy nie mieli złudzeń. Masaryk to jest amerykański i brytyjski agent pilnujący w Europie Środkowej różnych interesów przez całe dwudziestolecie. Jest to także znany antysemita, który uważa, że Żydzi powinni opuścić Europę i zamieszkać gdzie indziej. I jego właśnie organizacje syjonistyczne sprowadzają do kibucu En Charod. No, a dopiero potem Korczaka i Wilczyńską.

Jakie konkluzje przyjdzie nam wycisnąć z tych rozważań? Niewesołe. Ja na przykład chciałbym poznać nazwiska i zobaczyć twarze tych ludzi, którzy zdecydowali, że jednak nie, że dzieci Korczaka, zostają, bo nie ma pieniędzy na to, by wywieźć je do Palestyny. Kim byli ci faceci? I dlaczego z takim poświęceniem wywozili dzieci z Pragi, a tych warszawskich nie chcieli. One przecież nie były zawszonymi sierotami, a przynajmniej nie wszystkie. Można je było umyć, ładnie ubrać i uratować. Zostawiono je jednak w getcie. Okay, być może Hans Frank położył cenę zaporową i sprawa się rozmyła właśnie przez to. Miałbym jednak prośbę do badaczy życia i twórczości Janusza Korczaka, by nam te kwestie naświetlili wprost, a nie zajmowali się miłością Wilczyńskiej i Korczaka. Ten sposób narracji ubliża bowiem inteligencji. Nie naszej bynajmniej, ale ich inteligencji. Widzimy to, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz