whos.amung.us

czwartek, 25 czerwca 2015

Czekając na nową „Pieśń Słoneczną”

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Mój ulubiony opis przyrody znajduje się w poemacie Różewicza „Nożyk profesora”. Pociąg towarowy, o bydlęcych wagonach, idzie w nim przez kojące umysł okolice:

idzie przez pola i lasy
przez zielone łąki
idzie po trawach i ziołach
tak cicho, że słychać brzęk pszczół
idzie przez chmury
przez złote jaskry
kaczeńce dzwonki
niezapominajki
Vergissmeinnicht

Ta ostatnia roślina o drobnych, niebieskich kwiatach łączy swoją nazwą odległe światy – naturę i kulturę, która akurat objawiła swoją najgorszą twarz. Budzi się wiosna, pióro rdzewieje i staje się skowronkiem, a Różewicz ma w pamięci niebieskie oczy żydówki, którą wiozą wagony w kolorze krwi. Dziewczyna jest „w samej wiośnie życia”. Wszystko rdzewieje, przychodzi niepamięć, a przecież są rzeczy, których zapomnieć nie można. 

Poemat Różewicza jest w tym wszystkim teologiczny. Zderza harmonię kosmosu z tajemnicą zła, tajemnicą pociągów, które w obłokach pary, „siostry naszej i pokornej, i cennej i czystej”, zatrzymywały się na stacji Auschwitz. Siostrą nazywał wodę Franciszek z Asyżu, a teraz papież, który przyjął jego imię ogłosił światu encyklikę o ekologii. O miejscu człowieka w Bożym świecie, który bardzo wielu wcale nie wydaje się Boży. Poemat Różewicza jest ciekawy, gdyż nie ma w nim oskarżenia Boga, Stwórcy srebrnych i zielonych poduszek mchów, leśnych duktów i poręb, przez jakie jadą pociągi z dziewczynami o oczach „jak garść fiołków”. Wagony z dziećmi i kobietami, z ludźmi, wagony z człowiekiem. Zamiast tego jest wspomniany ateizm, w rozmowie dwóch starych mężczyzn, którzy gotują jajko i używają jako miary czasu trzech „Zdrowasiek”. Właściwie to materializm jest przez nich wyśmiany – nikt w nim nie znalazł w Polsce inspiracji, niczemu on tu nie służy. Nawet ateiści pragną mieć swoją pielgrzymkę. Faktycznie, może to skrzywienie zawodowe, może złudzenie, ale wyczułem nutę nostalgii w pochwałach, jakie tu i tam zebrała encyklika Franciszka od pisarzy zza lewicowych barykad. Nutę tęsknoty za tym, by coś z chrześcijaństwa ocalić dla „nowego wspaniałego świata”, a może nawet podświadome pragnienie, by okazało się jednak, że wszyscy ideolodzy lewicy się pomylili, a raję miał ten Italczyk sprzed kilku stuleci. W encyklice Laudato si jego imiennik przywołuje go z przekonaniem, że w gruncie rzeczy wszyscy jakoś go cenią i podziwiają. Biedaczynę z Asyżu.

Co było skarbem Franciszka? Nie środowisko na pewno, ani sama natura, wtedy jeszcze w dużej mierze potężna i nieujarzmiona, której naturalne hałasy, piski, szumy i ćwierkania zaburzały jedynie donośne dzwony kościołów. Czas autostrad, odrzutowców i metropolii jeszcze nie nadszedł. Franciszek włożył dobry wkład w ludzką sprawę doglądania Bożego ogrodu. To według papieża oznacza „czynienie sobie ziemi poddaną”, przykazane ludziom w księdze Rodzaju. Jego pochwała stworzeń, rozmowy z wilkami i kazania do ptaków przetrwały, gdyż Franciszek przypomniał o czymś bardzo ważnym. Najdziwniejszym ze stworzeń, rojących się na naszym planetarnym pyłeczku, wirującym wśród słonecznych i galaktycznych wiatrów, czyli ludziom oczywiście, przypomniał o jednym z nich. Franciszek nie tylko powiedział, że słońce jest „najwyższego wyobrażeniem” – zaprosił tez wszystkich do eksperymentu – co będzie, gdy uczynimy Chrystusa słońcem naszych wiosek, klasztorów i dumnych Florencji, Sien oraz Asyżów. A nade wszystko Słońcem tego miasta, które nieco na wyrost zwie się Wiecznym. Jednym słowem, Jan Bernardone, zwany Franciszkiem, przypomniał, ze w chrześcijaństwie najważniejszy jest Jezus Chrystus i Jego Ewangelia. Droga do prawdziwej troski o naturę prowadzi tylko jedną drogę – przez odnowienie relacji między ludźmi. Pan Jezus oddał w końcu życie, by między nami była miłość, by dotykała zwłaszcza tych miejsc, które są w nas ulepione w pyłu ziemi. Dlatego właśnie Franciszek pokornie i delikatnie nazywał siostra nie tylko wodę i ziemię, lecz także śmierć.

Różewicz wyznał wiarę w Chrystusa w podeszłym wieku, cytując Dostojewskiego:

Nawet jeśliby mi ktoś udowodnił, że prawda jest poza Chrystusem, wolałbym raczej pozostać z Chrystusem niż z prawdą.

Poeta stwierdza, że dopiero Chrystus nadaje naszemu planetarnemu pyłkowi, wirującemu w półmroku wszechświata odpowiednią wagę. Zycie każdej z istot na tym pyłku nabiera w świetle wyznania wiary w to, że Jezus jest Bogiem i Panem całego kosmosu innego ciężaru. Nawet wróbel spadający na ziemię spada inaczej, a co dopiero brat Chrystusa, człowiek? Dużo tęsknoty w tym wyznaniu Dostojewskiego i Różewicza. Czy możliwe jest przejście od tej tęsknoty do wiary w Stwórcę wszechświata, w Boga natury, w to, że jednak jest Ktoś, kto wymyka się naszym laboratoriom, fabrykom, uniwersytetom? Ktoś, kto jest w stanie ukoić umysł człowieka nieskończenie głębiej niż szum liści i ich zieleń? Paweł Apostoł podpowiada, że jest to wręcz niezbędne:

od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła (Rz 1, 20)

Fundamentem zbawiennej ekologii byłoby więc nowe spojrzenie na świat. Albo inaczej – spojrzenie nowego człowieka.

Dostojewski prowokował kiedyś, że bez błędów nie dojdzie się do prawdy. Trochę według tej myśli w tytule popełniłem błąd. Trudno bowiem za rozsądną uważać sugestię, że modlitwa św. Franciszka się zestarzała. Słońce świeci w niej jasno jak zwykle od ośmiuset lat, pachną zioła i ziemia zdobi się barwnymi kwiatami. Gwiazdy widziane z przestrzeni kosmicznej są dziś w ludzkich oczach nawet bardziej cenne i piękne, jako że trudno znaleźć niebo, gdzie w nocy nie zaćmiewał by ich blask ludzkich skupisk. To żadne odkrycie, ale trzeba powiedzieć, że franciszkańska pochwała Stwórcy i Jego wszechświata nie zestarzała się w ogóle. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, akurat o tej modlitwie Biedaczyny należy uczciwie to stwierdzić – jest ponadczasowa jak każda wielka poezja. Po co więc nowa „Pieśń Słoneczna”? W jednym z psalmów jest zachęta do zaśpiewania Bogu nowej Pieśni – Augustyn stwierdza, że nowe pieśni śpiewają nowi ludzie. Franciszek był nowym człowiekiem, bo w centrum oszałamiającego kosmosu dostrzegł Chrystusa, który wszystko stwarza, we wszystkim jest, wszystko obejmuje Swoją miłością. Nie jest wcale tak, że natura i kultura są jak dwie szyny, które nigdy się nie stykają, nawet w nieskończoności. Ilekroć dzielimy, separując naturę od kultury, albo je obie od Boga, tylekroć kładziemy tory dla wagonów historii o barwie skrzepłej krwi. Okazuje się więc, że Droga do ekologii, jakiej nam dzisiaj potrzeba, jest wytyczona już od dawna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz