whos.amung.us

wtorek, 16 czerwca 2015

Biedny katolik mówi o Medjugorie

Autor: ks. Jan Dobrowolski 
Gdy już wypowiedziałem wszystkie znane mi argumenty świadczące przeciwko prawdziwości bośniackich objawień, mój proboszcz odpowiedział bardzo krótko – Nigdzie, proszę księdza, nie modliłem się tak głęboko, jak tam, kilka kroków od widzącej. Jestem przekonany, że ona naprawdę widziała Matkę Boską. Obecni przy stole księża kiwali głowami – z jednej strony przywołanie katechizmu, kilku teologicznych analiz i zdrowego rozsądku, z drugiej zaś świadectwo kapłana z kilkudziesięcioletnim stażem. Po chwili ktoś dodał, że nigdzie nie widział tak pięknie świadczącej o Chrystusie młodzieży. Gdy za moment usłyszałem znowu, że jednemu ze stołowników znajomy egzorcysta powiedział w sekrecie, że Jan Paweł II był zupełnie do Medugorie przekonany, dałem spokój dyskusji. Kościół przecież się jeszcze nie wypowiedział, prawda? – Poznajmy rzecz po owocach – ewangelicznie stwierdził proboszcz i zmienił temat.
Być może niedługo to się zmieni. Wymowna była podróż apostolska Franciszka, podczas której zignorował on miejsce rzekomych zjawień. Kilkakrotnie papież krytykował też nadmiar tekstu przekazywanego widzącym przez istotę podającą się za Maryję, sugerując, że mamy do czynienia raczej z karykaturą objawień, niż z prorockim przekazem, który, jak choćby Fatima, mógłby przypomnieć nam i przybliżyć sedno tego, co już mamy, a co ciągle nam umyka – objawienia, jakie Bóg zawarł w Biblii, zwłaszcza w Ewangelii. Spodobała mi się trzeźwa ocena Franciszka, że Maryja nie jest jak listonosz, który codziennie ma dla nas nową pocztę. Cóż, można by udoskonalić tę analogię i uwspółcześnić ją, nawiązując do Twittera. Ale sam papież go używa, pozostańmy więc przy listonoszu. Biuro Stolicy Apostolskiej ogłosiło, że w najbliższym czasie mamy się spodziewać ważnego komunikatu w tej sprawie. Zaświtała nadzieja, że będzie można uciąć dyskusję, kulejącą przez nadmiar sofizmatów i nietrafionych argumentów nieodpartym Roma locuta. Cóż, dziś nie zawsze głos Rzymu zamyka sprawę, często wręcz jest punktem wyjścia długich dyskusji i pasma medialnych nieporozumień. Jakkolwiek by było, chcę tu przedstawić jeden z owoców, jakie zrodziło w moim życiu Medjugorie.
Jest nim zrezygnowanie i brak cierpliwości. Nie będę przytaczał argumentów przeciwko prawdziwości tych objawień. Chce powiedzieć tylko, jaki był owoc tego przytaczania w licznych dyskusjach, tak z duchownymi, jak ze świeckimi. Otóż – żaden. Najczęściej moi rozmówcy z uśmiechem politowania słuchali tego jak melodyjki, jaka włącza się w słychać telefonu, by umilić czekanie czy też wyprowadzić dzwoniącego z równowagi. Wspomniane we wstępie – katechizm, teologia, Pismo Święte, zdrowy rozsądek i kilka innych ważnych dla wiary rzeczy potykały się w nierównym boju z emocjami i osobistym doświadczeniem religijnym. Walka była z góry ustawiona – miało wygrać w niej serce, a nie teologa niezrozumiałe szkiełko i zmęczone książkami oko. Oczywiście, mogę sobie zarzucić wiele – zapewne nie dość jasno głosiłem swoją prawdę, mogłem być też czasem niemiły. Ale zakładając nawet, że nie było we mnie krztyny dobrej woli – dlaczego samym moim argumentom nie poświęcano żadnej uwagi? Czy nie było warto, by utrzeć mi nosa, poddać je miażdżącej krytyce na tym polu właśnie, które sobie wybrałem, na polu Nauczania Kościoła i rozumienia wiary? Może byłoby, ale pole to wydaje się nie przynosić plonu – ziarenko teologii jest w oczach wielu katolików bardzo małe, a grządka wiary może się doskonale bez niego obejść. Również księża mogąc wybrać między wtajemniczaniem ludzi w sens objawienia oraz zebraniem ich na wzruszającym nabożeństwie do Królowej Pokoju często wybierają to, co na oko przyniesie owoc ich zdaniem większy, lepszy, obfitszy, bardziej namacalny. Kwestia kościelnego zamieszania na Bałkanach to zresztą tylko przykład. Zbytni dystans wobec rozumu sprawił, że na styku wiary z wierzeniami i przesądami ma miejsce nieustanna osmoza. Przenikają się przekonania katolickie z różnymi rodzajami duchowości. Jeśli nie jest ona jawnie demoniczna, bywa bardzo łatwo przyswajana przez wiernych. Z drugiej strony, rzeczy dobre, jak choćby tradycyjny Ryt Rzymski bywają odrzucone tylko dlatego, że budzą nieznane emocje lub nie budzą znanych. Albo sprzeciwiają się tak zwanej „mądrości ludowej”, czyli powszechnemu poczuciu „lepszości” wśród wierzących. Owo „poczucie” („Co inni księża powiedzą?”) jest w gruncie rzeczy zwykłą parodią „sensus fidei”. Krótko mówiąc, nawet nie sama treść bośniackich orędzi psuje Wiarę ludzi, ale łatwowierny sposób ich przyjęcia.
Chesterton powiedział, że po oceanie da się żeglować, ale nie da się go zamknąć w swojej głowie, co jest pstryczkiem w nos dla wszelkiej maści racjonalistów. Ten sam Chesterton jednak z zapałem przekonywał, że Kościół nawiguje według najlepszych zasad rozumu, a gwiazdy teologii i filozofii przyświecają mu w tym równie jasno. Inaczej mówiąc, Bóg jest Tajemnicą, ale Religia ma swoje zasady. Nie można mówić o Tajemnicy, co nam ślina na język przyniesie, lub serdeczne ciepełko, obudzone przez ekstatyczną „widzącą” w czasie dalekiej pielgrzymki. Jedną z zasad naszej religii, jaką Medjugorie poddało we mnie próbie, jest to, iż należy spokojnie i rzeczowo tłumaczyć i rozmawiać, a nawet „nastawać w porę i nie w porę… Właśnie w ramach zachęty do tego trudnego dzieła, cytat z niezastąpionych Listów Pasterskich:
Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo:głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie! 
Na koniec jeszcze taka anegdota: zastanawialiśmy się z kolegą nad tym, co też Watykan powie na temat Medjugorie. Na palcach wyliczaliśmy możliwości: 1) uznają. Uznaliśmy to za mało prawdopodobne. 2) Orzekną, że to nie są prawdziwe objawienia. Orzekliśmy, że to byłoby pięknie, może nawet zbyt pięknie. 3) Stwierdzą, że nie wiedzą, od kogo pochodzą objawienia. To żart z kontekstem biblijnym. Bardziej możliwe już, że mimo zapowiedzi nic nie stwierdzą. 4) Powiedzą „nie, ale…”. Stary numer z wilczo -owczym konsensusem, opartym na sytości jednych i całości drugich, czyli jakaś polityka i public relations. Na tym przerwałem wyliczankę, bo nie miałem już pomysłu. Na to mój kolega – My możemy nie mieć pomysłu, ale może właśnie dlatego ktoś inny siedzi w Rzymie, a nie ty. – Racja, przyznałem. Mogą po prostu nas zaskoczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz