whos.amung.us

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dlaczego Polacy nie kupują tęczowego faszyzmu?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Sejm przyjął ustawę liberalizującą ustawę o in vitro, a Jan Pospieszalski skomentował ten ruch, sugerując, że „mamy do czynienia ze standardem państwa upadłego”. A ja się zastanawiam, jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w stosunku do Polski dzień po tym, jak Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych przegłosował pełnię praw małżeńskich dla osób homoseksualnych i cały dosłownie tak zwany „cywilizowany” świat czuje się w obowiązku wznosić sztandary w kolorach tęczy? Jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie gdy – jak donosi zawsze gotowa „Gazeta Wyborcza” – „Rząd Norwegii zaproponował, by dzieciom już w wieku 7 lat wolno było, przy wsparciu rodziców, zmienić płeć prawną. Według ministra zdrowia Benta Hoie obecne przepisy w tym zakresie ‘nie zmieniły się od prawie 60 lat’ i są dziś nie do przyjęcia. Rząd proponuje też, by osoby w wieku 16 lat mogły decydować, czy są płci męskiej, czy żeńskiej. Decyzję podejmowałyby według własnego uznania, a nie na podstawie diagnozy medycznej. Prawna zmiana płci mogłaby zostać cofnięta, gdyby ktoś, kto się na nią zdecydował, doszedł później do wniosku, że popełnił błąd.
- To jest historyczna propozycja, o zmianie płci nie będzie już decydować służba zdrowia, lecz osoby indywidualne - powiedział Hoie. Rządowy plan będzie teraz przedmiotem debaty ekspertów, zanim ewentualne projekty ustaw trafią do parlamentu.

Proponuje się, by rodzice dzieci w wieku od 7 do 16 lat mogli występować z wnioskami o prawną zmianę płci, z wszelkimi konsekwencjami - od numeru ubezpieczenia społecznego po dane w paszporcie. Każdy, kto ukończył 16 lat, mógłby złożyć taki wniosek samodzielnie. Natomiast fizyczna, operacyjna zmiana płci jest w Norwegii dozwolona u osób, które ukończyły 18 lat”?

Jak trzeba wreszcie być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim – a proszę mi uwierzyć, że Pospieszalski jest tu tylko pretekstem – by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie, gdy w Wielkiej Brytanii klonuje się ludzi, aborcja jest dozwolona do 24 tygodnia życia, za noszenie medalika na szyi można wylecieć z pracy, a w Belgii lada chwila, w majestacie prawa, zostanie zamordowana młoda dziewczyna tylko dlatego, że jest jej bardzo ciężko żyć?

Czy my naprawdę musimy uderzać w tak wysokie tony tylko dlatego, że grupa jakichś wyrzutków, po których już za parę miesięcy nawet smród nie zostanie, postanowiła pójść z „duchem czasu” i w ten sposób pokazać światu, że my też jesteśmy odpowiednio zepsuci? Ta smutna zbieranina, pozbawiona już choćby podstawowego instynktu samozachowawczego, występująca, jako Sejm RP, uchwala tego antykonstytucyjnego bękarta, który już za parę miesięcy zostanie przez Naród unieważniony, a my wołamy o ratunek, bo w Polska to państwo upadłe?

Świat zszedł na drogę, która – zapowiedziana już bardzo dawno temu – najpewniej jest drogą ostateczną. My tu mimo to wciąż sobie jakoś żyjemy i staramy się dawać świadectwo. I to naprawdę niezależnie od tego, czy głosowaliśmy w maju na Dudę czy Komorowskiego. Na tej czarnej europejskiej scenie jesteśmy już jednym z ostatnich narodów, ale i państw, gdzie ich lepkie ręce nie sięgają. A więc naprawdę nie ma potrzeby, by się tu jakoś szczególnie nadymać. To upada świat, a jeśli my słyszymy ten łomot, to nie dajmy sobie wmówić, że to się dzieje za naszymi oknami, bo to jeszcze nie dziś, ani nawet za rok.


niedziela, 28 czerwca 2015

Medjugorie testem posłuszeństwa i wiary.

Autor: Integrator

Po tak długiem okresie mojej tu nieobecności wypada zacząć od przeprosin. Jak się okazało pogodzenie obowiązków zawodowych z remontem mieszkania było na tyle dużą sztuką, że na pisanie tekstów zwyczajnie nie było szansy. Dziś jednak korzystając z okazji, że mam prąd w gniazdku (nie uwierzycie jak ten fakt może cieszyć) zasiadam by napisać parę zdań o rzeczy dla mnie istotnej.

Ale że droga do celu jest zazwyczaj kręta, muszę choć słowo o Tygodniku. Nie mając ni czasu ni możliwości by budować autorskie teksty, prowadzenie strony przez ten czas sprowadziłem siłą rzeczy li tylko do wstawiania notek pozostałych autorów współpracujących z Tygodnikiem. Tym jakby nie było szczęśliwym trafem, zauważyłem, że gdy znikam z Waszego horyzontu ich teksty zaczynają cieszyć się zwiększonym zainteresowaniem. Do tej pory było tak, że gdy tylko pojawiał się mój tekst, licznik zaczynał wirować a teksty redakcyjnych kolegów zostawały daleko w tyle. Nie tak wszelako miało być, nie tego chciałem. Ja się oczywiście nie dziwię, że tak to wygląda bo jeśli teksty Integratora można znaleźć tylko w tym miejscu sieci to inaczej być nie może. Ale Tygodnik powstał nie po to bym świecił jako ta gwiazda na ciemnym niebie, ale by mogli tu zaistnieć także inni autorzy. Także ci którzy choć piszą znacznie, znacznie dłużej bo od wielu już lat, wciąż są rozpoznawani tylko pośród koneserów wydzielonej strefy słowa. Tygodnik miał takich autorów wyrywać z getta, dosłownie.  I nagle, po mojej tu dłuższej nieobecności to o czym marzyłem zaczyna się krystalizować. Gdy tylko odsuwam się w cień, najwyraźniej Czytelnicy poszukujący moich tekstów, nie znalawszy tu ich, na zasadzie - skoro już tu jestem niech tam - czytają od niechcenia dowolny, aby tylko nowy tekst. Proszę mi uwierzyć, już bez względu na przyczynę, wszyscy autorzy od chwili gdy pochłonął mnie remont i te nieszczęsne wyjazdy odnotowali bardzo duży skok, że tak to ujmę, poczytności. Cóż, muszę zastanowić się czy nie będzie wskazanym znikać stąd od czasu do czasu by w ten sposób przybliżać się do celu jaki obrałem budując Tygodnik?

A teraz o tym co w tytule i od razu zaznaczam, że to sprawa dla mnie bardzo trudna. Wypowiadał się już w tym temacie tu u nas ks. Dobrowolski ale tak mnie swym tekstem zaintrygował, że choć fizycznie pisać nie mogłem, tekst i tak powstawał tyle, że w głowie.

Jak idzie o mnie to podobnie jak ks. Dobrowolski podchodzę do sprawy dość sceptycznie. Jestem wiernym synem Kościoła Katolickiego i jeśli Papież w tej kwestii zachowuje daleko idącą ostrożność, to mi zostaje tylko czekać. No ale dla przykładu cześć członków mojej dalszej rodziny ma już zgoła inne podejście do sprawy. I choć gdy przychodzi potrzeba także stają murem za Kościołem, to Medjugorie postrzegają miejscem wyjątkowym. W ślad więc za tym przeświadczeniem i jak wiemy wbrew zaleceniom tegoż Kościoła (na szczęście nie nakazowi) pojechali tam na majową pielgrzymkę, sankcjonując w ten sposób świętość tego miejsca. Bo pielgrzymki organizuje się do miejsc świętych, czy tak? Pojechali więc, a potem wrócili uduchowieni że nie wiem co. Uwierzcie mi, gdybyście posłuchali tego co opowiadają, jak opowiadają a przy tym mogli widzieć ich twarze... na prawdę mocna rzecz. Przyznam, że w tym względzie ta odmiana nawet mi się spodobała, do czasu jednak, gdy pokazali mi nagranie z widzącą, Vicką Ivanković. Ten uśmiech, te miny, wyczuwalny brak spokoju wypartego przez jakieś dziwnie, pobudzenie? A może to tylko czysto ludzkie zmieszanie? Nie chcę tego oceniać w końcu każdy na swój indywidualny sposób przeżywania wszelakich aktów wiary. Jeszcze trudniej wydawać osądy gdy najbliżsi twierdzą, że widzieli wręcz rzeczy cudowne. Mam jednak wciąż kłopot z Medjugorie i powiem to tak jasno jak tylko się da.

Może tak. Cóż złego w Medjugorie - zapyta kto - skoro tak dobre owoce daje, skoro jadą tam ludzie i wracają odmienieni? Niby nic - odpowiem - gdyby nie to jedno "ale". Dobrze bowiem wiemy, że Zły gdy trzeba sutannę ubierze i na niedzielną mszę świętą w dzwoń bić będzie. Mam więc w sercu obawę, że gdy po latach to wyjątkowe miejsce odwiedziły już miliony katolików a każdy z nich poczuł się niezgorzej niż moja rodzina, to teraz dopiero przyjdzie nam odkryć ukryty cel tego co tam się tak na prawdę dzieje. I to już na dniach gdy Watykan wyda werdykt w sprawie objawień w Medjugorie. Źle będzie bardzo, gdyby w razie negatywnej oceny, rzesza uduchowionych katolików, niosących cząstkę Medjugorie w sercu wypowiedziała w tej kwestii swe posłuszeństwo Papieżowi. Będzie to bowiem potężne zwycięstwo szatana, i precedens w sercach tych przecież pobożnych ludzi do kolejnego sprzeciwu i kolejnego. Najtrudniejszy jest w końcu zawsze tylko ten pierwszy raz.

Reakcja wiernych ale i "widzących" na decyzję Watykanu będzie najlepszym testem na prawdziwość "objawień" w Medjugorie. Zobaczymy czy wystarczy im wszystkim owo krótkie, ewangeliczne - nie! Wszak napisane jest: "Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

sobota, 27 czerwca 2015

Kiedy myślimy o Januszu Korczaku….

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Staje nam przed oczami wagon pełen biednych i niczego nie rozumiejących dzieci, które jadą na śmierć. Towarzyszy im starszy pan w kapeluszu i drucianych okularach. Ja przynajmniej zawsze mam taką wizję, a utwierdzają mnie w niej wszystkie opisy, zdjęcia i pomniki, poświęcone Korczakowi i jego dzieciom.

Wczoraj jednak coś się w tych moich projekcjach zmieniło. W dodatku zmieniło się nagle i chyba nieodwołalnie. Oto przeczytałem recenzję książki wydanej przez „Czarne”, książki opowiadającej o życiu Stefanii Wilczyńskiej, najbliższej współpracownicy Korczaka. Pani ta została opisana jakby była aniołem, który zstąpił na ziemię, by czynić dobro, może tak rzeczywiście było, a może nie, ja nie jestem badaczem korczakianów, jak to się pięknie niekiedy określa. Ja tylko przeczytałem recenzję i ma w związku z nią kilka pytań. Dotyczą one także samej książki, bo jak to zwykle bywa u nieudolnych autorów, recenzja ta nie jest w istocie recenzją, ale po prostu streszczeniem dzieła, zdradzającym mnóstwo szczegółów. Idźmy więc po kolei.

Nie miałem pojęcia, że plac pod sierociniec Korczaka kupiono za 24 tysiące rubli. To jest kwota astronomiczna, która w żaden sposób nie koreluje z przeznaczeniem inwestycji. Miał to być wszak plac pod budowę domu dla żydowskich sierot. Biednych, zawszonych Mośków i Sruli z Nalewek. W dodatku dom, który na tym placu postawiono był czymś w owym czasie niespotykanym. Kafelki na podłodze, obrotowe drzwi, łazienki, czysta pościel, sale sypialne co prawda zbiorowe, ale za to czyste. Do tego szkoła, biblioteka i inne atrakcje. Kiedy wszystko było gotowe, sprowadzono tam te nieszczęśliwe dzieci, które żyły w suterenach, w piwnicach i na poddaszach. No, ale pisze nam autorka biografii Wilczyńskiej, że na sobotę szły te dzieci do swoich rodzin, a potem – o zgrozo – nie miały zamiaru wracać do Korczaka i były o to jakieś awantury. No więc nie były sierotami, prawda? A przynajmniej nie wszystkie nimi były. Prócz żydowskiej ochronki istniały w Warszawie również inne, w tym chrześcijańskie oraz – jak sądzę państwowe, czyli carskie. Jak więc to się stało, że do domu dla sierot trafiały „niesieroty” i w jaki sposób były one selekcjonowane? Kto decydował, że te dzieci akurat mogą przez cały tydzień siedzieć u Korczaka, a na sobotę wracać do nor, gdzie mieszkali ich rodzice? No i wreszcie kto wyłożył te monstrualne pieniądze na ochronkę, która była olbrzymim budynkiem w środku wielkiego miasta, a nie nędzną budą na przedmieściu. Tego nie wyjaśnia nam autorka biografii Stefanii Wilczyńskiej. Ona się skupia na relacji pomiędzy Korczakiem a Wilczyńską i zastanawia się czy oni się kochali potajemnie, czy może nienawidzili, czy ich relacja wzajemna była głęboka czy płytka.

Pierwsza odpowiedź jaka się nam nasuwa, jest prosta. Ochronę Korczaka zbudowano z funduszy syjonistycznych i była ona przeznaczona dla dzieci, które po wstępnym okresie edukacji miałby wyjechać do Palestyny i tam rozpocząć kolonizację terenów przyszłego państwa żydowskiego. To jest oczywistość z gatunku najbardziej oczywistych oczywistości, ale ja – z racji słabego zainteresowania Korczakiem – do wczoraj nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z czasem instytucja prowadzona przez Korczaka została rozbudowana, powstała bursa, gdzie mieszkali starsi wychowankowie i szkoła, gdzie kształcono przyszłych wychowawców dzieci. Jak pamiętacie metody Korczaka wzbudzały wielkie emocje i wiele osób się z nimi nie zgadzało. Należała do nich na przykład żona Józefa Piłsudskiego. W swoich pamiętnikach pisze ona wprost, że Korczak namawiał dzieci, by donosiły na nauczycieli. Ja nie wiem czy można w ten sposób opisać tę metodę, ale zajrzyjcie do wspomnień Aleksandry Piłsudskiej, bo tam to jest tak przedstawione. We wczorajszej recenzji zaś stało jak byk, że w tej ochronce była specjalna skrzynka życzeń i zażaleń i dzieci wrzucały do tej skrzynki karteczki z prośbami, żalami i skargami. Pani Stefania Wilczyńska zaś czytała je wszystkie.

Przejdźmy teraz do samej Wilczyńskiej. Kończyła ona tę samą pensję co Maria Skłodowska i studiowała nauki przyrodnicze w Szwajcarii oraz Belgii. W ochronce Korczaka była osobą najważniejszą, która potrafiła żelazną ręką narzucić dyscyplinę. Była przy tym jeszcze aniołem dobroci i dzieci biegły do niej, kiedy było im smutno i źle. Myślę, że było trochę inaczej, bo sam mieszkałem w internacie i wiem jak to jest, ale niech im tam będzie….

Stefania Wilczyńska poświęciła całe życie dla tych dzieci. Wspomina jednak autorka biografii, że jej bohaterka miała chwile zwątpienia i chciała odejść. Przez cały czas pracy w ochronce miała wychodne tylko w jeden dzień w tygodniu – w środę. Chodziła wtedy do matki. Z opisu wynika, że Korczak się jej bał i musiał się z nią liczyć. Być może Stefania Wilczyńska była dla sponsorów ochronki zaworem bezpieczeństwa, na wypadek, gdyby dobremu doktorowi coś odbiło i zaczął realizować inny program niż to zaplanowano w preliminarzach. Nie wiem tego z całą pewnością, tak tylko głośno myślę….Nie ma oczywiście nigdzie słowa na temat wynagrodzenia Korczaka i Wilczyńskiej, a przecież nie pracowali za darmo. Ja rozumiem, że legenda wymaga, by nie wymieniać sum, ale rzetelność badacza z kolei wymaga czegoś innego. Jeśli ktoś poświęca całe życie dla dzieci, musi dostawać wynagrodzenie. Jeśli nie będzie wynagradzany, ucieknie i nie ma znaczenia czy jest żydem, katolikiem czy buddystą. Praca z dziećmi jest najbardziej upiornym zajęciem na świecie. Wilczyńska chciała uciec raz, ale wróciła.

I teraz najważniejsze. Korczak odwiedził brytyjski Mandat Palestyny dwa razy, w 1934 i w 1936 roku. Był wtedy w kibucu En Charod na północy kraju. Kibuc ten został założony przez emigrantów z Europy Wschodniej w roku 1921. Zanim tam przybyli w miejscu tym istniała arabska wioska, z którą nie wiadomo co się stało. Potem emigranci rozpoczęli osuszanie bagien, pracowali i żyli w strasznych warunkach, umierając na malarię i inne choroby. Było im bardzo ciężko. Nie wiemy jak było potem, kiedy w kibucu był Korczak, ale skoro tam był przypuszczać chyba możemy, że dzieci z jego ochronki przeznaczono właśnie dla tego miejsca. Możemy, czy nie? No chyba tak, po cóż inaczej by tam jeździł? Dzieciaki zabrane rodzinom, bo nie sieroty przecież, jak nam oznajmia autorka biografii Wilczyńskiej, po edukacji w sierocińcu Korczaka miałby być wywiezione do Palestyny i tam budować zręby państwa Izrael. I teraz kolejne ważne pytanie: czy Korczakowi się to podobało? Nie znam odpowiedzi. Nie wiem czy był zadowolony czy smutny po wizycie w Kibucu En Charod.

Wilczyńska, o czym przeczytałem wczoraj, była w tym samym kibucu w roku 1939, może coś pokręciłem, ale autorka wyraźnie pisze, że trwała już wojna kiedy Wilczyńska wyjechała z kibucu En Charod i wróciła do Warszawy. To jest ważna informacja, która burzy całkowicie nasze myślenie o wojnie i Żydach. Jeśli dodamy do tej informacji inną, dotyczącą wywozu dzieci zabranych rodzinom, z Czechosłowacji, tuż po aneksji, to musimy się poczuć dziwnie. Pamiętacie tę sprawę, prawda? Brytyjski urzędnik pilotuje program swojego rządu, który przeznaczył na każde żydowskie dziecko w Czechosłowacji 50 funtów. Dzieci są wywożone żeby uniknęły holocaustu, tak to jest opisywane. No, ale wywożone są dzieci kilkunastoletnie, a ich rodzice zostają, rozdziela się rodziny i nie ma sposobu by to zmienić, bo Korona wyłożyła pieniądze tylko na dzieci, nie na dorosłych. Rodzice zostają w Dystrykcie Czech i Moraw w oczekiwaniu na przeznaczenie. Nie żal ich syjonistom? Nie żal tych ludzi brytyjskim urzędnikom? Zresztą w roku 1938 nie ma jeszcze mowy o żadnym holokauście. Nie ma mowy o obozach zagłady. Gdzieś tam są jakieś obozy pracy i zamknięci w nich komuniści przemierzając z łopatami olbrzymie połacie torfowisk śpiewając pieśń Wir sind die Moor Soldaten. To wszystko. O cyklonie B jeszcze nikt nie słyszał. No, ale te dzieci z Czechosłowacji jednak są wywożone. Nawet mamy pomniki upamiętniające te wydarzenia, jeden na dworcu w Pradze, a drugi bodajże w Gdańsku, przez który dokonywano przerzutów. I teraz ta Wilczyńska – wraca jak gdyby nigdy nic w 1939 do Warszawy. Po co? Nikt jej nie powiedział, że będzie wojna? Od wiosny 1939 wszystko jest jasne. Od 1938 dzieci są wywożone z Czechosłowacji. Ona, jako działaczka żydowska musiała o tym wiedzieć. Po co wróciła? Nie bała się holocaustu? Być może nie, być może chciała się poświęcić dla tych dzieci, ale przecież w to nie wierzymy. W 1939 roku nikt nie myśli o zagładzie. Organizuje się getto, a sierociniec Korczaka znajduje się poza jego murami. Budynek jest ewakuowany i ochronka dostaje nowy lokal w getcie. Dzieci nadal są karmione, uczy się je i wychowuje. I tak aż do ostatecznego rozwiązania, które – jak sądzę – było wielkim zaskoczeniem tak dla Korczaka, jak i dla Wilczyńskiej. Przecież oni musieli wiedzieć jak to wszystko jeździ i musieli się czuć w miarę bezpiecznie. Byli odważnymi ludźmi, mieli swoją misję do zrealizowania i nie zrezygnowali z niej do końca. Dzieci zamiast do kibucu En Charod pojechały do obozu w Treblince i tam zostały zagazowane. Wiecie ile było tych dzieci? Dwadzieścia wagonów! Tak, tak, dwadzieścia wagonów dzieci zostało wywiezionych z getta prost do gazu. No, ale przecież Niemcy nie mówili Żydom, że jadą do gazu. To się okazywało nagle i niespodziewanie. Dokąd więc jechali Korczak, Wilczyńska i te dzieci? O czym myśleli w czasie podróży?

I teraz rzecz najistotniejsza. W roku 1927 kibuc En Charod wizytowany był przez bardzo dostojnego gościa, był nim sam prezydent republiki Czechosłowackiej Tomasz Masaryk. Ciekawe czy jemu się tam podobało? Bo ja obstawiam, że Korczakowi nie podobało się wcale. No, ale może Masaryk przykładał do tego inne kryteria. Ja może napiszę to wprost, żebyśmy nie mieli złudzeń. Masaryk to jest amerykański i brytyjski agent pilnujący w Europie Środkowej różnych interesów przez całe dwudziestolecie. Jest to także znany antysemita, który uważa, że Żydzi powinni opuścić Europę i zamieszkać gdzie indziej. I jego właśnie organizacje syjonistyczne sprowadzają do kibucu En Charod. No, a dopiero potem Korczaka i Wilczyńską.

Jakie konkluzje przyjdzie nam wycisnąć z tych rozważań? Niewesołe. Ja na przykład chciałbym poznać nazwiska i zobaczyć twarze tych ludzi, którzy zdecydowali, że jednak nie, że dzieci Korczaka, zostają, bo nie ma pieniędzy na to, by wywieźć je do Palestyny. Kim byli ci faceci? I dlaczego z takim poświęceniem wywozili dzieci z Pragi, a tych warszawskich nie chcieli. One przecież nie były zawszonymi sierotami, a przynajmniej nie wszystkie. Można je było umyć, ładnie ubrać i uratować. Zostawiono je jednak w getcie. Okay, być może Hans Frank położył cenę zaporową i sprawa się rozmyła właśnie przez to. Miałbym jednak prośbę do badaczy życia i twórczości Janusza Korczaka, by nam te kwestie naświetlili wprost, a nie zajmowali się miłością Wilczyńskiej i Korczaka. Ten sposób narracji ubliża bowiem inteligencji. Nie naszej bynajmniej, ale ich inteligencji. Widzimy to, prawda?

Czemu Wojciechowi Młynarskiemu jego wściekłe wnuczki schowały dowód?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Jest bardzo możliwe, że już tu o tym wspominałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Otóż w ostatnich dniach miałem okazję kilka dobrych razy oglądać flagowy program stacji TVN24 „Szkło Kontaktowe” i to nie dość, że oglądać, to oglądać go z prawdziwą satysfakcją. Skąd owa satysfakcja? Otóż stąd przede wszystkim, że kiedy tak sobie siedzę przed telewizorem i słyszę, jak oni wszyscy, poczynając od Grzegorza Miecugowa, a kończąc na Marku Przybyliku, w sposób najbardziej okrutny szydzą z Platformy Obywatelskiej, mam też tę świadomość – wspieraną zresztą nieustannie przez rozpaczliwe telefony stałych fanów owej audycji, wznoszących w stronę redaktorów pełne rozpaczy wezwania do opamiętania się – że tam, po drugiej stronie siedzą właśnie oni, ci wszyscy biedni, wyciśnięci ze swojej nienawiści do samego smutnego końca, wykorzystani przez bezlitosny System ludzie, i z tego wszystkiego, co się dzieje, nie rozumieją nic. Dokładnie nic. Zero. A to jest dla mnie świadomość bardzo przyjemna.
Oglądam więc to „Szkło Kontaktowe”, patrzę, jak oni po kolei znęcają się nad kolejnymi politykami Platformy Obywatelskiej, i oto nagle widzę zapowiedź: w trzeciej części Szkła będziemy słuchać Wojciecha Młynarskiego, i myślę sobie, że no tak. To w końcu musiało nastąpić i tym razem oni wyżej, niż im wolno już nie podskoczą. Przyjdzie Młynarski, wyrecytuje swój najnowszy wiersz o tym, że Andrzej Duda to „ten co cieszy się, że ze strachu przed nim drżysz” i będzie pozamiatane. Atmosfera zrobi się tak szampańska, żen PiS-owi od tego w jednej chwili elektorat spadnie o połowę, a prezydent-elekt Duda dostanie takich nerwów, że tego swojego cholernego 6 sierpnia zwyczajnie nie doczeka.
I oto pojawia się Wojciech Młynarski i proszę sobie wyobrazić, że pierwsze co widzimy, to to, że on fizycznie jest w takim stanie, że już samo pokazywanie go publicznie robi wrażenie sabotażu… i, moim zdaniem, niczym innym jak sabotażem zwyczajnie jest. Siada więc przed nami Wojciech Młynarski i zaczyna czytać ten swój wiersz i oczywiście od pierwszej linijki nie ma sposobu, by zrozumieć, co takiego on nam chce powiedzieć. Dzięki temu, że mam w telewizorze funkcję pozwalającą na zatrzymywanie programu, cofanie, oraz ponowne odtwarzanie wybranego fragmentu, po kilku próbach udało mi się zrozumieć przynajmniej podstawową myśl przedstawioną przez Poetę. Otóż, mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że „wściekłe wnuczki” pogoniły jakichś tam „dziadków” i od tej chwili szykują nam one prawdziwy Armagedon. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że po tych ośmiu latach, od czasu gdy pod hasłem „schowaj babci dowód”, władzę w Polsce przejęła Platforma Obywatelska, wszyscyśmy się trochę w latach posunęli, przy czym niektórzy z nas bardziej dramatycznie, niż można było tego oczekiwać, i ów dowcip z dowodem dla niektórych z nich musiał stracić swój podstawowy urok, jednak widok Wojciecha Młynarskiego załamującego ręce nad tym, że ludzi mimo że starych, schorowanych, a niekiedy już stojących nad grobem, to jednak posiadających swoją wrażliwość, traktuje się jak śmieci, musi robić wrażenie. Dla mnie jednak, w tym co się stało podczas wspomnianej prezentacji, ważniejsze było coś zupełnie innego. Otóż wbrew moim graniczącym wręcz z pewnością podejrzeniom, prowadzący program Grzegorz Miecugow z Markiem Przybylikiem, zamiast wybuchnąć perlistym śmiechem i życzyć starszemu panu tak samo znakomitej formy przez następne długie lata, ni stąd niż owąd zaczęli dyskutować na temat moralnej kondycji owych „wnuczków” i nagle, ni w pięć ni w dziesięć, Przybylik zakomunikował, że jego wnuczki są akurat bardzo miłe i sympatyczne, ale „każdy ma wnuczki na własną miarę”. On to powiedział jasno i wyraźnie, zdecydowanie wyraźniej, niż wcześniej mówił Młynarski, Miecugow ową prawdę odpowiednio potwierdził i panowie bardzo szybko przeszli do następnego tematu, biednego Młynarskiego zostawiając samego z tą jego straszną obsesją, swoją drogą nabytą oczywiście przez te wszystkie lata spędzone w towarzystwie „Szkła Kontaktowego”, tego samego, które go dziś tak fatalnie wystawiło na publiczne szyderstwo.
Ja znam doskonale nastroje, jakie panują na tym blogu, a więc przy okazji również ową nieznośną wręcz kokieterię sprowadzającą się do notorycznego mnie zapewniania, że inni może tak, ale oni akurat nawet nie za bardzo wiedzą, kto to taki ten Miecugow i co to takiego to jakieś „szkło”. Ponieważ jednak wiem, że za tym stoi właśnie czysta kokieteria, nie będę tłumaczył, o kim dziś rozmawiamy. Powiem tylko, że i Miecugow i to jego „szkiełko”, to od ponad dziesięciu już lat – dzień w dzień, niedziela czy święto, deszcz czy pogoda, zima czy lato – pierwszy głos TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. A zatem, skoro najwidoczniej dano nam zaobserwować moment, w którym On właśnie postanowił samemu Wojciechowi Młynarskiemu pokazać jego prawdziwe miejsce, to znaczy, ze my powinniśmy być skupieni szczególnie mocno.
Swoją drogą, można się zastanawiać, czy przypadkiem Dobry Bóg nie zabrał od nas prof. Władysława Bartoszewskiego jeszcze zanim to wszystko ruszyło pełna parą, bo się nad nim zwyczajnie ulitował. Ja nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak by on to znosił, gdyby dziś oglądał siebie przy różnych okazjach w tym cholernym „Szkle Kontaktowym” i po głowie chodziłoby mu już tylko to jedno tylko pytanie: „Jak oni mogą?”

czwartek, 25 czerwca 2015

Czekając na nową „Pieśń Słoneczną”

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Mój ulubiony opis przyrody znajduje się w poemacie Różewicza „Nożyk profesora”. Pociąg towarowy, o bydlęcych wagonach, idzie w nim przez kojące umysł okolice:

idzie przez pola i lasy
przez zielone łąki
idzie po trawach i ziołach
tak cicho, że słychać brzęk pszczół
idzie przez chmury
przez złote jaskry
kaczeńce dzwonki
niezapominajki
Vergissmeinnicht

Ta ostatnia roślina o drobnych, niebieskich kwiatach łączy swoją nazwą odległe światy – naturę i kulturę, która akurat objawiła swoją najgorszą twarz. Budzi się wiosna, pióro rdzewieje i staje się skowronkiem, a Różewicz ma w pamięci niebieskie oczy żydówki, którą wiozą wagony w kolorze krwi. Dziewczyna jest „w samej wiośnie życia”. Wszystko rdzewieje, przychodzi niepamięć, a przecież są rzeczy, których zapomnieć nie można. 

Poemat Różewicza jest w tym wszystkim teologiczny. Zderza harmonię kosmosu z tajemnicą zła, tajemnicą pociągów, które w obłokach pary, „siostry naszej i pokornej, i cennej i czystej”, zatrzymywały się na stacji Auschwitz. Siostrą nazywał wodę Franciszek z Asyżu, a teraz papież, który przyjął jego imię ogłosił światu encyklikę o ekologii. O miejscu człowieka w Bożym świecie, który bardzo wielu wcale nie wydaje się Boży. Poemat Różewicza jest ciekawy, gdyż nie ma w nim oskarżenia Boga, Stwórcy srebrnych i zielonych poduszek mchów, leśnych duktów i poręb, przez jakie jadą pociągi z dziewczynami o oczach „jak garść fiołków”. Wagony z dziećmi i kobietami, z ludźmi, wagony z człowiekiem. Zamiast tego jest wspomniany ateizm, w rozmowie dwóch starych mężczyzn, którzy gotują jajko i używają jako miary czasu trzech „Zdrowasiek”. Właściwie to materializm jest przez nich wyśmiany – nikt w nim nie znalazł w Polsce inspiracji, niczemu on tu nie służy. Nawet ateiści pragną mieć swoją pielgrzymkę. Faktycznie, może to skrzywienie zawodowe, może złudzenie, ale wyczułem nutę nostalgii w pochwałach, jakie tu i tam zebrała encyklika Franciszka od pisarzy zza lewicowych barykad. Nutę tęsknoty za tym, by coś z chrześcijaństwa ocalić dla „nowego wspaniałego świata”, a może nawet podświadome pragnienie, by okazało się jednak, że wszyscy ideolodzy lewicy się pomylili, a raję miał ten Italczyk sprzed kilku stuleci. W encyklice Laudato si jego imiennik przywołuje go z przekonaniem, że w gruncie rzeczy wszyscy jakoś go cenią i podziwiają. Biedaczynę z Asyżu.

Co było skarbem Franciszka? Nie środowisko na pewno, ani sama natura, wtedy jeszcze w dużej mierze potężna i nieujarzmiona, której naturalne hałasy, piski, szumy i ćwierkania zaburzały jedynie donośne dzwony kościołów. Czas autostrad, odrzutowców i metropolii jeszcze nie nadszedł. Franciszek włożył dobry wkład w ludzką sprawę doglądania Bożego ogrodu. To według papieża oznacza „czynienie sobie ziemi poddaną”, przykazane ludziom w księdze Rodzaju. Jego pochwała stworzeń, rozmowy z wilkami i kazania do ptaków przetrwały, gdyż Franciszek przypomniał o czymś bardzo ważnym. Najdziwniejszym ze stworzeń, rojących się na naszym planetarnym pyłeczku, wirującym wśród słonecznych i galaktycznych wiatrów, czyli ludziom oczywiście, przypomniał o jednym z nich. Franciszek nie tylko powiedział, że słońce jest „najwyższego wyobrażeniem” – zaprosił tez wszystkich do eksperymentu – co będzie, gdy uczynimy Chrystusa słońcem naszych wiosek, klasztorów i dumnych Florencji, Sien oraz Asyżów. A nade wszystko Słońcem tego miasta, które nieco na wyrost zwie się Wiecznym. Jednym słowem, Jan Bernardone, zwany Franciszkiem, przypomniał, ze w chrześcijaństwie najważniejszy jest Jezus Chrystus i Jego Ewangelia. Droga do prawdziwej troski o naturę prowadzi tylko jedną drogę – przez odnowienie relacji między ludźmi. Pan Jezus oddał w końcu życie, by między nami była miłość, by dotykała zwłaszcza tych miejsc, które są w nas ulepione w pyłu ziemi. Dlatego właśnie Franciszek pokornie i delikatnie nazywał siostra nie tylko wodę i ziemię, lecz także śmierć.

Różewicz wyznał wiarę w Chrystusa w podeszłym wieku, cytując Dostojewskiego:

Nawet jeśliby mi ktoś udowodnił, że prawda jest poza Chrystusem, wolałbym raczej pozostać z Chrystusem niż z prawdą.

Poeta stwierdza, że dopiero Chrystus nadaje naszemu planetarnemu pyłkowi, wirującemu w półmroku wszechświata odpowiednią wagę. Zycie każdej z istot na tym pyłku nabiera w świetle wyznania wiary w to, że Jezus jest Bogiem i Panem całego kosmosu innego ciężaru. Nawet wróbel spadający na ziemię spada inaczej, a co dopiero brat Chrystusa, człowiek? Dużo tęsknoty w tym wyznaniu Dostojewskiego i Różewicza. Czy możliwe jest przejście od tej tęsknoty do wiary w Stwórcę wszechświata, w Boga natury, w to, że jednak jest Ktoś, kto wymyka się naszym laboratoriom, fabrykom, uniwersytetom? Ktoś, kto jest w stanie ukoić umysł człowieka nieskończenie głębiej niż szum liści i ich zieleń? Paweł Apostoł podpowiada, że jest to wręcz niezbędne:

od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła (Rz 1, 20)

Fundamentem zbawiennej ekologii byłoby więc nowe spojrzenie na świat. Albo inaczej – spojrzenie nowego człowieka.

Dostojewski prowokował kiedyś, że bez błędów nie dojdzie się do prawdy. Trochę według tej myśli w tytule popełniłem błąd. Trudno bowiem za rozsądną uważać sugestię, że modlitwa św. Franciszka się zestarzała. Słońce świeci w niej jasno jak zwykle od ośmiuset lat, pachną zioła i ziemia zdobi się barwnymi kwiatami. Gwiazdy widziane z przestrzeni kosmicznej są dziś w ludzkich oczach nawet bardziej cenne i piękne, jako że trudno znaleźć niebo, gdzie w nocy nie zaćmiewał by ich blask ludzkich skupisk. To żadne odkrycie, ale trzeba powiedzieć, że franciszkańska pochwała Stwórcy i Jego wszechświata nie zestarzała się w ogóle. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, akurat o tej modlitwie Biedaczyny należy uczciwie to stwierdzić – jest ponadczasowa jak każda wielka poezja. Po co więc nowa „Pieśń Słoneczna”? W jednym z psalmów jest zachęta do zaśpiewania Bogu nowej Pieśni – Augustyn stwierdza, że nowe pieśni śpiewają nowi ludzie. Franciszek był nowym człowiekiem, bo w centrum oszałamiającego kosmosu dostrzegł Chrystusa, który wszystko stwarza, we wszystkim jest, wszystko obejmuje Swoją miłością. Nie jest wcale tak, że natura i kultura są jak dwie szyny, które nigdy się nie stykają, nawet w nieskończoności. Ilekroć dzielimy, separując naturę od kultury, albo je obie od Boga, tylekroć kładziemy tory dla wagonów historii o barwie skrzepłej krwi. Okazuje się więc, że Droga do ekologii, jakiej nam dzisiaj potrzeba, jest wytyczona już od dawna.

środa, 24 czerwca 2015

Koka i melonik (na odejście marszałka Sikorskiego)

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem dwóch zdarzeń i obu niezwykle radosnych. Pierwsze z nich to sposób, w jaki, korzystając z najwidoczniej już kompletnej utraty instynktu zachowawczego przez polityków Platformy Obywatelskiej, władzę w Sejmie przejął znany nam skądinąd poseł Wenderlich, a drugie, to ostateczny upadek Radosława Sikorskiego. Mimo że obie okazje traktuje, jako powód do świętowania, muszę przyznać, że ze względu na pewne istotne zaszłości, sprawa Sikorskiego jest dziś dla mnie zupełnie podstawowa. Satysfakcja jaką dziś czuję, to jest coś, dla czego w pewnych momentach mojego życia byłem gotów poświęcić naprawdę wiele. Chciałbym więc uczcić ten dzień przez przypomnienie pewnego starego już bardzo tekstu, jeszcze z roku 2011, a dotyczącego wydarzeń jeszcze starszych, bo sprzed Katastrofy. Rzućmy proszę okiem i zadumajmy się nad ludzkimi losami.


Chciałem dziś przypomnieć, trochę na zachętę, a trochę po to, byśmy po raz kolejny wbili sobie do głowy prawdę o tym, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, pewną scenę sprzed lat. To nie jest tamten tekst. Tamten tekst nawet nie był o Sikorskim, ale o Leszku Kołakowskim i o kłamstwie. To jest tylko tamta historia i zupełnie nowe refleksje. Proszę posłuchać.

Otóż jeszcze w grudniu 2008 roku, premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale to akurat nie ma dla nas większego znaczenia. To co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku.
A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że nasi politycy siedzieli przy stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.

Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.
Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...

A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.

Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.

Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – po raz drugi nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.

Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?

A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski, i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.

Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.


Prawicowi intelektualiści antysystemowi

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Miałem dziś znowu napisać tekst o Gąsiorowskim, ale zmieniłem zdanie. Będzie trochę lżej, bo o Kłopotowskim i jego kolegach. Zacznę jednak z drugiego końca. Mamy oto w blogosferze portal o nazwie Teologia polityczna. To jest elektroniczne stadium rozwoju dotowanego przez budżet ministerialny pisma pod tym samym tytułem. Lansuje się tam różnych autorów, którzy powinni, samym tylko brzmieniem nazwiska, powodować omdlenia kobiet i zazdrość mężczyzn. Tak są przez redaktorów z tej całej teologii przedstawiani. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo od czasu jak Warzecha nazwał się pilotem boeinga, nic nas już nie zdziwi i właściwie na każde takie rewelacje reagujemy nie ziewaniem nawet, ale ledwie uniesieniem brwi, ale jest przecież coś, co każe mi pisać ten tekst. Już wyjaśniam co. Oto teologia polityczna postanowiła wydać w formie książki felietony Pawła Paliwody. Był to miejscowy autor, znany z sieci i telewizji, gdzie miał program publicystyczny. Był też przez jakiś czas asystentem profesora Legutko. Sławny był Paweł Paliwoda ze swojego gwałtownego temperamentu i zacięcia polemicznego, które – w mojej ocenie – obnażało wiele jego słabości. Sam siebie przedstawiał jako samotnego samuraja, co walczy ze złem. Z salonu wyrzucano go kilka razy bez żadnej litości, a do tego miał jakieś konflikty z Leskim, które w tamtych czasach wydawały się nam bardzo poważne. No i pewnego dnia okazało się, że Paweł Paliwoda nie żyje, zmarł na raka, ku zaskoczeniu nas wszystkich, ale pewnie nie swoich kolegów dziennikarzy. Oni, jak sądzę, mieli dość dobre rozeznanie co do jego stanu i pewnie śmierć ta nie zdziwiła ich wcale. Za życia Paliwoda był traktowany jak niegroźny pajac z aspiracjami, którego jednak należy unikać, bo nie wiadomo co mu do łba strzeli. Nie poważano go i nie szanowano, wywoływał zamieszanie, z którym ani administracja salonu, ani dziennikarze znający go bliżej nie radzili sobie zupełnie. Nie pamiętam by ktoś napisał coś szczególnego po jego śmierci, nie było pożegnań i łez. To już więcej się tu pisało o śmierci niejakiego Królaka z „Polityki”, którego znał Igor Janke i inni miejscowi mistrzowie pióra. Po Paliwodzie nie płakał nikt, a wielu odetchnęło z ulgą. Teraz jednak okazuje się, że Paweł Paliwoda był wybitnym intelektualistą, a jego felietony zasługują na książkę. Nie można jej jednak wydać tak po prostu. Dotowane z naszych pieniędzy pismo Teologia Polityczna, urządza zbiórkę na to przedsięwzięcie. Czytelnicy mają wyłożyć kasę i wtedy książka się ukaże. Rozumiem, że projekt będzie dofinansowany przez państwo, a więc czytelnicy wykupią po prostu subskrypcję, a pieniędzmi uzyskanymi z ministerstwa podzieli się zespół redakcyjny? Czy tak? 

Jeśli ktoś wpłaci małą sumę dostanie książkę „za darmo”, jeśli większą – zostanie wymieniony w laudacji na drugiej stronie. Ponoć zbiórka ta odbywa się nawet publicznie wśród tuzów dziennikarstwa. Ja tu nie chcę używać wielkich słów, takich jak skandal na przykład, ale to jest przecież śmieszne. Koszt wydania tysiąca egzemplarzy takiej książki to około 10 tysięcy złotych, liczę z górką, bo jakby dobrze poszukać można znaleźć tańsze drukarnie. No i co? Wszyscy ci wielbiciele Pawła Paliwody muszą żebrać w imieniu zmarłego o łaskę u czytelników? Dziecięciu wybitnych publicystów nie może wyłożyć po tysiącu, żeby ich kolega, wybitny intelektualista został uczczony tą publikacją? Oczywiście, że nie może, bo chodzi nie o to, by kogoś uczcić, ale o to, by dymać frajerów, podsuwać im różne rzeczy i postacie, którym mają oddawać hołdy, a samemu kroić kaskę z dotacji. To się nazywa sznyt, charme i szyk w wykonaniu prawicowych intelektualistów. Jeśli ktoś łudzi się, że z lewicowymi intelektualistami jest lepiej, niech porzuci swoje złudzenia, różnica polega na tym, że tamci dostają więcej na głowę, bo ich propaganda ma jasny i wyraźny cel. Propaganda prawicowa jest tak nędzna i szmatława albowiem służy jedynie za uzasadnienie tamtej. Po prostu trzeba pokazać, że jest jakaś różnica poglądów i one się między sobą ścierają – te poglądy. Sposób finansowania jednych i drugich jest jak wiemy identyczny, a jak to już wielokrotnie ustalaliśmy nie poglądy są ważne, ale właśnie sposób finansowania tych co je głoszą. 

Toyah przysłał mi dziś link do tekstu Kłopotowskiego, który – po raz kolejny pisze o zaletach intelektu Pawła Paliwody, a pisze to w kontekście zaskakującym, na pewno nie domyślicie się jakim…..uwaga….otóż porównuje Kłopotowski Paliwodę z matką kurką. Naprawdę, nic nie zmyślam, możecie sobie sprawdzić sami: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/256993-czy-matka-kurka-bedzie-rzadzic-w-polskim-internecie Zanim przejdę dalej opowiem Wam anegdotę. W naszej starej podstawówce, zdarzyła się kiedyś klasa wyjątkowo wyrośniętych chłopaków. Nie pamiętam jak było z dziewczynami, ale chłopcy w ósmej wyglądali już jak dorośli faceci i tak się zachowywali. Mieli już za sobą różne przygody i niewiele ich dziwiło. I trzeba trafu, że zmieniono wtedy nauczyciela religii, która odbywała się jeszcze poza szkołą. Zamiast księdza przysłano młodego katechetę. Ten zaś miał różne ambicje, ale przede wszystkim miał niezwykle wysoką samoocenę. Kiedy chłopcy przyszli na lekcje i zobaczyli, że pan prowadzący jest niższy, wątlejszy niż oni, a w dodatku ledwie się zaczął golić, rozsiedli się wygodnie w oczekiwaniu na rozwój wypadków. On zaś, realizując program, zaczął im śpiewać piosenkę zaczynającą się od słów: kto stworzył fruwające ptaszki, kto stworzył falujące morze. Machał przy tym śmiesznie rękami i naśladował całym ciałem ruch fal morskich. Potem kazał im to powtarzać, ale oni odmówili. No więc on zaczął wrzeszczeć i grozić. Wtedy jeden z kolegów wstał i spokojnie zakomunikował mu, żeby się uspokoił i zaczął mówić o czymś ciekawym i stosownym do ich kondycji fizycznej i psychicznej, bo dostanie w ryja. Sprawa skończyła się odwołaniem katechety i powrotem księdza. 

Jak widzicie Kłopotowski też śpiewa piosenkę o ptaszkach i falach, ale nie ma komu go postraszyć, a liczyć na to, że odwołają go ze stanowiska raczej nie możemy. Szkoda. 

Prócz porównania matki kurki do Paliwody pozwala sobie nasz młody katecheta także na inne wycieczki, idzie dalej i porównuje kurkę do Kataryny, z czasów kiedy opuściła ona szeregi gazownianych inteligentów. I to jest już moim zdaniem manifestacja bezczelności niezwykłej, daje tutaj Kłopotowski dowód, że uważa nas za skończonych durniów, a siebie za coś znacznie lepszego do wiejskiego katechety. Kataryna opuściła szeregi gazowni? A kiedy to się stało, że spytam? Mimochodem zupełnie, jakby drwiąc z własnej pychy, dokonuje pan Krzysztof na naszych oczach demaskacji całej tej, tak zwanej, prawicowej blogosfery. Ustawia w jednym rzędzie Paliwodę, kurkę i Katarynę i zadaje pytanie: czy matka kurka będzie rządził w internecie? Oczywiście, że tak, jeśli tylko ci, co wystawili katarynę i lansowali Paliwodę na to zezwolą. To jest jasne jak słońce. Kreowanie internetowych intelektualistów to sport frapujący i przynoszący jak sądzę wiele satysfakcji. Mistrzom tej dyscypliny życzę dużo zdrowia, nie radzę im jednak zbliżać się do tego bloga. Niech rozkwita tysiąc kwiatów, jak powiedział towarzysz Mao, macie panowie z czego wybierać, tu kurka, tu kataryna, na miejsce Paliwody też z pewnością ktoś się znajdzie. I gra muzyka, koordynacją zaś orkiestry i choreografią zajmie się redaktor Kłopotowski, który już z pewnością zadbał o to, by jego nazwisko znalazło się na liście sponsorów nowego tomu felietonów wydawanych przez Teologię Polityczną, tych felietonów, których autorem jest Paweł Paliwoda, facet „o wiele bardziej intelektualny” niż matka kurka. Co z nami spyta ktoś, bo znowu tu dałem jakąś eksplozję frustracji i zazdrości, znowu bym chciał, żeby mi Kłopotowski rękę ściskał, a Semka mówił dzień dobry…Co się więc z nami stanie? A nic, dalej będziemy to pisać, dalej będziemy sprzedawać te książki, jeździć na targi, a jak czasem nas ktoś gdzieś zaprosi to przyjedziemy i opowiemy różne dziwne historie. I tak do końca, do chwili kiedy dobry Pan Bóg postanowi uwolnić od nas blogosferę. W polskim internecie rządzić na pewno nie będziemy, ani ja ani Toyah, możecie być o to spokojni. - See more at: http://coryllus.pl/?p=2468#sthash.Oqc81Z0D.dpuf

sobota, 20 czerwca 2015

Czy w TVN24 rozdają żyletki?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Przyszło do mnie moje dziecko i poinformowało, że ostatnio media donoszą, że to tu to tam ktoś rozrzuca po okolicy kawałki kiełbasy z czy to żyletkami, czy jakimiś pinezkami, czy haczykami na ryby, z takim oto zamiarem, by ową przynętę połknął jakiś łakomy piesek i od tego zdechł w męczarniach. Proszę zwrócić uwagę na to, że ja nie napisałem, że ktoś te przynęty rozrzuca, ale że media na ten temat szeroko i bardzo chętnie informują. Zastrzeżenie to czynię oczywiście nie dlatego, by sugerować, że to jest jakaś medialna fantazja – choć z taką możliwością oczywiście liczyć się należy zawsze – ale że zdaniem mojego dziecka, media bardzo źle robią nagłaśniając tego typu zdarzenia, bo efektem tego będzie nie tyle to, że właściciele psów staną się bardziej ostrożni, ale że liczba chętnych do tego typu zabawy zacznie przyrastać w tempie geometrycznym. A ja przyznać muszę, że podzielam te obawy jak najbardziej.

Rozmawialiśmy trochę na ten temat i w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, co trzeba mieć w głowie i jakim trzeba być człowiekiem, by odnaleźć w sobie pasję do tego typu projektu. Jak bardzo trzeba mieć skołowany umysł, by czerpać przyjemność z tego, że kogoś kompletnie przypadkowego i niewinnego się w ten sposób zrani? I naprawdę je jest ważne, czy to człowieka, czy może już tylko zwierzę. Pamiętam starą dziś już historię o tak zwanym „zabójcy tylenolowym”, który swego czasu zwykłe tabletki na przeziębienie i ból głowy zainfekował cyjankiem potasu i w ten sposób zamordował kilka zupełnie przypadkowych osób, w tym pewną skromna i cicha nastolatkę. Pamiętam też tamte nasze polskie historie sprzed lat, kiedy to, jak również donosiły media, ktoś wsypywał czy to trutkę na szczury, czy potłuczone szkło do piaskownic, gdzie bawią się małe dzieci. No i wówczas już pojawiała się owa refleksja: co trzeba mieć w głowie i jakim należy być człowiekiem, by w ten sposób żyć – krzywdząc przypadkowych i często Bogu ducha winnych ludzi.

Otóż moim zdaniem – pomijając oczywiście przypadki czysto psychopatyczne – głównym powodem, dla którego ludzie pozornie niczym nie różniący się od nas, robią tego typu rzeczy jest czysta, zimna, bezinteresowna nienawiść, która w pewnym momencie zaczyna w człowieku tak wrzeć, że on zwyczajnie nie umie sobie z nią poradzić i musi kogoś albo zabić, albo – jeśli mu na to nie starcza energii – dokuczyć tak, by płakał i cierpiał. I powtarzam, to nie musi być człowiek. Wystarczy i zwierzę. Kto wie, czy nawet, przez tę swoją bezbronność, zwierzę nadaje się tu bardziej.

Skąd więc ta nienawiść? Co ją powoduje? Pytanie to niełatwe, zwłaszcza że mówimy o nienawiści bezinteresownej. Ja na przykład mógłbym w tym momencie przedstawić bardzo długą listę osób, których nienawidzę, jednak świetnie przy tym wiem, skąd ta moja nienawiść, co za nią stoi, a nawet jakie podłe myśli w związku z nią chodzą mi po głowie. Jednak nienawiść ta, przez swój ów bardzo dokładne zdefiniowany cel, nie ma żadnego wpływu na fakt, że ja generalnie zachowuję niezwykłą pogodę ducha, stały poziom optymizmu, w stosunku do osób znajomych i nieznajomych jestem niezmiennie bardzo uprzejmy i gdybym nie był taki gruby i słaby, to pewnie bym codziennie z moim psem biegał po parku, radośnie pozdrawiając przechodzących ludzi ich dzieci i zwierzęta.

Ja mam pytania dotyczące osób, które widząc mnie w owej fikcyjnej bardzo sytuacji, już zaciskają ręce z wściekłości i w pewnym momencie ich bezradność wobec tego, co się dzieje, osiąga taki rozmiar, że oni odwracają się na pięcie, w najbliższym sklepie kupują kawałek kiełbasy, wracają do domu i zaczynają kruszyć żyletki.

Otóż wydaje mi się, że w znacznej większości przypadków, przyczyną tego poziomu pełnej nienawiści do świata wściekłości jest polityka. Nie badałem przypadku wspomnianych wcześniej zabójstw tylenolem i zdaję sobie sprawę z tego, że mogło być różnie, ale ponieważ był to rok 1982, początek prezydentury Ronalda Reagana, czas świeżo po nieudanym zamachu na jego życie, nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że ów nieszczęśnik – do dziś zresztą nieznany – tak nienawidził Reagana, że postanowił swoją złość wyładować na ludziach bezbronnych i niewinnych.

Wszyscy pamiętamy przypadek niejakiego Cyby, człowieka, który tak nienawidził Prawa i Sprawiedliwości, że jedyny sposób, jak znalazł, by ukoić swoją złość, było zamordowanie jakiegoś „pisiora”. Któregokolwiek, byle „pisiora”. Kiedy dziś obserwuję, jak niektórzy moi znajomi cierpią, widząc jak zwycięstwo Andrzeja Dudy uruchomiło tę lawinę, na której końcu stoi rzeczywisty koniec Platformy Obywatelskiej i powrót do władzy PiS-u, zastanawiam się, czy nie jest tak, że to oni właśnie zadręczają na śmierć te psy. Czy nie jest tak, że za tym okrucieństwem stoją ludzie, którzy najpierw oglądają „Szkło Kontaktowe”, a potem wieczorny program TVN24, w którym bardzo przekonująco tłumaczy się im, co ich czeka i jak bardzo oni nic już na to nie mogą poradzić, i oni idą do kuchni i zaczynają kroić tę kiełbasę.

Wczoraj oglądałem trochę ten TVN i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. Otóż tam było wszystko. Z jednej strony oczywiście to co obserwujemy już od dawna, a więc wykańczanie Platformy, a z drugiej tworzenie odpowiedniej atmosfery wśród tych, którym się to co się dzieje nie podoba, i z czym nie potrafią sobie emocjonalnie i intelektualnie poradzić, a więc obok szyderstw z wciąż jeszcze władzy, nagle pojawiają się i Kaczyński, i Macierewicz, i służby specjalne, i pisowscy prokuratorzy, i ekspert, który dowodził, że kiedy PiS wróci do władzy, już jej nigdy nie odda, i Barbara Blida, i Zbigniew Ziobro, i Smoleńsk, i nawet owo niebywałe zupełnie kłamstwo w postaci „idź pocałuj żonę”… i ta muzyka, która mówi jedno: „nic nas już przed nimi nie uchroni”.

Przepraszam bardzo, ale brzydko się bawicie, no i najważniejsze: te biedne psy naprawdę nie głosowały na Dudę. Dajcie sobie to wreszcie powiedzieć.


wtorek, 16 czerwca 2015

Biedny katolik mówi o Medjugorie

Autor: ks. Jan Dobrowolski 
Gdy już wypowiedziałem wszystkie znane mi argumenty świadczące przeciwko prawdziwości bośniackich objawień, mój proboszcz odpowiedział bardzo krótko – Nigdzie, proszę księdza, nie modliłem się tak głęboko, jak tam, kilka kroków od widzącej. Jestem przekonany, że ona naprawdę widziała Matkę Boską. Obecni przy stole księża kiwali głowami – z jednej strony przywołanie katechizmu, kilku teologicznych analiz i zdrowego rozsądku, z drugiej zaś świadectwo kapłana z kilkudziesięcioletnim stażem. Po chwili ktoś dodał, że nigdzie nie widział tak pięknie świadczącej o Chrystusie młodzieży. Gdy za moment usłyszałem znowu, że jednemu ze stołowników znajomy egzorcysta powiedział w sekrecie, że Jan Paweł II był zupełnie do Medugorie przekonany, dałem spokój dyskusji. Kościół przecież się jeszcze nie wypowiedział, prawda? – Poznajmy rzecz po owocach – ewangelicznie stwierdził proboszcz i zmienił temat.
Być może niedługo to się zmieni. Wymowna była podróż apostolska Franciszka, podczas której zignorował on miejsce rzekomych zjawień. Kilkakrotnie papież krytykował też nadmiar tekstu przekazywanego widzącym przez istotę podającą się za Maryję, sugerując, że mamy do czynienia raczej z karykaturą objawień, niż z prorockim przekazem, który, jak choćby Fatima, mógłby przypomnieć nam i przybliżyć sedno tego, co już mamy, a co ciągle nam umyka – objawienia, jakie Bóg zawarł w Biblii, zwłaszcza w Ewangelii. Spodobała mi się trzeźwa ocena Franciszka, że Maryja nie jest jak listonosz, który codziennie ma dla nas nową pocztę. Cóż, można by udoskonalić tę analogię i uwspółcześnić ją, nawiązując do Twittera. Ale sam papież go używa, pozostańmy więc przy listonoszu. Biuro Stolicy Apostolskiej ogłosiło, że w najbliższym czasie mamy się spodziewać ważnego komunikatu w tej sprawie. Zaświtała nadzieja, że będzie można uciąć dyskusję, kulejącą przez nadmiar sofizmatów i nietrafionych argumentów nieodpartym Roma locuta. Cóż, dziś nie zawsze głos Rzymu zamyka sprawę, często wręcz jest punktem wyjścia długich dyskusji i pasma medialnych nieporozumień. Jakkolwiek by było, chcę tu przedstawić jeden z owoców, jakie zrodziło w moim życiu Medjugorie.
Jest nim zrezygnowanie i brak cierpliwości. Nie będę przytaczał argumentów przeciwko prawdziwości tych objawień. Chce powiedzieć tylko, jaki był owoc tego przytaczania w licznych dyskusjach, tak z duchownymi, jak ze świeckimi. Otóż – żaden. Najczęściej moi rozmówcy z uśmiechem politowania słuchali tego jak melodyjki, jaka włącza się w słychać telefonu, by umilić czekanie czy też wyprowadzić dzwoniącego z równowagi. Wspomniane we wstępie – katechizm, teologia, Pismo Święte, zdrowy rozsądek i kilka innych ważnych dla wiary rzeczy potykały się w nierównym boju z emocjami i osobistym doświadczeniem religijnym. Walka była z góry ustawiona – miało wygrać w niej serce, a nie teologa niezrozumiałe szkiełko i zmęczone książkami oko. Oczywiście, mogę sobie zarzucić wiele – zapewne nie dość jasno głosiłem swoją prawdę, mogłem być też czasem niemiły. Ale zakładając nawet, że nie było we mnie krztyny dobrej woli – dlaczego samym moim argumentom nie poświęcano żadnej uwagi? Czy nie było warto, by utrzeć mi nosa, poddać je miażdżącej krytyce na tym polu właśnie, które sobie wybrałem, na polu Nauczania Kościoła i rozumienia wiary? Może byłoby, ale pole to wydaje się nie przynosić plonu – ziarenko teologii jest w oczach wielu katolików bardzo małe, a grządka wiary może się doskonale bez niego obejść. Również księża mogąc wybrać między wtajemniczaniem ludzi w sens objawienia oraz zebraniem ich na wzruszającym nabożeństwie do Królowej Pokoju często wybierają to, co na oko przyniesie owoc ich zdaniem większy, lepszy, obfitszy, bardziej namacalny. Kwestia kościelnego zamieszania na Bałkanach to zresztą tylko przykład. Zbytni dystans wobec rozumu sprawił, że na styku wiary z wierzeniami i przesądami ma miejsce nieustanna osmoza. Przenikają się przekonania katolickie z różnymi rodzajami duchowości. Jeśli nie jest ona jawnie demoniczna, bywa bardzo łatwo przyswajana przez wiernych. Z drugiej strony, rzeczy dobre, jak choćby tradycyjny Ryt Rzymski bywają odrzucone tylko dlatego, że budzą nieznane emocje lub nie budzą znanych. Albo sprzeciwiają się tak zwanej „mądrości ludowej”, czyli powszechnemu poczuciu „lepszości” wśród wierzących. Owo „poczucie” („Co inni księża powiedzą?”) jest w gruncie rzeczy zwykłą parodią „sensus fidei”. Krótko mówiąc, nawet nie sama treść bośniackich orędzi psuje Wiarę ludzi, ale łatwowierny sposób ich przyjęcia.
Chesterton powiedział, że po oceanie da się żeglować, ale nie da się go zamknąć w swojej głowie, co jest pstryczkiem w nos dla wszelkiej maści racjonalistów. Ten sam Chesterton jednak z zapałem przekonywał, że Kościół nawiguje według najlepszych zasad rozumu, a gwiazdy teologii i filozofii przyświecają mu w tym równie jasno. Inaczej mówiąc, Bóg jest Tajemnicą, ale Religia ma swoje zasady. Nie można mówić o Tajemnicy, co nam ślina na język przyniesie, lub serdeczne ciepełko, obudzone przez ekstatyczną „widzącą” w czasie dalekiej pielgrzymki. Jedną z zasad naszej religii, jaką Medjugorie poddało we mnie próbie, jest to, iż należy spokojnie i rzeczowo tłumaczyć i rozmawiać, a nawet „nastawać w porę i nie w porę… Właśnie w ramach zachęty do tego trudnego dzieła, cytat z niezastąpionych Listów Pasterskich:
Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo:głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie! 
Na koniec jeszcze taka anegdota: zastanawialiśmy się z kolegą nad tym, co też Watykan powie na temat Medjugorie. Na palcach wyliczaliśmy możliwości: 1) uznają. Uznaliśmy to za mało prawdopodobne. 2) Orzekną, że to nie są prawdziwe objawienia. Orzekliśmy, że to byłoby pięknie, może nawet zbyt pięknie. 3) Stwierdzą, że nie wiedzą, od kogo pochodzą objawienia. To żart z kontekstem biblijnym. Bardziej możliwe już, że mimo zapowiedzi nic nie stwierdzą. 4) Powiedzą „nie, ale…”. Stary numer z wilczo -owczym konsensusem, opartym na sytości jednych i całości drugich, czyli jakaś polityka i public relations. Na tym przerwałem wyliczankę, bo nie miałem już pomysłu. Na to mój kolega – My możemy nie mieć pomysłu, ale może właśnie dlatego ktoś inny siedzi w Rzymie, a nie ty. – Racja, przyznałem. Mogą po prostu nas zaskoczyć.

środa, 10 czerwca 2015

O Wietrze, co wieje tam gdzie chce, i o nas, co stoimy osłupiali

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Kiedy w lutym jeszcze chyba, podczas zawodów narciarskich w Rabce Zdroju, wówczas jeszcze kandydat w wyborach prezydenckich, Andrzej Duda pospieszył z pomocą swojemu koledze, który w wyniku wypadku odniósł dość poważną kontuzję, wielu komentatorów szydziło z Dudy, że wziął udział w szytej bardzo grubymi nićmi „ustawce”. Oczywiście, owe szyderstwa były dokładnie tak samo głupie, jak ich autorzy, no bo naprawdę trudno było sobie wyobrazić, czy to sytuację, że tego typu wypadek został wcześniej zaaranżowany, czy nawet to, że w momencie gdy kolega Dudy się nieszczęśliwie przewrócił, jego sztab natychmiast zorganizował akcję pod tytułem „Andrzej Duda ratuje rannego na stoku”. No ale, jak pamiętamy, tak właśnie było. Kolega Dudy miał wypadek, Duda mu ruszył z pomocą, a wokół rozległ się szyderczy śmiech.

Wczoraj w Warszawie, jak już pewnie wszyscy wiemy, podczas Mszy Świętej odprawianej z okazji Święta Dziękczynienia wiatr porwał Hostię z ołtarza, poniósł ją w kierunku siedzącego w pierwszym rzędzie Andrzeja Dudy, ten ją złapał i z należną czułością odniósł kardynałowi Nyczowi, który nabożeństwu przewodniczył. Być może są gdzieś dokładne nagrania ze zdarzenia, na których widać, i jak to się wszystko zaczęło, ale też moment, gdy Duda oddaje Hostię Nyczowi, to jednak co pokazują media, to tylko moment, gdy Duda rzuca się w kierunku frunącej Hostii, bierze Ją w dłonie i ruszą z Nią w stronę ołtarza, a więc my znamy tylko ten obraz. To mi jednak wystarczy, bym mógł podzielić się paroma refleksjami, jedną trochę w tonie żartobliwym, drugą natomiast już naprawdę poważną. Otóż owo zdarzenie pozwoliło nam zobaczyć bardzo istotną różnicę między Bronisławem Komorowskim, a Andrzejem Dudą, która w tym wypadku sprowadza się do tego, że Andrzej Duda podczas Mszy Świętej nie dość że nie śpi, to jeszcze zachowuje właściwą uwagę. Wszyscy znamy słynne już dziś zdjęcie pary prezydenckiej, gdy oboje podczas nabożeństwa śpią jak para hipopotamów i to tak mocno, że chyba dla nikogo z nas nie ulega wątpliwości, że oni pewnie by tej Hostii nie zauważyli nawet, gdyby poleciała prosto na nich i przylepiła się któremuś z nich do czoła.

A więc to była część rozrywkowa. Czas na sprawy poważne. Otóż tym razem mamy do czynienia z oczywistym znakiem, i to w każdym możliwym wymiarze. Znakiem tak mocnym, że już nawet nie chodzi o to, że nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by twierdzić, że doszło do „ustawki” między Kościołem, Dudą, a wiatrem, nikomu nie przyjdzie do głowy, by wymyślać na temat tego zdarzenia jakieś szyderstwa, ale wszyscy jesteśmy świadkami czegoś, co moim zdaniem jest bardzo bliskie owemu gestowi sprzed lat, kiedy to ten sam Wiatr zamknął Księgę na trumnie z ciałem zmarłego papieża Jana Pawła II.

I jeśli ktoś teraz oczekuje ode mnie, że mu powiem, co to moim zdaniem oznacza, jest w oczywistym błędzie. Ja nie mam pojęcia, co nam chciał powiedzieć ów Wiatr. Będę się oczywiście starał mieć oczy i uszy otwarte, będę uważał, żeby niczego ważnego nie przegapić, no i oczywiście ani na moment nie odważę się pomyśleć, że tak naprawdę nic szczególnego się nie stało, bo w końcu wiatr, jak wiemy, wciąż wywiewa komunijne opłatki z rąk księży i z kielichów, a różni ludzie próbują je łapać, prawda? Taka to kościelna codzienność.

Popatrzmy jeszcze raz na ów, jak to określają media, „incydent”. Mamy tę mszę, ten wiatr, tę frunącą ku ziemi Hostię i prezydenta Dudę, który ją bierze w dłonie i z nabożeństwem odnosi do ołtarza. Zachęcam wszystkich, nie zmarnujmy tego. 

wtorek, 9 czerwca 2015

O potrzebie zmiany pokoleniowej na prawicy

Autor: Integrator

Wiem, że wielu z Was wciąż żyje tryumfem Andrzeja Dudy i może źle trawić treści które tu dziś znajdzie. Ale gdy zaczynałem tworzyć Tygodnik Solidarni, obiecałem, że nie będę wpisywał się w narrację którą narzucają nam media głównego nurtu czy nawet te tak zwane media-nasze. Obiecałem Wam też pisać o rzeczach, które wydaja mi się ważne i tego zamierzam się trzymać. Zwłaszcza, że najważniejsze wybory wciąż jeszcze przed nami. Skoro więc w tekście "Niech się PiS odczepi od Dudy" zapowiedziałem dyskusję nad potrzebą zmiany pokoleniowej w tej partii to o tym, właśnie tu i teraz, będzie.

Zanim jednak to nastąpi należą się Wam krótkie wyjaśnienia. Może niektórym Czytelnikom wydawać się to odrobinę śmieszne, że ja zasiadam przed komputerem z przeświadczeniem, iż mógłbym tym tu pisaniem cośkolwiek zmienić. Wasze zbójeckie prawo tak myśleć, ale ja ot tak bez żadnych przesłanek sobie tego sposobu edukowania Czytelników nie wymyśliłem. Skądinąd bowiem wiem, że linki do umieszczanych tu tekstów przekazywane są osobom decyzyjnym w Prawie i Sprawiedliwości. Cześć z nich wchodzi tu już sama z siebie, i regularnie, by poczytać o ich ugrupowaniu krytyczne aż konstruktywne uwagi, inni zaś by poszukać inspiracji. Z tych ostatnich najbardziej jestem rad, a im ich więcej tym moja satysfakcja z prowadzenia Tygodnika większa. Jeszcze przyjemniej robi mi się na sercu, gdy w gestach Andrzeja Dudy czy decyzjach sztabu widzę pokłosie umieszczanych tu treści. Oczywiście mogę się mylić, to może być nieuprawniona nadinterpretacja faktów ale jednak nie mogę się otrząsnąć z przeświadczenia, że oni czytają, i jednak czerpią z tego źródła w stopniu znacznym. Bo gdy dla przykładu, Andrzej Duda na początku kampanii zapytany w wywiadzie dla Gościa Niedzielnego o stosunek do aborcji, odpowiedział ni w te ni wewte, napisałem w tekście "Duda like a pop star", że to straszny błąd. Tłumaczyłem, że w tym jednym temacie powinien był powiedzieć sztabowi, że jest katolikiem i inaczej jak uczy Kościół Katolicki on w sprawie w której rozchodzi się o życie postępować nie może. Myślcie sobie co chcecie, ale nie minęło wiele czasu od tej publikacji gdy Andrzej Duda w sposób jednoznaczny zaczął przy okazji podobnych kwestii stawać słowem po jasnej stronie mocy. Momentem kulminacyjnym tej odmiany, jak wszyscy pamiętamy, była wypowiedziana podczas pierwszej debaty obietnica postępowania zgodnie z nauką Jana Pawła II. Dalej, gdy w tekście "O przegranej debacie i błędnej strategii sztabu Andrzeja Dudy" zwróciłem uwagę na niczym nieuzasadnione zwracanie się do Komorowskiego per "Szanowny Panie Prezydencie", to już w drugiej debacie Andrzej Duda używał tylko zwyczajowego "Proszę Pana". Innym razem, gdy apelowałem tekstem "Debatę wygrał Grzegorz Braun" by sztab nie zmuszał Dudy do akrobacji dłońmi, którą znawcy tematu nazywają mową ciała, udało się i ten element na tyle ograniczyć, że w kolejnych odsłonach przestało to przysłaniać jego naturalną gestykulację i styl bycia, którym Duda od początku przebijał Komorowskiego. I ostatni jeszcze przykład. W tekście, o mało finezyjnym tytule "Niech się PiS odczepi od Dudy", złościłem się na posłów tej partii, którzy zamiast pozwolić wyborcom Dudy spojrzeć przez pryzmat jego osoby na PiS, uderzyli do mediów z przesłaniem, że Kaczyński to geniusz polityczny, stwórca Dudy i ponowny premier w razie zwycięstwa tej partii. Cóż za marketingowa porażka! Tłumaczyłem, że efekt takiego zabiegu może być przecież tylko taki, że wyborcy Andrzeja Dudy zaczną patrzeć na niego przez pryzmat osoby znienawidzonego Jarosława Kaczyńskiego, przez co nie tylko nasz prezydent straci elektorat, potrzebny mu na czas starania się o reelekcję, to jeszcze PiS pogrzebie swoje szanse na grube zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Piszę grube, bo żaden inne nie daje mu szansy na realną władzę. I o dziwo, wczoraj kupiłem Gazetę Polską, a tam znajduję wywiad z Kaczyńskim w których on twierdzi, że odchodzi w cień, że liczy się tylko Andrzej Duda - on będzie wybierał premiera, być może będzie też przyszłym liderem partii. Jak mówię to może być wszystko zbieg okoliczności. Ktoś mógł wpaść na te pomysły dokładnie w tym samym czasie co ja, może nawet rozpoczął  ich realizację zanim o nich napisałem. Ale wiem też, że Tygodnik jest czytany nie tylko przez Was, drodzy Czytelnicy, ale i przez polityków, ale i przez dziennikarzy więc równie dobrze mogły treści które tu znajdujecie kogoś ładnie zainspirować. I dobrze.

A teraz do sedna sprawy przejdziemy, z tymi którzy do tej części dotrwali. Trochę nieładnie tak się bawić z Czytelnikami, ale specjalnie daję tak długi wstęp, bo nie chcę trzymać tu takich, co to przychodzą by czytać po łepkach albo oceniają tekst po pierwszym akapicie. Skoro więc poszli sobie znudzeni, być może z fałszywym obrazem sprawy o której mamy tu rozprawiać, zaczynamy! Oto chciałbym zwrócić waszą uwagę na fakt, że Prawo i Sprawiedliwości za sprawą zwycięstwa Andrzeja Dudy znalazło się w bardzo kluczowym momencie swej historii. Mamy albowiem okres, najlepszy z możliwych, by dokonać koniecznej zmiany pokoleniowej bez przeprowadzenia której, partia ta w przeciągu paru lat wejdzie w buty Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wszyscy wiemy jak tam toczyły się sprawy. Starzy aparatczycy, te same twarze, wciąż te same nazwiska których nowe pokolenie nie zna i poznawać nie chce. Sądzę, że w jesiennych wyborach partia ta nie przekroczy progu wyborczego i zniknie na dobre. Przy całej gamie powodów jakie opisują ten stan rzeczy najważniejszy jak dla mnie jest ten, że w wyniku wewnątrz partyjnych walk o wpływy i stołki całkowicie zmarginalizowano nowe pokolenie lewicowców, którzy spokojnie mogliby pociągnąć ten projekt dalej. Wygrali starzy wyjadacze, poobsadzali zmurszałe tyłki na partyjnych stanowiskach po czym zorientowali się, że nie ma kim zarządzać bo młodzi zwyczajnie sobie odpuścili. A to oni tworzą partię. Nie dyrektywy, nie stołki a właśnie ludzie.  

Niestety Prawo i Sprawiedliwość zmierza dokładnie w tym samym kierunku. To jest partia znacznie młodsza od SLD, więc siłą rzeczy jest zaledwie w połowie tej katastroficznej drogi, ale to jest ta ścieżka i ten kierunek. Także tu starzy wyjadacze kurczowo trzymają się partyjnych stołków, a źródłem tego przywileju jest w wielu przypadkach pamięć wspólnego ongiś leżakowania na styropianowych płytach podczas solidarnościowych strajków. To nieuwzględniające osobników z młodego pokolenia kryterium obsadzania władz partii działa na młodych jak płachta na byka. Bo choć w pierwszym odruchu przychodzą działać by odmienić Polskę, w to nie wątpię,  to wzorem starszych kolegów partyjnych z czasem także chcą czegoś więcej niż głównie prawa do rozklejania plakatów za "Bóg zapłać". Zabetonowanie struktur zawsze prowadzi do ich zaniku, ale i wewnętrznych rywalizacji na które zużywana jest większość energii w każdej partii. Starzy walczą o utrzymanie pozycji, młodzi próbują wcisnąć się pomiędzy starych a gdy ta sztuka im się nie uda szukają szczęścia gdzie indziej. Przez to też ilekroć pojawiał się "mały lider" i próbuje swych sił poza partią, idzie za nimi cześć młodych działaczy wiedziona nadzieją, że może w nowych strukturach będą mieli szansę piąć się w górę. I chociaż te ucieczki jak dotąd nikomu się nie udały to problem pozostał.

Dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy PiS otrzymał sposobność by w porę otrząsnąć się, zreflektować. Dostał szansę jakiej nie dostała żadna inna partia. Bo też nikt jak dotąd z młodego pokolenia SLD, PSL czy PO nie wybił się na tak znaczne stanowisko. Tym bardziej usiadłbym i zastanowił się jak przekazać cugle partii w młodsze ręce? Nie całą i nie z dnia na dzień ale to jest zabieg konieczny. Matka historia w końcu bardzo wyraźnie uczy nas jak wielka nagroda czeka tych, którzy umieli podjąć tak trudne acz potrzebne dla dobra grupy czy ogółu decyzje. Zauważcie proszę, że Józef Piłsudski choć wielkim Polakiem był, to nie wychował sobie następcy. Nie miał nikogo, i nie mówię tu o męskim potomku, który umiałbym przejąć od niego pałeczkę i równie skutecznie przewodzić narodowi jak on to uczynił. Gdy odchodził z tego świata zjadany stopniowo przez raka płuc, nikt nie był w stanie poprowadzić dalej obozu sanacyjnego, a najbliżsi jego współpracownicy jak Walery Sławek czy Bolesław Wieniawa-Długoszewski w geście bezradności i zagubienia popełnili parę lat później samobójstwo. Pierwszy palną sobie w usta w godzinę śmierci Marszałka, drugi skoczył z okna. Wiemy też jak naiwnie jego następcy podeszli do problemu zbliżającej się wojny. Zgoła innych owoców doczekaliśmy się gdy inny niekwestionowany lider Narodu Polskiego w swej roztropności i pokorze wybrał sobie i "wychowywał" ucznia. Mowa oczywiście o Prymasie Tysiąclecia Stefanie Wyszyńskiego i Ojcu Świętym Janie Pawle II. Dzięki temu po śmierci Ojca nie zostaliśmy sami. Godnie zastępował go kapłan z Wadowic.

Podaję zaledwie te dwa przykłady z dziesiątek jakie podsuwa historia by pokazać Wam jak ważną rzeczą jest umiejętność patrzenia w przyszłość, a także zabezpieczania jej poprzez decyzje podejmowane tu i teraz. Biologia narzuca nam niewzruszenie twarde reguły gry i poza Jezusem Chrystusem nie narodził się jeszcze taki który by im podołał. Nawet Jarosław Kaczyński, Moi Mili, z każdym rokiem jest co raz starszy i co raz słabszy. Dobrze byłoby więc dla nas wszystkich, by on pamiętał, że w życiu każdego człowieka przychodzi moment gdy trzeba odłożyć własne ambicje na bok i dla dobra ogółu, a w tym przypadku kondycji ruchu patriotycznego, umieć przekazać stery w ręce kogoś młodszego. To bardzo ważne, szczególnie, że okienko zmiany pokoleniowej jest zazwyczaj otwarte przez krótki czas. Jeśli Jarosław Kaczyński przegapi ten moment powrotu z katastroficznej drogi (vide SLD) nie będzie. A i tak już znacznie przeciągnął dany mu czas doprowadzając do sytuacji w której on tylko jeden jest gwarantem trwania partii Prawo i Sprawiedliwość w jednym kawałku. Gdyby go nagle zabrakło rozsypała by się na pomniejsze frakcje co osłabiłoby prawicę na wiele kolejnych lat. Wytłumaczeniem dla tej zwłoki w przekazywaniu pałeczki lidera mógł być jedynie fakt, że nie było żadnego konkretnego kandydata na horyzoncie. No ale po zwycięstwie Andrzeja Dudy argument ten nie może być już chyba podnoszony, prawda?

Przekazanie władzy nad polską prawicą musi odbywać się stopniowo. Stary wódz przez jakiś czas musi wspierać swym autorytetem i doświadczeniem młodego króla, musi go też chronić przed zakusami rywali którzy choć w sercu, choć po cichu ale roszczą sobie prawo do korony. Gdy namaszczony przez poprzednika następca Prezesa poczuje się w tym siodle pewnie, a wyborcy pokochają go niemalże jak seniora, będzie można dokonać oficjalnego przekazania władzy nad partią. Ten czas wydaje się nadszedł i jeśli Jarosław Kaczyński, jak głoszą posłowie jego partii w mediach, jest faktycznym geniuszem politycznym, to powinien wyjątkowość tej chwili dostrzec i skutecznie przeprowadzić zmianę pokoleniową. Póki jeszcze ku temu czas. Jak z tym geniuszem u lidera PiS jest zobaczymy, wszak w jednej mądrej Księdze stoi, że "po czynach ich poznacie".

Gorąco witam Czytelników z Indii. Kilka zaledwie wejść z tej części świata a jak to bardzo cieszy. Robi się przy tym egzotycznie ale nie inaczej ma być, bo Tygodnik powstaje dla wszystkich Polaków, nawet tych którzy stacjonują w bazach naukowo-badawczych na odpowiednim biegunie. Zapraszam Wasz wszystkich. Do czytania ale i współtworzenia Tygodnika. On jest robiony z myślą o Was ale i dla Was na wypadek gdybyście zechcieli wyrazić tą drogą swoją opinię.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (część druga)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Ksiądz miał wrażenie, że usłyszał krzyk. Wytężył na chwilę słuch, ale dźwięk się nie powtórzył. Osiedle było pełne różnych dźwięków – dalekie kosiarki do trawy, silniki samochodów, wiatr w kwitnących kasztanowcach. No i mnóstwo treli, bo ptaki już od miesiąca intensywnie zdzierały gardła. Jeśli nawet coś się działo, to było to daleko. Być może chłopcy z budowlanki wygłupiali się na zajęciach praktycznych. Jest tyle ciekawych rzeczy, które mogą przyjść do głowy młodemu znudzonemu człowiekowi. Ileż kreatywności wykazali przy tym numerze z betoniarką i plecakami, by sięgnąć po przykład z ostatniego tygodnia. Len uśmiechnął się na to wspomnienie, wstał, otrzepał spodnie z ziemi i pozbierał doniczki. Na długiej rabacie zieleniły się wdzięcznie krzaczki dzwonków karpackich. Pierwotnie miało ich nie być w Ogrodzie III Tysiąclecia, w „pontyfikacie św. Jana Pawła II rozpisanym na drzewa, krzewy i byliny”, jak go to poetycko określał proboszcz. Ksiądz Len jednak przekonał w końcu zarówno swojego szefa, jak i projektantów ogrodu, że campanula carpatica są mocno związane z pontyfikatem Papieża Polaka. Po pierwsze, pochodzą z gór, a po drugie, gdy wybrali Wojtyłę na konklawe, to w całym Rzymie biły dzwony. Len sadził je, bo lubił. Pozbierał rzeczy i usiadł na schodach kościoła. Wokoło była szumiąca cisza małego miasta. W ogrodzie przechadzał się ksiądz doktor Imański. Czytał coś w swoim smartfonie i co jakiś czas pukał w ekranik. Starszy kapłan zamknął oczy i postanowił chwilę odpocząć; może pójdzie się modlić do pustego o tej porze przedsionka świątyni?  Na plebanii pani Halinka podawała już obiad. Godzinę temu obława wróciła z pustymi rękami. Spoceni wikariusze, wściekłe na porwane habity zakonnice,  wszyscy wymieniający uwagi, co jeszcze można zrobić, by odzyskać plebańskiego ptaka. Za nimi wlókł się proboszcz ze smutną miną pasterza, który wraca do owczarni bez zaginionej owieczki. Siostra Hanna zostawiła nawet część welonu na kasztanowcu i szła do klasztoru trzymając się za głowę. Na ile Len znał swojego szefa, to ten dzwonił już do hodowli po następną kakadu. Klatka przecież nie może stać pusta. Podobnie, względna cisza nie trwa wiecznie.

Szczęść Boże! – gdy Len otworzył oczy, zobaczył nad sobą kwaśny uśmiech Imańskiego. Trzeba przyznać, wyjątkowo pasujący do sztruksowego garnituru w zgniłozielonym kolorze. Len odpowiedział. Faktycznie widzieli się tego dnia pierwszy raz

Zmęczył się ksiądz pościgiem? – zagaił Imański.

Nie, miałem inne zajęcia 

Len wskazał na parkan i rząd dzwonków.

O, widzę, że ksiądz Len chce zostawić po sobie coś trwałego w tej parafii! – doktor zaśmiał się dziwnym rodzajem śmiechu, który doskonale dawał się zapisać jako „ho, ho ho” i nie pasował zupełnie do jego młodego wieku. Był to śmiech do kwadratu zmanierowany.

Chociaż tyle. 

odpowiedział starszy ksiądz i również się uśmiechnął. Doktor zagadał jeszcze o ogrodzie i papudze, ale można się było domyśleć, że zaczął tę rozmowę w innym celu. W końcu okazało się, o co chodzi.

Słyszałem, że na księdza w tę niedzielę kolejka wypada. Duża uroczystość, dopełnienie Paschy, Pascha Ducha Świętego, jak niektórzy mówią… No i takie ważne wydarzenia obywatelskie, znaczy, dla państwa istotne, to jest, wybory prezydenckie… 

Len był księdzem już długo, niejedno widział, wiele słyszał. Mimo to, zawsze zadziwiała go wprawa, z jaką Marek Imański owijał wszystko w bawełnę. Nie oszczędzał na niej, jakby był bogatym właścicielem ziemskim z „Przeminęło z wiatrem” i miał nieograniczone zapasy tego surowca. Len wiedział już, do czego młody zmierza, dlatego mu przerwał.

Mogę księdzu doktorowi odstąpić kolejkę, to nie problem 

Zaproponował. Imański tylko się wzdrygnął

O nie, nie nie! Księże Lnie! nie! Jestem ciekawy księdza kazania, czy też homilii. Wyobrażam sobie, że może być dla mnie źródłem inspiracji! Taka homilia o Duchu, homilia inspirująca, od łacińskiego inspiro. Tyle pięknych wątków, Ewangelia, czytania, a kolekta! Ileż tam treści teologicznych… 

młodszy kolega mówił co prawda pobożnie, ale ksiądz Len wiedział, dlaczego pyta o kazanie. Stary, zwariowany księżulek na ambonie plus gorący czas wyborów w umyśle doktora równało się pewnej sensacji, może nawet takiej z odcieniem lokalnego skandalu. Fajnie byłoby potem powtarzać na kapłańskich kawkach, jak to się Len w politykę miesza… Wobec takiej dość oczywistej prowokacji, starszy ksiądz obiecał sobie być po prostu szczerym. Słuchał więc spokojnie wywodów Imańskiego na temat teologii Ducha Świętego. Potok teologicznych terminów i duszpasterskich uwag sprawił w końcu, że stary ksiądz przypomniał sobie ubiegłoroczne kazanie na niedzielę Świętej Trójcy. Ten sam ksiądz doktor zapewniał wtedy uroczyście, że potrzeba wiele lat studiować teologię, najlepiej w Niemczech, by pojąć, czym jest Trójca święta. Len, tak jak za pierwszym razem, gdy usłyszał te ambitne deklaracje, roześmiał się głośno na samo wspomnienie. Imański zdziwił się i przerwał wątek.

Czy powiedziałem coś nie tak? Czemu się ksiądz śmieje? Ja tylko cytowałem kardynała Suenensa, który jako wybitny pneumatolog… 

Len nie miał już ochoty tego słuchać.

Dobrze, powiem księdzu, co przygotowałem 

Doktor zamilkł w połowie zdania.

Będę rozważał werset psalmu. Krótko. Niech księża mają czas zaśpiewać prefację, proboszcz – wygłosić ogłoszenia, a ludzie – pójść na wybory…

Imański zaczął na to zachwalać ideę krótkich homilii biblijnych. Były one mocno promowane przez aktualnego pasterza diecezji. W chwili jednak, gdy wymienił głośno numer psalmu, który będzie śpiewany na Zielone Swiątki, coś do niego dotarło.
O który werset chodzi? 

Len odpowiedział swoim donośnym, głębokim głosem

Niech zstąpi Duch Twój. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!

Wypowiadając ostatnie słowa popatrzył doktorowi prosto w oczy. Prowokacja się powiodła.

To parafaza! W psalmie jest inaczej. Księże, to może być prowokacyjnie odebrane!

Len udał głupiego – O, w jakim sensie prowokacyjnie?

Imański zaczął wyjaśniać. Podkreślił, że dziś żyjemy już w wolnej Polsce! Wszystko się zmieniło, nie może ksiądz powtarzać tej ogłupiającej propagandy o kondominium. Zajął ręce strzepywaniem niewidzialnych pyłków ze swojej marynarki i dalej toczył swój wywód. Dowodził, że słuchacze może po prostu pomyśleć, że ksiądz tym odwołaniem do pierwszej pielgrzymki papieża sugeruje, że sytuacja jest analogiczna do tej sprzed prawie czterdziestu laty. Przecież Jan Paweł II sam zachęcał nasze społeczeństwo do przystąpienia do Unii Europejskiej! Był on wielkim orędownikiem dialogu, wręcz papieżem dialogu! Używanie religii, czy ambony, w celu manipulowania obywatelami jest wątpliwe moralnie. Imański zatrzymał się w pół zdania i podkreślił nieco nerwowo
bardzo wątpliwe moralnie!

Len nie słuchał. Zaczął już inną rozmowę, trudniejsza niż uczenie rozumu stu Imańskich naraz. Dialog, którego nie zna nowoczesna dialogologia. Pośrodku kościelnego placu, po prawie czterdziestu latach dopadły go wspomnienia, niczym gawron majowego chrabąszcza. Dusza chrzęściła mu w środku jak chityna w ptasim dziobie. Wystarczyły tylko: data – 1979 rok, no i ta głupia, zielona marynarka.

Wewnętrzny dialog o obiadowej porze dopadł także innego mieszkańca nadwiślańskiej „Ciszy”. Konstanty Bulski czuł się jak zwycięzca jakiejś koszmarnej loterii, w której zamiast wygranej musi zapłacić kolosalną karę. Przed chwilą zamknął za sobą drzwi mieszkania i zrezygnowany opadł na fotel. Stary pułkownik świdrował wzrokiem spore pudło, które swego czasu mieściło sześć litrowych wódek marki Bols. Po chwili dobiegł go z kuchni przenikliwy dźwięk

No i co, załatwiłeś? Musisz coś z tym zrobić! widziałeś, dwa storczyki są złamane! A moje piękne rogi ło…, to znaczy, moje piękne placyterium! 

żona przyszła zaraz do pokoju, jakby po niewidzialnym sznurku swojego wywodu i stanęła nad nim z miną co najmniej generała brygady. Tekturowe pudło po wódce podskoczyło, żona trajkotała, Bulski odchylił w fotelu głowę, zastanawiając się, jak zakończy się ten szalony dzień.

Było tak. Najpierw przez prawie dziesięć minut pułkownik uspokajał skołatane serce. Z nerwów i strachu cały się spocił i dziękował, że tylko tyle. Udało się nie dostać zawału, uff. Siedział na podłodze balkonu, wokół kołatał ptak i biegała jego żona. Gdy udało się jej złapać papugę w ręcznik, Bulski już był na nogach. Okazało się, że pani Bulska – Katatniewicz wiedziała czyj to ptak. Dobrze znając dzielną naturę swojego męża przyniosła z szafy w korytarzu pudełko z napisem Bols i wydała mu ścisłe rozkazy. Już po chwili Bulski stał elegancko ubrany na żółtej klatce schodowej. Patrzył na porysowane drzwi do windy, ale jej nie przywołał, palec zatrzymał się w drodze do guzika. Przyszło mu do głowy, że może jednak uda się uniknąć wyprawy do kościoła. Spojrzał na drzwi swoich sąsiadów, na szczęście niebezpośrednich, gdyż pomiędzy nimi była pusta kawalerka. Też były, można powiedzieć, porysowane. Pisało na nich „C+M+B 2015″, a nad futryną przymocowana była palma. Bulski nie był tam częstym gościem, ba, gdy podjął decyzję, że tam zapuka, nie pomyślał nawet, że robi to pierwszy raz. Otworzyła mu malutka dziewczynka w nieco pobrudzonej sukience, popatrzyła na niego wielkimi, czarnymi oczami i od razu krzyknęła.

Tato! 

Zanim Bulski zdążył się przedstawić i cokolwiek powiedzieć, za drzwiami zaroiło się od dzieci. Gdy jego żona mówiła, że ich sąsiedzi mają dziewięcioro dzieci i należą do katolickiej sekty, śmiał się z tego i parskał kpiąco pod wąsem, ale nie wystarczyło mu wyobraźni, by sobie to zobrazować. To znaczy, widywał ich na klatce, owszem, ale to co innego. Wyglądali po prostu jak przedszkole na spacerze. Ale ten widok w mieszkaniu… Był zdziwiony każdą z pięciu małych istot, które zapełniały korytarz, z których jedna dopiero raczkowała. Dzieci uważnie obserwowały trzymane przez niego pudełko po Bolsie. Na szczęście, pomyślał Bulski, te dzieci jeszcze nie czytają. Wtedy najwyższa z dziewczynek, na oko sześcioletnia, zapytała bezpretensjonalnie

Po co pan przyniósł tyle wódki? Tata jej nie lubi! 

Zanim Bulski zdołał przeanalizować wypowiedź dziecka, pierwszego dziecka z jakim rozmawiał od niepamiętnych czasów, może od czasów, gdy sam miał kilka lat, zjawił się wołany przez córeczkę tata.

Rut, bądź grzeczna! Proszę, dzieci, przepuśćcie mnie. O, pan pułkownik, dzień dobry. Niech pan wejdzie! 

Bulski przepraszał, zrobił krok w przód, podali sobie ręce i zaraz zaczął się tłumaczyć. Nie chciał tam wchodzić, nie lubił nawet zapachu dzieci, jaki stamtąd wyczuwał. Przyświecała mu jedna myśl – zostawić za tymi drzwiami kościelnego ptaka. To dlatego zapukał. Niech go nawet zjedzą, tyle dzieci, na pewno nie łatwo je wyżywić. Tej ostatniej myśli nie wyjawił, zresztą, nawet by nie zdążył. Jego sąsiad zgrabnie się wykręcił.

Wie pan, starszych dzieci nie ma. Na pewno by zaniosły, ale są jeszcze w szkole. Ja dziś mam akurat wolne, bo były ćwiczenia – ewakuacja i nie wracaliśmy do biura. Obiecałem żonie pomoc w sprzątaniu.

Bulski wiedział swoje. Jego sąsiad jest nie dość, że fanatykiem religijnym, to jeszcze cywilnym pracownikiem armii, siedzi w biurze uzupełnień. Stary żołnierz dziwił się sam sobie, że liczył tu na jakieś zrozumienie, jak to mówią w kościele? Na miłosierdzie… Gdy sąsiad pożegnał go i zamknął drzwi, pułkownik usłyszał jeszcze strzępy dialogu małżeńskiego:

Dlaczego mu nie pomogłeś, przecież wybieramy się na majówkę? 

Spokojnie, staremu komuszkowi nie zaszkodzi, jak zajdzie do kościoła.

No i głosy dzieciaków

-Tato? Czy w tym pudełku była papuga? Tato, a co to stary komuszek?

Bulski spojrzał na palmę, windę i wybrał na razie swoje drzwi. Nie mógł tak po prostu pójść do kościoła, musiał się psychicznie przygotować. Siedział więc teraz w fotelu i słuchał, jak bardzo jego małżonka jest zmotywowana do tego, by wypchnąć go z domu w kierunku kancelarii. W końcu miał już dość jej gderania, bez słowa wziął pudełko z papugą i czerwony na twarzy zamknął za sobą drzwi. Im szybciej, tym lepiej!

Na Klarowie, trzydzieści sześć lat wcześniej, otwarły się drzwi małej chatki. Tydzień przed pierwszą pielgrzymką papieża Polaka, młody Stanisław Len miał wolny dzień, by odwiedzić matkę. Brudny od kurzu, jaki wzbijał na polnej drodze swoim motorem, wszedł do sieni, zdjął czapkę i buty. Wszedł głębiej w dom, do kuchni. To zastał w środku, sprawiło, że niemal pożałował. Jego Matka stała z miną pełną smutku, jakby stało się coś nieodwołalnego, coś prawie tak ciężkiego jak wieko trumny , które dwa lata temu zamknęli nad ojcem. Wzrok, krótki uścisk, kobieta odsunęła się pokazując drzwi, prowadzące z kuchni do pokoju. Już  niespotykany widok samochodu stojącego na podwórzu napełnił go niepokojem. Teraz był już wiedział, o co chodzi i nieco go zemdliło. Stres. Nie było sensu modlić się o to, by ta chwila nie nadeszła. Teraz modlił się o to, by ją przetrwać. Po trzech głębokich oddechach przeszedł z kuchni do pokoju.

Słychać było natarczywy śpiew ptaków, okno było otwarte. Klarów opierał się o las, a jego rodzinny dom dodatkowo otoczony był sadem grusz i jabłoni. Poza tym panowała cisza. Mężczyzna, stojący przy oknie nie od razu się odezwał. Stał przy oknie, odgarniał ręką firankę i patrzył. Czego szukał w majowej zieleni? Przecież przyjechał tu po niego. Po duszę chłopaka, który tłukł się wiele kilometrów starym motorem, by odwiedzić matkę w domu. Len zastanawiał się, czy gdyby zaczął ostro od „co znaczy to najście”, to byłby to znak siły, czy słabości. Wybrał bardzo trudny spokój.

Słucham? Co pan tu robi? W jakiej sprawie…

Dzień dobry, proszę księdza. Niech ksiądz nie będzie nerwowy. Może usiądziemy? W końcu jest ksiądz u siebie. Po chwili zaczęli rozmawiać. Len słyszał, jak matka wyszła na podwórze. Studiował twarz ubeka, jego ubranie. Zielona marynarka, niespotykana, brązowe spodnie i buty. Wyglądał inteligentniej, niż Len tego oczekiwał. Mówił też niczym diabeł z mądrej przypowieści, kusił inteligentnie i pięknie. Byc może nawet szczerze. Gdy mówił o domu, o matce w małej chacie pośród pól na Mazowszu, o biedzie. Służył, pewnie dzis myliłby się, ale coś tam jeszcze pamięta, tylko, że po łacinie. Teraz jest czas zmian, w liturgii mamy polski. Len dziwił się, jak dobrze pracował ten człowiek, jak umiał go podejść. Mężczyzna naprawdę tego dnia postawił na szczerość.
Moje zachowanie od początku do końca jest bezczelne, wiem. Rozumiem dobrze, kto przy tym stole jest dobry, a kto zły – uśmiech, kwaśny i nie wpływający żaden sposób na wyraz oczu.

Znam Cię dobrze, księże Stanisławie. Czytałem, co piszesz, wiem o czym rozmawiasz i mówię o tym nie po to, by cię straszyć. Również to najście twojej matki nie jest tym, na co wygląda. Bo wygląda jak standardowy nasz chwyt poniżej pasa… Jakbym chciał ci powiedzieć, młodemu, szlachetnemu kapłanowi, że to właśnie takiemu gównu, takiemu zeru musisz podać rękę… Ale nie, nie zrobiłem tego, by cię straszyć. Widzisz, w wydziale od czasu do czasu ktoś cię wspomni, rzucasz się w oczy. Koledzy mówią mi: poczekaj. Daj mu parę lat. Wpadnie jakoś, pewnie dobra dziewczyna, w dodatku jedna, bo widać, ze chłop raczej uczciwy. Albo pić zacznie, poczekaj. Sami go popchną w taki rejon, że wyciągniemy go, a on nie będzie miał wyrzutów, że z nami idzie, a my, nie będziemy się z nim szarpali. Tak mówią zawsze, gdy nie mają haka na kogoś takiego jak ty. Ja powiedziałem, że hak na ciebie już jest i to dobry. Twój rozum. Jesteś inteligentny. Posłuchaj, a zrozumiesz o co mi chodzi. 

Mężczyzna mówił, Len kilka razy przerywał, ale be przekonania. Był ciekawy, co powie mężczyzna. Patrzył na słońce rozlane po białym obrusie i brązowym dywanie w czarne i czerwone paprocie. Kilka pyłków obracało się w powietrzu. Len pomyślał, jakby to było widzieć takie pyłki we włoskim słońcu, soczystym jak pomarańcza. Taka, w której są nie tylko pestki. Pył tańczący w świetle wpadającym do wnętrza rzymskiej bazyliki. Kto to powiedział, umierając, „więcej światła”? Mężczyzna ciągnął swoją opowieść. Mówił o Watykanie, jakby co najmniej kilka razy w życiu tam był.

Widzisz więc, że mam Cię za długofalową inwestycję. żadne tam donoszenie na kolegów, czy podsłuchy w konfesjonale, inni ludzie, z mojej i twojej strony, są być może od takich rzeczy. Cieszę się, że żaden z nas. Szczerze, to ja księdzu proponuję po prostu przyjaźń. No i jestem jak dobry kaznodzieja – nie będę straszył, ale zapytam o większe dobro. Czy ta kobieta o pokrzywionych od pracy rękach, księdza matka, zasługuje, by jej syn był nikim i nic nie osiągnął? Słucham? Bo z tobą Len, tak już jest. Wszystko, albo nic. Wspomnij na harówę Ojca, na pot twojej matki! Już trochę widziałeś, wiesz, jak to wygląda. Nie przyszedłem od razu, bo powąchałbyś tylko oleje, co ci niedawno z czoła ściekały i powiedziałbyś „a kysz!”. Ale teraz, te trzy lata później, pomyślisz. Nie wiem, czy się zgodzisz, ale pomyślisz, zastanowisz się. 

Mężczyzna wstał, podszedł znów do okna. Wyglądał na spokojnego, ale przejętego. Może nawet przekonanego swoją własną mową. Len inaczej sobie to wyobrażał. Nie czuł już ciężaru, czuł się dziwnie lekki, jakby wszystko już było zdecydowane dawno, jeszcze gdy dziadek pierwszy raz święcił tę izbę, modląc się o błogosławieństwo z babcią, która była wtedy pewnie młodsza od niego. Przypomniał sobie ojca z jego „wszystko będzie tak, jak ma być”, przysłowiem z pogranicza fatalizmu i wiary w Opatrzność. W głowie miał wiele cytatów z Ewangelii. nie porównując się do Chrystusa, pomyślał, że ubek ma władzę nad nim, ale jednak daną z góry. Ma nad sobą centurionów, jakichś archontów w mrocznych biurach warszawskich gmaszysk. On też ma takie rozmowy, których się boi. Też go straszą i sam siebie straszy, kuszą go i sam siebie kusi. Twój wróg, czy tylko nieprzyjaciel, to też człowiek, nie zapominaj o tym, Stasiu. Poza tym, jaką masz gwarancję, że mówi prawdę? Ze może to dać? A w tym Rzymie, na studiach, już pierwszego dnia można przecież wpaść pod samochód, Włosi jeżdżą ponoć jak wariaci. Z jakiegoś filmu znał obraz człowieka leżącego w jasnym świetle rzymskiego lata w kałuży krwi. Śmierć na ulicy wiecznego miasta. Potem, gdy wracał do tego momentu, dziwił się, ile w nim było emocji i irracjonalności. Przecież umrzeć mógł także tu, na polskiej wsi, na leśnej podklarowskiej drodze. O tym jednak nie wówczas nie myślał.

Nie ma wątpliwości, że byś sobie poradził. Myślę wręcz, że robiłbyś nam problemy – im bardziej byś się rozwijał, tym większe. Ale nić porozumienia, sądzę, że by się utrzymała, dla dobra Polski, Kościoła, dla mojego i twojego dobra, dla dobrze rozumianej kariery. Tam trzeba mądrych ludzi, wiesz? Więcej – ludzi nieskorumpowanych, a rozsądnych! Zresztą, lepiej ode mnie orientujesz się, jak szeroko mógłbyś rozłożyć skrzydła na takich studiach. Wysłali mnie tu, bo żartują, że ja choć tytuły rozumiem tych książek, co ty je na śniadanie zjadasz… Powiem jeszcze jedno. On by Cię polubił.

Mężczyzna grzebał w kieszeni, wyciągnął paczkę papierosów. Wyjął jednego, resztę położył na stole. Chciał na koniec spojrzeć młodemu księdzu w oczy. Spotkali się na moment. To wszystko nie wyszło chyba tak spontanicznie, jak chciał. Powiedział coś o wypaleniu wszystkich papierosów i dobrej potem decyzji. Len zrozumiał, że w paczce coś jest, pewnie adres. Męzczyzna wstał i wyszedł. Len słuchał jak zamknęły się drzwi od sieni, słuchał silnika, potem kroków mamy. Gdy weszła do pokoju, Stanisław już płakał.

Więcej nigdy nie spotkał tego człowieka. Papierosy wyrzucił do rzeki tego samego dnia, wracając na parafię. Teraz, kilkadziesiąt lat później siedział i ze zdziwieniem patrzył na młodego ksiedza i jego marynarkę. Nie, jednak odcień i materiał były zupełnie inne. Czego właściwie ten Imański chce? Len wielokrotnie się nad tym zastanawiał i dochodził do wniosku, że Imański nie lubi go, gdyż boi się, że kiedyś skończy jak Len. W zeszłym roku wrócił z Niemiec i zamiast dobrej posady w Seminarium lub w Kurii, zrobili z niego zwykłego księdza, jednego z wikarych. Co z tego, że na niezłej parafii? Coś tam nie poszło tak, jak liczył. Imańskiego denerwował więc codzienny widok ziarna, które wpadło w ziemię i obumarło, miało bliżej do emerytury niż do najmarniejszego probostwa. Len przerażał go jak hipis członka middle class z ameryki lat sześćdziesiątych. Oto wyzwanie homiletyczne, zaśmiał się Len w duchu. Jak takiemu wytłumaczyć, że te słowa papieża o Duchu to coś więcej niż pstryczek w nos złym komunistom? Powiedział sobie w duszy, z nutką jemu tylko wiadomej goryczy: przed tobą prawdziwe wyzwanie, studencie rzymskiego Gregorianum, najstarszego papieskiego uniwersytetu.
CDN…