whos.amung.us

środa, 27 maja 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (lekkie opowiadanie powyborcze, cz. I)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Pułkownika Konstantego Bulskiego trudno było zaskoczyć. Od kilkunastu lat na żołnierskiej emeryturze, ciągle nie tracił bojowego ducha. Miał w końcu służbę pełną przygód! Z Ludowym Wojskiem odwiedził swego czasu Czechy, w kraju służył w sumie w czterech jednostkach, pacyfikował dwie kopalnie, a nawet zdarzył mu się wyjazd do Iraku. Nie na wojnę co prawda, czy też interwencję pokojową, jak mawiał z głosem pełnym przesadnej ironii. Był tam pomocnikiem wojskowego Attache w czasach, gdy Polacy nad bratnimi rzekami Babilonu siedzieli i budowali kurniki pośród pustyni. Teraz jednak ten doświadczony żołnierz był naprawdę zaskoczony. Uniósł nawet brwi, bo to, co zobaczył za oknem swojego mieszkania w bloku na nadwiślańskim osiedlu „Cisza”, wprawiło go w osłupienie. W zasadzie zawsze dziwił się, widząc księży na ulicach i uliczkach miasta, prowadzących z różnych okazji swoje procesje. Uważnie wtedy śledził trasę, liczył ludzi i dziwił się, widząc w tłumie od czasu do czasu twarz jakiegoś kolegi. Nie mieszkał co prawda szczególnie daleko od lokalnego kościoła, wręcz przeciwnie. Jednak dla pułkownika Konstantego Bulskiego te sto metrów było istotną sferą buforową i uważał, że winno się ją respektować. On na przykład za parkan kościoła nigdy nie wchodził. Oczekiwało by się tego samego, ale cóż. Z drugiej strony jego osłupienie rosło, w miarę, jak nabierał pewności, że to, na co patrzy, to nie jest procesja, przynajmniej nie typowa kościelna procesja. Pułkownik marszczył brwi i gładził się po wąsie, przy czym właściwością jego twarzy było to, że można by spokojnie zamienić miejscami spore zakrzaczenia i nikt by nie zauważył, nawet pani pułkownikowa. Bulski zastanawiał się, czy wołać żonę do widowiska, ale ona zajęta była obecnie uważnym odmierzaniem wody storczykom, jakie uprawiała w małym ogrodzie zimowym, który kazała mu założyć na balkonie. Zamiast przerywać jej pracę, wrócił do uważnej obserwacji i spróbował analizy.

Najpierw to, że był wtorek, a w kalendarzu nie było nic o Bożym Ciele, które, zdaje się, czasem wypadało na tygodniu. Bulski pamiętał, że wtedy bywa procesja. Dziewiętnastka jednak jest na czarno – to nie Boże Ciało. Imieniny Bernarda, Celestyna, Cyriaka, Dustana… 139 dzień roku, przed nami jeszcze 226 dni… Do końca astronomicznej wiosny pozostają 32 dni… Pułkownik Konstanty czytał uważnie drugą stronę kartki z kalendarza, szukając możliwych wskazówek.

Aha! – wymruczał pod wąsem – Święta i ważne wydarzenia… Międzynarodowy dzień walki…, nie, to nie to… Aha! – mruknął głośniej, bo znalazł, czego szukał – W Kościele Katolickim 19 maja przypada wspomnienie, łamane przez, święto… –

Pułkownik zamarł. Znał to imię z wykładów historii religii na wojskowej uczelni. Ale czy to możliwe, że o to chodzi? Chyba już dziś tego nie świętują… św. Urban I, papież… Aha, nie ten numer! Krucjaty zwołał Urban II! Zresztą, kalendarz wyjaśniał, że „w dzień Urbana I błogosławiono pola. Patron właścicieli winnic, winnej latorośli, ogrodników, rolników i dobrych urodzajów.” Czyżby o to chodziło? Z dzieciństwa pamiętał, że jest faktycznie coś takiego, jak poświęcenie pól. Czy teraz rozciągnięto to na parki osiedlowe?

Trzeba napisać protest, skargę… –

Pułkownik jednak nie był pewien, czy zrobi to, co właśnie wymruczał. Po pierwsze, ostatnią skargę posłał dwa dni temu w sprawie dzwonów,  w dwóch kopiach, do rady miasta i do administracji osiedla. Po drugie zaś – Konstanty Bulski odnosił wrażenie, że to może jednak nie być procesja.

Po pierwsze – niedostatki organizacyjne. Jako zaprawiony w bojach żołnierz, Bulski od razu zauważył, że zupełnie brakowało tam porządku. Żadnego dostojnego kroku, nie było również chorągwi, dzwonków ani pieśni. Ludzie biegali za to na wszystkie strony, przy czym pułkownik naliczył trzech ksieży, dwie zakonnice i chmarę dzieci, do których przyłączali się przechodnie. Faktycznie, na osiedlu „Cisza” nic nie świętowano. Tajemnica zabawy w ganianego, bo tak to wyglądało, wiązała się z sekretem księdza proboszcza, który niespodziewanie wyszedł na jaw w ten pogodny, majowy dzień. Mówiąc ściśle, wyleciał.

Nie tylko Konstanty Bulski zastanawiał się, za czym biega od drzewa do drzewa miejscowy proboszcz. Jednym z widzów był ksiądz Len, który jednak oglądał to zamieszanie z zupełnie innej perspektywy. Właśnie przestał śledzić pogoń i znów ukląkł na ziemi, by zasadzić kolejną sadzonkę białego dzwonka karpackiego. Mała, zielona kępa listków nosiła dźwięczną łacińską nazwę Campanula carpatica. Ksiądz Len wyjął plastikową etykietkę z fotografią kwitnącej rośliny i usunął plastikową doniczkę. Zanim jednak wsadził kolejną sadzonkę zielonym do góry, usłyszał inną łacinę – podwórkową. Postanowił zareagować. Nie dlatego, żeby był aż tak zgorszony – po prostu akurat znał głos młodego człowieka, który wraz z innymi szedł chodnikiem wzdłuż koło kościelnego ogrodzenia. Ksiądz Len szanował zarówno świątynię, jak i swoich uczniów, stąd zaczął bardzo spokojnie

Przemek! –

Grupa chłopców zatrzymała się. Zaskoczeni, podchodzą do płotu i od razu „Szczęść Boże”, a potem śmiech z tego, który podpadł. Normalny facet, widząc kwiat młodzieży osiedla „Cisza” zadałby sobie co najmniej dwa pytania, zanim by ich zaczepił – „Czy byłem przez kilka lat aktywnym komandosem lub członkiem oddziałów specjalnych policji?”, a potem zapewne również – „Czy dobrze zrozumiałem głęboki sens starorzymskiej maksymy nec Hercules contra plures?” Starszy kapłan nie zamierzał zadawać sobie żadnego z nich; od trzech lat był katechetą tych chłopców. Cały stres i napięcie, jeśli występowało w tej scenie, było po ich stronie. Len wstał, wyprostował się i patrząc na Przemka, którego właśnie wyśmiewali koledzy, wskazał ręką na figurę Matki Bożej i strzelisty, świeżo otynkowany kościół. Był to, co prawda, przykład architektury czasów zimnej wojny o cegły, czyli schyłkowej komuny. No, ale zawsze to świątynia! Przemek wyglądał na skruszonego, więc ksiądz Len uśmiechnął się i zażartował

–  Widzę, ze droga zakręca. Koledzy też to widzą, nie musisz ich ostrzegać co dwa kroki po łacinie, że to zakręt. Zjadłeś GPS z samochodu, czy jak? –

Chłopcy znów ryknęli, Przemek był już całkiem czerwony, prawie jak na meczu, gdy zdzierał gardło dopingując lokalną drużynę, lub krytykując pracę policji na stadionie. Ksiądz miał już ich uwagę, chłopcy stali poopierani o kościelny parkan.

Z łaciną u ciebie nieźle chłopie, przynajmniej wiesz, jak jest „krzywa”, ale „Ave Maria” jeszcze nie zaliczyłeś. Czekam! –

Przemek zaczął się wykręcać

A, bo wie Ksiądz, taka ładna pogoda, nie chce się uczyć… Ale zaliczę, zaliczę –
czerwony na twarzy chłopak spojrzał na księdza i na swojego kolegę, Długiego. Wysoki jak chmielowa tyczka chłopak miał teraz minę, jakby zdał semestr bez poprawki. Jako jedyny ze swojej klasy zaliczył już Pater i Ave!

A ksiądz co – Przemysław próbował zmienić temat, czepiając się najbardziej oczywistych oczywistości – sadzi kwiatki? –

Len odpowiedział ze spokojem, jaki zawsze przynosiło mu grzebanie w ziemi

Trzeba doprowadzić ten ogród do porządku. Proboszcz zostawił mi wolną rękę wzdłuż parkanu, mam jeszcze trochę miejsca i kilka dzwonków, no i floksy… –

Przerwał mu Lukasz,  którego osiedle nigdy nie widziało ubranego inaczej niż w czarny dres.

Zioło by ksiądz zasadził! –

Kapłan pomyślał, że ta dziedzina ogrodnictwa wypływa w końcu w każdej rozmowie z jego uczniami. Podczas katechezy, nawet na skądinąd intrygujących tematach, jak „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”, czy „Ludzka seksualność sposobnością do osobowego daru”, pojawiał się zawsze ten nieśmiertelny refren: wolne konopie! Ksiądz westchnął

Zioło? Naprawdę? Tu, przy parkanie? Chyba by nie zdążyło przy was wyrosnąć. Smoki! Ani płuc nie szanujecie, ani mózgów… –

Chłopcy jednak już go nie słuchali; po drugiej stronie ulicy, w małym osiedlowym parku działy się ciekawsze rzeczy. Siostra Donata właśnie pomagała wejść na konary rozłożystego kasztanowca siostrze Hani. Pod drzewem było spore zbiegowisko. Na pytanie Przemka, co tam się dzieje, ksiądz Len zrelacjonował im najważniejsze wydarzenie wtorkowego poranka na plebanii. Papuga Fruzia uciekła! W krótkich słowach zawarł epicką batalię o powrót Fruzi do klatki. Najpierw zabawa polegała na uganianiu się za nią po proboszczowskich pokojach (ofiary – stłuczony wazon, rozsypana oryginalna Lavatzza z Włoch i zerwane dwie firanki). Potem, gdy na pomoc zdyszanemu proboszczowi przybyła pani Halinka, ptak skorzystał z krótkiego momentu otwarcia drzwi i wyleciał na klatkę schodową. Tam przez kolejną godzinę dzielnie umykał wszelkim podstępom kleru. W końcu na pewno byliby ją złapali, ale ktoś otworzył nieopatrznie drzwi na balkon i ptaszysko zwiało ostatecznie z budynku. Ksiądz Len nie dziwił się, że papuga nie męczyła się lataniem. Ta konkretna kakadu różowa miała dobry motyw, by walczyć o wolność.

Stary kapłan opowiadał dalej  i nie spostrzegł, że stracił słuchaczy. Chłopcy nadal wpatrzeni byli w siostrę Donatę. Ta wspięła się na palce i jedną ręką podniosła swoją mniejszą koleżankę na zaskakującą wysokość. Uczniowie księdza Lna przełykali ślinę i dziękowali w duchu, że jest, jak jest. Ze ich uczy w technikum akurat poczciwy ksiądz Len, a siostra Donata katechizuje w przedszkolu. Była sporo wyższa nawet od Długiego. Budziła respekt. Len jednak był mistrzem przyciągania uwagi młodych ludzi. Sadząc kolejny krzak dzwonka wypowiedział po prostu główny, jak podejrzewał, motyw papugi. Mówił to zresztą bardziej do siebie, niż do chłopaków

Proboszcz źle robił, myjąc ptaka w zlewie. –

Skutek był natychmiastowy. Ogrodnik w koloratce prawie od razu ugryzł się w język, ale było już za późno. Zanim wszyscy ryknęli śmiechem, Lukasz zdążył zadać pytanie, z którego jego klasa miała śmiać się do końca roku

Co, probi też tak robi? –

Pośród ogólnej wesołości i okrzyków młodzieży ks. Len począł tłumaczyć

Chodzi o papugę! Papugę brał i moczył… –

Było już za późno. Moczenie papugi weszło do slangu osiedla „Cisza” na stałe. Len szczerze żałował. Nie ma nic gorszego, niż rubaszny ksiądz. Jednak, to, co powiedział, było czystą prawdą. Lubiący porządek i higienę pleban pakował papugę dzień w dzień pod strumień letniej wody, wbrew jej głośnym protestom. Robił to gestem, jakim zapewne jego dziadek, albo i ojciec, podawali zhandlowaną kurę na jarmarku. Len, stary przyrodnik z zamiłowania, perswadował, że to błąd. Wskazywał na przesłanki sugerujące, że na australijskich pustyniach dzikie Kakadu rzadko obmywane są monsunowymi ulewami. Na próżno. Podobnie drażniła go i dziwiła aura tajemniczości, jaką otaczał pleban swoje domowe zwierzątko. Nie chodziło przecież o węża, czy o agresywną rasę psów. Mimo to, przez dwa ostatnie tygodnie proboszcz prosił ich niemal na każdym posiłku o dyskrecję.

Nie muszą ludzie wiedzieć. – przypominał i przestrzegał co jakiś czas przy stole – Chodzi o to, by nikogo w parafii ta papuga nie zgorszyła. –

Starszy kapłan przewracał tylko oczami, słysząc te dyrdymały i powstrzymywał dziesięć zjadliwych komentarzy, naraz cisnących się na usta. Len miał co nieco do powiedzenia także o innych sprawach związanych z kakadu. Nie chodziło mu nawet o jej poranny skrzek, którym budziła po 5:00 wszystkich wikarych. On sam rzadko spał tak długo. Bolało go co innego. Ptak stał się tarczą proboszcza w cotygodniowych dyskusjach duszpasterskich. Brzmi dziwnie? Posłuchajcie, do czego może przydać się papuga. Zacząć trzeba od tego, że Len niechętnie brał udział w tych dysputach. Czuł się tam piątym kołem u wozu. Nie był do końca wikariuszem, ale nie był również zwykłym tylko rezydentem, na wzór innych starszych księży, grzecznie pomagających w odprawianiu mszy w parafiach, gdzie kiedyś pracowali. Krótko mówiąc, jego status był tam mocno niepewny. Jednak mimo to, Len czasem się odzywał. Na przykład pytał

Czemu służy to, ze młodzież podczas modlitw uwielbienia podchodzi do monstrancji i jej dotyka? –
wikariusze siedzą obok w fotelach i milczą, jedni znudzeni, inni z kpiącym uśmiechem, a ten z doktoratem – czyhający na moment, by ugryźć. A co wtedy robi proboszcz? Zaczyna bawić się z papugą, której klatkę specjalnie w tym celu przeciągnął  z sypialni do salonu.

No co, moja Fruziu? No co, malutka? Wiecie, że już mówi parę słów i śpiewa nawet ze mną pieśni: „Pan kiedyś stanął nad brzegiem…” –

Ptak skrzeczy, proboszcz śpiewa i sięga po orzeszka. Dopiero po całym tym rytuale odpowiada swojemu podwładnemu

Księże Lnie, no musimy jakoś młodzież zachęcać… Dobrze ze przychodzą! Z liceum od księdza Krzysia przychodzą, prawda, a z technikum jakby mniej, nie widziałem ostatnio ani jednego… A co wikariusze myślą? No co, chłopaki, dobrze, że przychodzą, nie? –

Specyfika tej sytuacji sprawiała, że Len początkowo nie lubił różowej papużki. Odkąd jednak usłyszał od gospodyni, że proboszcz codziennie ją myje, niechęć przerodziła się we współczucie, świadomość wspólnego losu. Teraz zaś ptak ukrywał się gdzieś wśród kwitnących gałęzi kasztanowca i tryumfował nad dwunożnymi istotami, ubranymi od stóp do głów na czarno, które roiły się hałaśliwie pod kwitnącym drzewem.

Jego uczniowie pożegnali się, gdyż przez gwar ulicy przebił się do nich daleki dźwięk dzwonka. Czas do szkoły! Len zastanawiał się, czy mieli na pierwszą, czy też wracali z wyjątkowo długiej przerwy. Gdy chłopcy odeszli, ksiądz podniósł się jeszcze i popatrzył na pobliskie zbiegowisko. Stwierdził, że gdyby teraz nadjechał biskup, można by z powodzeniem przekonać go, że tam, pod drzewem, odbywa się happening ewangelizacyjny.

Czcigodny biskupie! Ta papuga jest symbolem Ducha Świętego, którego staramy się złapać za nogi! –

Pomyślał ksiądz Len z kwaśnym uśmiechem i znów klęknął na ziemi, by posadzić to i owo zielonym do góry.

Nie tylko starych kapłanów uspokaja zieleń. Pułkownik Bulski dał sobie spokój z obserwacjami szalejącego w parku kleru, bo w radiowej jedynce wybrzmiała właśnie pierwsza. O tej godzinie jego małżonka podawała mu obiad, a potem on, zgodnie z codziennym rytuałem, brał gazetę i szedł do ogrodu zimowego. Nie ma to jak taki ogród w maju! Ptaszki śpiewają na dworze, jest już przyjemnie i ciepło od słoneczka, ale jeszcze nie upalnie. Chwila lektury i słodka drzemka w rattanowym fotelu. Mebel stał na końcu balkonu pośród naprawdę okazałych storczyków. Nad głową Bulskiego pyszniły się natomiast rozłożyste liście platycerium, jak zawsze z wesołym uśmiechem nazywała tę roślinę jego żona. Nie znał jej polskiej nazwy, nie obchodziła go. Pułkownik usnął pod rozłożystymi rogami łosia. Taka była polska nazwa tej rośliny, tak też chichocząc mówiła o platycerium pani pułkownikowa, ilekroć gościła koleżanki na kawce.

Małżonka budziła Bulskiego zawsze po trzeciej, od lat jednak nie robiła już tego przez ugryzienie w nos. Dlatego pobudka tego popołudnia była nagła i bolesna; tym boleśniejsza, że Bulski miał koszmary. Był znów w Iraku, nadzorując budowę blaszanych kurników. Ale miał zadanie specjalne. Jakiś ubek wyjaśnił mu, że będzie nadzorował Kurnik SP-65, to jest, specjalnego przeznaczenia. Zamiast kur miała tam dojrzewać straszliwa broń biologiczna. Najnowsze owoce sowieckiej biotechnologii. Jakiś pogrobowiec łysenkizmu przez twardą musztrę, czytanie wojennych wspomnień Żukowa oraz uświadamianie klasowe zdołał zrobić z kurczaków na powrót dinozaury. I to raptory! Ubek, stojąc we śnie przed pułkownikiem w szarym garniturze, z twarzą zmarłego przed laty wuja Mirosława Bulskiego, snuł ambitne plany

Pojadą na Zachód jako członkowie reprezentacji hokejowych… Będą siać terror wśród imperialistów i ferment rewolucyjny. W Ameryce zjedzą wszystkie krowy i nie będzie tych ich bułek z wołowiną… –

Bulski miał swoją rolę w zwycięstwie wszechświatowej rewolucji – pilnować, żeby raptory nie uciekły z kurnika. Cóż, rozkaz to rozkaz, UB to UB, a wuj to wuj. Dostał jeszcze, oprócz dobrej rady, by nie prowokować drapieżników, coś do obrony własnej. Tak, jak swego czasu żołnierze wspomnianego marszałka ZSRR, dzierżył w trzęsących się dłoniach stary karabin i garść naboi. Wujek, który tak naprawdę nawet agentem żadnym nie był (chyba?), zniknął nagle jak fatamorgana. Bulski został sam. Odwrócił się i popatrzył na szary kurnik pośrodku szarej pustyni. Na rozpalonej od słońca blasze pojawiły się pierwsze wybrzuszenia. Czy można się spocić we śnie? Można. Już po chwili chciał nawet krzyczeć, gdy wielki drapieżnik postawił mu na piersi olbrzymią łapę z hakowatym pazurem i rycząc, pokazał mu, tak na oko, jakąś setkę zębów. Nigdy więcej imperialistycznych filmów!, zdążył pomyśleć sobie Bulski świadomy, że przecież to niemożliwe i że musi być to sen. Dlatego, gdy coś naprawdę ugryzło go w nos, głośno krzyknął i zerwał się na równe nogi. Zerwały się również rogi łosia, w które uderzył głową. Zerwała się do lotu kakadu, odbiła się jednak od szyby. Nie potrafiła znaleźć uchylonego okna, przez które wlazła do mieszkania. Wcześniej łatwo uciekła skaczącej po gałęziach kasztanowca siostrze Hani i całej tej szalonej obławie. Musiała jednak wrócić jakoś do tych dziwacznych dwunożnych istot. Okazało się, że jej kryjówka, jak i całe osiedle „Cisza”, było pod władzą gangu gawronów, a one nie lubiły kolorowych. Na chybił trafił wybrała więc pierwsze otwarte okno.

Koniec części pierwszej:-) CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz