whos.amung.us

niedziela, 24 maja 2015

O prawdziwej naturze handlu

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Na targach książki, tych ostatnich, na stadionie, odwiedził mnie pewien Pan, który ciekawie opowiadał o polityce wewnętrznej i zagranicznej USA oraz o polityce rezerwy federalnej. Podawał mnóstwo szczegółów i nazwisk, opowiadał o tym jak Trocki został przywieziony przez Amerykanów do Murmańska przed rewolucją, a Lenin do Piotrogrodu, przez tych niby-Niemców. Myśmy tego słuchali, bo do większości źródeł, którymi nasz rozmówca dysponował nie mamy dostępu, a nawet gdybyśmy mieli, to nie mielibyśmy czasu tego przeczytać. Ja w całej jego wypowiedzi zwróciłem największa uwagę na pewien praktyczny szczegół zawodu, który wykonywał. Otóż pracował on w bankowości w USA i miał do czynienia z wieloma średniej wielkości domami bankowymi. Zdradził nam coś, co z pewnego punktu widzenia, jest absolutnie nieprawdopodobne. Otóż okazuje się, że wielu z owych średnich bankierów nie ma zielonego pojęcia skąd się bierze pieniądz, ani jak się prowadzi bank. Byli to laicy po prostu, którzy jakimś niezrozumiałym sposobem stali się dyrektorami banków. Jak zwykle kiedy coś mi się mocno wbije w mózg, oczekuję, że gdzieś ze świata przyjdzie odzew, jakieś echo tej informacji, którą uznałem za ważną. I tak było również tym razem, w dodatku wcale nie musiałem czekać długo. Dwa dni wcześniej bowiem na targach odwiedził mnie kolega Jarek, który podarował mi stary numer pisma „Skarpa”, wydawanego w warszawie periodyku popularyzującego w ten znany nam, nieznośny sposób, historię stolicy. Jest tam mnóstwo szczegółów dotyczących pojedynczych ludzi, z których nie wynika absolutnie nic. Na jeden artykuł jednak kolega Jarek zwrócił moją uwagę. Jest to tekst poświęcony antykwariuszom warszawskim z ulicy Świętokrzyskiej, w większości Żydom lub Żydom przechrzczonym. Ludzie ci opisywani są tak, jak nas już do tego przyzwyczaił profesor Estreicher. To znaczy ze swadą, polotem i ciepłem właściwym zakochaniu. Oto miłośnicy książek przychodzą do starych, zwariowanych antykwariuszy odzianych w aksamitne chałaty i tam wypraszają różne książki, których oni nie chcą sprzedawać. Przyczyna jest zawsze ta sama, szczera miłość do starodruków. W artykule cytowane są fragmenty pism Juliusza Wiktora Gomulickiego i Jana Michalskiego nazywanego wielkim myśliwym świętokrzyskiej kniei. Takie i podobne idiotyzmy wypisywali na swój temat miłośnicy książek, nie mający zielonego pojęcia co się wokół nich dzieje. Jan Michalski był jak się wydaje trochę bardziej przytomny niż Gomulicki, bo zauważył, że większość sprzedawców nie ma elementarnego przygotowania do handlu książkami, a część z nich to po prostu analfabeci, a jeśli już któryś potrafi pisać i czytać to wyłącznie po hebrajsku. 

Antykwariaty na Świętokrzyskiej zorganizowane były dokładnie w ten sam sposób, co zakład Fabiana Himmelblaua w Krakowie, najpierw szpargały, potem mur na który składali się właściciel i jego rodzina, przeważnie wszyscy obecni w sklepie, dalej zaś tajemnica. 

Jeśli zestawimy ze sobą te dwie informacje, tę o bankierach i tę o antykwariuszach, musimy skonstatować owo zestawienia w sposób następujący: istnieje jedynie handel sieciowy i jest on funkcją polityki. W sektorze bankowym jest to bardziej widoczne niż w księgarskim, bo tam są przecież bukiniści, nie pełnią oni jednak funkcji okoni w stawie, które polują na małe rybki-książki, ale właśnie pełnią rolę owych rybek, którym odbiera się co ciekawsze zdobycze. Teraz właściwie trzeba by opisać jedno i drugie zjawisko w czasie. To znaczy stwierdzić do kiedy istniał będzie sektor bankowy w takiej formie jaką znamy, do kiedy pieniądze pożyczane będą na procent. Handel antykwaryczny właściwie już nie istnieje, bo wszystkie ważne książki są od dawna pod kontrolą, a to co się dziś sprzedaje, to po prostu śmieci dobre dla jakichś „myśliwych świętokrzyskiej kniei”. Nasze wcześniejsze stwierdzenie można by jeszcze wyostrzyć i sformułować w ten sposób – handel antykwaryczny jako funkcja wojny i rewolucji. Ponieważ wojny i rewolucje przygotowywane są w ukryciu przez bankierów nie można po prostu wysłać na ogarnięty nimi teren kupców, którzy wygarną co tam jest cennego, zanim wkroczy armia lub faceci w czarnych kaszkietach zaczną rzucać bomby. Nie można, bo rewolucja i wojna zostanie ujawniona. Trzeba jakoś to wszystko zorganizować, dlatego właśnie potrzebny jest sektor handlu, który z jednej strony zamaskuje rabunek, a z drugiej udrożni kanały przerzutu rzeczy wartościowych. Kontrolerem tego układu mogą być albo banki, albo imperia, bo musimy zauważyć, że handel antykwaryczny właściwy jest epoce imperiów i skończył się wraz z nią. Pozostaje pytanie, co dzieje się z zasobami imperiów, kiedy ich samych już nie ma? A może nadal są? 

Próba zamknięcia raz na zawsze sektora bankowego, czyli totalnej kontroli pieniądza i ludzi oraz przeniesienia tego zestawu w sferę sacrum, kończy się za każdym razem konfliktem. Przy czym zło przypisywane jest zwykle tym, którzy takiej kontroli nie chcą, a dobro tym, którzy do niej dążą. Nazywany jest ów trend postępem. Przejdźmy teraz do obsługi tego układu, jeśli zgodzimy się, że najważniejsi są pośrednicy, a zwykle tak jest musimy ich jakoś zhierarchizować. Ci którzy stali przy Świętokrzyskiej, to z nielicznymi wyjątkami, pośrednicy niższego rzędu. Ich niewiedza dotycząca przedmiotu handlu była pozorna. W istocie byli oni dobrze poinformowani o trendach, a jedynie „myśliwym świętokrzyskiej kniei” wydawało się, że jest inaczej. Przywiązywali bowiem owi łowcy znaczenie do kwestii nieważnych i błahych, takich jak umiejętność czytania w językach innych niż hebrajski. Fabian Himmelblau był z pewnością jednym z rozgrywających na rynku antykwarycznym Europy środkowej i wschodniej, podobnie było z kupcem Jonaszem ze Świętokrzyskiej, który w roku 1939 spakował swoje rzeczy, sprzedał sklep i wyjechał, ponoć do USA. No, ale to ciągle byli pośrednicy niższego rzędu, wśród których wielu karmiło się złudzeniami, bo przecież zostali i zginęli. Prawdziwi pośrednicy byli gdzie indziej i oni narzucali pewien dość charakterystyczny sznyt całemu układowi, tworząc mianowicie mit wspólnoty, opartej na głębokich związkach natury religijnej. Mit w połowie fałszywy, w każdej bowiem chwili gotowi byli poświęcić część owej wspólnoty dla interesu imperium, które akurat obsługiwali. Pytanie czy mechanizm ten działa w drugą stronę, czy potrafią poświęcić imperium na rzecz wspólnoty, pozostaje otwarte, ale myślę, że już niedługo. Wkrótce się to okaże. Miejmy nadzieję, że będziemy daleko od miejsc w których prawda ta ujawni się w pełnej krasie i blasku. 

Jak na tym tle wyglądają menedżerowie średniego szczebla różnych korporacji, bo doprawdy, rynek antykwaryczny służy nam tu jedynie jako malowniczy przykład do opisania zjawiska dominującego na planecie. Otóż wyglądają oni, jak przysłowiowa d…pa zza krzaka. W prezentowanych tu kategoriach to w ogóle nie są ludzie, to nawet nie jest plankton. To są istoty pozbawione mózgu, które inwestują w fałszywe świętości, w fałszywe wartości i i fałszywym bogom oddają cześć. Cały ten system zaś stworzony został dokładnie po to, by podnieść im samoocenę i nadać ich pracy jakąś motorykę. Gdyby bowiem stanęli w prawdzie, gdyby im pokazać jak się sprawy mają, spierniczaliby wszyscy gdzie pieprz rośnie. A tak mają swój fun, swoją siłownię, swoje wyjazdy integracyjne i jest dobrze. Nad nimi stoi jakiś ober kapo, cały zaś ten zestaw, cały ten biurowiec wypełniony ogłupionymi mrówkami, ot choćby taki jak te stojące przy Domaniewskiej w Warszawie nie jest wart życia jednego żydowskiego antykwariusza-analfabety z przedwojennej ulicy Świętokrzyskiej. I sądzę, że przyjdzie czas kiedy takie biurowce będą poświęcane przez ich rzeczywistych zarządców bez żalu. Wobec takiego ustawienia spraw, jasno widzimy, że wszelkie systemy edukacji, wszelkie szkoły i inne wrota ku lepszemu bytowi, pełnią inną funkcję niż deklarowana. Mogłoby ich wcale nie być, a system by działał, czego dowodem są dobrze poinformowani antykwariusze ze Świętokrzyskiej nie umiejący czytać. Minimalna ilość dobrych informacji jest lepsza niż ocean informacji zbędnych i fałszywych. No, ale mamy te uczelnie, te seminaria, fundacje i inne szkoły liderów. Czemu to służy? Kontroli żywej informacji, mówiąc wprost. Ta struktura zastąpiła prawdziwy handel antykwaryczny. Tak jak napisałem, ważne książki są już pod kontrolą, a reszta to barachło. Teraz budujemy system kontrolujący mózgi, obsługują go półanalfabeci zaopatrzeni w szczegółowe instrukcje, tacy jak Eryk Mistewicz na przykład, albo nasz ulubieniec Andrew Michta. Można to także nazwać werbownią jeśli ktoś lubi dosłownośi, ale nie ma takiego przymusu. Z tym, że werbuje się nie najbystrzejszych, bo ci są od razu odrzucani, ale najgłupszych i największych koniunkturalistów, takich, którzy wypełniają instrukcje. Można do tego dodać także tych co nie mają odwrotu, czyli wyszli z takiej nędzy, że zrobią wszystko, by do niej nie wrócić. Tak wygląda system tworzenia elit, na które to elity wielu z nas pomstuje, a równie wielu w nie wierzy. System kontroli mózgów jest konieczny, bo struktura świata jest w istocie jawna. Nie da się jej ukryć. Nawet jeśli ktoś swoją przygodę z wiedzą rozpocznie od badania skamieniałych skorupiaków, prędzej czy później dojdzie do banków i informacji. Dlatego właśnie potrzebni są pośrednicy, którzy owe dążenia zniszczą w zarodku. Nazywani oni bywają mistrzami, tutorami, albo jakoś podobnie. Chodzi w każdym razie o to, by pilnowali, młodych głów, gdzie może zakiełkować coś prawdziwego. 

Do kontroli totalnej pieniędzy i informacji służy tajemnica. Dlatego właśnie potrzebna jest cała warstwa pośredników, którzy łączą w sobie funkcje bankierskie i kapłańskie. I to właśnie niektórzy nazywają masonerią. Jest to struktura zbudowana na odwróconej lojalności, to znaczy, ci co stoją wyżej nie są lojalni wobec tych niższych stopniem, obowiązuje ich jedynie lojalność w górę. Inaczej system przestałby działać. Oczywiście w deklaracjach rzecz wygląda inaczej – jak ktoś jest w potrzebie wystarczy krzyknąć „do mnie dzieci wdowy” i już sprawa załatwiona, wszyscy lecą z pomocą. Szydzę rzecz jasna, dla dobra tych, którzy z rozmaitymi tajnymi związkami łączą jakieś nadzieje. W rzeczywistości jest inaczej, liczą się bowiem jedynie racje kręgu wewnętrznego. Ten zaś pozostaje poza zasięgiem wzroku wszystkich, łącznie z tymi co mają zaliczone wszystkie masońskie sprawności i noszą już te srebrne epolety, czy fartuszki, czy co tam się nosi. Dodać przy tym należy, że cała ta zabawa jest osobnym pionem, nikt bowiem nie wierzy chyba w to, że ktoś tak poważny jak Fabian Himmelblau zapisałby się do masonów. Na tym kończę, bo muszę lecieć na festyn rodzinny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz