whos.amung.us

czwartek, 28 maja 2015

Do ilu dziennikarek miał dostęp Migalski?

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Rozpisywałem się tu kiedyś o powieści jako o gatunku literackim. Pisałem, że w zasadzie nie ma dziś po co pisać powieści, bo została ona skutecznie unieważniona przez parodię, że powieść dzieli się na dwie klasy – imperialną i kastową. Powieść rosyjska, francuska, niemiecka i brytyjska to powieść imperialna, gdzie odnaleźć się mogą wszyscy obywatele imperium, a powieść polska to powieść kastowa, z której bohaterami utożsamiać się mogą byli ziemianie lub ludzie do tej kasty aspirujący lub przerobieni na inteligentów chłopi. Prawdziwy chłop nie będzie czytał powieści Reymonta, bo nie ma na to po prostu czasu, a pewnie i znudzi się przy tym okropnie. On woli obejrzeć mecz, albo film gangsterski. Powieść jest gatunkiem propagandowym służącym jednoczeniu wspólnot, ku jakiemuś dziełu, już to podbojowi, już to powstaniu narodowemu albo wytężonej pracy u podstaw, czyli podnoszeniu PKB okupanta. Są oczywiście parodie i te cieszą się największym wzięciem. Nie ma bowiem nic łatwiejszego niż opisywać ludzi korzystając przy tym z negatywnych emocji. Na tym zakończę swój wywód, bo to co przeczytałem wczoraj w „Do rzeczy” nie zasługuje nań wcale. Chodzi mi o pierwszy fragment powieści Marka Migalskiego pod tytułem „Bez litości”. Nie liczcie, że będę się teraz rozwodził nad stylem czy jakością poszczególnych akapitów, mowy nie ma, zajmiemy się wyłącznie funkcją tego dzieła, czyli spróbujemy odpowiedzieć na pytanie po co Migalski to napisał.

Powieść opowiada o przygodach samego Migalskiego od momentu, kiedy wszechwładną ręką prezesa ustawiony został na pierwszym miejscu listy wyborczej do europarlamentu. Opisani są w niej wszyscy prominentni członkowie PiS i niektórzy członkowie PO. Postaci są oczywiście przerysowane i wyszydzone, do czego Migalski ma święte prawo, jeśli chce zostać pisarzem. No, ale kiedy przebrniemy już przez pierwszą kolumnę tego tekstu zauważamy, że to nie może być prawda. Migalski nie chce zostać pisarzem. Mówi nam o tym akapit, w którym opisuje skodę Michała Kamińskiego. Samochód ma podzielony na dwie części bak, do jednej części tankuje się paliwo, a do drugiej piwo, bak jest połączony rurką z siedzącym w środku Kamińskim, który jadąc do Strasburga pociąga co rusz z tej rurki. I kiedyś się zdarzyło, że kierowca się pomylił i źle zatankował i Misiek pił przez całą drogę benzynę, ale nic nie zauważył. Migalski daje ów opis, bo jest przekonany, że to zabawne. Otóż nie jest to wcale zabawne, bo w powieści nie można mieszać gatunków, osiąga się wtedy efekt odwrotny od zamierzonego – konfuzję czytelnika. Myślę więc, że Migalski nie myśli serio o pisarstwie, a chce jedynie zrobić sobie jaja z dawnych kolegów. 

Ja nie zamierzam tu drwić z Migalskiego i z opisów seksu oralnego, które on umieszcza w tekście, bo jak powiadam, ciekawi mnie po co Migalski to napisał i po co Lisicki to puścił. Przecież nie po to, by Migalskiemu podnieść samoocenę. Od tego mu samoocena spadnie. Myślę, że Lisicki się kończy i to samo jest z Migalskim. Postanowili więc, że wspólnie zrobią coś co uratuje i to nieszczęsne pismo i samego latającego ornitologa. On się tak kazał nazywać, nie wiem czy pamiętacie. A Igor Janke zaprosił go kiedyś na urodziny salonu i on tam zrobił dziką awanturę, że się go nie traktuje poważnie. Jak widać Lisicki wreszcie go potraktował serio. 

Wróćmy jednak na chwilę do tego seksu oralnego. Migalski używa tam takiej formuły „mieć dostęp do dziennikarek”. Chodzi mu o to, że jak zostanie tym europosłem to będzie miał dostęp do dziennikarek. Ja może nie mam w tym zakresie zbyt wielkich doświadczeń, ale sądzę, że mimo tych wszystkich legend, które towarzyszą paniom z telewizji, radia i gazet, formuła ta jest nieco za bardzo fantazyjna. Ona by się może nadała do starych filmów fantasy, takich jak Willow czy Neverendig story, ale nie do powieści współczesnej. To znaczy, nie sądzę, by Migalskiemu rzeczywiście chodziło o ten dostęp. Zasada jest bowiem taka, że jak ktoś za dużo opowiada o tych sprawach, to znaczy, że coś z nim jest nie tak. Gdybyśmy zastosowali zaproponowaną w tej powieści przez samego Migalskiego interpretację zjawisk i zachowań, musielibyśmy stwierdzić, że po tych wszystkich lodach i laskach, trzeba już tylko czekać, aż Migalski dokona coming out’u i przedstawi publiczności swojego chłopaka. Oby nie okazał się nim Ryszard Kalisz. 

Komizm swojego dzieła zbudował Marek Migalski na zabiegu, który nazwę odwróconą interpretacją zachowań. Na przykład, jak się zaprzyjaźnił w Brukseli z Kowalem i stwierdzili obaj, że do siebie pasują, od razu polecieli z donosem jeden na drugiego, po czym dla własnego bezpieczeństwa zerwali ze sobą kontakt. Chodzi o to, że Migalski opisuje stosunki panujące w PiS jako upiorne, emocjonalne i towarzyskie bagno, które uratować przed kompromitacją może tylko śmiech. I on właśnie owego śmiechu dostarcza. No, ale jak wyjaśniliśmy jest to chybione i nie utrzyma się na pewno, bo im głębiej wczytujemy się w prozę Migalskiego tym więcej prostych błędów tam odnajdujemy. Sądzę więc, że Migalski nie utrzyma tej konwencji dłużej niż przez dwa odcinki, a potem zacznie zwyczajnie pluć jadem. Tak to bywa z amatorami. 

Przyczyną całego zła w partii jest oczywiście prezes i jego pokręcona psychika, która wymusza na ludziach zachowania podłe i fałszywe. Wszystko po to, by prezes mógł kontrolować całą strukturę. Pierwszy odcinek kończy się tuż po 10 kwietnia 2010 roku, a wydarzenie to jest przez Migalskiego potraktowane z zadziwiającą dyskrecją. On się po prostu martwi, że nie zostanie prezydentem w 2015 roku, a po to właśnie – jak nam to oznajmia na początku – prezes przyjął go do partii, po to, by Migalski w 2015 kandydował na najwyższy urząd w państwie. Jak widzimy żartów nie ma i chyba niewiele już Migalskiemu i Lisickiemu zostało. Ten pierwszy może się jeszcze ratować coming outem, ale ten drugi nie bardzo. Cóż on może zrobić jak ten jego tygodnik się zawali? Napisać kolejny tom książki „Czy Jezus był bogiem”? Żarty. Na razie cały środek ostatniego numeru „Do rzeczy” – 12 kolumn – zajęty jest przez powieść Migalskiego. Reszta to didaskalia, czyli demaskacje Gmyza i nieśmieszne żarty Goćka i Gursztyna. No i felieton pana Rafała rzecz jasna, same, kurna, smakowitości. Już dziś można ogłosić, że Karnowscy wygrali w tym wyścigu prawicowych, medialnych wariatów. Dla nas to oczywiście nie ma żadnego znaczenia, bo oni są tak samo źle sformatowani jak Lisicki, tyle, że nie puszczają u siebie żadnych najcieńszych nawet sugestii dotyczących seksu. Myślę jednak, że jeśli to co napisał Migalski jest choćby w połowie prawdą, to znaczy jeśli prezes rzeczywiście tak ich traktuje, wkrótce i na Karnowskich przyjdzie kryska, bo tak naprawdę media są polityce i politykom niepotrzebne. No chyba, że są to media wrogie. No i tu możemy pokusić się o jeszcze jedną interpretację: może Lisicki chce uratować swoje pismo, robią kontrę wobec prezesa. To nie jest wykluczone, zwłaszcza, że po zwycięstwie Dudy szykuje się w mediach wielki festiwal lizania butów. Przysłowie zaś mówi – nigdy nie kop liżącego. No chyba, że masz na nazwisko Kaczyński. Duda jeszcze tego nie wie i zapewne przyjmie wszystkie hołdy za dobrą monetę. A wtedy….wtedy Lisicki opublikuje nową powieść pana Marka, jeszcze bardziej kontrowersyjną i na tej fali wypłynie ku rajom budżetowym i atolom prosperity. Życzymy mu wszystkiego najlepszego. Migalskiemu także, ale drugiego odcinka jego powieści już nie przeczytam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz