whos.amung.us

wtorek, 12 maja 2015

Głosy kapłanów i męczeństwo kotów

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Księże kanoniku, a na kogo ksiądz będzie głosował? – Pytanie zadał młody chłopak, ubrany w nowiutką sutannę. Nie wiedział co czyni. Przyjechał zbierać datki i czytać przed błogosławieństwem list rektora o sytuacji seminarium diecezjalnego. Przedłużał tym liturgię i tak „ubogaconą” przez ogłoszenia, napisane przez proboszcza z epickim rozmachem. Teraz zaś, ku zgrozie siedzących przy stole czterech wikariuszy, zamierzał przedłużyć niedzielny obiad. Pytania zadawane starszemu  księdzu, siedzącemu dotąd w milczeniu po prawej stronie proboszcza miały tę właśnie smutną właściwość. Starszy duchowny, ubrany z kolei w sutannę nieco już wypłowiałą, poprawił się na krześle i wyprostował. Skończył jeść kotleta i zabierał się do deseru, szarlotki, sztandarowego deseru pani Halinki, lokalnej gospodyni.

Mój drogi – zaoponował z uśmiechem – nie jestem kanonikiem. Nie każdy starszy ksiądz nim jest. Do tego trzeba być zasłużonym, jak nasz proboszcz… 

Sąsiad starszego kapłana wzdrygnął się. On też kończył drugie danie. Znad talerza z okruszkami panierki, jakie zostały po ogromnym kotlecie, spojrzał z milczącą prośbą o litość. W duchu odmawiał modlitwy, by jego sąsiad nie zaczął wymieniać jego zasług w sposób, który doprowadzi całe towarzystwo do śmiechu. Na szczęście, starszy ksiądz zajął się odpowiedzią na pytanie kleryka.

Jestem ksiądz Len, po prostu. Możesz mi mówić też księżę Leniu – starszy kapłan uśmiechnął się szelmowsko – nie mam poza tym żadnych tytułów. Na twoje pytanie zaś odpowiem, że z wyborami prezydenckimi jest jak z nominacjami kanoników. To znaczy, głosować wypada właśnie na najbardziej zasłużonego.

Najbardziej zasłużonego wobec kogo? – dociekał seminarzysta. – Wobec Kościoła, mój drogi. Jest u nas w Polsce dokładnie jeden taki polityk…

– Jeden z siedzących przy stole mężczyzn tylko czekał na taką okazję. Był to młody ksiądz, po lewej ręce proboszcza, ubrany w elegancką marynarkę i koszulę ze spinkami, który, o czym przyjezdny seminarzysta nie wiedział, był tradycyjnym oponentem wszystkich siedzących przy tym stole. Zwłaszcza dyskutował zażarcie z księdzem Lnem. Jego koledzy twierdzili, że to po doktoracie w Niemczech tak mu się zrobiło, że część inteligencji przekuli mu na pewność siebie. Złośliwsi nazywali tą pewność arogancją. Teraz, poprawiając spinki od mankietów (prezent od arcybiskupa) wystrzelił jak z karabinu przygotowaną zawczasu kwestię.

Myślę, że zasługi PIS -u dla Kościoła są naprawdę żadne, a Duda to żałosny kandydat. Człowiek znikąd! Ksiądz zaś, księże Lnie, z całym szacunkiem, w ogóle nie powinien mieszać się do polityki. Popatrzmy na Quebec. To taka prowincja w Kanadzie – wyjaśnił głosem człowieka, który nie raz oglądał globus i ma pojęcie o geografii – tam sześćdziesiąt lat temu była podobna partia, co mieszała wiarę z władzą… Chociaż ludzie tłumnie chodzili do świątyń, to przestali. Przyszła laicyzacja! Oczywiście, była tam wiara niepogłębiona, niepaschalna, ale stracili nawet to, gdyż duchowni wspierali…

Poczekaj, czcigodny księże doktorze – starszy duchowny nie lubił, gdy mu przerywano. – Wróć z tej Kanady do Polski. Pomijając, że nikogo do niczego nie namawiam, to nie zamierzam chwalić nikogo z PIS-u… 

Ksiądz w marynarce ponownie poprawił swoje złote, niedzielne spinki i postanowił spróbować na innym odcinku frontu.

Skoro nie na PIS, to na pewno Brauna będzie ksiądz reklamował! Jak tak można, proszę księdza, to po prostu wstyd i kompromitacja! Ten człowiek ośmiesza katolicyzm i prowokuje do oskarżeń o antysemityzm. Tyle zostało zrobione dla dialogu polsko- żydowskiego, a ludzie pokroju Brauna, natankowcy, sekciarze… Oni ignorują nauczanie Soboru! Niszczą nasz wizerunek… 

Ksiądz doktor, człowiek o bogatym słownictwie, kontynuował swój wywód, a jego koledzy wikariusze wywracali oczami lub zbierali okruszki na obrusie, wyróżniające się na białych przestrzeniach między ładnie wyszytymi owocami wiśni, jabłkami i gruszkami. Ksiądz Len znał przesłanie, jakie kierował do niego młody doktor niemieckiej teologii. Skorzystał więc z przymusowej przerwy, by spróbować szarlotki. Pyszna. Pomyślał, że idealnie pasuje na deser w pogodne, majowe popołudnie, jakie widział za oknem plebanii. Pełne słońca liście, spragnione śpiewu ptaki. Zamknął oczy. Przypomniał sobie, jak pięknie światło ożywiało rano witraże, gdy śpiewał prefację. Jak bogata w głosy obudzonej przyrody była cisza, w której podniósł dziś nad ołtarzem Hostię! Z pogodnych myśli wyrwał go nie tyle dość piskliwy głos doktora, który niechcący nauczył się w ciągu minionych miesięcy  ignorować, co pochrząkiwania zmęczonego proboszcza, który tej sztuki nie posiadł. Gospodarz tutejszej parafii bardzo nie lubił nowoczesnej wersji chrześcijaństwa, jaką sławił ksiądz doktor.

Dialog, drogi księże doktorze – z uśmiechem spróbował odzyskać głos ksiądz Len – polega także na słuchaniu. Cenię filmy pana Brauna, ale nawet licząc je wszystkie w poczet zasług, ciągle jest w tyle wobec mojego kandydata… – Ksiądz doktor był zmieszany. Podejrzewał jakiś podstęp. Mimo to, już otwierał usta. Chciał uprzedzić wszystkich i wymienić choć jedną z wielu znanych mu z gazet zalet Komorowskiego. Ksiądz Len jednak tym razem mu na to nie pozwolił. Po krótkiej serii z karabinu księdza doktora, pełnej odwołań do Soboru i dziedzictwa judeochrześcijańskiego, postanowił wypalić z armaty.

Popieram Palikota. – oświadczył i nałożył sobie kolejny kawałek szarlotki.

Stołownicy w większości skończyli już deser. Sześciu księży i seminarzysta siedzieli teraz nad pustymi porcelanowymi talerzykami, otwierając szeroko usta ze zdziwienia. Za moment połowa wikarych chichotała, a księdza doktora zamurowało. Miał minę podobną do tych czarnych charakterów z kreskówek, co to zawsze mają pod górkę. „Och, Kojocie! Niestety, Struś Pędziwiatr znów ci zwiał!”, albo „Jak ja nie cierpię smerfów”… Z tym, że zwykle rysunkowy szwarccharakter cieszą się pewną sympatią dzieci. Natomiast tutejsi słuchacze nie mieli takiego sentymentu dla księdza doktora. Proboszcz miał z kolei minę, jakby wobec niepokojów świata i marności wszechrzeczy chciał przejść na buddyzm. Najbardziej zszokowany był jednak kleryk.

Ale to żart, prawda?- zapytał z pewną nadzieją – dobrze się udał księdzu ten żart… Lepiej żartować niż chorować, jak mówi mądry kanonik z mojej rodzinnej parafii 

Ksiądz Len z poważną miną wypił nieco herbaty. Była Przyjemnie gorzka po jabłkowej słodyczy, posypanej jeszcze, w halinkowym, hojnym stylu, całymi zaspami cukru pudru. rozejrzał się po obecnych i podjął się małego sprostowania.

Nawet jeśli to żart, to trzeba pojąć pointę, prawda? Jeśli ksiądz doktor pozwoli, to przedstawię swoje racje. Oczywiście, nasz tutejszy specjalista z doktoratem z Katolickiej Nauki Społecznej ma rację całkowitą – ksiądz nie powinien mieszać się do polityki. Jest to zasada powszechnie niemal akceptowana. Dla niektórych, z tego właśnie powodu, jest to wręcz zasada najważniejsza. Są ludzie, którzy potrafią wyjść z kazania, gdy padnie w nim zdanie takie jak: „potrzeba nam moralności w polityce”, albo „od sprawujących władze oczekujemy służby Ojczyźnie”; nawet takie ogólne prawdy na temat polityki potrafią, jak wiem z doświadczenia, urazić wielu naszych katolików. Ba! nawet cytaty z bł. Popiełuszki czy św. Jana Pawła II budzą alergię. Jest w tym przesada i pewien pomysł na życie. Bądź sobie katolikiem, ale tak, by religia nie miała nic wspólnego z poważnymi sprawami, którymi się zajmujesz. 

Len rozejrzał się po słuchaczach. Widział, że ma ich uwagę. Nazwisko o biłgorajskim rodowodzie robiło swoje, nawet doktor słuchał.

Ale jest też druga strona tego medalu. Czasem to nie ludzie są nadwrażliwi i źle rozumieją sprawę, tylko kapłani się wygłupiają. Znamy wszyscy sprawę z niedalekiej wioski. Tam, gdzie o urząd wójta startował aferzysta spod zielonej gwiazdy, że się tak wyrażę, by oddać jego orientację polityczną. Startował tam też poczciwy przedsiębiorca, wieszający flagę na każde święto, pracowity i trzeźwy, szczerze praktykujący wiarę. Niestety, tamtejszy pasterz wprost powiedział, na kogo trzeba głosować, żeby było dobrze… Nie przewidział, że już parę miesięcy po wyborach wyjdzie sprawa umorzeń podatkowych. Podczas poprzedniej kadencji wspomniany aferzysta pozałatwiał temu i owemu umorzenie podatku. Kwota nie jest teraz ważna, ale to było w sumie chyba półtora miliona, a tamta gmina, moi drodzy, jest akurat zadłużona po uszy. Za wójta wzięło się CBA, a proboszcz jest na językach parafian. Stracił sympatię tych najuczciwszych, najbardziej oddanych Kościołowi, bo poparł cwaniaka i kacyka. Taki sojusz może nie tyle tronu z ołtarzem, jak lubią u nas niektórzy powtarzać – starszy ksiądz spojrzał na siedzącego naprzeciwko doktoranta  – bo tam jednego i drugiego brak. Takie przymierze dwóch biurek, moi drodzy. Na jednym, w urzędzie gminy, wójcina odsypia wesele, gdzie robił za grajka. Na drugim tamtejszy pleban sprawuje święte misteria, bo od reform soborowych ma ten sam tymczasowy stolik, śmiesznie podobny do biurowego mebla. Tak jest, księże proboszczu, dobrze mówię? Co? żeby nie gorszyć kleryka? Niech wie, jak jest! Może tam trafi na wikariat. Ale wracając do tematu – mieszanie się w politykę, nawet w samorządy, to dla księdza taniec słonia na lodzie, dodajmy – lodzie cienkim jak opłatek. Dlatego sam się boję tego, co zaraz powiem, bo wmieszam się nieco w politykę. Uważam, że żaden z polityków w ostatnim dziesięcioleciu nie zrobił dla Kościoła w Polsce tyle, ile Janusz Palikot. To on, niemal sam jeden rozwalił libertyńską lewicę od środka, okaleczył ją na lata, dosłownie zaorał polityką personalną rodem z dworu mongolskiego chana, a potem – zgodnie ze starą, rzymską tradycją, posypał solą. Można jeszcze dodać, że do tej pory tańczy wesoło na jej grobie. Czemu się dziwicie? Tak właśnie jest. Wasze oburzenie na mój pogląd bierze się z przekonania, że mówić o Palikocie pośród ludzi reprezentujących jakiś poziom jest po prostu niegrzecznie. Właśnie! Przez to stał się największym naszym dobroczyńcą. Palikot zraził swoimi durnymi zachowaniami i niepojętych chamstwem szerokie rzesze społeczeństwa, ale to jeszcze mało. Co istotniejsze, wciąż jeszcze stosunkowo niewielkiej grupie antyklerykałów w naszym kraju zaszczepił głębokie przekonanie, że walka z Kościołem to dla nich droga do władzy w Polsce. Słyszałem niedawno wypowiedź tego polityka, w której jednocześnie zapowiadał ludziom wprowadzenie europejskiej waluty i obłożenie księży podatkiem. Pomyślałem wtedy, że trudno byłoby mocniej wpychać przeciętnego, myślącego Polaka z powrotem do kościoła. Nasz naród naprawdę jest jak lawa; czasem narzekacie, że ludzie nie dają hojnych ofiar, że skąpią „na kościół”… Powiem wam coś, moi drodzy. Oni nie dają, bo naprawdę nie mają. Pamiętam miny księży, gdy odwiedził tę parafię zakonnik z Londynu; jak opowiadał, co za sumy widuje tamtejsza skrzynka na ofiary… Albo ile ludzie składają przy okazji chrztu i ślubu. Nasz naród lubi, a może nawet kocha katolicyzm, choć jest to uczucie niepozbawione goryczy i złośliwości. Jest burzliwe i bogate w wahania, jak każde wielkie uczucie. Mimo, że codziennie tylu Polaków na księży narzeka, to jednocześnie naprawdę uznaje nas za część swojego dziedzictwa, więcej! za część życia po prostu; ubolewamy jako księża, że tylu starych komuchów chce mieć katolicki pogrzeb. Jak im się dziwić? Ich ideologia skompromitowała się w siedemdziesiąt lat tak, jak wszyscy duchowni nie zdołali skompromitować Kościoła przez dwadzieścia wieków. Mimo ich usilnych starań, dodajmy. Albo inny przykład. Ten agnostyk zza miedzy, sąsiad księdza proboszcza… Tak, mój drogi gospodarzu, wiem, że będzie proces, ale poczekaj, nie protestuj. Słuchaj. Właśnie o tym mówię. Ten Wiśniewski – gdyby mu firma nie zbankrutowała, gdyby kraj się normalnie rozwijał, gwarantuję ci – przy okazji chrztu wnuczki przyniósłby ci kopertę większą niż to, co chce od ciebie za ten kawałek ogrodzenia, co stoi na jego… Dobrze, wiem, że będzie proces. Zgadza się, nie wiadomo jeszcze, jak przebiega podział. Tak, przyjadą geodeci, będą nowe pomiary, niepotrzebnie powiedziałem, że to jego grunt, przepraszam…

Proboszcz jednak nie dawał się uspokoić, walka o ogrodzenie spędzała mu sen z powiek od miesięcy. Oburzony zaczął krytykować starszego kapłana, który z kolei próbował go uspokoić. Ksiądz Len zniżył się w końcu do przekupstwa, z uśmiechem nakładając proboszczowi ostatni kawałek szarlotki. Tym razem spowodowało to lament na temat trzymania diety. Wikariusze bawili się coraz lepiej, nawet pani Halinka śmiała się z kuchni, gdy usłyszała z ust proboszcza słowa o diecie. Z zamieszania postanowił skorzystać ksiądz doktor.

Proszę drogich księży o kulturę dyskusji! Ja nie nadążam za tymi wątkami. Teraz ksiądz proboszcz krzyczy coś o płocie, a potem o diecie, a ksiądz Len chwali księdza Palikota… – Tym razem wszyscy po prostu wybuchnęli śmiechem, opadło. – o, przepraszam, pana Palikota! No, aż tak daleko bym się nie posunął – kontynuował z rozbawieniem starszy kapłan, ciesząc się, że napięcie opadło. Zaraz też dodał już poważnie, chcąc być dobrze zrozumianym – Po prostu on zrobił dla Kościoła bardzo wiele, bo skupił przy sobie wszystkich na Kościół rozzłoszczonych lub też takich, którzy na tym rozzłoszczeniu chcieli zbijać kapitał polityczny i nie tylko polityczny zresztą. Najpierw zebrał ich, by następnie całą tę ideę świeckiego, czyli w ich zamyśle antykatolickiego, państwa pokryć grubą warstwą nieczystości. Długo się jeszcze nie podniosą. Jest to wielka jego zasługa, że największy krajowy cham jest kojarzony z ateizmem. Nie trzeba nawet ludzi ostrzegać, że jeśli nie będą trwali przy Krzyżu, to Polskę zaleje dzicz i barbarzyństwo. Wystarczy, że pokażą w telewizji brodatych fanatyków, z którymi, jak lubi powtarzać ksiądz doktor, trzeba nam prowadzić dialog, a potem Palikota. Skutek? Jak podczas ostatniej kolędy. Pod numerem 155, jak wiecie, przy ulicy Lipowej stoi u nas willa, gdzie od wieków księdza nie przyjmowali. W tym roku wychodzę od ich sąsiadów, a w willi już się piękna kuta brama otwiera, już starszy pan narzuca w biegu palto i jeszcze dobrze nie wróciłem na chodnik, a on już mnie zaprasza i prowadzi. On – stary wojskowy, ona – dyrektorka uniwersyteckiej biblioteki w niedalekim mieście. Bardzo miło mnie przyjęli. Wspólny temat był, bo lubią książki i muzykę. Ale poruszyli i inne sprawy, czego się nie spodziewałem. Mówili o wierze, o  nadziei, o pięknie Ewangelii, wyobrażacie sobie? Powiecie, że starym bezbożnikom śmierć w okna puka, depcze im śliczne trawniki, to się nawracają, żeby i pogrzeb był, jak u wszystkich. Ja jednak miałem inne wrażenie. Po prostu urodziły się im wnuki. No i starzy zaczęli myśleć nowymi kategoriami. Nagle taki ksiądz jak ja, mówiący o Bożym porządku, o miłości i nadziei, o dziedzictwie chrześcijańskim, zaczął ich interesować. Wracając na ziemię… Widzę, że już skończyła się szarlotka, wiec i ja zmierzam do finału. Mam na koniec jeszcze mocną hipotezę. Co, jeśli Palikot zrobił to wszystko specjalnie? 

Zmarszczone czoła i dziwne miny zebranych sugerowały mówcy, by albo jasno wyłożył myśl, albo kończył i oszczędził choć trochę z tego pięknego, niedzielnego popołudnia.

Może być oczywiście tak – wyjaśniał dalej Len – że skompromitował idee, w które wierzy, zupełnie niechcący. Być może jest zaś odwrotnie, a Palikot jest zupełnie bezideowy, niczym kogucik na wieży, wrażliwy na powiewy wiatru dziejów. Wyczuł w atmosferze antychrześcijańskie prądy i postanowił na nich poszybować do kariery, nie przewidując takiego upadku, takiej kompromitacji, jak obecna. Może być też jednak inaczej. Widywałem dawniej pana Palikota wydeptującego korytarze kurii biskupiej. Niewykluczone, że wówczas, gdy okazywało się, jak słabo przędzie jego prawicowa wówczas gazeta, w głowie pojawił mu się plan przechodzący wszelkie pojęcie. Na pewno nie była to tajna, zlecona przez kogoś misja. Trudno by sobie wyobrazić poziom konspiracji, jakiego wymagałaby taka operacja. Nie myślę więc, by Palikot był, przepraszam za wyrażenie, najgłębiej zakonspirowanym agentem Watykanu. Przykładu trzeba szukać w literaturze, ale nie w szpiegowskich thrillerach zza oceanu. Mam na myśli Konrada Wallenroda. Czemu tak patrzycie? Czy w waszych czasach, młodzi, już nie było Słowackiego wśród lektur szkolnych? 

Zapadła cisza. Wikarzy szykowali się do wyjścia, spoglądając na proboszcza. Gospodarz zaś chrząknął i odpowiedział

Ksiądz Len to ma pomysły, strach powtarzać. Widzisz młodzieńcze, czego my musimy tu wysłuchiwać? 

Spojrzał z poczciwym uśmiechem na kleryka, z którego twarzy nie mogło zejść szczere zdziwienie.

Mimo wszystko ja na Palikota glosować nie będę! Zagłosuję jak zwykle. Może tym razem się uda! – Po czym proboszcz ułożył banalną rymowankę z nazwiskiem swojego kandydata, pewny, że się uda. Potem nieco ociężale wstał, z nim pozostali księża. Za oknem śpiewały ptaki i popołudnie, choć krótkie do wieczornej Mszy, obiecywało miły wypoczynek. Okazało się jeszcze, ze jednak ks. Len nigdy nie ma dość gadania

Cóż – rzekł przysuwając krzesło i składając ręce do modlitwy po posiłku – jest też możliwe, że spełniło się w wypadku tego polityka po prostu stare przysłowie. Jak to było, pamiętacie? Ze jak Bóg kogoś chce ukarać, to mu coś tam odbiera… 

Starszy kapłan mierzył wzrokiem stojących przy stole młodych księży. Uśmiechał się przy tym szelmowsko, jakby szukając na ich twarzach odebranego rozumu z przysłowia. Jeden z młodych, dotąd milczący, potwierdził jednak, że nauki księdza Lna nie idą w las, że jeszcze nie są u Pana Boga na tym etapie karcenia – Już wiem, co dobiera za karę, księże Lnie! Głos! Odbiera głos, jak ktoś nie odpoczywa w niedzielę!

1 komentarz:

  1. "Mam na myśli Konrada Wallenroda. Czemu tak patrzycie? Czy w waszych czasach, młodzi, już nie było Słowackiego wśród lektur szkolnych?"
    Ach ten stary ksiądz podpuszczał wszystkich bezczelnie z tym Słowackim.

    OdpowiedzUsuń