whos.amung.us

piątek, 1 maja 2015

Głośna wiosna sów, czyli gawęda przyrodniczo-patrystyczna

Od Redakcji.
Mamy majówkę więc o czym tu pisać jak nie o jej urokach? Zapraszam do lektury poniższego tekstu. Jest długi ale i długi weekend przed nami. Poza tym to unikalna szansa wejścia w świat, który dla ludzi z miasta jest prawie niedostrzegalny, choć jak przeczytacie zaraz wciąż osiągalny.

Autor: ks. Jan Dobrowolski
Nie zawsze skowronek zapowiada wiosnę. Czasem mogą go wyprzedzić romantyczne sowy, zamieszkujące wraz ze mną okolice starego kościoła w małym wschodnim miasteczku. Oto krótka gawęda przyrodnicza – opowieść o sowach z przemyconym przesłaniem metafizycznym.
Znam dobrze wiosenne ptaki. Czajki, boćki, skowronki… Jako przedszkolak z radością śpiewałem na cześć tych ostatnich:
Śpiewa skowronek dźwięcznie jak dzwonek,  

że gniazdko ma wśród zbóż,  
to po tym można od razu poznać,  
że wiosna jest tuż, tuż! /bis/ 

Szukanie śladów ocieplenia i ożywienia było moim ulubionym dziecięcym zajęciem. Godzinami łaziłem po łąkach i mokradłach leżących nieopodal domu, wsłuchując się w szum rzeki, ćwierkania, szelesty, kląskania i całą resztę tej zupełnie udanej symfonii. W tym roku jednak pierwsze dźwięki wiosennego ożywienia zaśpiewały mi sowy. Dźwięki, trzeba powiedzieć, bardzo nietypowe.
Zaczynam od hałasu, jaki robią te ptaszyska, ponieważ sowę zwykle łatwiej usłyszeć niż zobaczyć. Wydaje się oczywiste, że paszczowy odgłos sowy to  „hu, hu„. Nie darmo napisał w słynnym wierszu poeta:
Zając kica w polu

sowa huka w boru

Ale! Sowa sowie w tym względzie, jak się okazuje, wcale nie równa! Taka np. pójdźka jak sama nazwa wskazuje robi: „puij„, co przypomina nasze polskie „pójdź„, skąd wzięła się rymowanka o nieco pesymistycznym wydźwięku: „pójdź w dołek pod kosciołek„, taki pra – tweet z czasów, gdy jeszcze cmentarze okalały świątynie. To porzekadło okazało się zresztą zgubne, ludzie tępili z tego powodu sowy. Płomykówki też nie miały lekko – przerażające z powodu swojego jasnego upierzenia. Jeśli taka sowa mieszka w dziupli z dużą ilością próchna, może nawet świecić w nocy. To może i straszyć, i fascynować. Kazimierz Moszyński, autor monumentalnej „Kultury ludowej Słowian” wspomina, iż właśnie ludy zachodniej słowiańszczyzny zachowały szczególnie dużo podań o latających w nocy jasnych kulach. Babcia twierdzi, że u niej na Śląsku mówiło się na nie „nocnica”. Nieraz pewnie nazywano tak nieświadomie sowy. A proposludowych wierzeń o nocnych ptakach – Niedawno był u nas kaznodzieja, niezwykle „mowny” (ksiądz ma być łowny, jak kot ma być mowny, jak przekręcał jeden znajomy proboszcz) doktor socjologii, który usłyszawszy przy stole o naszych przykościelnych sowach, z kamienną miną oświadczył, że pewnie tu są, bo ktoś niedługo umrze. Nie było jasne, czy żartuje, czy mówi poważnie, czy prowokuje. Obserwując nasz udawany brak reakcji i nagły wzrost zainteresowania zawartością talerzy poparł jeszcze swoją prognozę tym, że to ludowa mądrość, która przecież skądś musiała się wziąć.Najpewniej z wielu setek lat obserwacji, dodał. Nasze własne obserwacje jednak temu przeczą: proboszcz twierdzi, że sowy są tu od lat, gniazdują w wieżyczce sygnaturki, a miejsce wiosennych schadzek mają koło plebanii, jakby była to dla nich akurat szczególnie romantyczna okolica. Przypomina się stary kawał o bocianie, który wywołał we wsi zgorszenie, krążąc nie nad tym budynkiem, co trzeba… Faktem jest jednak, że każdego wieczoru, od końca lutego do połowy marca, słyszeliśmy gwizdy i piski. Tak porozumiewają się ze sobą, łamiąc dotyczące sów stereotypy, mieszkanki puszcz jodłowych i gęstych lasów, sóweczki.
No właśnie. O ile można je poznać bezbłędnie z hałasu, który czynią, sóweczki trudno wypatrzeć. Oglądałem film przyrodniczy realizowany w ramach jakiejś kampanii społecznej, mającej zwiększyć społeczną świadomość dotyczącą sów. Realizowali go leśnicy z Lasów jeszcze Państwowych. Napięcie jak w dobrym horrorze. Dwu poważnych panów pokazuje na zwartą ścianę górskiego lasu i mówi – o, tam siedzą sóweczki, tam mają siedlisko te rzadkie ptaki Polski. Pobliski park narodowy chlubi się, etc. Tak to zapamiętałem. Rozbawił mnie niezmiernie ten fragment, bo ja nie musiałem jechać w głąb wieczystych puszcz, by znaleźć sóweczkę. U nas żyją one po prostu w środku miasteczka. Nie same zresztą, na niedalekim kościele gnieżdżą się też płomykówki. Drugą zabawną sprawą była niezwykle wdzięczny podtytuł całej akcji, w ramach której nakręcono powyższy film – Bubobory w Lasach Państwowych. Udane słowotwórstwo! Największa z sów, Puchacz, to po łacinie Bubo bubo. Zresztą, z łacińskiej nazwy puchacza, według XIX-wiecznych etnografów, wywodzą swoją nazwę boboki lub beboki, ludowe ślaskie potwory, którymi dla żartów straszyła mnie babcia –nie wychodź na dwór nocą, bo cię beboki zjedzą. Stąd więc „bubo” w buboborach. No, a druga część słowa? Cóż, bór to bór. Sowa huka w boru, ale, jak mówię, nie tylko. Także w małym, wschodnim miasteczku. No, z tym, że nie huka. Sowa śpiewa w powiatowym mieście, to będzie poprawnie. Tak życie przeformułowało poezję.
Sowy są tak blisko, gdyż ostatnie dekady były pomyślne dla Polskiej przyrody. Przynosi efekty ochrona oraz coraz lepsza edukacja ekologiczna. Ktoś mógłby z goryczą dodać, że upadek przemysłu i licznych gałęzi rolnictwa też tu pomaga… Jakby nie patrzeć, zwierzyny i ptactwa przybywa, czasem wręcz za bardzo (myślę o was, bobry z przydomowego stawu mojego taty, coście do pnia wszystko tam wygryzły…). Aby udowodnić, jak wiele się zmienia w tym względzie, pozwolę sobie na chwilę wspomnień. Oto, jak pierwszy raz poznałem sóweczkę.
Jako dzieciak najbardziej cieszyłem się, gdy dostałem od rodziców kolejną książkę z serii „Tajemnice dzikiej przyrody”. Wspaniałe pozycje! Na szczęście, pisane przez przyrodników bardziej rzetelnych niż Hašek, niesławny redaktor „Świata zwierząt”. W jednym z tomów tej serii, pod tytułem Rzadkie ptaki Polski, znalazłem właśnie sóweczkę. Pięknie namalowana (wszystkie ilustracje były reprodukcjami rysunków lub obrazów), siedziała w mojej książce na sosnowej gałęzi, trzymając w szponach upolowaną sikorkę. Miała bardzo poważną i drapieżną minę. Chociaż bowiem sóweczka to po łacinie Glaucidium passerinum, a Passer to w języku Kościoła wróbel, nie żyje ta sowa z wróblami za pan brat. Przeciwnie. Oddajmy głos autorowi Rzadkich ptaków Polski:
Sóweczka to najmniejszy gatunek spośród sów występujących w naszym kraju. Jest zaledwie wielkości szpaka, choć jej duża głowa i sute upierzenie sprawiają, że wydaje się nieco większa. Ma nieduże, żółte, przenikliwe oczy osadzone blisko siebie, a wokół nich, niewielką szlarę z piór. Nadają one jej twarzy drapieżny i jakby złośliwy wygląd. I rzeczywiście, pomimo swych skromnych rozmiarów, sóweczka jest wielkim drapieżnikiem. W przeciwieństwie do innych sów przejawia jednakową aktywność w dzień i w nocy, co wiąże się z jej sposobem odżywiania (…) poluje na drobne ptaki leśne: zięby, sikory, świstunki, muchołówki, ale potrafi pokonać nawet dzięcioła dużego, drozda śpiewaka czy grubodzioba, czyli ptaki swojej wielkości. 
Tu muszę lekko zaprotestować w sprawie rzekomej dziennej aktywności tych ptaszysk. W ciągu dnia moje sąsiadki przesiadywały na gałęzi, we trzy lub cztery, wtulone w siebie, najczęściej w środku dużego krzaczka jemioły. Miały przy tym zabawny i uroczy wygląd. Jeden kolega stwierdził, że siedząc godzinami w tej swojej jemiole, zawieszonej kilkanaście metrów nad całkiem ruchliwą trasą, sóweczki kontemplują tajemnicę bytu. Ale on jest filozof, jak widać, nawet małe sowy gotowy swoją miarą mierzyć. Tym niemniej, na pewno łatwo było wtedy pojąć, skąd wzięło się słowo „osowiały” i „osowieć”.  Sóweczki bowiem nie wyglądały wtedy zbyt entuzjastycznie, choć nastroszone pióra przydawały im wielkości i powagi, do tego stopnia, że czasem zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie jakieś inne, większe bubobory, choćby  niedaleko mieszkające płomykówki. Jednak uznałem w końcu, że najważniejsze są ich odgłosy i obyczaje. Jak przeczytałem w jeszcze innej książce – sóweczki są aktywne o poranku i z wieczora, a w lutym i marcu dużo „śpiewają”. Faktycznie, Tadeusz Stawarczyk, któremu pochopnie przerwałem, pisze również i o tym:
Choć sóweczka poluje w ciągu dnia, trzeba mieć dużo szczęścia, by ją zobaczyć. Jest ruchliwa i szybko lata, ale nie rzuca się w oczy i zwykle przesiaduje w ukryciu. (To znaczy chyba, że upolowanie dziennej porcji ptaszków nie zajmuje jej wiele czasu. przyp. mój.) Wiosną najłatwiej wykryć ją po zmierzchu, gdy rozpoczyna swój monotonny koncert złożony z wielokrotnie powtarzanego gwizdu, który łatwo można naśladować. Sóweczka, biorąc nasze pogwizdywanie za głos konkurenta, nierzadko zbliża się na niewielką odległość i pozwala się obserwować, choć w ciemnościach zwykle możemy dostrzec tylko jej drobną sylwetkę. 
Potwierdzam, są niezmiernie ciekawskie. Próbowałem naśladować ich nieskomplikowaną muzykę (trzygodzinny koncert na cztery sowy, czyli gwizdy cały wieczór co dwadzieścia sekund), co faktycznie powodowało pewne zainteresowanie. Zlatywały wtedy na niższe gałęzie drzew otaczających plebanię. Kiedyś wykorzystałem najnowsze zdobycze technologii i nagrałem fragment ich popisów telefonem, żeby za chwilę puścić im ich własne gwizdy. No cóż, były skonsternowane, najpierw gwizdały częściej i mocnej, potem przeniosły się po prostu dalej i dalej gwizdały swoje. Mam nadzieję, że nie była to zbytnia interwencja w ich życie i że dojdą do siebie bez unijnych programów pomocowych dla sów, w których intymność wkroczył ciekawski ksiądz. Ksiądz, który nigdy nie spodziewałby się znaleźć tak blisko jednego z rzadkich ptaków Polski.
Bliskość między mną, a sóweczkami mogła zresztą przerodzić się w pewnym momencie w kohabitację, czyli wspólne mieszkanie. Nie żebym ja pchał się w sowią jemiołę, na podobieństwo św. Antoniego, co miał domek na wielki włoskim orzechu nieopodal Padwy. Mnisi iroszkoccy mieli na takie zamieszkanie nawet osobną nazwę, sugerującą nielekki jego charakter. Gdy ktoś w starochrześcijańskiej Irlandii czy Szkocji szedł na odludzie, mieszkać wśród zwierząt, mówiono, ze to „zielone męczeństwo”. Nie byłbym na coś takiego gotowy, zresztą, te akurat sowy mieszkają zbyt blisko ludzi. Była natomiast szansa, by zamieszkały na jakiś czas u mnie.
Znam to niestety tylko z relacji. Pewnej pogodnej marcowej nocy, około dwudziestej trzeciej, do mojego współwikariusza zadzwonił domofon. Kto? No, oczywiście dzieci gimnazjalne. Znalazły niedaleko plebanii łażącą po ziemi sowę, wyglądającą, jakby była ranna. Co robić, proszę księdza? Mój kolega nie wiedział i kazał dzieciom sową się zaopiekować. Teraz wiem, że przyrodnicy poradziliby ją wypuścić tam, gdzie była znaleziona, gdyż najpewniej nie było to nic poważnego, może młoda sóweczka uczyła się latać? Wspominam o tym, gdyż historyjka powyższa pokazuje, jaką mimo wszystko estymą i jakim zaufaniem społecznym cieszą się kapłani w naszej Ojczyźnie. Inną rzeczą jest fakt, iż gdyby to do mnie włócząca się po nocy dzieciarnia zadzwoniła, tobym kazał im sowę zostawić na plebanii, skoro już ją przyniosły. Wiem, nie jest to najlepsze wyjście dla dzikich zwierząt. Pomyślcie jednak tylko! Gdyby udało się ją oswoić, ptak taki, oprócz tego, ze zniszczyłby mi pewnie wszystkie książki i żyrandole, oddałby zapewne nieocenione zasługi w przepowiadaniu. Weźmy takie misje ludowe, na jakiejś lubelskiej czy podlaskiej wsi. Mówisz kazanie o śmierci:
Drodzy bracia i siostry! Dziś może być nasz dzień ostatni! Nikt z nas nie może być pewny, a śmierć, niby sowa lata nad nami i szuka ofiary!
W tym momencie kościelny wypuszczałby sóweczkę z klatki, z jakiegoś niewidocznego miejsca. Cichy lot nad przestraszonymi parafianami, lądowanie na ambonie, kilka pisków… Potem mogłaby siedzieć mi na ramieniu i przenikliwie patrzeć na słuchaczy… Oczywiście żartuję. Inną jest kwestią, że jeszcze niedawno kaznodzieje wykorzystywali takie środki. Opowiadał mi jeden ksiądz, że jako małe dziecko był świadkiem, jak na nauce stanowej dla kobiet ojciec misjonarz, dominikanin bodajże, wyciągnął w pewnym momencie spod habitu ludzką czaszkę i rzucił ją na środek kościoła, krzycząc: tyle z ciebie zostanie! Czaszka oczywiście musiała być podróbką z jakiegoś tworzywa. Ale wrażenie ponoć było spore. Homiletyczne wykorzystanie obłaskawionej sóweczki podsunął mi zaś ks. Twardowski. Jak czytamy w jego „Niezbędniku”:
Słyszałem od swojego starego, już nieżyjącego proboszcza, że jego proboszcz z czasów arcybiskupa Felińskiego lubił głosząc kazania ilustrować je widocznymi przedmiotami. Umówił się z kościelnym, że kiedy będzie głosił kazanie o Duchu Świętym, kościelny wypuści gołębia na kościół. Zaczął mówić: 

– oto Duch Święty……….. – i czekał, kiedy się gołąb pojawi. Zapadło milczenie, bo nic sie nie działo, słuchacze nie wiedzieli, o co chodzi. Nagle wpadł kościelny i krzyknął: 
-Proszę księdza, ducha świętego kot zjadł!

To były czasy! Czasy naprawdę wielkiej i nowej Ewangelizacji w rozdartej zaborami Polsce… Czasy Pelaczara, Felińskiego, Markowskiego, Kłopotowskiego… Mam ochotę o nich trochę poopowiadać, ale to historia na inny raz, na długą gawędę o naszych świętych chrzcicielach Polski z XIX wieku… Mam nadzieję, ze moja hipotetyczna sowa nie podzieliłaby losu gołębia, który grał zresztą przerastającą go o niebo rolę Boskiej Osoby. No tak, ale i sowy symbolizują jedną Osób Boskich, nie będąc na tym polu od gołębi gorsze, choć pewnie mniej jest to znane i popularne. Jeśli więc ktoś uważna, że sowa to tylko symbol nieszczęścia, smutku zła, dołka pod kościółkiem, to spieszę podjąć się apologii sowiego symbolu w chrześcijańskiej kulturze. Choć przysłowie ludowe mówi, iż gdzie lata sokół, nie latać tam sowie, to jednak w sferze metafory udało się sowom wzlecieć bardzo wysoko. Oto między II a IV wiekiem, w dalekiej Aleksandrii niejaki Epifaniusz napisał swój traktat o naturze ptaków, bestii i kamieni, opierajac się to na Arystotelesie, to na Pliniuszu Młodszym, to na innych, mniej znanych źródłach. Oto jak zaskakująco pisze o sowie właśnie, de noctua (traktat znamy w łacińskim odpisie):
Powiada Psałterz: Stałem się jak sowa ( Ps 101, 7). Fizjolog zatem mówi o ptaku bardziej kochającym ciemności, iż światło. Komentarz: Tak Pan nasz, Jezus Chrystus, umiłował nas siedzących w ciemnościach i cieniu śmierci (…) Powiadasz: nieczystym ptakiem jest sowa, lecz Zbawiciel mówi przez Apostoła: Tego, który nie znał grzechu, za nas uczynił grzechem (2 Kor 5, 21); uniżył samego siebie, aby nas wywyższyć: Stał się wszystkim, aby wszystkich zbawił (1 Kor 9, 22). 
Do tego zbawienia wszystkich zaraz wrócę; chcę tylko jeszcze znaczyć, ze w średniowiecznych kompendiach wiedzy przyrodniczej nie było opinio communis co do sów; autorzy bardzo się różnili co do oceny tego, czy sowa to pozytywny czy negatywny symbol. Tak też choćby pobożny mnich Hugon z Folieto w swoim Aviarium (traktat o ptakach), młodszym o jakieś sześćset lat od dzieła Epifaniusza, mówi już o sowach jako o zwierzętach nieczystych, symbolizujących grzesznika. Daje ją za przykład ociężałości i lenistwa, co zgadza się z obserwacją tych nocnych lub wieczornych i porannych ptaków, które odpoczywają najczęściej w dzień. Można to tłumaczyć odmiennymi kręgami kulturowymi – dla Greków sowa była zwierzęciem mądrej bogini Ateny i jej wspaniałego miasta, na zachodzie widać panowały inne przekonania. Współczesnego czytelnika będzie jednak bawić i zadziwiać obfitość szczegółów zupełnie bez związku z faktycznym życiem tych zwierząt, niezgodnych z najprostszymi obserwacjami przyrodniczymi. Takie jednak były czasy, taka była mentalność – obie księgi dane ludziom przez Boga, czyli Biblię i Przyrodę, odczytywano z wielkim rozmiłowaniem i fantazją w alegoryczny sposób. Obie też te księgi ogłaszano w ten sposób z ambony. Dziś, gdy idziemy inną drogą (lub może lepiej: innym odcinkiem tej samej ścieżki), warto choćby to zachować i przyswoić, że właśnie księgi te są dwie, jednego Autora. Czasem Autor ten przypomina nam o tym tak dobitnie, jak właśnie na wiosnę, w czasie Wielkanocnym. On sam wszystko przenika, mądre księgi, starych mnichów, młodych księży, wieczne sowy. Wieczne? No, tak mi się Keats skojarzył ze swoim słowikiem ze słynnego wiersza. Przepraszam, sowy, że was tak wysoko nie wzniosłem, tylko taką zabawną gawędę wam poświęcając.
Wypada kończyć opowieść o głośnej wiośnie sów. Pomimo moich obaw, dźwięki dochodzące zza okna, czyli odgłosy motorynek, kosiarek oraz improwizowane koncerty ptactwa potwierdzają, że moje sóweczki nie wybiły do nogi ptasiej braci, nie zagłuszyły zupełnie audycji „ptasiego radia”. Można by jeszcze napisać o tym, jak medytowaliśmy z proboszczem, czy da się wziąć z Unii Europejskiej dopłaty za takie sowy, czy o tym, jak z nimi stary kanonik próbował rozmawiać, albo jak to odbywają się ćwiczenia ptasich sił samoobrony wokół sóweczkowych gniazd. Każde opowiadanie ma jednak koniec i nawet taki nałogowy gadacz jak ja w końcu się męczy. Posłuchajmy jeszcze tylko Artura Międzyrzeckiego, którego wiersz cytowałem na początek we fragmencie:
Nikt nie wie co i kiedy się zaczyna

że skończyła się właśnie starożytność
Rozpoczęły się wieki średnie
Albo że się kończą
Albo ze to już oświecenie
i ogółu to nie dotyczy
Jak się orało tak się orze
Jeździec coraz inaczej ubrany
Pyta ciągle o tę samą drogę
Kto się zmęczył, tego chowają
Zając kica w polu
Sowa huka w boru

Jakąś mają dla nas naukę, może taką jak w wierszu, może jeszcze inną, poranne i wieczorne sóweczki z małego miasteczka. Niewątpliwie jest bardzo pokrzepiające, żeby zacytować na koniec arcydzieło współczesnej popkultury, że jakby nie było, to życie znajdzie sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz