Zacznijmy od końca, czyli od zapowiedzianej premiery filmu francusko –polskiego pod niewinnym tytułem „Niewinne”, nakręconym w styczniu-marcu 2015 r. w Ornecie i Krośnie.
Jak się wydaje, pomysł nakręcenia tego francuskiego dzieła pojawił się w prosty sposób: właśnie po produkcji i sukcesie filmu „Ida” zostały w dobrym stanie kostiumy zakonnic i tzw. wnętrza klasztorne oraz aktorka Kulesza, która na tę okazję przemieniła się z „Wandy Gruz z MBP’ w przełożoną klasztoru. Same „plusy finansowe” , tylko trzeba było dopisać scenariusz.
Moje zainteresowanie filmem przyciągnęło bardzo smaczne zdjęcie z filmu opublikowane na jakimś portalu: zakonnica  urodziwa jak młoda rzepa, siedzi na łóżku (więziennym , zakonnym?)  w habicie bardzo obiecująco zadartym aż do majtek.
Fantastyczna reklama. Zdjęcie umieszczone chyba w artykule pod tytułem „Niewinne-zakonnice już na Mazurach” na portalu filmowym.
I tam też jest opis fabuły, powtarzający się we wszystkich notkach co do przecinka: „…Akcja filmu"Niewinne" rozgrywa się w Polsce, zimą 1945 roku. Mathilde Beaulieu (Lou de Lâage) to młoda stażystka pracująca w lokalnym oddziale francuskiego Czerwonego Krzyża, który ma na celu odnalezienie, wyleczenie i repatriację Francuzów ocalonych z niemieckich obozów. Pewnego dnia do szpitala przyjeżdża polska zakonnica. Łamanym francuskim błaga Mathilde, żeby wróciła z nią do klasztoru. Życie i przekonania Mathilde zmieniają się, gdy odkrywa zaawansowane ciąże u kilku z sióstr mieszkających w zakonie, tuż obok szpitala, w którym pracuje dziewczyna. ..”.
Scenariusz  dzieła napisały 4 Francuzki, podobno „na podstawie faktów”. Reżyseria francuska, obsada: francusko-polska. Z udziałem Wandy Gruz i Agaty Buzek w roli "zakonnic".
Szykuje się nam  czwarty w historii powojennego filmu polskiego „numer z zakonnicą”. Najpierw Lucyna Winnicka z małżonkiem Voigtem pokazywali zgubne skutki opętania w klasztorze żeńskim.W następnym złe zakonnice biły biedne sierotki drewnianym różańcem. „Po upadku komunizmu” reżyser Pawlikowski z Wielkiej Brytanii zaserwował nam zakonnice przetrzymujące w nieświadomości sierotkę żydowską, zamiast oddać ją jej dobrej cioci z MBP.
No a tu mamy cztery bystre dziewuszki-scenarzystki  z Francji. Jakiś piąty garnitur bo i budżet raczej skromny: starczyło na  wnętrza szpitalne i jeszcze skromniejsze wnętrza klasztorne plus obsada poniżej 30 osób. Oczywiście główne role „cywilizowanych ludzi” zawarowane dla dwojga Francuzów: lekarza i pielęgniarki.
I cóż oni tam robią w tej „Polsce w 1945 roku”?  I w jakiej „części roku”? W styczniu czy w listopadzie. Chyba, że jak Francuzi słusznie uważają, śnieg w Polsce leży praktycznie 11 miesięcy, więc równie dobrze może to być maj. Agnieszka Odorowicz, która się dołożyła do tego przedsięwzięcia chyba ich nie oświeciła.
A ma to wielkie znaczenie, bo w 1945 r. wydarzenia historyczne dotyczące sytuacji życiowej owych pokazywanych na wszystkich fotosach zakonnic i generalnie ludności cywilnej i różnych wojsk – przebiegały z tak wielką dynamiką, że mogą całkowicie zmienić interpretację zdarzeń.

A teraz przejdźmy do „linii przewodniej filmu: zakonnice w zaawansowanej ciąży.
Pytanie pierwsze: zakonnice polskie czy niemieckie.
Pytanie drugie: same zabawiały się wesoło czy ktoś je zgwałcił.

Pytanie trzecie retoryczne: czy zgwałcili je żołnierze niezwyciężonej Armii Czerwonej.
I po co jakaś zakonnica szuka cudzoziemskiego lekarza? Co on niby ma zrobić z tymi „zaciążonymi zakonnicami”? Aa, bo to pewnie "polskie pustkowie" było. A jak wiadomo, w Polsce "lekarzy nie ma".
No i tu mamy dwa wątki do rozgryzienia:
  1. Co naprawdę robiła francuska misja Czerwonego Krzyża w 1945 r.w  Polsce a co sugeruje film,
  2. Kiedy i gdzie mogły być zgwałcone zakonnice aby być w ciąży zaawansowanej w 1945 r.
Pytanie pierwsze jest o wiele ciekawsze niż drugie. Zajawka filmu sugeruje, że francuski Czerwony Krzyż w 1945 r. miał na celu cytuję:”…odnalezienie, wyleczenie i repatriację Francuzów ocalonych z niemieckich obozów…”.
A z jakich „obozów”?  Jakich „Francuzów”?  Ile sympatycznych sugestii dla podbudowania dobrego samopoczucia Francuzów w 2015 r. w odniesieniu do IIWW.
Bo oczywiście każdy przeciętny Francuz ( i każdy człowiek na świecie włącznie z Polakami) pojmie, że chodzi o „obozy nazistowskie” a „ocaleni Francuzi” to „antyfaszyści” lub „francuscy jeńcy wojenni”.

Otóż mam przed sobą fragment wspomnień uczestników misji Francuskiego Czerwonego Krzyża w Europie Centralnej zajmujących się repatriacją Francuzów z terytoriów między innymi Polski a generalnie „teatru wojny frontu wschodniego”. Jest to opracowanie państwa: Pierra Bourgois, Claude’a Proche i pani Denise Bourgois pt. „La Rapatriement  à l'Est et l'aventure de la mission de Varsovie” ( Przeniesienie/ewaluacja na Wschód i przygoda Misji w Warszawie”). Na stronach 325-335 tego wspomnienia misji francuskiego Czerwonego Krzyża w 1945 r. na Wschodzie znajdują się następujące informacje:
  1. W roku 1945 r. na terenie Polski czyli na wschód od Odry, jeszcze w czasie działań wojennych odnalezionych zostało 5000 więźniów obozów koncentracyjnych „na francuskich papierach”. Byli to zapewne w większości Żydzi. I ta grupa została na podstawie porozumień francusko-rosyjskich ewakuowana do Francji – przez port w Odessie statkami do Marsylii,
  2. Na terenach okupowanych przez III Rzeszę na wschód od Odry znajdowało się około 300.000 Francuzów, głównie jeńców wojennych z 1940 r. i pewna ilośc pracowników przymusowych. Obozy jenieckie znajdowały się wg informacji tej Misji Czerwonego Krzyża wyłącznie na terenach przyłączonych do Rzeszy (Prusy, Poznań) a jeńcy tych obozów zostali ewakuowani przed Armią Czerwoną i znaleźli się w 1945 r. na zachód od Odry czyli na terenie dzisiejszego NRD – i stamtąd byli ewakuowani bezpośrednio na Zachód,
  3. W czasie wizyty polityków francuskich  De Gaulle’a i Bidault  w Moskwie w 1945 podpisali oni ze Stalinem porozumienie o wydaniu władzom francuskim i pozwoleniu wysłania na zachód wszystkich jeńców wojennych francuskich „w jakichkolwiek uniformach są(:sous quelque uniforme que ce soit”).   
A to ujawnia pikantną ciekawostkę, iż w rękach Armii Czerwonej znajdowała się bliżej nieokreślona ilość Francuzów z Wehrmachtu, głównie z Alzacji i znad Moseli – zwyczajnych „francuskich folksdojczów”, którzy na podstawie sformułowania o „jakichkolwiek mundurach” w porozumieniu francusko-radzieckim , zostali łaskawie wydani przez Stalina władzom francuskim, które wcale ich nie prześladowały, tylko po cichu przewiozły do Francji. Z tym, że rosyjskie obozy przejściowe dla jeńców z oddziałów ochotniczych Wehrmachtu i SS z krajów Europy Zachodniej – znajdowały się właśnie m.in. na terenie Polski. W przeciwieństwie do jeńców francuskich z wojny 1940 r. No i ci jeńcy „w mundurach niemieckich”musieli być w kiepskim stanie, co jest zrozumiałe. Podejrzewam, że jeńcy z dywizji Charlemagne i tzw. rexiści belgijscy byli w jeszcze gorszym stanie, o ile jeszcze żyli. I dobry wujek Stalin za uznanie przez De Gaulle’a PKWN w Lublinie jeszcze w 1944 r. przewidująco nie wywiózł francuskich folksdojczów na Syberię, tylko poczekał do 1945 i „dał prezent”.
  1. Misja francuska w Warszawie była założona na Pradze na Saskiej Kępie i liczyła zaledwie 14 łóżek a dziennie przyjmowała ok.500 osób, które w miarę potrzeby były wysyłane do POLSKIEGO szpitala POLSLKIEGO Czerwonego Krzyża na Pradze. Zakładanie francuskiego szpitala w Warszawie opóźniło się znacznie.
  2. Misja francuskiego Czerwonego Krzyża została „ukonstytuowana” oficjalnie 1 maja 1945 r. i składała się z: 23 osób, w tym: 9 oficerów ( w tym 2 lekarzy), 6 podoficerów ( w tym 3 pielęgniarzy) i 8 kaprali wraz z szeregowcem ( w tym jeden pielęgniarz). Wszyscy oni byli byłymi jeńcami za wyjątkiem jednego lub dwóch lekarzy.
  3. Pociągi z Tambowa zostały opisane osobno a dotyczyły wyłącznie „jeńców niemieckich” w dużym obozie jenieckim na południe od Moskwy- w Tambowie.  Tam pewna ilość „niemieckich jeńców wojennych” pojmanych na froncie wschodnim przez Armię Czerwoną zgłosiła się do władz sowieckich, „z reklamacją”, że są: Francuzami/ Belgami/Holendrami/Luksemburczykami A NIE - Niemcami. I na podstawie porozumienia De Gaulle’a ze Stalinem Francuzi z Alzacji i Lotaryngii zostali zwolnieni i wysłani przez Warszawę do Frankfurtu nad Odrą i do Francji.
  4. Jest wzmianka o wyprawach „misji z Saskiej Kępy” „do Pomeranii i Prus Wschodnich” w poszukiwaniu  „Francuzów w niemieckich mundurach” – ale jak wiadomo, nie były to terytoria, na których mogły się w 1945 r. znajdować polskie żeńskie klasztory katolickie. Bo były to terytoria protestanckie niemieckie i chyba nie było tam (poza zaanektowaną Gdynią- Goteshafen) ani jednego katolickiego kościoła.
I o tym warto pamiętać, kiedy będzie się oglądać kolejną „prawdę czasu, prawdę ekranu” z polskimi „zakonnicami w ciąży”. Nie wiem, czy będą w filmie pokazane komendantury Armii Czerwonej, które zarządzały wtedy wszystkim na terenach Prus Wschodnich i Pomorza. Nie wiem, czy pokażą sceny gwałtów na zakonnicach, bo o to zapewne chodzi „w tych zaawansowanych ciążach”. Nie są mi znane żadne klasztory żeńskie na Saskiej Kępie  w 1945 r., które mogliby „obsługiwać” francuscy lekarze, skoro sami korzystali z pomocy polskiego szpitala Czerwonego Krzyża.
Znane są historie o gwałtach na zakonnicach niemieckich, ale te historie dotyczą Dolnego Śląska czyli terytoriów, na których zasadniczo w 1945 r. nie było francuskich jeńców wojennych a zatem i francuskiej misji.
Jeśli znane są i udokumentowane przypadki masowego zgwałcenia polskich zakonnic w polskim klasztorze przez żołnierzy Armii Czerwonej, to warto o tym napisać. Ja nie mam takich informacji.

A teraz o innym filmie „polskim” czyli o  tym, jak Francuzi są w stanie zrobić dla sobie znanych celów karykaturę  z autentycznej postaci. Bardzo poważnej osoby, osoby znanej i szanowanej w całym świecie, w tym w Trybunale w Hadze, w Islandii, USA i w byłej Jugosławii.
Chodzi o film telewizyjny z roku 2008, wyprodukowany przez  pana aktora właściciela firmy producenckiej – Adamczyka, który wspólnie z TVN sfinansował to „dzieło” w  reżyserii jakiegoś Giacomo Battiato i  z muzyką samego Ennio Moricone.  

Nie wiem, jaki rodzaj wrażliwości mają Francuzi, ale ten film daje pewną wiedzę: w Bości, Serbii, Chorwacji ludzie do dzisiaj poszukują swoich zaginionych członków rodzin zamordowanych „przez stronę przeciwną” przy „bohaterskiej obronie holenderskich oddziałów ONZ”. I po wojnie przez całe lata odbywają się tam poszukiwania masowych grobów i ekshumacje oraz próby identyfikacji zwłok. A raczej tego, co z nich zostało.
I na tym potwornym doświadczeniu byłej Jugosławii  francuski scenarzysta wypichcił  „historię francuskiego zbuntownego policjanta, który jedzie do Bośni aby wyszukać sprawców mordu na 6000 mężczyzn w Srebrenicy” i –postawić ich przed międzynarodową sprawiedliwością, a pomaga mu w tym  francuski tajny agent niejaki Lherbier.  Bo obaj „walczą z biurokracją i nie chcą aby im przeszkodzili politycy i biurokraci”. A na samym końcu tej zajawki jest informacja , że w tym zbożnym dziele  „ pomaga mu też piękna antropolożka Klara Górska”.
Kto oglądał ten  film to wie, że „piękną antropolożkę Klarę Górską” gra pani Karolina Wyrypajewa z domu Gruszka. W filmie „antropolożka”  ciągle wybiega z jakichś pomieszczeń na deszcz aby wstrząsać lokami i śmiać się lekko histerycznie a chyba i całować (to film francuski) albo „z tajnym agentem” , albo „z francuskim zbuntowanym policjantem”. Nie wiem, bo oni są słabo rozpoznawalni.

A „w tle” tej „sensacyjno –quasi romatycznej historyjki” na  ekranie walają się  kości, szkielety, czaszki w jakichś liściach w lesie albo w jakichś  rozkopanych gruntach.
No i gdzieś tam przemieszcza się  „miejscowa ludność” czyli rodziny zamordowanych oraz jacyś „źli zbrodniarze”, wedle ówczesnej doktryny: musowo Serbowie. Generalnie – ludzie prości, prymitywni i okrutni.
„Piękna antropolożka” to postać realna. Dr Ewa Klonowski z pochodzenia Polka jest światowej sławy antropologiem, zasłużoną jak rzadko kto dla ofiar wojny w Jugosławii: uczestniczyła w ekshumacjach i rozpoznawaniu ofiar z wielu masowych grobów na terenie dużej części tego nieszczęsnego kraju.  Otrzymała wiele odznaczeń, nagród i jest postacią publiczną. Zawodowo też nie narzeka: jest członkiem Amerykańskiej Akademii Nauk Sądowych i spokojnie żyje po wyjeździe z Polski w stanie wojennym – w Islandii. W chwili, gdy pełniła misję w Jugosławii miała lat 50, dwie dorosłe córki i męża.
Ten głupkowaty scenariusz zmienił poważną specjalistkę i poważnego współczującego człowieka- opokę – w rozchwianą psychicznie blondynke,  biegającą w deszczu. A „rozchwiana” bo jak dobrze poinformowani Francuzi ujawniają światu, „jej dziadek został zastrzelony w Katyniu”. A to ci rewelacja.
Nie wiem czy pani dr Anna Klonowski, Polka, zasłużyła sobie na to, aby cały jej dorobek i całe jej poświęcenie dla nieszczęsnych ofar wojny domowej – zostało przedstawione jako marna karykatura? A przy okazji Polska jako „kraj głupkowatych, histerycznych, swobodnych erotycznie  blondynek”. Poważny ( i ważny) w tym filmie jest „francuski policjant”i „francuski agent”.

Francuzi z jakichś powodów włączają się w takie właśnie przedsięwzięcia, pełniąc rolę „kierowniczą”, bo kasę wydają „polskie chłopki” z PISF albo w TVN.
W świetle pojawiania się takich „polsko-francuskich produkcji” warto sobie zadać pytanie, kto i w jakim celu „zainstalował” w latach 70-tych na  UW stypendystę  moskiewskiego z francuskiej mieściny Annezin k. Bethune, „studenta miasta komunistycznych górników – Lille ”(w tym „górnika Edwarda Gierka”) -  niejakiego magistra Daniela Beauvois,kóry szybko zaczął tłumaczyć na francuski pracę doktorską wieloletniego II sekretarza Komitetu Uczelnianego UW dra Bronisława Geremka. „Magister Beauvois” ostatnio jako „profesor Beauvois” napisał szereg książek „historycznych” o Polsce, Ukrainie i Białorusi i jest dziś we Francji „głównym autorytetem od spraw polsko-ukraińskich”. Wywiady z nim można od lat czytać w polskojęzycznych mediach typu gazwyb a ostatnio w katolickiej Frondzie.  Jednocześnie „w cyrylicy” udziela wywiadów w Kijowie, współczując  „patriotom ukraińskim”, iż od XVII wieku ich przodkowie  byli „niewolnikami polskich panów”, w tym takich jak Czartoryscy i Sanguszkowie.”. Wywiad dla Frondy to kwintesencja „francuskiej kolonialnej myśli politycznej” – na „odcinku Mitteleuropy”.
No i tak sobie myślę, na co mogą liczyć polscy katolicy, jeśli we 'Frondzie poświęconej" -  "za autoryteta" zaczyna robić „francuski kumpel Geremka” a niewykluczone że i „francuski wielbiciel towarzysza Gierka z belgijskiej filii partii komunistcznej z Ejisden k. Maastricht”, który, który to towarzysz Edward  jako I Sekretarz KC PZPR nie mógł nie wiedzieć o „kapitalistycznych  francuskich naukowcach na etatach na UW” w Warszawie. Może nawet parafował zgodę na taki etat. I podpisał zgodę. Może znał tatusia pana Beauvois.
Dziwne relacje między francuskimi katolikami i komunistami a Polską ciągną się od 1944, kiedy „wielki De Gaulle” jako pierwszy szef państwa uznał PKWN ale za to nie chciał spotkać się z Prymasem Polski kardynałem Wyszyńskim, „bo polskim komunistom byłoby przykro”. A jak widać, nic się nie zmieniło po 1989 r.: „z szacunkiem dla „wielkiej Rosji” i z „lekceważeniem dla okropnej Polski”.
PS.  Nie piszę nic o francuskich opowieściach o „słynnym polskim antysemityzmie” a to jest 90% „wsadu” we francuskich mediach na temat Polski w tzw. publicystyce