whos.amung.us

niedziela, 31 maja 2015

Poplotkujmy o Pierwszych Damach

Autor: Leonarda Bukowska
 
Jak już o Pierwszych Damach, to trochę poplotkować po babsku na weekend nie zaszkodzi - w końcu wszyscy przemęczeni końcówką wyborów i trochę rozrywki rodem z magazynów ilustrowanych nie zaszkodzi. Przedwojenne pomijamy choć były różne, i ciekawe i mniej ciekawe (kobiety Marszałka były zwykle działaczkami, były też negatywne przykłady zachowania elit II RP z wymianą wysłużonych żon na mniej wysłużone, żona Paderewskiego robiła nieco za pośmiewisko choć on sam był wspaniałym człowiekiem, itp.) ale o tym lepiej pisał Koper więc odsyłam do niego. Dygnitarzowe socjalistyczne - też nie ma się specjalnie na czym zaczepić, ich symbolem pozostaje chyba do dziś słynny koczek pani Stasi Gierkowej.

Tak więc przechodzimy do Polski wolnej czy też pół-wolnej. A więc pani Jaruzelska. Kobieta nieco dziwna i raczej niebudząca sympatii, można się zresztą o tym przekonać z książek pisanych przez jej córkę. Na plus można zaliczyć jej niewątpliwie, że pracowała w instytucie naukowym w swojej dziedzinie i jest autorką solidnej pracy (to chyba doktorat) z dość wąskiej dziedziny. I tyle, poza tym nie ma się na kim zatrzymywać, kto chce wiedzieć więcej może poczytać wspominki i inne książki Towarzyszki Panienki. 

Pani Danuta Wałęsowa - prosta kobieta, żona robotnika, itd. Ponieważ akurat w czasach jej królowania miałam dość sporo kontaktów z osobami ze środowisk postkomunistycznych tudzież z kiełkującym lewactwem wszelkiego rodzaju (bo lewactwo wtedy nie było jeszcze aż tak wyodrębnione z całości, ono dopiero wtedy raczkowało), utkwiły mi w pamięci tamtejsze komentarze na jej temat oraz postrzeganie jej osoby. Otóż w kręgach tych nie było kresu szyderstwom - co to za prymityw, co za chamstwo, wstyd, żeby takie prostactwo reprezentowało Polskę i w ogóle nie ma to, jak była kultura Jaruzelskich. A ja się z tym zupełnie nie zgadzam - uważam, że pani Wałęsowa, co by nie powiedzieć o jej małżonku, wcale tak źle Polski nie reprezentowała - zważywszy rzeczywiście na fakt, że nie miała jakiegoś solidnego wykształcenia i faktycznie była tzw."prostą kobietą". Zastanawiam się nawet, czy nie robiła tego lepiej od ostatniej pierwszej damy, która przecież miała reprezentować elitę narodu, tych wszystkich świetnie wykształconych, obytych w Europie i na świecie, inteligentnych, zamożnych, z dużych miast, itp. Tak mi się coś po prostu wydaje - ale może się mylę.:)

Potem przyszła kompletna zmiana warty i stylu i w Pałacu zagościła Jolanta Kwaśniewska. No cóż - hmmm.... Mam do okresu jej królowania stosunek "ambiwalentny". Pamiętam, jak kiedyś przy okazji jakichś uroczystości - było to w czasach Schroedera - jedna znajoma Niemka (przykładająca wielką wagę do wyglądu, atrybutów zewnętrznych, itp.) powiedziała mi, że strasznie nam zazdrości takiej pięknej "first lady", bo ta ichnia zupełnie nijak nie wygląda, po prostu jej nie widać a nasza jest piękną i reprezentacyjną kobietą. Poczułam się oczywiście bardzo dumna (bo takie komplementy jednak dobrze robią) i dodałam jeszcze, że w Polsce jest w ogóle dużo pięknych kobiet i dziewcząt (bo to prawda). Z drugiej strony styl pani Kwaśniewskiej niekoniecznie mi się podobał (oczywiście tego nie rozstrząsałam nigdy, gdy ktoś zza granicy zachwycał się naszą Pierwszą Damą). Jednak do bycia - jak to mawiają starsze panie "z towarzystwa" - "prawdziwą damą" czegoś brakowało, wszystko było zbyt ostentacyjne, czasami może nawet zbyt bazarowe. Ale kobieta starała się jakoś nadać rangę swej funkcji i traktowała ją ambitnie i poważnie - tego nie można jej odmówić niezależnie od poglądów.

Kolejna Pierwsza Dama - ś.p.Maria Kaczyńska. Doskonały styl i wyczucie sytuacji, kobieta świetnie wykształcona a przy tym z klasą. Idealna Pierwsza Dama. Zawsze świetnie ubrana - do tego nienatrętnie i nienowobogacko, dokładnie tak jak trzeba - w najlepszym stylu. W dodatku zupełnie nieegocentryczna i o poważnych zainteresowaniach. Miłośniczka muzyki Szopena - a cóż bardziej pasuje do Pierwszej Damy RP? Pamiętam, że gdy siedziałam na przesłuchaniach Konkursu Szopenowskiego jesienią 2010r., nagle zrobiło mi się po prostu bardzo smutno. Niestety - wraz z Prezydentem opluwana i wyśmiewana w mediach a jej najlepsze zdjęcia pojawiły się w przestrzeni medialnej dopiero po tragicznej śmierci. I wyszydzana notorycznie przez palikociarnię - za przyzwoleniem ówczesnych (i ciągle jeszcze aktualnych) władz. Naprawdę wielka szkoda - już - niestety - nie do odrobienia. Na stałe w pamięci pozostaną miliony kremowych tulipanów.

Pierwsza Dama odchodząca - nie będę się rozwodzić, bo przecież ma być przyjemnie i lekko na weekend. Ograniczę się do jednej sprawy - widać, że czuje się bardzo źle w swojej roli, że nigdy nie próbowała jej tak naprawdę pełnić w jakikolwiek sposób. Pozostaną po tym okresie zdjęcia przysypiającej, zmęczonej kobiety obok równie przysypiającego męża i inne, na których wygląda na osobę wylęknioną i nielubiącą sytuacji, w których się znajduje. Czasami jakieś akcje promowane w mediach - gdzieś tam Pierwsza Dama coś czytała, gdzieś coś zaszczyciła. Bez wrażenia, chyba nigdy nie słyszałam też jej żadnej wypowiedzi, nie wiem też, czy miała jakąkolwiek dziedzinę, w której byłaby aktywna, którą by wspierała czy promowała. Nie wiem, jak Państwo to postrzegacie - mnie się takie pełnienie funkcji Pierwszej Damy po prostu nie podoba i to niezależnie od poglądów (a staram się tutaj wznieść ponad własne poglądy i dostrzec u różnych Pierwszych Dam także i pozytywne strony ich "królowania"). 

No i przyszła Pierwsza Dama - wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że będziemy mieć wreszcie znów Pierwszą Damę, która będzie godnie i inteligentnie reprezentować nasz kraj i w doskonały i mądry sposób wspierać Prezydenta. Uroda i elegancja w ubiorze jest wielkim atutem ale dla mądrych ludzi jest tylko dodatkiem do inteligencji, miłego sposobu bycia i wykształcenia. W tym wypadku zgadza się wszystko. Miejmy nadzieję, że nadchodzą lepsze czasy.

Ruch umarł, niech żyje ruch!

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Ledwo co Andrzej Duda został Prezydentem Rzeczypospolitej, a już zaczęły się rozmowy na temat tego, co dalej, i jak widać aż nazbyt jasno i wyraźnie, jesień musi przynieść przetasowania, jakich dotychczas nie mieliśmy raczej okazji oglądać. „Newsweek” publikuje sondaż, wedle którego Prawo i Sprawiedliwość niesione na fali sukcesu Dudy uzyskuje poparcie w wysokości 36 procent, Platforma Obywatelska spada na procent 20, natomiast między nimi pojawia się nagle Paweł Kukiz ze swoim tak zwanym „obywatelskim” projektem. Zjawia się ów Kukiz – co dziwne, akurat w momencie, gdy od czasu ogłoszenia wyników wyborów pies z kulawą nogą go nie widział żywego ni martwego – a my stajemy na baczność i zaczynamy spekulować, jak to będzie fantastycznie, kiedy to PiS wraz z – póki co, nawet formalnie nie zdefiniowanymi – ludźmi Kukiza obejmie w Polsce władzę.

Przepraszam bardzo, ale gdyby nawet przyjąć, że ja ostatnio oszalałem i uznałem, że Paweł Kukiz to w istocie rzeczy jest najbardziej odpowiedni partner do naprawiania Polski z upadku, do którego nas doprowadzili ludzie Platformy, nie bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić, jak owa „Drużyna Pierścienia” miałaby wyglądać. Proszę bowiem spojrzeć, jak – gdyby przyjąć, że rzeczywiście cokolwiek z „projektu Kukiz” wyjdzie – można przewidywać dalszy rozwój wypadków. Otóż, kiedy już Kukiz wróci z wypoczynku, przełamie swoją jak się zdaje całkowicie naturalną gnuśność, zamieści na swoim blogu przynajmniej jeden komentarz i zabierze się za prowadzenie kolejnej kampanii, będzie musiał się zabrać za budowanie w całej Polsce tak zwanych struktur. A musimy pamiętać, że struktury to nie tylko pieniądze, ale i ludzie, a tych ludzi powinno się zgłosić naprawdę niemało. Do tej roboty więc będzie musiał Paweł Kukiz wynająć sobie osobę obrotną, ambitną, odpowiednio zdolną, która się tym wszystkim zajmie, ale ponieważ rozumiem, że on już kogoś takiego ma, zakładam też, że owe struktury powstają i już zaczynają przyjmować członków. Nie wykluczam nawet, że to z tego powodu, że był bardzo zajęty, Paweł Kukiz nie miał czasu, by się stawić przedwczoraj w pałacu w Wilanowie. Z tych wszystkich osób, które zadeklarowały swoją obywatelską, bo przecież nie broń Panie Boże partyjną aktywność, trzeba będzie stworzyć w każdym okręgu listy kandydatów do parlamentu – listy, jak rozumiem, naprawdę mocne – i je następnie zarejestrować.

A ja się zastanawiam, kogo Kukiz znajdzie na tyle dobrego i zdolnego do poprowadzenia odpowiedniej kampanii, kto ostatecznie pozwoli mu zdobyć tyle dużo głosów, by ostatecznie przekroczyć ów pięcioprocentowy próg i wejść do parlamentu? No ale też chciałbym wiedzieć, kto się ostatecznie znajdzie na tych listach. Jak znam życie, powstaną te struktury, zaczną się zgłaszać ludzie, każdy będzie chciał otrzymać jak najlepsze miejsce na liście… i kto się tam znajdzie? Ja naprawdę nie chcę być dziś złośliwy, ale nie mogę się powstrzymać: Kuba Wojewódzki? Kulomiot Majewski?

Ja pamiętam, jak odbywał się nabór do nowopowstałego Ruchu Palikota, pierwszego tak zwanego „antysystemowego” projektu w nowej Rzeczypospolitej… wróć! Drugiego, tak naprawdę, bo pierwszym, jak pamiętamy, była Polska Partia Przyjaciół Piwa, tyle że wtedy, o ile dobrze sobie przypominam, próg wyborczy był bardzo niski, lub w ogóle go nie było. A zatem, startując z pozycji kogoś, kto wreszcie zrobi porządek z dyktaturą Kościoła w Polsce, pod niezwykle nośnym hasłem powszechnej apostazji, Palikot zebrał w każdym miejscu kraju najbardziej znanych antyklerykałów, homoseksualistów, lesbijki, transwestytów, czy wreszcie zwykłych starych esbeków, a ci którzy albo byli znani z telewizji, albo mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by sobie kupić pierwsze miejsca na liście, stworzyli dziś już nieistniejący klub. No ale wtedy też z jednej strony był ten Palikot ze swoimi pieniędzmi i sponsorami z pieniędzmi jeszcze większymi, z drugiej owa antykościelna dzicz, a więc przynajmniej na dobry początek, jakoś się im udało.

Dziś po nich zostało już tylko smutne wspomnienie, ale ja chciałbym przede wszystkim wiedzieć, jacy ludzie zgłoszą się do Pawła Kukiza z prośbą, by on ich umieścił na czołowych miejscach list wyborczych, ilu ich tam będzie, no a przede wszystkim, co oni zaoferują, by on spojrzał na nich przychylnym okiem. Co to będą za ludzie? Co ich będzie łączyło poza przekonaniem, że największym złem jest tak zwana „partiokracja” i że tylko JOW-y mogą zaprowadzić w Polsce prawdziwą władzę ludu? Czy to będą osoby wierzące, czy wręcz przeciwnie? Czy to będą polscy patrioci, czy tacy, dla których Polska jest zaledwie pustym dźwiękiem? Czym dla nich okaże się być Smoleńsk i wszystko to, co się z nim wiąże? No i, co wcale nie najmniej ważne, czy znajdzie się tam jakiś znany gej w rodzaju pisarza Witkowskiego? Przepraszam bardzo, ale czemu nie? W końcu każdy głos się liczy, a Wojewódzki z Witkowskim są w stanie nazbierać ich odpowiednio dużo. A jeśli do tego dojdzie sam Zbigniew Hołdys? On, jestem pewien, też nie ma nic przeciwko JOW-om no i nienawidzi tego partyjniactwa. Zwłaszcza ostatnio.

To są te moje myśli, jakimi troszkę żyję w ostatnich dniach. Ja wiem, że one mogą robić nieco wrażenie niepoważne, ale proszę nie dać się zwieść – dziś nie ma czasu na żarty. Jak mówię, nadchodzi wiatr.



sobota, 30 maja 2015

Jarosław Kaczyński, czyli triumf na najdłuższym z dystansów

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Myślę, że gdyby każdego z nas zapytać, jakie było największe osiągnięcie Jarosława Kaczyńskiego w jego dotychczasowej politycznej karierze, odpowiedzi mogłoby być kilka, i każda z nich miałaby pełne uzasadnienie. Ktoś mógłby mianowicie odpowiedzieć, że to, co mu się udało najbardziej, to zdobycie pozycji jedynego naprawdę liczącego się polityka antysystemowego, utrzymanie jej i zachowanie przy tym życia i wewnętrznej uczciwości; kto inny pewnie uznałby jednak, że największym sukcesem jego i jego partii było zdobycie władzy w roku 2005 i w miarę skuteczne bronienie jej przez całe dwa lata przed atakami Systemu; jeszcze ktoś powie, że oczywiście największym politycznym osiągnięciem Jarosława Kaczyńskiego było zwycięstwo jego brata Lecha w wyborach prezydenckich w tym samym roku.

Ale jest oczywiście prawdopodobne, że znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że z tym zachowaniem życia to przede wszystkim przesada, no a poza tym, cóż to za sukces, nie dać się zabić? Podobnie, nie można mówić o sukcesie rządów, które przez dwa lata nie były w stanie choćby na moment złapać oddechu i zwyczajnie porządzić, a potem najzwyczajniej w świecie władzę oddały. Może się zdarzyć nawet, że powie nam ktoś, że i Lech Kaczyński jakimś szczególnym sukcesem też nie był, bo jakimż to sukcesem może być prezydent, którego świat tak znienawidzi, że go w końcu z zimną krwią zamorduje? Zdaniem tych komentatorów, największy sukces Jarosława Kaczyńskie dopiero przed nim, podczas jesiennych wyborów, kiedy on będzie miał szansę wywalczyć wynik, który mu da rządy samodzielne i skuteczne na długie lata. I, powiem uczciwie, że ja jestem nawet skłonny się z tą opinia zgodzić, zwłaszcza, że naprawdę wierzę w to, że ta jesień będzie przełomowa i dla nas i dla politycznego projektu Jarosława Kaczyńskiego. I że przed nami zwycięstwo, jakiego nawet nie zaliczył, symbolicznie już u nas traktowany premier Węgier, Viktor Orban.

Byłbym skłonny przyjąć tę ocenę jako swoją, gdyby nie fakt, że, moim zdaniem, największy swój polityczny, ale i osobisty sukces, Jarosław Kaczyński ma już za sobą, a jest nim Andrzej Duda i jego spektakularne zwycięstwo w minionych wyborach. Nie będę tu uzasadniał tego, co oczywiste. Wszyscy bowiem wiemy, że Duda jest naprawdę politycznym produktem najwyższej klasy, ale że gdyby nie Jarosław Kaczyński go nie wskazał, on by sobie owym produktem mógł być do końca świata i jeszcze dłużej, no ale też i wreszcie, że gdyby nie partyjne środki, czy to w postaci pieniędzy, czy ludzi, jakimi zarządza Jarosław Kaczyński właśnie, a które on zdecydował się tak hojną ręką przeznaczyć na tę kampanię, Duda prezydentem by nie został. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na coś, co oczywiście zostało zauważone, ale moim zdaniem nie doczekało się poważnych komentarzy. Oto w chwili, gdy Andrzej Duda był – nieoficjalnie jeszcze bardzo, ale już wystarczająco mocno – nowym prezydentem Rzeczypospolitej, Jarosław Kaczyński był na Jasnej Górze, gdzie samotnie, z dala od kamer i oczu reporterów, się modlił o to zwycięstwo. I je wymodlił. To, że on tam w tym czasie był, i że był właśnie tam i nigdzie indziej, nie w swoim pustym mieszkaniu, nie w swoim pustym kościele, nie na grobie swojego zamordowanego przez złych ludzi brata, ale na Jasnej Górze, uważam za gest, którego symboliki dotychczas nie udało się opisać. To że on w tę niedzielę modlił się na Jasnej Górze, dla mnie osobiście, jest właśnie niczym innym jak ogłoszeniem największego politycznego triumfu i w pewnym sensie podsumowaniem całego, tak bardzo trudnego i pełnego bólu życia. Posumowaniem nie byle jakim.

Dlatego, kiedy słyszę, jak niektórzy z nas zastanawiają się, jak to teraz Andrzej Duda Jarosława Kaczyńskiego kawałek po kawałku będzie pozbawiał tego, co dla niego było zawsze najważniejsze, czyli władzy i popularności, czuję już nawet nie złość, ale zwykłe zmęczenie. Co trzeba bowiem mieć, żeby interesować się polityką i tak bardzo nic z niej nie rozumieć?


piątek, 29 maja 2015

Niech się PiS odczepi od Dudy!

Autor: Integrator

Doprawdy przykro patrzeć z jakim zacięciem wzięło się Prawo i Sprawiedliwość do gaszenia aury zwycięstwa bijącego od Andrzeja Dudy. Przez cały okres trwania kampanii trwaliśmy w przekonaniu, że te wybory to jest wyjątkowa chwila, takie okno w czasoprzestrzeni, dzięki któremu jeśli tylko poprawnie oddamy nasz głos, obudzimy się w nowej, lepszej Polsce. Poszliśmy zatem do tych nieszczęsnych urn jak zawsze zwarci i gotowi, a jak niesie wieść, szli z nami także masowo bezdomni, co najlepiej pokazuje, że ta nadzieja na lepsze jutro udzieliła się właściwie wszystkim. I gdy stał się cud, bo z czysto ludzkiego puntu widzenia to była rzecz niewykonalna, okazuje się, że zamiast na tak powstałej fali dobrych emocji wznieść się do zwycięstwa w wyborach sejmowych, zaczęli nasi w niespełna tydzień po, rozmieniać ten sukces na drobne.

Zadzwonił oto do mnie wczoraj znajomy, z informacją, że Beata Szydło była w radio TOK FM i tam powiedziała, że zwycięstwo Dudy to efekt politycznego geniuszu Jarosława Kaczyńskiego. Nie udało mi się znaleźć w sieci tego nagrania, zostaje mi więc polegać na tym co mi przekazano. Myślę jednak, że takie słowa musiały paść, skoro w innej audycji radiowej na którą trafiłem przy okazji tych poszukiwań, posłanka Wiśniewska, też z PiS, wypowiedziała się dokładnie w tym samym tonie. A jeśli, tak, to spokojnie możemy przypuszczać, że teoria o geniuszu politycznym Prezesa jest odgórnie narzuconym w partii sposobem narracji i będzie jeszcze nie raz powtarzane przez jej polityków przy każdej nadarzającej się sytuacji. Trochę szkoda mi czasu by udowadniać Wam, że to stwierdzenie jest nieprawdziwe. Nie żebym tego czasu nie miał, bo dla Was znajduję go jak wiecie regularnie, ale dlatego, że ostatnie lata bezsprzecznie pokazują, iż mówienie o geniuszu politycznym Jarosława Kaczyńskiego jest grubą przesadą. Już raz tu robiłem pobieżną listę błędny decyzji podjętych przez Prezesa, tak personalnych jak i strategicznych, przez których PiS stoi w miejscu, a to tylko jeden z dowodów na brak tego geniuszu. Przecież za przyczyną i z woli tegoż lidera w partii nie ma też systemu zarządzania ludźmi. Dokładnie takiego jaki funkcjonuje w dużych korporacjach gdzie jasno nakreślone są ścieżki kariery, gdzie zadania deleguje się w dół, a potem rozlicza w górę. Wówczas proporcje przegranych wyborów do wygranych były zgoła odmienne. W miejsce takich mechanizmów funkcjonuje "średniowieczny" sposób ręcznego sterowania, który powoduje, że wokół Prezesa oscyluje pewna ilość osób, odpowiedzialna za wszystko i za nic, uwikłanych jednocześnie w nieprzeniknioną siecią interpersonalnych relacji i zależności. Jeśli więc Jarosław Kaczyński desygnował Andrzeja Dudę do wyścigu o fotel prezydenta, a ten wziął i wygrał, to jest to bardziej wynikiem szczęśliwego trafu niż poważnej analizy, a prędzej wola Opatrzności, która go w tym krytycznym momencie odpowiednio natchnęła. Jakoś nie mogę się oprzeć przekonaniu, że gdyby tak nie było, to on by przy tak nieudanej ręce do ludzi, wybrał na szefa sztabu jak i na kandydata ponownie jakiegoś "kluzika". I to jest tyle co ja mam do powiedzenie na temat geniuszu politycznym Prezesa, a jak komu mało to zapraszam do lektury tekstu "Wszystkie błędy Kaczyńskiego", gdzie raz już dokładnie problem ująłem. Kolejny raz powtarzać tej śpiewki nie zamierzam. 

Jeśli nie to gadanie o politycznym geniuszu tak mnie drażni w wywiadzie pani Szydło, to co, zapytacie? Ano drażni mnie, i to bardzo mnie drażni, nieprzemyślany decyzja tych ludzi o promowaniu Jarosława Kaczyńskiego, kosztem Andrzeja Dudy. Nie mogę uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł a reszta to podchwyciła, że nadchodzące wybory pomoże partii wygrać forsowanie takiej oto myśli, że nie byłoby sukcesu Andrzeja Dudy gdyby nie decyzja Prezes. Genialnego stratega czy tam geniusza politycznego, który z tysiąca nazwisk które miał na-podorędziu, wybrał właśnie to jedno, to które bezbłędnie przewidział, że wygra. Proszę Państwa, to są jakieś fantasmagorie, i droga do zatracenia. Fantasmagorie bo jak to już stwierdziliśmy, więcej tu było szczęścia niż klasycznej analizy słabych i mocnych stron takiego zagrania, a droga do zatracenia bo w ten sposób PiS zabiera się do sprawy od d... strony. Przepraszam za ten język ale doprawdy brak mi słów. Ci co to sobie tak sprytnie wykoncypowali, najwyraźniej nie rozumieją, że gęby którą zrobiły tej partii media nie da się zdjąć ot tak po prostu jednym zagraniem. To jest robota na całe miesiące, tyle że bez mediów publicznych, i w tak krótkim czasie dzielącym nas od jesiennych wyborów, to jest rzecz już niewykonalna. Nie tędy zatem wiedzie droga do zwycięstwa. Owszem, mamy szanse na podwójny sukces taki jak ten sprzed sprzed lat, ale nie jeśli pójdziemy utartymi drogami, z powszechnie nielubianym Kaczyńskim na czele. Tym bardziej, że o ile wtedy wzięcie prezydenta i koalicji było niewątpliwym sukcesem, to teraz już wiemy, że nie będziemy mogli użyć tego słowa jeśli PiS nie dostanie większości albo co najwyżej tyle głosów by do rządzenia wystarczył mu jakiś mały, symboliczny koalicjanta. No chyba, że jedynki na listach są już rozdane i większość obdarowanych interesuje nie tyle zwycięstwo co zachowanie tego co jest. Wtedy szlus, obrana droga jest jak najbardziej dobra. Nie wiem tylko czym wówczas ta partia będzie się różniła od spółdzielni pracy dla posłów?

Gdybyśmy jednak chcieli coś zmienić, potrzebujemy większości w Sejmie, a tą możemy osiągnąć jeśli pozwolimy elektoratowi spojrzeć na PiS przez osobę zwycięskiego Dudy. W żadnym razie odwrotnie, co proponuje pani Szydło. Jeśli dziś cokolwiek może pomóc Prawu i Sprawiedliwości w pozyskiwaniu kolejnych sejmowych ław, to właśnie Duda i otaczająca go dziś aura zwycięstwa, na pewno nie Kaczyński. Ten kto to wymyślił, to całe gadanie o geniuszu Prezesa, to albo agent albo lizus i zniszczy kapitał zaufania społecznego jaki Andrzej Duda dostał na start od społeczeństwa. Żeby nie było wątpliwości, ja tu nie mówię o naszych wyborcach bo oni pójdą za prezydentem Dudą w ciemno, ale o tych którzy nie głosują na PiS a zagłosowali jednak na niego w drugiej turze. Już od pierwszych decyzji nowego prezydenta będzie zależało czy przywiąże ich do siebie delikatną nicią sympatii, czy utrzyma ich przy sobie do kolejnych wyborów prezydenckich? Przyglądać będą się poczynaniom Dudy także ci którzy w ogóle nie głosowali. Jest więc szansa, odmienić wizerunek PiS'u, właśnie dzięki Andrzejowi Dudzie, ale pod warunkiem, że Jarosław Kaczyński będzie się od niego trzymał jak najdalej. Nie inaczej jak to robił przez całą kampanię. To może być trudne szczególnie dla ludzi którzy widzą w nim zbawcę Polski i wodza, ale takie mamy realia. Jarosław Kaczyński jest co prawda najsilniejszym jeśli nie jedynym spoiwem tej partii ale i zarazem głównym jej hamulcowym. Gdyby nie on, PiS miałby znacznie większe poparcie ale gdyby też nie on w mig rozpadła by się ta partia w drobny mak. To jest klasyczny pat i trzeba z tym póki co żyć a nie na siłę wypychać go teraz przed pierwszy szereg, niczym stracha na wróble, przepraszam, na wyborców. 

To jeszcze raz. Pomysłem prowadzącym do katastrofy jest, ażeby posłowie PiS biegali po mediach z pieśnią, że zwycięstwo Andrzeja Dudy to majstersztyk Kaczyńskiego. W tym krótkim czasie dzielącym nas od kolejnych wyborów, najlepiej byłoby wysłać całe struktury na wakacje, i pozwolić Andrzejowi Dudzie, by za sprawą swych decyzji i osobistego uroku, pokazał Polakom, że PiS z którego się wywodzi, nie jest tak złą partią jak ją media malują. Cały trik polega na tym, ażeby zwykli ludzie zaczęli patrzeć na PiS przez pryzmat zwycięskiego, uśmiechniętego Dudy, a nie jak chce pani Szydło, by zaczęli patrzeć na niego przez pryzmat smutnego Kaczyńskiego. Nie wiem czy Wy to rozumiecie, ale inaczej tego wyjaśnić nie potrafię. Ja się zwyczajnie boje się, że jeśli oni zaczną masowo chodzić do tych mediów i opowiadać, że Dudę stworzył Prezes, to nie tylko nie pomoże to PiS'owi w nadchodzących wyborach, co zniechęci do Dudy elektorat, który udało mu się wcale nie bez trudu przyciągnąć. Elektorat który nie chce mieć nic wspólnego z Kaczyńskim, a z Dudą i owszem. Proste.

Nie dla wszystkich. Kłopot w tym, że dla pisowskiej góry, niekwestionowanym wodzem jest Jarosław Kaczyński. I tak się na tym skupili, że nie widzą w zwycięstwie Andrzeja Dudy szansy na pokoleniową zmianę warty, bez której PiS pod starą ekipą w przeciągu paru lat wejdzie w buty Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ale o tym porozmawiamy szerzej w kolejnej odsłonie. 

Migalski, Lisicki i uczciwe media

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Dyskutowaliśmy tu wczoraj o nowej powieści Migalskiego, którą próbuje ratować swój tygodnik najbardziej prawicowy z redaktorów czyli Paweł Lisicki. Powieść jest szydercza wymierzona w Jarosława Kaczyńskiego, co widać na pierwszy rzut oka, oraz w Andrzeja Dudę, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Po czym rozpoznać możemy tę drugą cechę powieści Migalskiego? Po dacie, jaką wyznaczył prezes Migalskiemu z powieści na objęcie prezydentury. To jest obecny rok, w którym prezydentem został Andrzej Duda, do wczoraj jeszcze poseł VIII kadencji PE. Sam Migalski był posłem PE poprzedniej kadencji i dobrze wie, jak się zachowują i co robią tacy posłowie jak on. Otóż oni się zachowują jak świnie i nie robią nic. Powieść Migalskiego jest tak skonstruowana, żeby tak zwany bystry dziennikarz, na przykład Jan Wróbel, czytał o Migalskim, a myślał o Dudzie. Jest to projekt długofalowy, jeden z kilku długofalowych projektów, które system uruchomił przeciwko nowemu prezydentowi. Skąd moje przypuszczenia? Otóż w książce Targalskiego i Kani, oraz tego trzeciego, książce pod tytułem „Resortowe dzieci – służby”, pod hasłem – Sławomir Petelicki – przeczytać możemy, że świętej już pamięci generał włączył się aktywnie w tworzenie ugrupowania PJN, wymierzonego wprost w PiS, którego członkami byli między innymi Paweł Kowal i Marek Migalski. No, a teraz Migalski występuje u Lisickiego i drukuje tam swoją powieść. Myślę jednak, że przeszłość, nieodległa przecież, ciągle jest dla nich obydwu ważna. Mimo iż Kowal w dzień ogłoszenia wyników latał z rozwianą łysiną po sztabie Dudy.


Z tym Lisickim sprawa jest ciekawa, bo on uchodzi za pisarza katolickiego. Jego książki chwali ojciec Jacek Salij, że takie są głębokie i piękne. Ja, gdy słyszę coś takiego, od razu nabieram podejrzeń. I teraz też nabrałem. Okazało się, bowiem, że Lisicki napisał powieść, której kilka odcinków wydrukował dawno temu „Fakt”, a w tej powieści opowiada o pewnym profesorze, który kwestionuje zmartwychwstanie, uważa, że było ono sfingowane. Nazywa się ów profesor Blavatsky, co zapewne nie jest bez znaczenia. Sam Lisicki występuje tam jako dziennikarz Tomasz B, któremu zlecono napisanie biografii Jezusa. W czasie jej pisania nawiązał on gorący romans z asystentką profesora, co zmartwychwstanie uważa za hucpę i odbył z nią serię gwałtownych stosunków płciowych, opisanych tak, że Migalski by się tego nie powstydził. Najlepsze zaś jest to, że kilka lat po tej próbie zostania polskim Danem Brownem, bo taki rzecz cała była opisana, Lisicki napisał swoją słynną, sprzedawaną na katolickich targach i wychwalaną przez księży, książkę pod tytułem „Czy Jezus jest bogiem”. Fikcja, panie dziejski, przeplata się z życiem…..Ciekawe od kogo dostał Lisicki zlecenie na tę książkę?



Dla mnie najważniejsza nie jest w tym wszystkim pornografia, którą Lisicki uprawia, żeby trochę zarobić, ale sposób w jaki rozumie on misję. Albo inaczej, sposób w jaki demaskuje on swój przyrodzony idiotyzm i ludzi, którzy popychają go to w jedną, to w drugą stronę. Jak można pomyśleć, że jakiś polski dziennikarzyna może zostać lokalnym Danem Brownem? To jest jakiś kult cargo przecież. Dan Brown to poważny projekt z wielkim budżetem promocyjnym, wymierzony wprost w Kościół. Nie ma z tym żartów. I nagle przychodzi jakiś dupek i mówi: wiecie, a ja też bym chciał być tym Danem Brownem, może zakwestionuję Zmartwychwstanie dodam trochę gołej dupy i zrobimy sukces, co wy na to? Jeśli ktoś nie wie co to jest kult cargo pokazuję i objaśniam: po II wojnie światowej na wyspach Pacyfiku lądowały amerykańskie transportowce wypełnione mlekiem w proszku, lekarstwami, sprzętem medycznym i czekoladą, miejscowe plemiona myślały, że to bogowie zsyłają samoloty, wodzowie kazali więc budować lotniska z patyków, bo im się zdawało, że to wystarczy, by bogowie przysłali samolot z czekoladą. To jest właśnie kult cargo i tym się zajmują polscy dziennikarze i pisarze – konstruowaniem budżetu z patyków, który ma spowodować gigantyczną koniunkturę. Jakim durniem trzeba być, że się w ten sposób zachowywać? Durniem, albo człowiekiem bezwolnym, posłusznym poleceniom kogoś mądrzejszego, kto się tu u nas zabawia w różne gry. Tu macie link do tej prozy Lisickiego
http://deser.pl/deser/1,111857,9958115.html



Lecimy dalej. Wczoraj niczym diabeł z pudełka wyskoczyła sprawa nowej inicjatywy Macieja Świrskiego, czyli coś co nosi nazwę „Uczciwe media”. Chodzi o to, że zebrali się ludzie, między innymi sam Świrski, ale także Jan Pietrzak, Józef Orzeł, Maciej Pawlicki, profesorowie Gliński i Nowak, oraz kilka innych osób i postanowili bronić dobrego imienia Andrzeja Dudy przez meinstreamowymi mediami. W deklaracji nie było słowa o mediach innych niż meainstreamowe. Rozumiem więc, że Lisicki z Migalskim i całym PJN mogą w sposób podstępny ryć pod nowym prezydentem i nikomu nic do tego? Rozumiem, że redaktor Lisicki, który przecież publikował w samej Frondzie, nadal będzie zapraszany do Klubu Ronina i do niezalezna.pl jako komentator, a wszyscy będą udawać, że jest on w porządku. Może nawet zaproszą tam Migalskiego, żeby opowiedział o swoich dalszych planach pisarskich. Właściwie czemu nie….



Ponieważ Maciej Świrski ogłosił powstanie swojej nowej inicjatywy z wielkim przytupem, oczekuję od niego i od Józefa Orła, którego znam odpowiedzi na pytanie: co zrobicie z Lisickim? Czy nadal będziecie mu podawać rękę, gadać z nim i uważać go za człowieka godnego dialogu? Pytanie to ma drugie dno, chodzi bowiem o to, czy traktujecie poważnie wyborców, widzów i czytelników, czy też, jak sam Lisicki, uważacie ich za durniów, którym coś się tam powie, żeby nie szczekali za głośno.



Książka Migalskiego jest wymierzona w Dudę, nie rozumie tego tylko ktoś wyjątkowo ograniczony, jakiś przepraszam za wyrażenie „polski Dan Brown”. Wy obaj powinniście to zrozumieć od razu. Pytam więc jeszcze raz – co zrobicie z Lisickim? Oczekuję, że w związku z publikacją książki Migalskiego w „Do rzeczy”, zostanie zorganizowane specjalne spotkanie w Klubie Ronina i pan Rafał, felietonista tego tygodnika wygłosi na początku kilka ważnych deklaracji związanych ze swoim udziałem w tym projekcie. Dobrze by było gdyby Semka też coś powiedział.



Tym goręcej na to czekam, że Maciej Świrski zadeklarował się jako chrześcijanin i obrońca ewangelicznych wartości, podobnie zresztą jak pozostali członkowie inicjatywy „Uczciwe media”, Lisicki zaś ma za sobą te niewesołe doświadczenia związane z próbą zrobienia kariery literackiej na Zmartwychwstaniu.
Oczekuję odpowiedzi pisemnej w formie listu lub notki na blogu. List zostanie opublikowany. Józef zna mój adres. 

czwartek, 28 maja 2015

Do ilu dziennikarek miał dostęp Migalski?

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Rozpisywałem się tu kiedyś o powieści jako o gatunku literackim. Pisałem, że w zasadzie nie ma dziś po co pisać powieści, bo została ona skutecznie unieważniona przez parodię, że powieść dzieli się na dwie klasy – imperialną i kastową. Powieść rosyjska, francuska, niemiecka i brytyjska to powieść imperialna, gdzie odnaleźć się mogą wszyscy obywatele imperium, a powieść polska to powieść kastowa, z której bohaterami utożsamiać się mogą byli ziemianie lub ludzie do tej kasty aspirujący lub przerobieni na inteligentów chłopi. Prawdziwy chłop nie będzie czytał powieści Reymonta, bo nie ma na to po prostu czasu, a pewnie i znudzi się przy tym okropnie. On woli obejrzeć mecz, albo film gangsterski. Powieść jest gatunkiem propagandowym służącym jednoczeniu wspólnot, ku jakiemuś dziełu, już to podbojowi, już to powstaniu narodowemu albo wytężonej pracy u podstaw, czyli podnoszeniu PKB okupanta. Są oczywiście parodie i te cieszą się największym wzięciem. Nie ma bowiem nic łatwiejszego niż opisywać ludzi korzystając przy tym z negatywnych emocji. Na tym zakończę swój wywód, bo to co przeczytałem wczoraj w „Do rzeczy” nie zasługuje nań wcale. Chodzi mi o pierwszy fragment powieści Marka Migalskiego pod tytułem „Bez litości”. Nie liczcie, że będę się teraz rozwodził nad stylem czy jakością poszczególnych akapitów, mowy nie ma, zajmiemy się wyłącznie funkcją tego dzieła, czyli spróbujemy odpowiedzieć na pytanie po co Migalski to napisał.

Powieść opowiada o przygodach samego Migalskiego od momentu, kiedy wszechwładną ręką prezesa ustawiony został na pierwszym miejscu listy wyborczej do europarlamentu. Opisani są w niej wszyscy prominentni członkowie PiS i niektórzy członkowie PO. Postaci są oczywiście przerysowane i wyszydzone, do czego Migalski ma święte prawo, jeśli chce zostać pisarzem. No, ale kiedy przebrniemy już przez pierwszą kolumnę tego tekstu zauważamy, że to nie może być prawda. Migalski nie chce zostać pisarzem. Mówi nam o tym akapit, w którym opisuje skodę Michała Kamińskiego. Samochód ma podzielony na dwie części bak, do jednej części tankuje się paliwo, a do drugiej piwo, bak jest połączony rurką z siedzącym w środku Kamińskim, który jadąc do Strasburga pociąga co rusz z tej rurki. I kiedyś się zdarzyło, że kierowca się pomylił i źle zatankował i Misiek pił przez całą drogę benzynę, ale nic nie zauważył. Migalski daje ów opis, bo jest przekonany, że to zabawne. Otóż nie jest to wcale zabawne, bo w powieści nie można mieszać gatunków, osiąga się wtedy efekt odwrotny od zamierzonego – konfuzję czytelnika. Myślę więc, że Migalski nie myśli serio o pisarstwie, a chce jedynie zrobić sobie jaja z dawnych kolegów. 

Ja nie zamierzam tu drwić z Migalskiego i z opisów seksu oralnego, które on umieszcza w tekście, bo jak powiadam, ciekawi mnie po co Migalski to napisał i po co Lisicki to puścił. Przecież nie po to, by Migalskiemu podnieść samoocenę. Od tego mu samoocena spadnie. Myślę, że Lisicki się kończy i to samo jest z Migalskim. Postanowili więc, że wspólnie zrobią coś co uratuje i to nieszczęsne pismo i samego latającego ornitologa. On się tak kazał nazywać, nie wiem czy pamiętacie. A Igor Janke zaprosił go kiedyś na urodziny salonu i on tam zrobił dziką awanturę, że się go nie traktuje poważnie. Jak widać Lisicki wreszcie go potraktował serio. 

Wróćmy jednak na chwilę do tego seksu oralnego. Migalski używa tam takiej formuły „mieć dostęp do dziennikarek”. Chodzi mu o to, że jak zostanie tym europosłem to będzie miał dostęp do dziennikarek. Ja może nie mam w tym zakresie zbyt wielkich doświadczeń, ale sądzę, że mimo tych wszystkich legend, które towarzyszą paniom z telewizji, radia i gazet, formuła ta jest nieco za bardzo fantazyjna. Ona by się może nadała do starych filmów fantasy, takich jak Willow czy Neverendig story, ale nie do powieści współczesnej. To znaczy, nie sądzę, by Migalskiemu rzeczywiście chodziło o ten dostęp. Zasada jest bowiem taka, że jak ktoś za dużo opowiada o tych sprawach, to znaczy, że coś z nim jest nie tak. Gdybyśmy zastosowali zaproponowaną w tej powieści przez samego Migalskiego interpretację zjawisk i zachowań, musielibyśmy stwierdzić, że po tych wszystkich lodach i laskach, trzeba już tylko czekać, aż Migalski dokona coming out’u i przedstawi publiczności swojego chłopaka. Oby nie okazał się nim Ryszard Kalisz. 

Komizm swojego dzieła zbudował Marek Migalski na zabiegu, który nazwę odwróconą interpretacją zachowań. Na przykład, jak się zaprzyjaźnił w Brukseli z Kowalem i stwierdzili obaj, że do siebie pasują, od razu polecieli z donosem jeden na drugiego, po czym dla własnego bezpieczeństwa zerwali ze sobą kontakt. Chodzi o to, że Migalski opisuje stosunki panujące w PiS jako upiorne, emocjonalne i towarzyskie bagno, które uratować przed kompromitacją może tylko śmiech. I on właśnie owego śmiechu dostarcza. No, ale jak wyjaśniliśmy jest to chybione i nie utrzyma się na pewno, bo im głębiej wczytujemy się w prozę Migalskiego tym więcej prostych błędów tam odnajdujemy. Sądzę więc, że Migalski nie utrzyma tej konwencji dłużej niż przez dwa odcinki, a potem zacznie zwyczajnie pluć jadem. Tak to bywa z amatorami. 

Przyczyną całego zła w partii jest oczywiście prezes i jego pokręcona psychika, która wymusza na ludziach zachowania podłe i fałszywe. Wszystko po to, by prezes mógł kontrolować całą strukturę. Pierwszy odcinek kończy się tuż po 10 kwietnia 2010 roku, a wydarzenie to jest przez Migalskiego potraktowane z zadziwiającą dyskrecją. On się po prostu martwi, że nie zostanie prezydentem w 2015 roku, a po to właśnie – jak nam to oznajmia na początku – prezes przyjął go do partii, po to, by Migalski w 2015 kandydował na najwyższy urząd w państwie. Jak widzimy żartów nie ma i chyba niewiele już Migalskiemu i Lisickiemu zostało. Ten pierwszy może się jeszcze ratować coming outem, ale ten drugi nie bardzo. Cóż on może zrobić jak ten jego tygodnik się zawali? Napisać kolejny tom książki „Czy Jezus był bogiem”? Żarty. Na razie cały środek ostatniego numeru „Do rzeczy” – 12 kolumn – zajęty jest przez powieść Migalskiego. Reszta to didaskalia, czyli demaskacje Gmyza i nieśmieszne żarty Goćka i Gursztyna. No i felieton pana Rafała rzecz jasna, same, kurna, smakowitości. Już dziś można ogłosić, że Karnowscy wygrali w tym wyścigu prawicowych, medialnych wariatów. Dla nas to oczywiście nie ma żadnego znaczenia, bo oni są tak samo źle sformatowani jak Lisicki, tyle, że nie puszczają u siebie żadnych najcieńszych nawet sugestii dotyczących seksu. Myślę jednak, że jeśli to co napisał Migalski jest choćby w połowie prawdą, to znaczy jeśli prezes rzeczywiście tak ich traktuje, wkrótce i na Karnowskich przyjdzie kryska, bo tak naprawdę media są polityce i politykom niepotrzebne. No chyba, że są to media wrogie. No i tu możemy pokusić się o jeszcze jedną interpretację: może Lisicki chce uratować swoje pismo, robią kontrę wobec prezesa. To nie jest wykluczone, zwłaszcza, że po zwycięstwie Dudy szykuje się w mediach wielki festiwal lizania butów. Przysłowie zaś mówi – nigdy nie kop liżącego. No chyba, że masz na nazwisko Kaczyński. Duda jeszcze tego nie wie i zapewne przyjmie wszystkie hołdy za dobrą monetę. A wtedy….wtedy Lisicki opublikuje nową powieść pana Marka, jeszcze bardziej kontrowersyjną i na tej fali wypłynie ku rajom budżetowym i atolom prosperity. Życzymy mu wszystkiego najlepszego. Migalskiemu także, ale drugiego odcinka jego powieści już nie przeczytam. 

środa, 27 maja 2015

Polowanie na osiedlu „Cisza” (lekkie opowiadanie powyborcze, cz. I)

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Pułkownika Konstantego Bulskiego trudno było zaskoczyć. Od kilkunastu lat na żołnierskiej emeryturze, ciągle nie tracił bojowego ducha. Miał w końcu służbę pełną przygód! Z Ludowym Wojskiem odwiedził swego czasu Czechy, w kraju służył w sumie w czterech jednostkach, pacyfikował dwie kopalnie, a nawet zdarzył mu się wyjazd do Iraku. Nie na wojnę co prawda, czy też interwencję pokojową, jak mawiał z głosem pełnym przesadnej ironii. Był tam pomocnikiem wojskowego Attache w czasach, gdy Polacy nad bratnimi rzekami Babilonu siedzieli i budowali kurniki pośród pustyni. Teraz jednak ten doświadczony żołnierz był naprawdę zaskoczony. Uniósł nawet brwi, bo to, co zobaczył za oknem swojego mieszkania w bloku na nadwiślańskim osiedlu „Cisza”, wprawiło go w osłupienie. W zasadzie zawsze dziwił się, widząc księży na ulicach i uliczkach miasta, prowadzących z różnych okazji swoje procesje. Uważnie wtedy śledził trasę, liczył ludzi i dziwił się, widząc w tłumie od czasu do czasu twarz jakiegoś kolegi. Nie mieszkał co prawda szczególnie daleko od lokalnego kościoła, wręcz przeciwnie. Jednak dla pułkownika Konstantego Bulskiego te sto metrów było istotną sferą buforową i uważał, że winno się ją respektować. On na przykład za parkan kościoła nigdy nie wchodził. Oczekiwało by się tego samego, ale cóż. Z drugiej strony jego osłupienie rosło, w miarę, jak nabierał pewności, że to, na co patrzy, to nie jest procesja, przynajmniej nie typowa kościelna procesja. Pułkownik marszczył brwi i gładził się po wąsie, przy czym właściwością jego twarzy było to, że można by spokojnie zamienić miejscami spore zakrzaczenia i nikt by nie zauważył, nawet pani pułkownikowa. Bulski zastanawiał się, czy wołać żonę do widowiska, ale ona zajęta była obecnie uważnym odmierzaniem wody storczykom, jakie uprawiała w małym ogrodzie zimowym, który kazała mu założyć na balkonie. Zamiast przerywać jej pracę, wrócił do uważnej obserwacji i spróbował analizy.

Najpierw to, że był wtorek, a w kalendarzu nie było nic o Bożym Ciele, które, zdaje się, czasem wypadało na tygodniu. Bulski pamiętał, że wtedy bywa procesja. Dziewiętnastka jednak jest na czarno – to nie Boże Ciało. Imieniny Bernarda, Celestyna, Cyriaka, Dustana… 139 dzień roku, przed nami jeszcze 226 dni… Do końca astronomicznej wiosny pozostają 32 dni… Pułkownik Konstanty czytał uważnie drugą stronę kartki z kalendarza, szukając możliwych wskazówek.

Aha! – wymruczał pod wąsem – Święta i ważne wydarzenia… Międzynarodowy dzień walki…, nie, to nie to… Aha! – mruknął głośniej, bo znalazł, czego szukał – W Kościele Katolickim 19 maja przypada wspomnienie, łamane przez, święto… –

Pułkownik zamarł. Znał to imię z wykładów historii religii na wojskowej uczelni. Ale czy to możliwe, że o to chodzi? Chyba już dziś tego nie świętują… św. Urban I, papież… Aha, nie ten numer! Krucjaty zwołał Urban II! Zresztą, kalendarz wyjaśniał, że „w dzień Urbana I błogosławiono pola. Patron właścicieli winnic, winnej latorośli, ogrodników, rolników i dobrych urodzajów.” Czyżby o to chodziło? Z dzieciństwa pamiętał, że jest faktycznie coś takiego, jak poświęcenie pól. Czy teraz rozciągnięto to na parki osiedlowe?

Trzeba napisać protest, skargę… –

Pułkownik jednak nie był pewien, czy zrobi to, co właśnie wymruczał. Po pierwsze, ostatnią skargę posłał dwa dni temu w sprawie dzwonów,  w dwóch kopiach, do rady miasta i do administracji osiedla. Po drugie zaś – Konstanty Bulski odnosił wrażenie, że to może jednak nie być procesja.

Po pierwsze – niedostatki organizacyjne. Jako zaprawiony w bojach żołnierz, Bulski od razu zauważył, że zupełnie brakowało tam porządku. Żadnego dostojnego kroku, nie było również chorągwi, dzwonków ani pieśni. Ludzie biegali za to na wszystkie strony, przy czym pułkownik naliczył trzech ksieży, dwie zakonnice i chmarę dzieci, do których przyłączali się przechodnie. Faktycznie, na osiedlu „Cisza” nic nie świętowano. Tajemnica zabawy w ganianego, bo tak to wyglądało, wiązała się z sekretem księdza proboszcza, który niespodziewanie wyszedł na jaw w ten pogodny, majowy dzień. Mówiąc ściśle, wyleciał.

Nie tylko Konstanty Bulski zastanawiał się, za czym biega od drzewa do drzewa miejscowy proboszcz. Jednym z widzów był ksiądz Len, który jednak oglądał to zamieszanie z zupełnie innej perspektywy. Właśnie przestał śledzić pogoń i znów ukląkł na ziemi, by zasadzić kolejną sadzonkę białego dzwonka karpackiego. Mała, zielona kępa listków nosiła dźwięczną łacińską nazwę Campanula carpatica. Ksiądz Len wyjął plastikową etykietkę z fotografią kwitnącej rośliny i usunął plastikową doniczkę. Zanim jednak wsadził kolejną sadzonkę zielonym do góry, usłyszał inną łacinę – podwórkową. Postanowił zareagować. Nie dlatego, żeby był aż tak zgorszony – po prostu akurat znał głos młodego człowieka, który wraz z innymi szedł chodnikiem wzdłuż koło kościelnego ogrodzenia. Ksiądz Len szanował zarówno świątynię, jak i swoich uczniów, stąd zaczął bardzo spokojnie

Przemek! –

Grupa chłopców zatrzymała się. Zaskoczeni, podchodzą do płotu i od razu „Szczęść Boże”, a potem śmiech z tego, który podpadł. Normalny facet, widząc kwiat młodzieży osiedla „Cisza” zadałby sobie co najmniej dwa pytania, zanim by ich zaczepił – „Czy byłem przez kilka lat aktywnym komandosem lub członkiem oddziałów specjalnych policji?”, a potem zapewne również – „Czy dobrze zrozumiałem głęboki sens starorzymskiej maksymy nec Hercules contra plures?” Starszy kapłan nie zamierzał zadawać sobie żadnego z nich; od trzech lat był katechetą tych chłopców. Cały stres i napięcie, jeśli występowało w tej scenie, było po ich stronie. Len wstał, wyprostował się i patrząc na Przemka, którego właśnie wyśmiewali koledzy, wskazał ręką na figurę Matki Bożej i strzelisty, świeżo otynkowany kościół. Był to, co prawda, przykład architektury czasów zimnej wojny o cegły, czyli schyłkowej komuny. No, ale zawsze to świątynia! Przemek wyglądał na skruszonego, więc ksiądz Len uśmiechnął się i zażartował

–  Widzę, ze droga zakręca. Koledzy też to widzą, nie musisz ich ostrzegać co dwa kroki po łacinie, że to zakręt. Zjadłeś GPS z samochodu, czy jak? –

Chłopcy znów ryknęli, Przemek był już całkiem czerwony, prawie jak na meczu, gdy zdzierał gardło dopingując lokalną drużynę, lub krytykując pracę policji na stadionie. Ksiądz miał już ich uwagę, chłopcy stali poopierani o kościelny parkan.

Z łaciną u ciebie nieźle chłopie, przynajmniej wiesz, jak jest „krzywa”, ale „Ave Maria” jeszcze nie zaliczyłeś. Czekam! –

Przemek zaczął się wykręcać

A, bo wie Ksiądz, taka ładna pogoda, nie chce się uczyć… Ale zaliczę, zaliczę –
czerwony na twarzy chłopak spojrzał na księdza i na swojego kolegę, Długiego. Wysoki jak chmielowa tyczka chłopak miał teraz minę, jakby zdał semestr bez poprawki. Jako jedyny ze swojej klasy zaliczył już Pater i Ave!

A ksiądz co – Przemysław próbował zmienić temat, czepiając się najbardziej oczywistych oczywistości – sadzi kwiatki? –

Len odpowiedział ze spokojem, jaki zawsze przynosiło mu grzebanie w ziemi

Trzeba doprowadzić ten ogród do porządku. Proboszcz zostawił mi wolną rękę wzdłuż parkanu, mam jeszcze trochę miejsca i kilka dzwonków, no i floksy… –

Przerwał mu Lukasz,  którego osiedle nigdy nie widziało ubranego inaczej niż w czarny dres.

Zioło by ksiądz zasadził! –

Kapłan pomyślał, że ta dziedzina ogrodnictwa wypływa w końcu w każdej rozmowie z jego uczniami. Podczas katechezy, nawet na skądinąd intrygujących tematach, jak „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”, czy „Ludzka seksualność sposobnością do osobowego daru”, pojawiał się zawsze ten nieśmiertelny refren: wolne konopie! Ksiądz westchnął

Zioło? Naprawdę? Tu, przy parkanie? Chyba by nie zdążyło przy was wyrosnąć. Smoki! Ani płuc nie szanujecie, ani mózgów… –

Chłopcy jednak już go nie słuchali; po drugiej stronie ulicy, w małym osiedlowym parku działy się ciekawsze rzeczy. Siostra Donata właśnie pomagała wejść na konary rozłożystego kasztanowca siostrze Hani. Pod drzewem było spore zbiegowisko. Na pytanie Przemka, co tam się dzieje, ksiądz Len zrelacjonował im najważniejsze wydarzenie wtorkowego poranka na plebanii. Papuga Fruzia uciekła! W krótkich słowach zawarł epicką batalię o powrót Fruzi do klatki. Najpierw zabawa polegała na uganianiu się za nią po proboszczowskich pokojach (ofiary – stłuczony wazon, rozsypana oryginalna Lavatzza z Włoch i zerwane dwie firanki). Potem, gdy na pomoc zdyszanemu proboszczowi przybyła pani Halinka, ptak skorzystał z krótkiego momentu otwarcia drzwi i wyleciał na klatkę schodową. Tam przez kolejną godzinę dzielnie umykał wszelkim podstępom kleru. W końcu na pewno byliby ją złapali, ale ktoś otworzył nieopatrznie drzwi na balkon i ptaszysko zwiało ostatecznie z budynku. Ksiądz Len nie dziwił się, że papuga nie męczyła się lataniem. Ta konkretna kakadu różowa miała dobry motyw, by walczyć o wolność.

Stary kapłan opowiadał dalej  i nie spostrzegł, że stracił słuchaczy. Chłopcy nadal wpatrzeni byli w siostrę Donatę. Ta wspięła się na palce i jedną ręką podniosła swoją mniejszą koleżankę na zaskakującą wysokość. Uczniowie księdza Lna przełykali ślinę i dziękowali w duchu, że jest, jak jest. Ze ich uczy w technikum akurat poczciwy ksiądz Len, a siostra Donata katechizuje w przedszkolu. Była sporo wyższa nawet od Długiego. Budziła respekt. Len jednak był mistrzem przyciągania uwagi młodych ludzi. Sadząc kolejny krzak dzwonka wypowiedział po prostu główny, jak podejrzewał, motyw papugi. Mówił to zresztą bardziej do siebie, niż do chłopaków

Proboszcz źle robił, myjąc ptaka w zlewie. –

Skutek był natychmiastowy. Ogrodnik w koloratce prawie od razu ugryzł się w język, ale było już za późno. Zanim wszyscy ryknęli śmiechem, Lukasz zdążył zadać pytanie, z którego jego klasa miała śmiać się do końca roku

Co, probi też tak robi? –

Pośród ogólnej wesołości i okrzyków młodzieży ks. Len począł tłumaczyć

Chodzi o papugę! Papugę brał i moczył… –

Było już za późno. Moczenie papugi weszło do slangu osiedla „Cisza” na stałe. Len szczerze żałował. Nie ma nic gorszego, niż rubaszny ksiądz. Jednak, to, co powiedział, było czystą prawdą. Lubiący porządek i higienę pleban pakował papugę dzień w dzień pod strumień letniej wody, wbrew jej głośnym protestom. Robił to gestem, jakim zapewne jego dziadek, albo i ojciec, podawali zhandlowaną kurę na jarmarku. Len, stary przyrodnik z zamiłowania, perswadował, że to błąd. Wskazywał na przesłanki sugerujące, że na australijskich pustyniach dzikie Kakadu rzadko obmywane są monsunowymi ulewami. Na próżno. Podobnie drażniła go i dziwiła aura tajemniczości, jaką otaczał pleban swoje domowe zwierzątko. Nie chodziło przecież o węża, czy o agresywną rasę psów. Mimo to, przez dwa ostatnie tygodnie proboszcz prosił ich niemal na każdym posiłku o dyskrecję.

Nie muszą ludzie wiedzieć. – przypominał i przestrzegał co jakiś czas przy stole – Chodzi o to, by nikogo w parafii ta papuga nie zgorszyła. –

Starszy kapłan przewracał tylko oczami, słysząc te dyrdymały i powstrzymywał dziesięć zjadliwych komentarzy, naraz cisnących się na usta. Len miał co nieco do powiedzenia także o innych sprawach związanych z kakadu. Nie chodziło mu nawet o jej poranny skrzek, którym budziła po 5:00 wszystkich wikarych. On sam rzadko spał tak długo. Bolało go co innego. Ptak stał się tarczą proboszcza w cotygodniowych dyskusjach duszpasterskich. Brzmi dziwnie? Posłuchajcie, do czego może przydać się papuga. Zacząć trzeba od tego, że Len niechętnie brał udział w tych dysputach. Czuł się tam piątym kołem u wozu. Nie był do końca wikariuszem, ale nie był również zwykłym tylko rezydentem, na wzór innych starszych księży, grzecznie pomagających w odprawianiu mszy w parafiach, gdzie kiedyś pracowali. Krótko mówiąc, jego status był tam mocno niepewny. Jednak mimo to, Len czasem się odzywał. Na przykład pytał

Czemu służy to, ze młodzież podczas modlitw uwielbienia podchodzi do monstrancji i jej dotyka? –
wikariusze siedzą obok w fotelach i milczą, jedni znudzeni, inni z kpiącym uśmiechem, a ten z doktoratem – czyhający na moment, by ugryźć. A co wtedy robi proboszcz? Zaczyna bawić się z papugą, której klatkę specjalnie w tym celu przeciągnął  z sypialni do salonu.

No co, moja Fruziu? No co, malutka? Wiecie, że już mówi parę słów i śpiewa nawet ze mną pieśni: „Pan kiedyś stanął nad brzegiem…” –

Ptak skrzeczy, proboszcz śpiewa i sięga po orzeszka. Dopiero po całym tym rytuale odpowiada swojemu podwładnemu

Księże Lnie, no musimy jakoś młodzież zachęcać… Dobrze ze przychodzą! Z liceum od księdza Krzysia przychodzą, prawda, a z technikum jakby mniej, nie widziałem ostatnio ani jednego… A co wikariusze myślą? No co, chłopaki, dobrze, że przychodzą, nie? –

Specyfika tej sytuacji sprawiała, że Len początkowo nie lubił różowej papużki. Odkąd jednak usłyszał od gospodyni, że proboszcz codziennie ją myje, niechęć przerodziła się we współczucie, świadomość wspólnego losu. Teraz zaś ptak ukrywał się gdzieś wśród kwitnących gałęzi kasztanowca i tryumfował nad dwunożnymi istotami, ubranymi od stóp do głów na czarno, które roiły się hałaśliwie pod kwitnącym drzewem.

Jego uczniowie pożegnali się, gdyż przez gwar ulicy przebił się do nich daleki dźwięk dzwonka. Czas do szkoły! Len zastanawiał się, czy mieli na pierwszą, czy też wracali z wyjątkowo długiej przerwy. Gdy chłopcy odeszli, ksiądz podniósł się jeszcze i popatrzył na pobliskie zbiegowisko. Stwierdził, że gdyby teraz nadjechał biskup, można by z powodzeniem przekonać go, że tam, pod drzewem, odbywa się happening ewangelizacyjny.

Czcigodny biskupie! Ta papuga jest symbolem Ducha Świętego, którego staramy się złapać za nogi! –

Pomyślał ksiądz Len z kwaśnym uśmiechem i znów klęknął na ziemi, by posadzić to i owo zielonym do góry.

Nie tylko starych kapłanów uspokaja zieleń. Pułkownik Bulski dał sobie spokój z obserwacjami szalejącego w parku kleru, bo w radiowej jedynce wybrzmiała właśnie pierwsza. O tej godzinie jego małżonka podawała mu obiad, a potem on, zgodnie z codziennym rytuałem, brał gazetę i szedł do ogrodu zimowego. Nie ma to jak taki ogród w maju! Ptaszki śpiewają na dworze, jest już przyjemnie i ciepło od słoneczka, ale jeszcze nie upalnie. Chwila lektury i słodka drzemka w rattanowym fotelu. Mebel stał na końcu balkonu pośród naprawdę okazałych storczyków. Nad głową Bulskiego pyszniły się natomiast rozłożyste liście platycerium, jak zawsze z wesołym uśmiechem nazywała tę roślinę jego żona. Nie znał jej polskiej nazwy, nie obchodziła go. Pułkownik usnął pod rozłożystymi rogami łosia. Taka była polska nazwa tej rośliny, tak też chichocząc mówiła o platycerium pani pułkownikowa, ilekroć gościła koleżanki na kawce.

Małżonka budziła Bulskiego zawsze po trzeciej, od lat jednak nie robiła już tego przez ugryzienie w nos. Dlatego pobudka tego popołudnia była nagła i bolesna; tym boleśniejsza, że Bulski miał koszmary. Był znów w Iraku, nadzorując budowę blaszanych kurników. Ale miał zadanie specjalne. Jakiś ubek wyjaśnił mu, że będzie nadzorował Kurnik SP-65, to jest, specjalnego przeznaczenia. Zamiast kur miała tam dojrzewać straszliwa broń biologiczna. Najnowsze owoce sowieckiej biotechnologii. Jakiś pogrobowiec łysenkizmu przez twardą musztrę, czytanie wojennych wspomnień Żukowa oraz uświadamianie klasowe zdołał zrobić z kurczaków na powrót dinozaury. I to raptory! Ubek, stojąc we śnie przed pułkownikiem w szarym garniturze, z twarzą zmarłego przed laty wuja Mirosława Bulskiego, snuł ambitne plany

Pojadą na Zachód jako członkowie reprezentacji hokejowych… Będą siać terror wśród imperialistów i ferment rewolucyjny. W Ameryce zjedzą wszystkie krowy i nie będzie tych ich bułek z wołowiną… –

Bulski miał swoją rolę w zwycięstwie wszechświatowej rewolucji – pilnować, żeby raptory nie uciekły z kurnika. Cóż, rozkaz to rozkaz, UB to UB, a wuj to wuj. Dostał jeszcze, oprócz dobrej rady, by nie prowokować drapieżników, coś do obrony własnej. Tak, jak swego czasu żołnierze wspomnianego marszałka ZSRR, dzierżył w trzęsących się dłoniach stary karabin i garść naboi. Wujek, który tak naprawdę nawet agentem żadnym nie był (chyba?), zniknął nagle jak fatamorgana. Bulski został sam. Odwrócił się i popatrzył na szary kurnik pośrodku szarej pustyni. Na rozpalonej od słońca blasze pojawiły się pierwsze wybrzuszenia. Czy można się spocić we śnie? Można. Już po chwili chciał nawet krzyczeć, gdy wielki drapieżnik postawił mu na piersi olbrzymią łapę z hakowatym pazurem i rycząc, pokazał mu, tak na oko, jakąś setkę zębów. Nigdy więcej imperialistycznych filmów!, zdążył pomyśleć sobie Bulski świadomy, że przecież to niemożliwe i że musi być to sen. Dlatego, gdy coś naprawdę ugryzło go w nos, głośno krzyknął i zerwał się na równe nogi. Zerwały się również rogi łosia, w które uderzył głową. Zerwała się do lotu kakadu, odbiła się jednak od szyby. Nie potrafiła znaleźć uchylonego okna, przez które wlazła do mieszkania. Wcześniej łatwo uciekła skaczącej po gałęziach kasztanowca siostrze Hani i całej tej szalonej obławie. Musiała jednak wrócić jakoś do tych dziwacznych dwunożnych istot. Okazało się, że jej kryjówka, jak i całe osiedle „Cisza”, było pod władzą gangu gawronów, a one nie lubiły kolorowych. Na chybił trafił wybrała więc pierwsze otwarte okno.

Koniec części pierwszej:-) CDN.

wtorek, 26 maja 2015

Mały cud nad Wisłą

Autor: Integrator

No i stało się, mamy prezydenta. Powoli wydaj się to takie oczywiste a jednak jeszcze wczoraj nic nie było pewne. Do ostatniej chwili trwałem w obawie, że oni tego tak nie zostawią, że rzutem na taśmę zrobią coś co złamie wszelkie reguły gry a nam zostanie już tylko bezradnie patrzeć jak biorą się za ostateczne porządkowanie spraw. Tak to właśnie ze mną było i ani się tego nie wstydzę, ani też nie zamierzam udawać, że było inaczej. Przedłużono ciszę wyborczą, a ja wiedząc, że oni mając już wyniki i dali sobie te dodatkowe półtorej godziny czasu by podjąć decyzję w którą stronę pójdą, czy w zamordyzm czy jednak w stronę demokracji, trwałem na modlitwie oddając Duchowi Świętemu losy mojej Ojczyzny. A tak już bez obwijania w bawełnę prosiłem o drugi cud nad Wisłą. Z tym większym rozbawieniem czytam dziś komentarze zalewające regularnymi falami internet, których autorzy uznali, że to jest akurat ten moment, by pochwalić się przed światem, że oni od początku wiedzieli, że tak to się wszystko pięknie skończy. Ja na to lekarstwa nie mam, bo gdyby na pychę było antidotum pewnie wciąż żylibyśmy wraz z naszymi, pierwszymi rodzicami w Raju. Tak dobrze niestety nie ma, właśnie przez pychę, która kazała Ewie zerwać jabłko, i która niektórym z nas pozwala w tych dniach opowiadać, że oni od dawna - wiedzieli. W kraju gdzie sędziowie są na telefon rządzących, gdzie prokuratorzy oskarżają ostatnich sprawiedliwych, gdzie komornicy sprzedają cudzą własność a dziennikarze kłamią jak bure suki udając, że nie widzą zalewającego nas zewsząd zła, w końcu w kraju, gdzie policjanci kłamią pod przysięgą, a każdy kto mógł rzucić choć odrobinę światła na to co stało się w Smoleńsku wącha kwiatki od spodu, w takim kraju można, uważam, być pewnym wszystkiego, poza jednym. Nie można być pewnym, że zwycięży prawda. Jeśli ktoś umie poprawnie postrzegać smutną rzeczywistość tego kraju, mógł spodziewać się raczej najgorszego niż tego, że wygra człowiek, którego jeszcze pół roku temu nie znał absolutnie nikt z nas, którego w dodatku wystawił do tego pojedynku polityk najbardziej znienawidzony przez System, Jarosław Kaczyński. Nikt nie mógł mieć pewności i nikt jej nie miał póki jak my wszyscy nie zobaczył pierwszych wyników. Nie wiedział tego ani Duda, do końca jak to będzie nie wiedział sztab, ani te miliony wyborców, które na kolanach wznosiło oczy ku niebu w indywidualnych modlitwach i różnego rodzaju łańcuszkach. Patrząc tak czysto po ludzku na te wszystkie okropności jakie działy się przez ostatnie lata, po prawdzie, zostawała tylko modlitwa. A teraz gdy już jesteśmy zaledwie dobę po tym cudownym zwycięstwie, dowiadujemy się, że pośród nas były dziesiątki takich co to ich Pan Bóg napełnił odpowiednio wcześniej wiedzą, że już tylko czekali pełni pokoju tego co pewne. To zostawmy ich skoro tak, samym sobie, niech korzystają z tej radości, wszak takie objawienia to stan wyjątkowej łaski.

A skoro już tak religijnie się zrobiło, muszę powiedzieć, że wyjątkowo źle odbieram wspomniane łańcuszki. Szczególnie krzywo na nie patrzę, gdy podpisują je kapłani, którym brakuje odwagi by wyjść spoza parawanu, dobrze chroniących inicjałów. Z drugiej strony wiemy jak z tym jest, trudno zgadnąć kto tak na prawdę za nimi stoi, więc nie tędy pójdą me rozważania a w stronę zawartych w tych łańcuszkach wezwaniach. Niemal dokładnie pokrywały się one z tym co powiedział zgromadzonym przez telewizorami Andrzej Duda na zakończenie pierwszej debaty. Powołał się tam na Jana Pawła II, podkreślił, że chce żyć zgodnie z tym czego On próbował nas uczyć, i że chce tak żyć nie tylko jak człowiek ale i prezydent. Przyznam, że wtedy lekko mnie to zeźliło, bo nie pamiętam, żeby nasz kandydat rozpoczął kampanię mszą świętą, już nie mówię żeby na Jasnej Górze, ale w ogóle, a to dopiero dałoby mu prawo poprowadzenia stojących za nim wyborców do tej symbolicznej bitwy o Pałac pod sztandarem Bóg, Honor, Ojczyzna. Na pewno nie głosiłbym też herezji, jak to zdarzyło się Andrzejowi Dudzie w Gościu Niedzielnym, że co do zasady jest przeciwko aborcji, ale jako prezydent, będzie musiał uwzględniać poglądy innych. Na całe szczęście poseł Duda zrozumiał, że nie tędy droga, że bez względu na to co my tu sobie na ziemi wymyślimy, zwycięża reguła "Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?". Zrozumiał, dał świadectwo i stało się - nie ma już posła Dudy, jest prezydent Duda. Mam nadzieję, że nigdy o tym nie zapomniani. Piszę o tym celowo, bo być może pośród moich Czytelników są osoby żyjące daleko od Boga, a nie ma w tych dniach lepszej okazji by zrozumieli jak wielka siła płynie z wiary. Może to się Wam zrazu wydać mocno naciąganą narracją, ale gdy weźmiemy pod uwagę właśnie fakt, odwrócenia się Andrzeja Dudy od wcześniejszych light-katolickich deklaracji, jednoznaczne opowiedzenie się po stronie miłej Bogu, a jeszcze gdy uświadomimy sobie, że zwycięstwo zostało mu dane w święto zesłania Ducha Świętego, to nic nie jest już ani niewyobrażalne, ani niezwykłe. A więc ukorzył się Andrzej Duda ale i przyjął depozyt wiary. Od tego jak długo będzie go niósł przed sobą, od tego jak wytrwale będzie bronił zebranych tam prawd, od tego zależeć będzie kształt drogi, która przed nim. Podobnej odnowy, szczególnie moralnej, musi doznać także Prawo i Sprawiedliwość jeśli chce powtórzyć sukces prezydenta Dudy. Mówiłem o tej potrzebie tekstem "PiS powinien być jak mafia", ale nie zaszkodzi gdy raz jeszcze się nad tym problemem pochylę. Acz to już w kolejnym tekście. 

Przed Andrzejem Dudą, stoi jeszcze jedno ważne zadanie. Od teraz bardzo bacznie będą przyglądali mu się liberalni wyborcy, i ci co już od dawna nie głosują. Nauczono ich dokładnie, że to jest człowiek Kaczyńskiego, człowiek IV RP, dlatego od tego jakie Duda będzie podejmował decyzje i jaki przyjmie styl sprawowania władzy, zależeć będzie czy ludzie ci nauczą się na nowo postrzegać polskie sprawy, które im tak skutecznie obrzydzono. Jeśli zrobi to dobrze, może się i tak zdarzyć, że w umysłach tysięcy Polaków, Polska o której ongiś opowiadał Lech Kaczyński, może zacząć krystalizować się im jako coś wartego uwagi. Pierwsze miesiące, co tam, już pierwsze dni po zaprzysiężeniu będą więc bardzo ważne. Zwłaszcza, że druga strona także wie jak ta maszynka działa. Jeszcze może nie teraz ale już w przyszłym miesiącu, to na pewno!, przejdą do frontalnego ataku, choć pierwsze przymiarki i pohukiwania dochodzą naszych uszu już teraz. Wiemy dla przykładu, że poniósł Duda sromotną klęskę w swym mateczniku, a jakże, i jeszcze w Warszawie. Doniesiono nam także, że na wieść o jego zwycięstwie poleciała giełda, słabowała też nasza waluta. Jego pomysły będą zaś kosztowały nas grube miliardy. To są proszę Państwa zwyczajowe kłamstwa ale i zwiastun bezpardonowej walki, która wciąż przed nami. Walki o przetrwanie. Nie mam wątpliwości, że Platforma właśnie na przykładzie Dudy, zechce nam pokazać co nas czeka jeśli wpuścimy do Sejmu resztę jego kompanów w nazbyt pokaźnej ilości. Ufam, że prezydent Duda to wie. No i że Jarosław Kaczyński otworzy się w końcu na tą prawdę, że Prawo i Sprawiedliwość zanim ruszy do boju, musi wykonać na żywym organizmie swej partii kilka bardzo poważnych operacji. Wcale niekosmetycznych. 

Tym razem witam kilku nowych Czytelników z Iranu. Dziękuję za waszą tu obecność. Przekazujcie sobie proszę, zamieszkujący ten kraj Rodacy, link do Tygodnika Solidarni. Rozprawiamy tu przecież o sprawach ważnych, o takich które decydować będą o kształcie naszej wspólnej Ojczyzny. Zapraszam!

poniedziałek, 25 maja 2015

Wygrana z wiarą i pokorą, przegrana z butą i groźbami

Autor: Leonarda Bukowska
Oprócz ciężkiej pracy Andrzeja Dudy i jego sztabu oraz wsparcia milionów Polaków, do wczorajszego zwycięstwa przyczyniły się dwie cechy nowego Prezydenta - to wiara i pokora. Gdy patrzyło się na nieliczne pokazywane przez media i mocno cenzurowane sceny ze spotkań z wyborcami, od razu i od początku widać było na nich niezłomną wiarę Andrzeja Dudy, że to właśnie jemu zostanie powierzone pełnienie funkcji Prezydenta RP. Wiara ta udzielała się chyba i innym - muszę przyznać, że poza pewnym zwątpieniem w sukces po I debacie (także i - niestety - wskutek radosnej twórczości części mediów skądinąd wspierających Andrzeja Dudę) też byłam - mimo nerwów - jakoś dziwnie przekonana, że tym razem się uda. 
I pokora - pokora wobec Boga, pokora wobec narodu, pokora wobec zwykłych ludzi. Pokora wobec powierzonych spraw i powierzonych osób. Pokora w służbie państwu. To to, czego w ostatnich latach tak bardzo brakowało władzom, które fakt bycia na "służbie państwowej" rozumiały zupełnie opacznie i redukowały wszystko do służenia głównie samym sobie i swoim interesom. Każdy, kto oglądał czy to na żywo czy na nagraniu jakieś większe fragmenty spotkań Andrzeja Dudy z wyborcami nie mógł nie zauważyć wszechobecnej tam pokory wobec innych - nawet wtedy, gdy był w sposób agresywny zaczepiany o nieodłączne tematy-bicze czyli o aborcję i o in vitro. Oby ta kampania wyborcza zainicjowała nowy sposób uprawiania polityki - byłoby to niewątpliwie z korzyścią dla nas wszystkich.
Z drugiej strony ciesząc się z perspektywy zmian i z perspektywy Polski, na której czele będzie stał świetnie wykształcony, pracowity i pokorny Prezydent nie sposób nie napisać o tym, co nas wszystkich w najbliższej przyszłości będzie zapewne czekać ze strony tych mniej pokornych. Pierwsze próbki były już wczoraj. I tak odchodzący Prezydent, zamiast ograniczyć się do gratulcji, podziękowań i choćby nawet krótkiego przedstawienia swojej prezydentury i tego, co uważał za jej sukces, opowiadał coś o "pospolitym ruszeniu". Trudno powiedzieć, czy miał to być jakiś dowcip czy w ogóle co to miało być - wyszło koszmarnie, bo zapieniony odchodzący władca pohukujący o pospolitym ruszeniu, obronie demokracji, itp. (przed kim niby?) robi po prostu wrażenie żałosne. Nie będę się tutaj dalej pastwić nad tym człowiekiem, na rozliczenie tej prezydentury jeszcze będzie czas i możliwości - miejmy tylko nadzieję, że nikt nie będzie miał ochoty zaciągnąć się do tego "pospolitego ruszenia" (albo że przynajmniej nie uda się zorganizować odpowiedniej ilości walecznego woja i wyjdzie najwyżej armia operetkowa).
Wśród "autorytetów" IIIRP - wyznaczonych do tej funkcji czort wie przez kogo i czort wie z powodu jakich szczególnych przymiotów ducha czy ciała - panika i wścieklizna kompletna. Straszy Michnik, straszy Hartman, straszy Krzemiński i straszy Hołdys. Przed wyborami straszył Olbrychski i jemu podobni (teraz nie wiem, czy jeszcze straszą, czy poszli się upić na ponuro). O Niesiołowskim już nawet nie wspomnę, bo ten straszy zawsze i wszędzie. I straszy zapewne jeszcze wielu innych, których na szczęście nie słyszałam ani nie czytałam. A prawdziwy wybuch gróźb i strachów zapewne dopiero przed nami (wyobrażam sobie następnie nasze straszące, dzielne, lewackie niewiasty w akcji). Straszą dyktaturą, końcem demokracji, radykalizmem, katastrofą, Kaczyńskim z Macierewiczem wyskakującymi zza Dudy, jakimiś talibami, Iranem - po prostu koszmar, przeszli już nawet pamiętny skecz "Jak PiS dojdzie do władzy". Sama chyba zaraz lecę do miasta kupić na wszelki wypadek czador i egzemplarz Koranu (o ile to w ogóle gdzieś można dostać). Ale do śmiechu z tym tak naprawdę nie jest - tę arogancję i te groźby jeszcze przed rozpoczęciem prezydentury należy brać na poważnie. Nie panikować ale i nie lekceważyć ich, jak uczy doświadczenie ostatnich 5 lat.
I - co w przyszłości może się okazać poważnym problemem - straszą media europejskie. Jakieś włoskie gazety wręcz plują o nacjonaliźmie, ultranacjonaliźmie, jakimś fundamentaliźmie katolickim i innych podobnych bzdetach. Won z tym wszystkim - zajmijcie się najlepiej, szanowni Europejczycy, własnym bajzlem (bo macie go dosyć u siebie) a Dudę i nas wszystkich (katolickich fundamentalistów, faszystów, nazistów, ultranacjonalistów i kogo tam jeszcze) zostawcie w spokoju. Miejmy też nadzieję, że Andrzej Duda dzięki swym zdolnościom i pracowitości da sobie z tymi pieniaczami radę i szybko zacznie być w Europie postrzegany jako poważny partner, z którym należy się liczyć. To także coś, czego w ostatnich latach bardzo nam brakowało.
To krótkie przewidywania, co będzie nas czekać w najbliższej przyszłości. Ale dziś mamy po 5 latach naprawdę powód do radości i do nadziei.

niedziela, 24 maja 2015

Początek końca III RP

Autor: Integrator

Są wynik! Andrzej Duda 53%, Bronisława Komorowski 47%.

Jeśli to prawda a wynik ten utrzyma się do rana to jak pisałem w poprzednich tekstach, panowie z WSI będą mieli mało czasu by spakować i wywieźć archiwa....

Moi Drodzy. Jeśli nic się nie zmieni, to jesteśmy świadkami historycznego wydarzenia - początku końca III RP. I choć łatwo nie będzie, bo osaczone, zranione zwierzę, będzie się broniło do końca, to zaczęło się.

Przed nami jesienne wybory i być może potężne przetasowanie. Sejm bez PSL'u? Nie inaczej jeśli chcemy kontynuować rozpoczętą drogę odnowy.

Ale to zadana na jutro.

Dziś jest święto zesłania Ducha Świętego. Dziękujmy mu za to piękne zwycięstwo i prośmy go wspólnie by źli ludzie nie odwrócili o świcie tego wyniku.

Litania do Ducha Świętego
(Roman Brandstaetter)

Spójrz,
Duchu Święty,
Na ludzi idących przed siebie
Drogą nieskończonego postępu,
Na mędrców,
Którzy ulepili golema
Na własne podobieństwo
I na własną zgubę.

Spójrz,
Duchu Święty,
Na rozpad atomu,
Na rozpad moralności,
Na rozpad ładu,
Na rozpad porządku,
Na rozpad sztuki,
Na rozpad cywilizacji,
Na rozpad słów,
Na rozpad prawa,
Na rozpad harmonii,
Na rozpad rozsądku,
Na rozpad logiki,
Na rozpad wszystkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie,
Duchu Święty,
Albowiem jesteśmy bezwolnym narzędziem
W rękach naszych lekkomyślnych dzieł.

Jesteśmy jak ci, którzy nie wiedzą co czynią.

Zstąp
Na ziemie samounicestwienia,
Na rakowate miasta i wsie,
Na trędowate domy,
Na zatrute zboża, ogrody i sady,
Na martwe rzeki i morza,
I krąż,
Jak krążyłeś w genezyjskim locie
Nad chaosem niepokornych żywiołów.

Krąż nad nami,
Poskromicielu zamętu,
Nad pobojowiskiem naszych klęsk,
Nad rzeźnia tego świata,
Nad śmietnikami pełnymi
Niedonoszonych płodów,
Nad ziemią cuchnącą swądem spalonych ciał,
Nad górami atomowych odpadków
I wybaw nas od głupoty udającej mądrość,
Od kłamstwa udającego prawdę,
Od ślepoty udającej dalekowzroczność,
Od chamstwa udającego obrażoną godność,
Od fanatyzmu udającego wiarę,
Od brudu udającego czystość,
Od nienawiści udającej miłość,
Od niewoli udającej wolność,
Od obłudy udającej szczerość,
Od pychy udającej pokorę,
Od warcholstwa udającego odwagę,
Od szatana, który mówiąc "nie",
Myśli "tak",
A mówiąc "tak",
Myśli "nie".

Przybywaj, Duchu Święty,
Wielousty,
I otwórz nasze głuche uszy,
Wołający płomieniu!

Przybywaj
Z wnętrza wieczności wiejący wichrze,
Który nigdy nie burzysz,
I nigdy nie niszczysz,
I nigdy nie łamiesz,
Który chwiejne - umacniasz,
Stare - odnawiasz,
Martwe - ożywiasz,
Starte z powierzchni ziemi - budujesz od podstaw,
Stworzycielu,
Wywołujący z kości i popiołów - ludzi zmartwychwstałych i przemienionych,
Z pomordowanych ludów - żywe ludy,
Wszechświat - z nicości,
Istnienie - z nieistnienia,
Źródło - z pustyni,
Wszystko - z niczego,
Ojcze Pisma Świętego,
Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!

Daj nam słuch doskonały,
Abyśmy wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,
które nas nawiedzają
We wszelkim czasie i miejscu,
Umieli rozpoznać
Twój glos, Muzyko Mądrości,
Zrodzona z Ojca i Syna,
Trójdźwięczna!

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują ze studni
Pasterze
W porę pojenia owiec.

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują z grobów
Aniołowie Twojego Oblicza,
Mocarzu,
Burzo niedocieczona,
Odwalająca kamienie!

A potem twórz nas,
Otwartych,
Słyszących
I słuchających.
Twórz nas codziennie od nowa,
Czujny strażniku naszych uszu,
Abyśmy nieustannie odnawiani
I odradzani,
I tworzeni,
Stali się Twoimi Głosicielami,
Podobnymi do tych,
Których pochylone czoła
Raczyłeś namaścić olejem Twojej Mądrości!

Oświeć nas i prowadź
Z ziemi mroku i rozpaczy
Do Królestwa Bożego,
Do stolicy stawianej z kryształu i światła.
Ojcze i Synu, i Duchu Święty,
Słowo,
Drogowskazie
Wbity na rozstajnych drogach kosmosu!

Przybywaj,
Nadziejo nieogarniona,
Zawsze obecna
I zawsze nadchodząca,
Przybywaj, Boże,
Zaczynie własnego człowieczeństwa,
I uczłowiecz człowieka
Jak uczłowieczyłeś siebie!

Amen.

O prawdziwej naturze handlu

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Na targach książki, tych ostatnich, na stadionie, odwiedził mnie pewien Pan, który ciekawie opowiadał o polityce wewnętrznej i zagranicznej USA oraz o polityce rezerwy federalnej. Podawał mnóstwo szczegółów i nazwisk, opowiadał o tym jak Trocki został przywieziony przez Amerykanów do Murmańska przed rewolucją, a Lenin do Piotrogrodu, przez tych niby-Niemców. Myśmy tego słuchali, bo do większości źródeł, którymi nasz rozmówca dysponował nie mamy dostępu, a nawet gdybyśmy mieli, to nie mielibyśmy czasu tego przeczytać. Ja w całej jego wypowiedzi zwróciłem największa uwagę na pewien praktyczny szczegół zawodu, który wykonywał. Otóż pracował on w bankowości w USA i miał do czynienia z wieloma średniej wielkości domami bankowymi. Zdradził nam coś, co z pewnego punktu widzenia, jest absolutnie nieprawdopodobne. Otóż okazuje się, że wielu z owych średnich bankierów nie ma zielonego pojęcia skąd się bierze pieniądz, ani jak się prowadzi bank. Byli to laicy po prostu, którzy jakimś niezrozumiałym sposobem stali się dyrektorami banków. Jak zwykle kiedy coś mi się mocno wbije w mózg, oczekuję, że gdzieś ze świata przyjdzie odzew, jakieś echo tej informacji, którą uznałem za ważną. I tak było również tym razem, w dodatku wcale nie musiałem czekać długo. Dwa dni wcześniej bowiem na targach odwiedził mnie kolega Jarek, który podarował mi stary numer pisma „Skarpa”, wydawanego w warszawie periodyku popularyzującego w ten znany nam, nieznośny sposób, historię stolicy. Jest tam mnóstwo szczegółów dotyczących pojedynczych ludzi, z których nie wynika absolutnie nic. Na jeden artykuł jednak kolega Jarek zwrócił moją uwagę. Jest to tekst poświęcony antykwariuszom warszawskim z ulicy Świętokrzyskiej, w większości Żydom lub Żydom przechrzczonym. Ludzie ci opisywani są tak, jak nas już do tego przyzwyczaił profesor Estreicher. To znaczy ze swadą, polotem i ciepłem właściwym zakochaniu. Oto miłośnicy książek przychodzą do starych, zwariowanych antykwariuszy odzianych w aksamitne chałaty i tam wypraszają różne książki, których oni nie chcą sprzedawać. Przyczyna jest zawsze ta sama, szczera miłość do starodruków. W artykule cytowane są fragmenty pism Juliusza Wiktora Gomulickiego i Jana Michalskiego nazywanego wielkim myśliwym świętokrzyskiej kniei. Takie i podobne idiotyzmy wypisywali na swój temat miłośnicy książek, nie mający zielonego pojęcia co się wokół nich dzieje. Jan Michalski był jak się wydaje trochę bardziej przytomny niż Gomulicki, bo zauważył, że większość sprzedawców nie ma elementarnego przygotowania do handlu książkami, a część z nich to po prostu analfabeci, a jeśli już któryś potrafi pisać i czytać to wyłącznie po hebrajsku. 

Antykwariaty na Świętokrzyskiej zorganizowane były dokładnie w ten sam sposób, co zakład Fabiana Himmelblaua w Krakowie, najpierw szpargały, potem mur na który składali się właściciel i jego rodzina, przeważnie wszyscy obecni w sklepie, dalej zaś tajemnica. 

Jeśli zestawimy ze sobą te dwie informacje, tę o bankierach i tę o antykwariuszach, musimy skonstatować owo zestawienia w sposób następujący: istnieje jedynie handel sieciowy i jest on funkcją polityki. W sektorze bankowym jest to bardziej widoczne niż w księgarskim, bo tam są przecież bukiniści, nie pełnią oni jednak funkcji okoni w stawie, które polują na małe rybki-książki, ale właśnie pełnią rolę owych rybek, którym odbiera się co ciekawsze zdobycze. Teraz właściwie trzeba by opisać jedno i drugie zjawisko w czasie. To znaczy stwierdzić do kiedy istniał będzie sektor bankowy w takiej formie jaką znamy, do kiedy pieniądze pożyczane będą na procent. Handel antykwaryczny właściwie już nie istnieje, bo wszystkie ważne książki są od dawna pod kontrolą, a to co się dziś sprzedaje, to po prostu śmieci dobre dla jakichś „myśliwych świętokrzyskiej kniei”. Nasze wcześniejsze stwierdzenie można by jeszcze wyostrzyć i sformułować w ten sposób – handel antykwaryczny jako funkcja wojny i rewolucji. Ponieważ wojny i rewolucje przygotowywane są w ukryciu przez bankierów nie można po prostu wysłać na ogarnięty nimi teren kupców, którzy wygarną co tam jest cennego, zanim wkroczy armia lub faceci w czarnych kaszkietach zaczną rzucać bomby. Nie można, bo rewolucja i wojna zostanie ujawniona. Trzeba jakoś to wszystko zorganizować, dlatego właśnie potrzebny jest sektor handlu, który z jednej strony zamaskuje rabunek, a z drugiej udrożni kanały przerzutu rzeczy wartościowych. Kontrolerem tego układu mogą być albo banki, albo imperia, bo musimy zauważyć, że handel antykwaryczny właściwy jest epoce imperiów i skończył się wraz z nią. Pozostaje pytanie, co dzieje się z zasobami imperiów, kiedy ich samych już nie ma? A może nadal są? 

Próba zamknięcia raz na zawsze sektora bankowego, czyli totalnej kontroli pieniądza i ludzi oraz przeniesienia tego zestawu w sferę sacrum, kończy się za każdym razem konfliktem. Przy czym zło przypisywane jest zwykle tym, którzy takiej kontroli nie chcą, a dobro tym, którzy do niej dążą. Nazywany jest ów trend postępem. Przejdźmy teraz do obsługi tego układu, jeśli zgodzimy się, że najważniejsi są pośrednicy, a zwykle tak jest musimy ich jakoś zhierarchizować. Ci którzy stali przy Świętokrzyskiej, to z nielicznymi wyjątkami, pośrednicy niższego rzędu. Ich niewiedza dotycząca przedmiotu handlu była pozorna. W istocie byli oni dobrze poinformowani o trendach, a jedynie „myśliwym świętokrzyskiej kniei” wydawało się, że jest inaczej. Przywiązywali bowiem owi łowcy znaczenie do kwestii nieważnych i błahych, takich jak umiejętność czytania w językach innych niż hebrajski. Fabian Himmelblau był z pewnością jednym z rozgrywających na rynku antykwarycznym Europy środkowej i wschodniej, podobnie było z kupcem Jonaszem ze Świętokrzyskiej, który w roku 1939 spakował swoje rzeczy, sprzedał sklep i wyjechał, ponoć do USA. No, ale to ciągle byli pośrednicy niższego rzędu, wśród których wielu karmiło się złudzeniami, bo przecież zostali i zginęli. Prawdziwi pośrednicy byli gdzie indziej i oni narzucali pewien dość charakterystyczny sznyt całemu układowi, tworząc mianowicie mit wspólnoty, opartej na głębokich związkach natury religijnej. Mit w połowie fałszywy, w każdej bowiem chwili gotowi byli poświęcić część owej wspólnoty dla interesu imperium, które akurat obsługiwali. Pytanie czy mechanizm ten działa w drugą stronę, czy potrafią poświęcić imperium na rzecz wspólnoty, pozostaje otwarte, ale myślę, że już niedługo. Wkrótce się to okaże. Miejmy nadzieję, że będziemy daleko od miejsc w których prawda ta ujawni się w pełnej krasie i blasku. 

Jak na tym tle wyglądają menedżerowie średniego szczebla różnych korporacji, bo doprawdy, rynek antykwaryczny służy nam tu jedynie jako malowniczy przykład do opisania zjawiska dominującego na planecie. Otóż wyglądają oni, jak przysłowiowa d…pa zza krzaka. W prezentowanych tu kategoriach to w ogóle nie są ludzie, to nawet nie jest plankton. To są istoty pozbawione mózgu, które inwestują w fałszywe świętości, w fałszywe wartości i i fałszywym bogom oddają cześć. Cały ten system zaś stworzony został dokładnie po to, by podnieść im samoocenę i nadać ich pracy jakąś motorykę. Gdyby bowiem stanęli w prawdzie, gdyby im pokazać jak się sprawy mają, spierniczaliby wszyscy gdzie pieprz rośnie. A tak mają swój fun, swoją siłownię, swoje wyjazdy integracyjne i jest dobrze. Nad nimi stoi jakiś ober kapo, cały zaś ten zestaw, cały ten biurowiec wypełniony ogłupionymi mrówkami, ot choćby taki jak te stojące przy Domaniewskiej w Warszawie nie jest wart życia jednego żydowskiego antykwariusza-analfabety z przedwojennej ulicy Świętokrzyskiej. I sądzę, że przyjdzie czas kiedy takie biurowce będą poświęcane przez ich rzeczywistych zarządców bez żalu. Wobec takiego ustawienia spraw, jasno widzimy, że wszelkie systemy edukacji, wszelkie szkoły i inne wrota ku lepszemu bytowi, pełnią inną funkcję niż deklarowana. Mogłoby ich wcale nie być, a system by działał, czego dowodem są dobrze poinformowani antykwariusze ze Świętokrzyskiej nie umiejący czytać. Minimalna ilość dobrych informacji jest lepsza niż ocean informacji zbędnych i fałszywych. No, ale mamy te uczelnie, te seminaria, fundacje i inne szkoły liderów. Czemu to służy? Kontroli żywej informacji, mówiąc wprost. Ta struktura zastąpiła prawdziwy handel antykwaryczny. Tak jak napisałem, ważne książki są już pod kontrolą, a reszta to barachło. Teraz budujemy system kontrolujący mózgi, obsługują go półanalfabeci zaopatrzeni w szczegółowe instrukcje, tacy jak Eryk Mistewicz na przykład, albo nasz ulubieniec Andrew Michta. Można to także nazwać werbownią jeśli ktoś lubi dosłownośi, ale nie ma takiego przymusu. Z tym, że werbuje się nie najbystrzejszych, bo ci są od razu odrzucani, ale najgłupszych i największych koniunkturalistów, takich, którzy wypełniają instrukcje. Można do tego dodać także tych co nie mają odwrotu, czyli wyszli z takiej nędzy, że zrobią wszystko, by do niej nie wrócić. Tak wygląda system tworzenia elit, na które to elity wielu z nas pomstuje, a równie wielu w nie wierzy. System kontroli mózgów jest konieczny, bo struktura świata jest w istocie jawna. Nie da się jej ukryć. Nawet jeśli ktoś swoją przygodę z wiedzą rozpocznie od badania skamieniałych skorupiaków, prędzej czy później dojdzie do banków i informacji. Dlatego właśnie potrzebni są pośrednicy, którzy owe dążenia zniszczą w zarodku. Nazywani oni bywają mistrzami, tutorami, albo jakoś podobnie. Chodzi w każdym razie o to, by pilnowali, młodych głów, gdzie może zakiełkować coś prawdziwego. 

Do kontroli totalnej pieniędzy i informacji służy tajemnica. Dlatego właśnie potrzebna jest cała warstwa pośredników, którzy łączą w sobie funkcje bankierskie i kapłańskie. I to właśnie niektórzy nazywają masonerią. Jest to struktura zbudowana na odwróconej lojalności, to znaczy, ci co stoją wyżej nie są lojalni wobec tych niższych stopniem, obowiązuje ich jedynie lojalność w górę. Inaczej system przestałby działać. Oczywiście w deklaracjach rzecz wygląda inaczej – jak ktoś jest w potrzebie wystarczy krzyknąć „do mnie dzieci wdowy” i już sprawa załatwiona, wszyscy lecą z pomocą. Szydzę rzecz jasna, dla dobra tych, którzy z rozmaitymi tajnymi związkami łączą jakieś nadzieje. W rzeczywistości jest inaczej, liczą się bowiem jedynie racje kręgu wewnętrznego. Ten zaś pozostaje poza zasięgiem wzroku wszystkich, łącznie z tymi co mają zaliczone wszystkie masońskie sprawności i noszą już te srebrne epolety, czy fartuszki, czy co tam się nosi. Dodać przy tym należy, że cała ta zabawa jest osobnym pionem, nikt bowiem nie wierzy chyba w to, że ktoś tak poważny jak Fabian Himmelblau zapisałby się do masonów. Na tym kończę, bo muszę lecieć na festyn rodzinny.