whos.amung.us

środa, 22 kwietnia 2015

O człowieku bez rąk i bez nóg czyli o sprzedawaniu złudzeń za grube miliony

Autor: Integrator

Zaczęło się od tego, że w niedzielę rano pojechałem na Targi Wydawców Katolickich, którzy tym razem wyłożyli swą ofertę w Arkadach Kubickiego a więc w Warszawie. Dla tych co nie wiedzą, to jest ta murowana część pokryta trawnikiem na tyłach Zamku Królewskiego, u jego podnóża. No więc pojechałem, aczkolwiek od chwili podjęcia tej decyzji nie odstępowało mnie przeczucie, że to nie będzie nic dobrego.

Obawy moje zaczęły się ziszczać już w chwili kupowania biletu bo sprzedało mi go zakapturzone dziewczę, któremu w lewym łuku brwiowym połyskiwał kawałek metalu. Najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało, zwłaszcza organizatorom którzy na tym stanowisku postanowili wyeksponować taką akurat wizytówkę katolickich targów, a mi i owszem. Szczególnie, że zaraz na lewo od wejścia do Arkad książki sprzedawało kolejne nieszczęście, także płci żeńskiej, tym razem z metalową kulką sterczącą z brody, tak trochę poniżej ust. I w tym miejscu przyznaję mój poziom tolerancji wyczerpał się niemal do zera. Nie żebym nie potrafił strawić tego stylu "ozdabiania" ciała. Zaczyna on masowo objawiać się w naszej strefie publicznej, tak jest i trudno, choć całkiem jeszcze niedawno znany był nam głównie z filmów dokumentalnych obrazujących życie afrykańskich plemion. W filmach tych lektor przekuwanie sobie różnych części ciała przez tubylców nazywał "elementem kultury", my zaś w tej części kuli ziemskiej po swojemu nazywaliśmy ludzi robiących sobie takie rzeczy dewiantami. Dziś się wszystko zmieniło. Nasza młodzież przejęła zwyczaje marginesu a my to zaakceptowaliśmy, przez co już nie raz musiałem w takim choćby  McDonaldzie, a nawet w zdawało się porządnej restauracji, odbierać posiłek od człowieka pokłutego w takim stopniu, że aż dziw, że sanepid pozwolił mu pracować przy żywności. Nie znajduję jednak wewnętrznego przyzwolenia dla sytuacji, i pozwólcie że już umrę sobie w tym przekonaniu a choćby samotny, by na targach wystawców katolickich spotykać ludzi, którzy według nauki Kościoła Katolickiego dokonali oczywistego aktu samookaleczenia. To jest grzech przeciwko swemu ciału, które jest świątynią Ducha Świętego (tak przynajmniej uczono mnie na lekcji religii), więc nie dziwcie się, że ja po tych targach przechadzałem się w nie najlepszym humorze. I bynajmniej nie chodzi mi o to by tych ludzi, często nawróconych, z powrotem z tego Kościoła wyrzucać a o to by ich zwyczajnie zacząć wychowywać. Tylko nie mówcie mi proszę, że się nie da. Tak jak potrafią idąc do teatru albo na rozmowę o pracę w miejsce wytartych dżinsów włożyć garnitur, tak też na wyjątkowe okazje (choćby te targi) na pewno umieliby się na chwilę rozkuć. Na prawdę warto czasami wykrzesać z siebie odrobinę troski o bliźniego i podnieść mu tą poprzeczkę.

Jak idzie o ofertę wydawców to przyznać się muszę, że z powodów wyżej opisanych przejrzałem wszystko dość pobieżnie i jeśli mogę w tym temacie poczynić jakąś refleksję to tylko taką, że większość z tych książek była ewidentnie dotowana co zgaduję po ich cenie, która średnio nie przekraczała 20-30 złotych. Co to oznacza? Ano tyle, że są u nas pewne budżety do wydania do których dostęp mają nieliczni i dzięki czemu książkę na świetnym papierze, z kolorowymi zdjęciami i w twardych okładkach można kupić na prawdę za przysłowiowe grosze. Z tym całym dotowaniem jest oczywiście taki kłopot, że jeśli są budżety to trzeba je wydać choćby na siłę, a w takim razie wydaje się wszystko jak leci. Pewnie dlatego widziałem na stoiskach książki o pisaniu listów z diabłem albo o nawróconej wróżce i nie bardzo wiem jak te pozycje miałby mnie ubogacić. Byłbym więc niepocieszony, ale też nie za bardzo zdziwiony, gdyby się okazało, że połowa tej twórczość nie sprzedaje się a po objechaniu paru targów (też dotowanych) ląduje w skupie makulatury albo jest rozdawana za darmo na przeróżnych konferencjach. Mam cichą nadzieję, że to nie trafia na przykład do Polaków na Wschodzie bo oni i tak już na co dzień toczą bój o zachowanie wiary i tradycji, nie skazujmy więc ich na dodatkową walkę z głupotą. 

Ale nie o rynku wydawniczym tu chciałem. Otóż wyobraźcie sobie, że jedno ze stoisk poświęcone było tylko i wyłącznie promocji książek o niejakim Nicku Vujicic'u. Gapiąc się na ich okładki przypomniałem sobie, że ja już je gdzieś widziałem ale wtedy nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Widocznie z perspektywy targów katolickich, można widzieć rzeczy szerzej i głębiej. Dla tych co sprawy nie znają wyjaśniam, że Nick Vujicic to człowiek, który nie posiada rąk ani nóg jak to widać na załączonych okładkach. Poczytałem o nim trochę w sieci i okazało się, że brak kończyn to bynajmniej nie wynik jakiegoś wypadku czy choroby a defekt wrodzony. I nikt nie poświęciłby pewnie temu przypadkowi ani minuty dłużej, gdyby nie fakt, że ów Australijczyk jak chcą media, pokazuje nam wszystkim, że mimo tak ciężkiej dysfunkcji można żyć bez ograniczeń, bez żadnych granic. Nick Vujicic prowadzi bowiem bardzo aktywy styl życia, uprawia sporty, mimo kalectwa rozkochał w sobie piękną kobietę z którą ożenił się i z którą ma dziś syna. Pewnie zdziwi Was to co teraz napiszę, ale czytając to wszystko pomyślałem, że jeśli już coś nie ma granic to ludzka podłość i chciwość. I jeszcze to, że jeśli można zrobić miliony na sprzedawaniu złudnych nadziei, to ten przypadek można by spokojnie uznać za wzorcowy.



Wiem, że to jest temat grząski i że pisząc to co piszę, ustawiam się bardzo pod prąd ale już tak mam, że obok kłamstwa nie umiem przejść obojętnie. Ostatnimi czasy nauczyłem się co prawda przymykać oko na nieznaczne odchylenia od pionu prawdy, no ale to co proponują autorzy tego projektu to już na prawdę gruba przesada. I nawet nie chodzi o to czy ten człowiek faktycznie jest w stanie wykonać te wszystkie czynności które mu się przypisuje, bo dobrze wiemy, że to jest poza jego zasięgiem. Bardziej więc o to, że tego bohatera, jak sądzę od początku do końca wyreżyserowanej bajki, próbuje się innym upośledzonym osobom stawiać za wzór do naśladowania. De facto zaś sprzedaje im się złudną nadzieję.

W kościele św. Marcina na Starówce w Warszawie, organistą od wielu lat jest całkiem niewidoma kobieta. Nie znam jej ale nie mam wątpliwości, że tak jest, bo ilekroć przerywa grę na organach na czas kazania i próbuje usiąść w ławce by je wysłuchać, idzie z wystawionymi przed siebie dłońmi dokładnie tak jak my to robimy, gdy w ciemnym pokoju próbujemy znaleźć włącznik światła. Jest więc bez wątpienia niewidoma, a mimo to bezbłędnie gra na organach, czytając przy tym opuszkami palców zapisane Braille'm nuty. Już ten tylko przykład pokazuje, że granice fizyczne dysfunkcji ciała jak najbardziej przekraczać można. Nick Vujicic też tak uważa ale idzie znacznie dalej. Jak to widać na zdjęciach umieszczonych w sieci gra w golfa, skacze ze spadochronem, pływa, jeździ na desce surfingowej i robi całą jeszcze masę rzeczy które nawet dla człowieka w pełni rozwiniętego fizycznie są nie lada wyczynem. I choć to co teraz przeczytacie może się Wam wydać bezduszne to gdy tylko ochłoniecie i przez chwilę zastanowicie się nad tym czego chcecie bronić, porzucicie to jako niewarte wystrzelenia jednego nawet naboju. Bo Nick Vujicic, piszę to z pełnym przekonaniem moi Państwo, żeby móc wykonać te wszystkie czynności potrzebuje po prostu sztabu ludzi, którzy zgodzili się wziąć udział w tym jakże dziwacznym przedstawieniu. Spójrzcie dla przykładu na zdjęcie na którym on "surfuje". To jest na pierwszy rzut oka obraz zachwycający a jak chcą autorzy także motywujący, tym czasem jak się mogę założyć, że aby on mógł przez zaledwie parę chwil utrzymać się na tej desce, po obu stronach ubezpieczać go musi armia ludzi gotowych w każdej chwili rzucić mu się na pomoc. I tak jest przypuszczam z każdą czynnością którą on wykonuje i za każdym razem gdy przekracza kolejną granicą. Nie oszukujmy się moi Drodzy. On nawet gdy chce iść do łazienki musi mieć kogoś kto go tam zaniesie, a potem jeszcze przytrzyma "w trakcie". Będzie tego kogoś pan Vujicic potrzebował także gdy skończy załatwianie potrzeb fizjologicznych aby ten ktoś wykonał przy nim niezbędne w takich sytuacjach czynności higieniczne. Spójrzmy prawdzie w oczy. Ten człowiek nie jest w stanie wykonać nic, bez pomocy z zewnątrz więc to całe gadanie o przekraczaniu granic to wierutna bzdura. O tyle gorsza od bzdury pospolitej, że na tej pierwszej akurat pomysłodawcy zarabiają miliony.

No i teraz wychodząc na przeciw świętym wyrazom oburzenia i tym wszystkich którzy zechcą zarzucić mi nieczułość, chamstwo a nawet zanik odruchów ludzkich, chcę powiedzieć, że ja mam niemal codzienny kontakt z człowiekiem poważnie sparaliżowanym toteż gdy czytam takie historie bierze mnie najpierw pusty śmiech aż w końcu dostaję tak zwanego nerwa. Mój teść proszę Państwa jest osobą sparaliżowaną od pach w dół. Rusza głową, rękami i z grubsza to by było na tyle jak idzie o jego aktywność fizyczną. W związku z tym, jego żona a moja teściowa, spędza przy nim niemal każdą godzinę swego życia. Pomaga mu jeść, przebiera go, robi mu masaże przeciw odleżynom, przewija, a gdy jest taka potrzeba (przepraszam za dosłowność) zakłada gumową rękawicę, sięgającą łokcia i pomaga mu się wypróżnić. Mam zatem bezpośredni wgląd w świat ludzi upośledzonych fizycznie i dlatego bez żadnych zbędnych ceregieli podchodzę do interesów i grubych milionów jakie próbują na nas zrobić panowie prowadzący projekt Nicka Vujicic'a. Ja już po prostu za długo w tym świecie siędzę bym nabrał się na tak prostą sztuczkę. 

Martwię się za to bardzo i trochę mi żal tego wyjątkowego celebryty bo czuję jak źle dla niego skończy się ta historia. Gdy temat znudzi się gawiedzi, a wpływy na rachunek bankowy z tytułu reklam i wyłączności zaczną drastycznie maleć, Nick Vujicic nie będzie już w stanie opłacać tej armii ludzi, która asystując mu na co dzień pozwala mu żyć jak głosi hasło na okładce "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Martwię się tak na poważnie, że oni wszyscy odejdą od niego wraz z ostatnim dolarem który na nich wyda, porzucając go ot tak na jakieś egzotycznej plaży jak niepotrzebną, ludzką lalkę. Pozbawiony opieki a być może i rodziny z którą dziś tak chętnie pozuje do zdjęć, będzie dogorywał w jakimś przytułku niezgorzej niż to biedne dziecko w łukowskim szpitalu, tonące we własnych odchodach. Mam więc tylko cichą nadzieję, że on pamięta, że światła jupiterów potrafią szybko zgasnąć i odkłada co nieco na czarną godzinę. No i że ta jego piękna żona jest z nim na prawdę z miłości i gdy będzie taka potrzeba, będzie potrafiła jak moja teściowa, bez słowa skargi czy sprzeciwu włożyć tą gumową rękawicę.

Gorąco witam na łamach Tygodnika Solidarni Czytelników z Austrii, Szwajcarii, Belgii i Irlandii. System po raz pierwszy odnotował wejścia na stronę z tych państw. Szczególnie gorąco witam też Czytelników z Argentyny, którzy przeprowadzili w ostatni weekend prawdziwy szturm na tą stronę przez co licznik odwiedzin poszedł w tysiące.  Wszystkim bardzo dziękuję i zapraszam do stałej lektury. 

2 komentarze:

  1. Jak lubią pisać internauci, 10/10. Tym tekstem osiągnąłeś szczyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak szczyt to znaczy, że teraz już tylko droga w dół :)
      Dzięki za uznanie. W twoich ustach to na prawdę coś!

      Usuń