whos.amung.us

czwartek, 23 kwietnia 2015

Wybory w USA a wybory w Polsce. List od Czytelnika

Moi Drodzy,
Dostałem niedawno krótki email z prośbą o opublikowanie poniższego tekstu na łamach Tygodnika Solidarni, z jednoczesnym zastrzeżeniem by nie podawać nazwiska autora. Jak to już wyjaśniłem w jednym z pierwszych tekstów jakie się tu ukazały (czyli w "Dajmy szansę Kowalskim i Nowakom"), Tygodnik ma dawać możliwość prezentowania myśli także, jeśli nie przede wszystkim, przysłowiowym Kowalskim i Nowakom, którzy też przecież mogą mieć nam wszystkim coś ciekawego do powiedzenia. Ten tekst jest tego dobrym przykładem. 
Celowo go nie redaguję, byście mieli możliwość przeczytania go w oryginale. Może to ośmieli tych których brak dobrego pióra odżegnuje od prezentowania swoich pomysłów i myśli.
Mi osobiście spodobało się to jedno stwierdzenie i niech ono będzie wizytówką tego tekstu: "Polacy ten stan rzeczy  akceptują tylko dlatego, gdyż nigdy nie żyli w prawdziwej demokracji. Gdyby przynajmniej przez jedną kadencję mogli dokonywać takich wyborów władz, do jakich mają prawo obywatele najpotężniejszej demokracji świata, tj. USA, a więc wyborów szefa rządu (w USA jest nim Prezydent), szefa policji lokalnej oraz  sędziów, nigdy już nie pozwoliliby sobie odebrać tej władzy!" Ciekawa myśl, nieprawdaż? Zapraszam do lektury. 
Integrator

Dziś  wybory  prezydenckie i parlamentarne w  Polsce wygrać można w starciu z B. Komorowskim  i  PO jedynie  mobilizując do zagłosowania na PiS osoby, które do tej  pory nie  głosowały w wyborach i  obsadzając swoimi ludźmi  komisje  wyborcze. Innej drogi nie ma. Inne podejście  do wyborów jest  podejściem życzeniowym, żeby nie powiedzieć naiwnością  lub  nawet  ukrytym sabotażem. Podział  i sympatie wyborców na mapie polski są  w miarę utrwalone i zapewne są konsekwencją dokonywanych wcześniej takich wyborów życiowych jak aborcja, stosowanie  antykoncepcji  lub uzależnienie  od pornografii, której  dostępność  w polskiej  TV  jest dużo  większa  niż w  USA, co nie jest  przypadkiem. O sztuce wygrania wyborów jest ten e-mail. 

Do rzeczy Prawdziwą  przyczyną  problemów Polski jest tak zmontowany system wyboru władz różnego szczebla, że Polacy nie wybierają  żadnych istotnych władz: ani szefa rządu, który ma dbać o ich dobrobyt, ani  komendanta policji w ich rejonowym komisariacie, ani  prokuratora z ich  rejonu, którzy mają dbać zarówno o przestrzeganie ciszy nocnej, jak też o ściganie sprawców rozbojów i innych istotnych przestępstw. W końcu wreszcie nie wybierają ich rejonowych sędziów, którzy swoimi surowymi wyrokami mają  oddawać nastawienie społeczeństwa do przestępców. Nie wybierają również  powiatowych inspektorów nadzoru budowlanego, których podejście do pełnionych obowiązków jest poważnym problemem dla wielu ludzi.  Wszystkie  te stanowiska  obsadzane są przez różne  instytucje - ktoś tam wskazuje kandydatów, ktoś  finalnie  powołuje danego  osobnika na określone stanowisko, a koniec końców - nikt nie bierze za tych  ludzi odpowiedzialności, np. Powiatowy  Inspektor Nadzoru Budowlanego w Warszawie  nie wykonuje decyzji  Wojewódzkiego Inspektora Nadzory Budowlanego, który go ... ,,współwybiera" (służę   przykładem, gdyby PINB w  Warszawie się  wypierał).   Efekt jest taki, że zwykły Polak ma problem nawet z wyegzekwowaniem prawa do ciszy nocnej, zgłaszanie przestępstw jest drogą przez mękę, a na ulicy łatwiej spotkać sobowtóra, niż policjanta, choć w przeliczeniu na jednego obywatela  w Polsce jest więcej policjantów niż w Japonii, która jest krajem o bardzo  wysokim odsetku wykrywanych sprawców przestępstw, odwrotnie niż można by sądzić po filmach o japońskiej mafii, gdzie trupy ścielą się gęsto, a  zabójcy są nieuchwytni. Polska policja potrafi się jednak tylko tłumaczyć  brakiem kadr. W Polsce ok. 46% policjantów ma wyższe wykształcenie i  fizycznie jest 96 tys. etatów policyjnych na 38 mln mieszkańców, co daje  395 obywateli na jednego policjanta. W Japonii, w której po roku 1945  zorganizowano policję państwowo-lokalną na wzór policji USA, jest 250 tys.  etatów na 127 mln ludzi, co daje 508 obywateli na jednego policjanta, a  przy tym każdy obywatel (mieszkanie) jest odwiedzane dwa razy w roku przez  policjantów (!), którzy robią wywiad na temat problemów i otoczenia. Na tle  Europy to porównanie nie jest tak drastyczne, ale to zestawienie pokazuje  jak dużo mniejszymi siłami można zrobić dużo więcej. Podobnie jest z polskim niewydolnym sądownictwem i prokuraturą, gdzie również w zakresie zatrudnienia przekraczamy bardzo wyraźnie średnią europejską. Dla przykładu w Polsce na 1 obywatela przypada 20 sędziów a w Wielkiej Brytanii zaledwie 4. O stosunku szeregowych żołnierzy do kadry dowódczej w polskiej armii każdy już chyba słyszał, więc nie ma sensu tu o tym pisać. O tym jak policja traktuje osoby zgłaszające przestępstwa i jak gorliwie ściga najgroźniejszych dla porządku publicznego i sąsiedzkiego przestępców też  wiadomo. Na ulicach naszych miast policjanci najchętniej ścigają  przestępstwa związane z ruchem drogowym, żyjąc w swoim odrealnionym świecie.  Ostatnio  kolega w Warszawie dostał  mandat za wyrzucenie  ogryzka na pas wysokiej zieleni  między  jezdniami - dogonił  go  po tym  niecnym  czynie  nieoznakowany  radiowóz.  Również ciągnąca się latami bez żadnego finału afera taśmowa w  Sądzie Najwyższym nie daje podstaw do optymizmu.  To są zwykłe przykłady z życia, bez wyszukiwania szczególnie drastycznych. Mają one jedną wspólną przyczynę – kultywację modelu demokracji, który był  świadomie zaprojektowany w PRL-u. Polegał on na modelu kontrolowanych przez  milicję i służby specjalne partii politycznych PZPR, ZSL i SD, których posłowie byli wybierani do Sejmu. Na tym ,,szopka” demokracji się kończyła,  bo posłowie nic nie znaczyli. Wszystkie decyzje zapadały w innych - jawnie  działających i ukrytych ,,grupach trzymających władzę”. To one redagowały  ustawy i to one obsadzały wszystkie kluczowe stanowiska w państwie – od  posterunkowego milicji i wysokich oficerów wojska, do sędziów sadów różnych  szczebli. Była to tzw. demokracja ludowa.

       Obecnie, w roku 2015, mamy sytuacją taką samą – posłowie  są  partyjnymi  marionetkami, którzy marzą  jedynie o wejściu na wysoką pozycję (najlepiej nr 1) na liście wyborczej swojej partii do parlamentu  i  których karierę polityczną może gwałtownie złamać każde niezadowolenie kierownictwa partii, za którym często stoją ukryte w cieniu postacie i tajne służby. Podobnie jak kiedyś, także i dziś, wszystkie stanowiska, poza wójtami, burmistrzami i prezydentami miast, obsadzane są przez ukryte w cieniu kliki ,,grup trzymających władzę”.  Prezydent w istocie nic nie znaczy,  pomijając prawo do  obsadzania pewnych  stanowisk, więc go tu pomijam, choć  może niekiedy skutecznie  blokować  pewne  ustawy  i kreować własną  politykę wobec  armii. Polacy ten stan rzeczy  akceptują tylko dlatego, gdyż nigdy nie żyli w prawdziwej demokracji. Gdyby przynajmniej przez jedną kadencję mogli dokonywać takich wyborów władz, do jakich mają prawo obywatele najpotężniejszej demokracji świata, tj. USA, a więc wyborów szefa rządu (w USA jest nim Prezydent), szefa policji lokalnej oraz  sędziów, nigdy już nie pozwoliliby sobie odebrać tej władzy! Z uwagi na fakt, że USA jest krajem, które doszło najszybciej do potęgi gospodarczej i militarnej na świecie w nowożytnym świecie (wystarczyło im zaledwie 300  lat, a Europa ma przecież ponad 2 tys. lat tylko chrześcijańskich rządów), należy przyjąć że jest to najlepszy wzorzec do naśladowania. Twórcy obecnej  konstytucji Polski zachowali się jak ludzie bez żadnej wiedzy o polityce,  kopiując zupełnie nieprzydatne wzorce państwowe, które również  nie sprawdziły się w przedwojennej Polsce, co doprowadziło do zamachu stanu  w roku 1926 i rządów sanacyjnych. Warto tu dodać, że w latach 1918-1922 J. Piłsudski wywierał silny wpływ na rządy krajem, a następnie wycofał się z  polityki, dając szansę ustrojowi podobnemu do obecnego. Po 4-ch latach  osłabiania Polski dokonał on jednak siłowego przejęcia władzy, którą  sprawował jego obóz aż do roku 1939. Jakkolwiek ostatecznie Polska  przegrała wojnę, to osiągnięcia tego 20 letniego okresu, np. budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, magistrali węglowej lub Gdyni są  zaprzeczeniem ,,osiągnięć” obecnego 25-lecia obecnej Polski. Tam budowa potencjału przemysłowego kraju – tutaj jego lawinowa wyprzedaż i  likwidacja.  W tej sytuacji nie dziwi wybór blisko 60% społeczeństwa polskiego, które  nie bierze udział w wyborach, intuicyjnie czując, że nic to nie zmieni. Mają tutaj niestety słuszną rację. Wybory w Polsce są wyborami w stylu wyborów w krajach demokracji ludowej – bardzo wykształcony naród nie jest dopuszczony do wyboru kluczowych dla niego stanowisk w Polsce, tak jakby był społeczeństwem niepiśmiennych pastuchów. Żeby poprawić los wyludniającej się Polski nie jest potrzebne zwycięstwo tej, czy innej  partii. Partie są bowiem jeszcze jedną grupą trzymającą władzę w okresie  danej kadencji. Potrzebne są mianowicie demokratyczne wybory. Osobiście  jestem gotowy zrezygnować z wyboru posłów, senatorów i prezydenta – nie ich  wybierają sobie partie, pod warunkiem, że dostanę prawo wyboru tych władz,  które są obecnie w Polsce wybierane przy przysłowiowej wódce, przez różne  ,,grupy” i układy, a więc: premiera, ministrów, sędziów, prokuratorów,  oficerów kierujących jednostkami policji, wojewodów i dodatkowo w ramach demokratyzacji - szefów służb   specjalnych i ,,zwykłych:, np. wojewódzkiego i powiatowego nadzoru  budowlanego.   Mam nadzieję, że nikt po przeczytaniu tego krótkiego tekstu nie będzie miał wątpliwości, że w Polsce demokracji nie ma. Dlaczego więc nikt nie protestuje ? Gniew społeczny tłumiony jest z jednej strony niewiedzą społeczeństwa (brak doświadczenia prawdziwej demokracji), a z  drugiej strony propagandą sukcesu, która wmawia przeciętnemu Kowalskiemu,  że w Polsce ludziom żyje się dobrze, więc jeśli komuś żyje się źle, to jest nieudacznikiem i niech się z tym nie obnosi, bo to wstyd, a tym bardziej  niech nie myśli o żadnych protestach. A więc ,,honorowo” gniew z powodu  biedy jest ukrywany. I tak naród umiera w oczach, a sąsiedzi rosną w siłę.   Czas rozpocząć walkę o demokracje amerykańską w Polsce. W tej walce każdy  ma swoją rolę. Trzeba zacząć mówić o tym problemie, aż wreszcie obywatele zrozumieją, że coś im odebrano, i to coś bardzo ważnego, mianowicie prawo do samostanowienia i zażądają prawa do wyboru władz w swoim własnym  państwie.


Oczywiście, zanim się bąknie o takich zamianach powinien być gotowy  clip  wyborczy z rodowitymi  amerykanami, którzy chwalą  te swoje przywileje i mówią o ich podstawowej  roli dla siły  amerykańskiej  demokracji. Nie można się wdawać w żadne dyskusje z TVN, Woborczą, Niesiołowskim. Należy ich od razy wysyłać  do  USA,  ,,żeby wytłumaczyli  Amerykanom, jakie niepotrzebne prawa wyborcze mają".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz