whos.amung.us

sobota, 25 kwietnia 2015

Kozetka Antychrysta

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Jaką książkę zabralibyście na bezludną wyspę? Ja na przykład należę do grupy mężczyzn, którzy na całe życie związali się z jedną (brewiarz), więc odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak dużą pokusą jest pewna mała, poręczna książeczka o walce na szpady, ucieczkach przed policją oraz spisku przejmującym władzę nad światem. Słowem – pełno w niej wszystkiego, czego naprawdę może brakować prawdziwemu mężczyźnie (księdzu!) na zupełnym odludziu. Kusi. Jak wielka jest to pokusa zrozumiałem kilka lat temu, gdy po raz pierwszy zamknąłem przeczytaną powieść „Kula i Krzyż” Chestertona. Jest to przykład wesołej prozy, nadającej się na plażę, która rozśmieszy was do łez, zupełnie poważnie ostrzegając przy okazji przed Antychrystem, tak małym, jak dużym.

Sam Antychryst to postać biblijna; chodzi o człowieka sprzeciwiającego się Panu Jezusowi i chrześcijaństwu. W Nowym Testamencie znajdziemy dwa jego rozumienia – św. Jan mówi o „duchu antychrysta”, sygnalizując, iż wielu było już w jego czasach takich, którzy z wiarą walczyli, psując niejako jej „monetę”, czyli pod szyldem Kościoła sprzedając obce Ewangelii idee (gnostycy chociażby). U św. Pawła zaś znajdziemy rozumienie bardziej konkretne – antychryst to mąż zatracenia, który ma się objawić na końcu czasów, jako namiestnik szatana  w walce z Bogiem. W ciągu wieków rozmaicie rozumiano tą postać. Przypisywano tę rolę rzymskim cesarzom, politykom, wodzom, herezjarchom. Święty Jan Damasceński na przykład, przyjrzawszy się z bliska, jak funkcjonuje młody jeszcze w jego czasach Islam, nabrał pewności, że ostatecznym Antychrystem byl Mahomet. Potem pobożni ludzie obsadzali w tej roli choćby Lutra, Napoleona czy nawet Bismarcka. Miałem bardzo kompetentnego historyka, który kiedyś, w przypływie szczerości, po lekcji poświęconej Stalinowi dodał od siebie, że to musiał być Antychryst. Nie tylko jednak ten nauczyciel, którego dobrze wspominam, miał swojego kandydata. Wcześniej rosyjski myśliciel, Sołowiow, zrobił furorę malowniczą kreacją idealnego polityka i męża stanu dla całej ludzkości. Ten wielki człowiek który zjednoczył Europę, zażegnał wojny na świecie, zakończył podziały wśród chrześcijan, a na końcu okazał się być sługą diabła. Do tej wizji z „Trzech rozmów” Sołowiowa odwoływał się choćby papież Benedykt w swojej książce poświęconej publicznej działalności Chrystusa. Współcześnie obraz ten wzbogacił kardynał Biffi o Antychrysta – ekologa i mistrza dialogu; u nas relacjonował to szeroko ks. Robert Skrzypczak. Jeśli wizja najgorszego z duchowych wilków w owczej skórze ekologa wydaje się zarówno aktualna, jak dziwna, to co dopiero powiedzieć o genialnej intuicji Chestertona. Poznajcie naprawdę przerażającego Antychrysta z niepozornej książeczki „Kula i krzyż”.

Robert Schumann powiedział o muzyce Chopina, ze to armaty ukryte w kwiatach; Chesterton niekoniecznie znał ten cytat, ale na pewno zgodziłby się co do jego przydatności na polu bitwy. Każdy czołgista wie, po co są gałęzie w lesie, w którym przyszło mu podczas wojny zaparkować. Antychryst Chestertona, choć nigdzie nie nazwany tym imieniem, swoje działa ukrył w uroczych, kwiecistych grządkach. W miłym parku, gdzie człowiek współczesny, zabiegany i zagubiony może odpocząć w miłym ośrodku. A także poddać się nieubłaganej terapii. Głównym tematem „Kuli i Krzyża” są dwie niedopasowane do społeczeństwa jednostki. Mamy gorliwego o chwałę bezbożnictwa ateistę oraz pobożnego w starym, rycerskim stylu katolika. Obaj są szkotami. Jeśli szukacie książki, przy której człowiek zwija się ze śmiechu, to wystarczy to na zachętę. Chesterton prezentuje zdumionej ludzkości ( a przecież każdy wie, jak powstał drut miedziany!) dwu Szkotów zajadle walczących o Metafizykę. Trudno o lepszy kawał, ale ręczę – znajdziecie tam jeszcze lepsze. Obaj  bohaterowie przemierzają Anglię z pierwszej połowy XX wieku i próbują odbyć swój pojedynek… Spotykają przy tym mnóstwo oryginalnych postaci, z których jedna jest o krok od zapanowania nad światem… Jest to oczywiście psycholog, który skatalogował ludzi i ich dziwactwa, i zamierza ich wyleczyć. Z czego? Cóż, nie zdradzając fabuły tego arcydzieła powiem, że zarówno pobożnemu, jak i bezbożnemu tak samo mocno zjeżyły się na tę diabelską terapię włosy. „Kula i krzyż” to najweselsza, a może również najaktualniejsza antyutopia, jaką znam.

Czy to znaczy, że powinniśmy zacząć kampanię bojkotu psychologów? Wręcz przeciwnie. Chesterton świetnie pokazuje rolę, jaką dla współczesnego społeczeństwa odgrywa nauka o psychice człowieka. Nie szydzi z psychologów dlatego, że uważa, iż są mali i bezużyteczni; przeciwnie – dostrzega ich wartość i potęgę, dlatego ostrzega przed nadużyciami, przypominając o koniecznych proporcjach. W naszym tu i teraz, gdy każda ludzka tragedia jest nam osładzana komentarzem narratora, ze oto ofiary i bliskich otoczył opieką psycholog, jest to ważna nauka. By właśnie sferę terapii, konsultacji psychologicznych, higieny umysłowej i całej reszty tych spraw przesunąć jak najdalej w sferę, gdzie diabeł ma najmniej do powiedzenia. Święty Tomasz, jak powszechnie wiadomo, uznał rozum, tak, rozum za władzę najmniej w nas skażoną skutkami grzechu.

Wytłumaczę to na przykładzie z kościelnego podwórka: dziś ważną osobą, wysokim autorytetem we wszystkich dziedzinach bywa dla katolików ksiądz egzorcysta. Księża, gdy wypadnie czasem bronić  tej posługi, wskazują na współpracę dobrego egzorcysty z psychologiem. Oczywiście, dodają, psycholog musi być dobry, tj. wierzyć w istnienie szatana. Zauważyłem jednak niestety, że dla wielu kapłanów katolickość psychologa wystarczy za wszystko. Jak wierzący, „nasz”, to dobrze, to starczy. Nie jest to prawda; przecież jest cała masa zawodowych kompetencji, które musi spełniać taka osoba, byśmy mogli jako duchowni z nią współpracować (sami będąc kompetentnymi!). Psychologię ciągle otacza czar mocy i wyjątkowości; wystarczy zrobić taki czy inny kurs terapeutyczny, nie studia nawet, by mieć wielką estymę wśród ludzi. Niestety, niemało oszustów i szalbierzy z tej sytuacji korzysta, a i tak cierpiący już ludzie cierpią jeszcze przez paranaukę. Oczywiście, podrabia się tylko dobrą monetę; dlatego zaznaczam, że nie chcę w żaden sposób zaatakować samego zawodu czy też powołania do niesienia wsparcia psychicznego, czy to w roli psychologa z doktoratem, czy nawet terapeuty „pierwszego kontaktu”. Problem jednak istnieje; Chesterton wskazał na skalę globalną, na możliwość manipulacji milionami przy pomocy nauki o duszy ludzkiej. Nie zapomniał przy tym o mikroskali. Już psychomanipulacja jednym człowiekiem ma zupełnie opłakane skutki. Strzec się trzeba obu rodzajów antychrystów – dużych i małych.

Na koniec powołam się na pracę pewnego psychologa. Panu Tomaszowi Witkowskiemu zawdzięczamy książkę, która winna być lekturą obowiązkową we wszystkich seminariach duchownych – „Zakazaną psychologię”. W sposób przystępny, a przy tym kompetentny i jasny autor wskazuje w niej mnogość niebezpiecznych i niepotwierdzonych naukowo terapii: kinezjologii edukacyjnej, metody Simontona, klasycznej psychoanalizy i szeregu terapii eksperymentalnych daje przykłady nadużyć, zwraca uwagę pacjentom na ważne kwestie przy wyborze terapii. Słowem – stosuje sławiony przez św. Tomasza rozum. Przy tym, znajdziemy tam niejedną pochwałę pod adresem kościelnych uczelni oraz rozsądne rady, jak ta, by człowiek wybierał dla siebie terapeutę spośród ludzi o tym samym co on sam światopoglądzie. Według Tomasza Witkowskiego, etyczne jest wysłać katolika do katolika, bo perspektywa przejęcia wizji świata od osoby, która nam pomaga, jest całkiem realna. Nauka zaś, że nie da się z życia całkowicie wyeliminować cierpienia mogłaby zostać wygłoszona na dobrych rekolekcjach wielkopostnych. Nie ukrywam, że posadziłbym wtedy w ławkach niejednego księdza od Mszy o uzdrowienie… Tak, niestety, można napisać na kanwie naszego współczesnego duszpasterstwa analogiczną książkę do dzieła Witkowskiego. Taką swojską „Zakazaną teologię”…

Nie zdradzę, jak dokładnie kończy się „Kula i Krzyż” – no bo, ze dobrze, to się da domyśleć. Mnie zakończenie zaskoczyło i rozpogodziło. Dwie siły Zachodniego świata, nieźle w ciągu dziejów skompromitowane, łączą jednak siły w osobach dwu Szkotów. Świat zostaje ocalony w całkowicie zaskakujący sposób, tak, że zarówno wierzący jak i niewierzący szeroko się uśmiechnie. Prostej prawdy uczy nas Chesterton: Każdy człowiek, który dba tylko o jedną rzecz jest niebezpieczny. W jego książeczce nauka i religia podają sobie z sukcesem ręce – ale nie paranauka i nie parareligia. Pozwolę sobie z przekąsem dodać, iż według Chestertona, a pewnie nie tylko niego, to młodsza z tych dwu sióstr pociągnie i poprowadzi we właściwym kierunku. Ona zna drogę do domu. Czy wiecie która?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz