whos.amung.us

środa, 29 kwietnia 2015

O burdelach dla owadów czyli o wyrzucaniu pieniędzy w błoto

Autor: Integrator

Za oknem wiosna i z tej okazji będzie tu coś lekkiego, mam nadzieję, że i zabawnego. Tygodnik co prawda ma ścisłą formułę i traktuje o sprawach ważnych, ale nie zaszkodzi przecież wpuścić trochę innego powietrza. Do dzieła! 

Unia Europejska jak wiemy to miejsce ścierania się przeróżnych interesów. A że na tym stole leżą także, czy przede wszystkim, interesy najsilniejszych państw (nie tylko z tego kontynentu), stała się ona de facto narzędziem podporządkowywania sobie krajów pomniejszych. I głównie po to wciągano je do tej wspólnoty a że wyznaczono tam miejsce także i dla nas to płyniemy tym kanałem ku przeznaczeniu jakim niechybnie jest pierwsza lepsza kratka ściekowa. Jak więc idzie o sprawy kluczowe i przyjęte strategie to na lata do przodu wszystko jest pozamiatane, że przytoczę tylko obowiązującą doktrynę Bartoszewskiego, która w skrócie sprowadza się do dwóch słów - siedzieć i milczeć. No więc siedzimy i milczymy, w zamian za co dostają nasi notable odpowiednie sumy a my tu na dole szansę wyrwania paru złotych na przeróżne głupoty. Jak się jednak okazuje, ta głupota zaczyna przenikać pomiędzy zwykłych ludzi, co gorsza, zaczyna cienkim strumykiem docierać do naszych dzieci. A obok takiego zagrożenia to już na prawdę trudno przejść niewzruszenie. Jak obok hotelu dla owadów sfinansowanego z budżetu partycypacyjnego miasta Warszawy na który natknąłem się w jednym z tutejszych parków. Poniżej widniał taka oto informacja: 

"Hotel dla owadów. Zrealizowano w ramach projektu: Domki dla skrzydlatych, pasiastych przyjaciół.
Jest to miejsce życia wielu pożytecznych owadów: samotnych pszczół, pięknych motyli i chrząszczy. W domkach owady mogą się czasowo zatrzymać podczas poszukiwania pokarmu. Zbierając pyłek i nektar umożliwiają one zapylanie roślin i produkcję nasion. Dodatkowo domki oferują owadom miejsce do rozmnażania i przetrwania zimy. Dzięki temu liczba tych niezmiernie pożytecznych skrzydlatych, często pasiastych przyjaciół może wzrosnąć i nie znikną one z krajobrazu miasta.




Przyznam się, że niewiele rzeczy potrafi mnie wbić w ziemię jak to zrobiła powyższa konstrukcja. Od razu więc mówię, że to jest dla mnie hit absolutny, durnota klasy A, którą ja w prywatnym rankingu umieszczam na samym szczycie. Od lat nieprzerwanie zajmowała to miejsce akcja Sprzątanie Świata ale Hotel dla owadów jest od teraz po prostu the best. A skoro jesteśmy już przy tym sprzątaniu (właśnie miało ono swoją kolejną odsłonę), przyznam, że z trudem pojmuję jak można wyciągać dzieci ze szkół i kazać im zbierać śmieci a potem jeszcze przypisywać tym działaniom rzekome walory edukacyjne? Przecież każde dziecko potwierdzi, że dla nich to żadna nauka a jedynie okazja by się urwać z lekcji, a nawyk nieśmiecenia jeśli takowy posiadają wyniosły pierwej z rodzinnego domu niż ze szkoły. Szkoła może ten sygnał tylko wzmocnić, nic ponadto, dlatego zmuszanie dzieci do zbierania syfu jaki porzucają przechodnie, począwszy od puszek po piwie a skończywszy na ulotkach domów publicznych czy zużytych prezerwatywach (bo i na takie niespodzianki dzieci przy okazji tej akcji natrafiają), uważam za niebywały skandal. Więcej dałoby tym dzieciom porządkowanie porzuconych grobów lub czyszczenie jakiegoś pomnika, niż to łażenie z workami po mieście za nauczycielką, która jak to widziałem parę dni temu, szła na przedzie bez worka i bez rękawiczek. Pewnie dlatego, że w temacie czystości ona wie już wszystko, no i pewnie dlatego, że to jest akcja dla dzieci, niemniej proponuję, żeby sprzątaniem świata zajęli się po dawnemu dorośli. Niech to może za rok robią dziennikarze, w kolejnym roku politycy a potem marynarze albo lekarze. Gdy wrócą styrani do domów będą mieli większą motywację by przekazać swym dzieciom odpowiednie w tym temacie wytyczne. 

Ale wróćmy do tego hotelu. Mamy go na szczycie listy przykładów ludzkiej głupoty, wypada zatem by jury uzasadniło swą decyzję. Otóż pomijając fakt, że mnie w szkole uczono by niczego do drzew nie przybijać ani nie przyszywać jak to w tym przypadku zrobiono, no i pomijając jeszcze ten fakt, że domek umieszczono tuż przy chodniku a więc w razie gdyby ten hotel owady jednak zaczęły odwiedzać, będzie on źródłem dyskomfortu tak dla samych mieszkańców domku jak i spacerujących skwerem ludzi, to wszystko co napisano tytułem wyjaśnienia na kartce poniżej jest delikatnie mówiąc nieporozumieniem. 

Owszem, owady dzielimy na pożyteczne i te które nazywamy szkodnikami. Dla przykładu biedronka zjada mszyce, wykonuje więc pracę jak najbardziej pożyteczną, ale już taki motyl choć pomaga zapylać kwiaty, zanim stanie się motylem musi stać się wcześniej żarłoczną larwą, która potrafi siać prawdziwe spustoszenie pośród różnego rodzaju upraw rolnych. No więc ten podział na złe i dobre robaczki rozumiem ale już nie pojmuję  dlaczego autorzy tej instrukcji  uznali za zasadne podkreślić fakt, że to jest hotel tylko dla tych dobrych? Trudno wszak od nich wymagać by umiały czytać, trudno też wymagać by zgodnie z naszą klasyfikacją ustaliły między sobą które są pożyteczne a więc które zgodnie z wolą pomysłodawców mogą tam nocować a które nie. Istna komedia. Dalej czytamy, że owady te mogą się tam zatrzymać czasowo na okres poszukiwania pokarmu. Już to przerabialiśmy zaledwie zdanie wcześniej ale znów nie wiem, jakim cudem te owady mają wiedzieć, że to nie jest dom stałego pobytu a tylko hotel na godziny? Mam więc nadzieję, że na wszelki wypadek w ramach dofinansowania tego projektu, uwzględniono też odpowiednie kwoty tytułem wynagrodzenia dla osób, które z zegarkiem w ręku będą sprawdzały czy dajmy na to taki grubas chrabąszcz nie próbuje zainstalować się tam na dłużej. Gdyby dochodziło do takich nadużyć, ów zatrudniony człek, specjalnym patyczkiem, mógłby szybko eksmitować oszusta zwalniając lokal dla czekających na pobliskiej gałęzi, innych strudzonych poszukiwaczy pokarmu. To na prawdę nie jest zły pomysł, zważywszy na fakt, że w ramach walki z bezrobociem, są przecież pieniądze dla tych co dzierżąc w dłoni tablicę ze znakiem STOP przeprowadzają dzieci przez ulice. 

Na pewno pomysłodawcy hotelu dla owadów uwzględnili w swych planach rozwiązanie dla tego problemu, jak i to w jaki sposób zabezpieczyć gości hotelowych przed głodnym pająkiem, który mógłby źle odczytać ich intencje i potraktować hotel nie jako miejsce odpoczynku a spiżarnię pełną smakołyków. Co tam pająk. Na tym skwerze jest pełno ptaków, które na pewno nie przegapią okazji by powyciągać lokatorów tego hoteliku z ich pokoików niczym łasuch czekoladki z pudełka. No chyba, że jednak nie uwzględnili, urzędnik w końcu też człowiek i może się mylić. Tedy wzywam Radę Miasta Stołecznego Warszawy by w trybie pilnym wniosła poprawki do budżetu bo to już nie są przelewki. Tu się panie i panowie urzędnicy ważą sprawy życia i śmierci. 

Tymczasem w kolejnym zdaniu autorzy pomysłu informują, że dzięki tym hotelom owady mogą się rozmnażać i nie znikną przez to z krajobrazu miasta. No i tu się robi na prawdę poważnie. Bo jak wiemy w Polsce domy publiczne są zakazane a tu wychodzi na to, że hotel hotelem, odpoczynek odpoczynkiem a tak na prawdę tu idzie o prokreację, a jeszcze pewniej o zwykły seks. W dodatku uprawiany w miejscu publicznym, na oczach matek z wózkami i bawiących się dzieci. Chciano dobrze a wyszła katastrofa i zgorszenie dla maluczkich. Szkoda, że nie poddano tego projektu pod publiczną debatę, moglibyśmy wspólnym wysiłkiem zawczasu wyłapać wszystkie jego słabe strony, a tak powstał nie lada problem prawny no i oczywiście moralny. Inna sprawa, że troska pani Gronkiewicz-Walz o utrzymanie przyrostu naturalnego wśród owadów jest na moje wyczucie nieuzasadniona. Trochę też dziwnie się czuję, jako mieszkaniec kraju w którym przyrost naturalny dla homo sapiens jest ujemny, gdy widzę tak spektakularne wysiłki władz Warszawy by poprawić liczebność naszych mniejszych braci, owadów. Ja rozumiem intencje ale to jest wobec naszego gatunku oczywisty akt dyskryminacji zważywszy na fakt, że nas ludzi jest na świecie niewiele bo ponad sześć miliardów podczas gdy owadów około miliard miliardów. Żeby lepiej unaocznić te dysproporcje i gigantyczną niesprawiedliwość jaka nas ludzi za przyczyną prezydent Warszawy spotyka, dodam, że ktoś się już nad tym problemem pochylił i wyliczył, że jeśliby przyjąć, że przeciętny owad waży 0,1 g, a przeciętny człowiek 50 kg, to na jednego z nas przypada 15 tysięcy kilogramów owadów. I kto tu jest gatunkiem zagrożonym?

No dobrze, starczy tego dworowania. Przyznacie jednak sami, że trudno zachować powagę, gdy podczas morza potrzeb pieniądze wydaje się na burdele dla owadów. 

Kontakt do Redakcji: tygodniksolidarni@gmail.com 


wtorek, 28 kwietnia 2015

Ostatnie przemówienie Bronisława Komorowskiego, czyli Mission Accomplished

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Muszę przyznać, że to, co reżimowe media wyprawiają w związku ze śmiercią Władysława Bartoszewskiego stanowi nawet dla mnie zagadkę i pewnego rodzaju wstrząs. Z towarzystwa, którego niewątpliwym reprezentantem był ów dziwny człowiek odeszli już (w kolejności chronologicznej) Jacek Kuroń, Czesław Miłosz, Bronisław Geremek, Wisława Szymborska, no i, zaledwie w zeszłym roku, Tadeusz Mazowiecki, jednak, o ile sobie dobrze przypominam, w żadnym wypadku poziom propagandowego szaleństwa nie był aż tak uderzający. Ja oczywiście, mając świadomości szczególnych nastrojów poprzedzających wybory prezydenckie, rozumiem, jak ciężko jest tym hienom zrezygnować z tak smakowitego kąska, uwzględniając jednak nawet i tę poprawkę, można się zdziwić. Wystarczy może jak wspomnę, że dziś nawet mój teść, a więc człowiek związany z obozem władzy całym swoim sercem, duszą i rozumem, wyraził pewne zażenowanie, oświadczając, że on oczywiście wie, jak wielkim człowiekiem był Zmarły, niemniej jednak…

Pytanie więc, które nasuwa się jako pierwsze i podstawowe, brzmi następująco: Czemu oni to robią? Dla potrzeb dyskusji przyjmijmy, że Władysław Bartoszewski rzeczywiście był wielkim Polakiem i człowiekiem dla Polski zasłużonym. Jednak nawet jeśli przyjmiemy to absurdalne założenie, musimy się zastanowić nad tym, czy oni naprawdę doszli do przekonania, że im bardziej nakręcą tę histerię, tym lepszy wynik osiągnie ich kandydat, a więc owa żałoba to zwykła hucpa, czy są już zwyczajnie tak głupi, że z ich strony mamy w istocie rzeczy do czynienia z pokazem autentycznego bólu? Czy jest taka możliwość, że oni tego Bartoszewskiego do tego stopnia uwielbiali, że przy nim gaśnie nawet wielkość Tadeusza Mazowieckiego? Nawet Szymborskiej? Przypomnijmy sobie, co działo, kiedy tamci umierali, i popatrzmy na to, z czym mamy do czynienia teraz. Przecież między jednym a drugim rozciąga się istny kosmos.

W wieku 94 lat zmarł Władysław Bartoszewski, a w telewizji TVN24 wystąpił Henryk Wujec (swoją droga, ja wciąż czekam na informacje o człowieku, którego on jakiś czas temu przejechał na pasach) i ogłosił, że Bartoszewski odszedł „zbyt wcześnie”. I to też prowokuje pytania. Ile, zdaniem Wujca, powinien żyć ktoś taki jak Bartoszewski, by należało uznać, że nadszedł jego czas. 100 lat, 120, a może 300? Rozumiem, że dla niego 94 to wciąż za mało. A może jest tak, że Wujec świetnie wie, że jeśli człowiek żyje w miarę dobrym zdrowiu całe 94 lata, to powinien Bogu dziękować, że podarował mu tyle aż czasu na danie świadectwa, tyle że wie też, czego od niego wymaga potrzeba chwili i gada, co mu jego cwany instynkt podpowiada. A może faktycznie jest tak, że dla Wujca Władysław Bartoszewski był zjawiskiem tak perfekcyjnie cudownym, że ten idiotyzm był jedyna rzeczą, jaką on był tego dnia w stanie z siebie wydusić?

To jest to, co ja potrzebuje dziś wiedzieć. Czy to możliwe, że dla nich odejście Bartoszewskiego to koniec świata, jaki znamy? Czy to możliwe, że oni są aż tak głupi?

Jak już pisałem, w miniony piątek poszedłem z synem do cyrku. Ponieważ był to cyrk ze zwierzętami, przed wejściem, jak się należało spodziewać, kotłowały się grupki dziewczynek z pomalowanymi na czarno włosami i kolczykami w nosach, wargach, policzkach i brwiach, rozdających ulotki zachęcające do tego, by cyrki bojkotować. Wziąłem jedną z tych ulotek i trafiłem na wiersz podobno Wisławy Szymborskiej, zatytułowany „Zwierzęta cyrkowe”, o następującej treści:

Przytupują do taktu niedźwiedzie
skacze lew przez płonące obręcze,
małpa w żółtej tunice na rowerze jedzie,
trzaska bat i kołysze oczy zwierząt,
słoń obnosi karafkę na głowie,
tańczą psy i ostrożnie kroki mierzą.

Wstydzę się bardzo, ja – człowiek.


Źle się bawiono tego dnia

nie szczędzono hucznych oklasków,
chociaż ręka dłuższa o bat
cień rzucała ostry na piasku.


Zdaję sobie sprawę, że obniżanie poziomu tego bloga ma swoje granice, i ja je właśnie przekroczyłem, jednak chciałem bardzo pokazać, że zawsze może być gorzej. Otóż kiedy Władysław Bartoszewski w roku 2007 podzielił się z nami refleksją na temat Polski, że „jeśli panna nie jest piękna i posażna, to powinna być choć sympatyczna, a nie nabzdyczona”, a ci co go słuchali, wybuchnęli radosnym i pełnym podziwu dla starego umysłu śmiechem, to tym samym zarówno on, jak i ci, co się śmiali, sięgnęli poziomu znacznie, znacznie niższego, niż Wisława Szymborska w wyżej zacytowanym wierszu. A mimo to, ona takiej fety nie otrzymała.

Zbliżają się wybory prezydenckie 10 maja, w których Władysław Bartoszewski nie weźmie udziału. A to sprawia, że Bronisław Komorowski dostanie ten jeden głos mniej. Jednak to nie wszystko. Jest jeszcze coś. Jak wiemy, zabierając głos na niedawnej konwencji kandydata, ten sam Bartoszewski wyjaśnił, że on głosuje na Komorowskiego, bo jemu bardzo zależy, by prezydentem nie został Andrzej Duda, a to w tym jednym celu, by to nie on wygłaszał mowę pożegnalną na jego pogrzebie. Wydaje się więc, że to jest już załatwione. Jeszcze jakieś życzenia? Nie widzę, nie słyszę. W tej zatem sytuacji, myślę, że wszyscy z czystym sumieniem możemy już głosować na Dudę. A przynajmniej ci z nas, którzy wiedzą, że na ich pogrzebie, ktoś taki jak prezydent przemawiać nie będzie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Władysław Bartoszewski i doktryna państwa

Autor: Eska

Uważni czytelnicy blogów wiedzą, że, zwłaszcza u Coryllusa, toczy się już od dawna dyskusja o tzw. doktrynie państwa. Cóż to takiego? Najprościej ujmując jest to:

...wynikający z przyjętych założeń ideowych, uporządkowany zbiór poglądów na życie polityczne danego społeczeństwa, z zagadnieniami władzy i ustroju państwa na czele. Zawiera wskazania teoretyczne i praktyczne jak zrealizować te poglądy w określonym czasie i przestrzeni. Jest instrumentalną wersją ideologii i zbiorem poglądów określających przebieg i cel działań wyraźnie określonych w czasie i przestrzeni./za Wiki

      Zazwyczaj taka doktryna bywa określana jednym hasłem, jak np. Trzeci Rzymw przypadku Rosji, polityka jagiellońska w przypadku Polski, Imperium, nad którym nie zachodzi słońce - w przypadku Anglii itd. Niemniej nie wystarczy hasło, potrzebny jest zbiór konkretnych celów i sposobów na ich osiągnięcie, w Rosji ostatnio taką doktrynę, oficjalnie uczoną w szkołach i na uczelniach, opracował Dugin, a realizuje Putin. Celem Niemiec jest powrót do granic III Rzeszy i przewodzenie Europie, i realizują to konsekwentnie od ćwierć wieku, obecnie w ramach struktur UE. Doktryna bywa realizowana w trybie wojennym, ale może być równie, albo nawet bardziej skutecznie, realizowana na bazie gospodarczej i politycznej, czyli zawierania odpowiednich umów i sojuszy.

     Polską doktrynę oficjalnie przedstawił lata temu Władysław Bartoszewski, brzmiała ona, Polska jest jak brzydka panna bez posagu, w domyśle - trzeba brać, co dają, siedzieć cicho i dziękować za łaskę możnych.

Jak widać, wbrew temu, co twierdzą różni dyskutanci, Polska ma doktrynę polityczną, przedstawioną publicznie przez Władysława Bartoszewskiego właśnie, i ta doktryna jest realizowana od lat konsekwentnie aż do bólu.

     Trzymając się porównania do panny, Polska w momencie wracania z powrotem do struktur Europy była panną całkiem przystojną, tylko zaniedbaną, a i posag miała niezły, chociaż także zaniedbany i źle zarządzany. W interesie możnych tego świata leżało pozostawienie u władzy pazernych, źle zarządzających tępaków, którzy za przysłowiowe paciorki i perkal sprzedali lub zniszczyli posag polskiej panny i zrobili dosłownie wszystko, żeby panna zbrzydła i zgłupiała. I trzeba przyznać, że doktrynę tę realizują od lat z godną podziwu konsekwencją, podporządkowując jej wszystkie dziedziny polityki zewnętrznej i wewnętrznej.

     Dlatego też, mam nadzieję, Władysław Bartoszewski przejdzie do historii jako ten, który miał odwagę nazwać publicznie zamiary swojego nurtu politycznego, reprezentowanego przez UW, PO/PSL, SLD i inne postkomusze byty polityczne, które, z dwoma krótkimi przerwami, władają Polską od ćwierć wieku.

PS. Ponieważ pogrzeb Władysława Bartoszewskiego zostanie wykorzystany politycznie przed wyborami do maksimum, dlatego ostrzegam uczciwie – wszelkie wpisy obraźliwe, tudzież obraźliwe zachowania np. w trakcie tego pogrzebu, wszelkie rozważania, czy Kaczyński tam będzie czy nie itp. – to prowokacja albo skrajna głupota. Zachowajmy powagę w obliczu śmierci, dystans wobec długiego i skomplikowanego życia Zmarłego, a oceny wyrażajmy językiem kulturalnym i bez hejtu. Nie dajmy się sprowokować przed 10 maja!

Warszawa stoi. Przedwyborczo.

Autor: Integrator

Ponieważ nikt o tym nie pisze, tą krótką notką chcę zwrócić Państwa uwagę na fakt, że Warszawa od paru tygodni stoi.

Mamy tą cechę czy to wadę narodową, że dość łatwo przyzwyczajamy się do spraw, które nabierają charakteru stałego. Nawet gdy coś nas wyjątkowo uwiera, zrazu protestujemy, potem marudzimy aż w końcu godzimy się z tym jak jest. Tak było ze Smoleńskiem, pogodziliśmy się z sukcesywnym demontażem państwa uprawianym od lat na naszych oczach przez Platformę, tu zaś w Warszawie, pogodziliśmy się z faktem, że nie da się po niej jeździć. Skąd ta teza? W ostatnim czasie musiałem po wielokroć przedzierać się z jednego krańca tego miasta na drugi toteż z całą pewnością mogę stwierdzić, powtórzę to raz jeszcze, że Warszawa jest zablokowana i że mieszkańcy ten stan zaakceptowali. 

Gronkiewicz-Walz właśnie oznajmiła, że Most Łazienkowski zostanie oddany do użytku za dokładnie pół roku. Pani prezydent rzuciła nawet datę, 31 października. I choć trwają jeszcze prace nad dokumentacją techniczną to firma która wygrała przetarg rozpoczęła już prace rozbiórkowe więc wszystko wydaje się być na dobrej drodze. Cóż. Mieszkańcom Warszawy tłumaczyć tego nie trzeba, pozostałym rodakom zaś tylko przypomnę, że podawanie tak krótkich terminów wykonania gigantycznych przecież prac jest w Platformie Obywatelskiej przyjętym sposobem na prewencyjne gaszenie budzących się w nas emocji. Ci którzy pracują na budowach wiedzą, że to jest termin nie do utrzymania, reszcie musi starczyć wspomnienie o wielokrotnie przesuwanych terminach poprzednich inwestycji: kanału biegnącego wzdłuż Wisły, metra, w końcu odwlekanego z roku na rok terminu zakończenia budowy gazoportu. Nie wiem czy ta budowa będzie trwała rok, dwa czy może będzie przeciągała się w nieskończoność ale z pewnością nie będzie to pół roku i z tą perspektywą też trzeba nam się pogodzić. No i z tym, że idą wybory i ci co chcą byśmy znów ich wybrali będą próbowali nas takimi obietnicami wpuszczać w maliny.

Tymczasem wbrew wrażeniu które próbuje budować pani prezydent, problem zakorkowanej Warszawy to nie tylko Most Łazienkowski. Ona bardzo by chciała byśmy tak uważali, wszak zawsze może powiedzieć, że pożar to zdarzenie losowe, przez nią nie zawinione no i że teraz trzeba się w tych korkach jakoś wspólnie przemęczyć. Ona z pewnością męczyć się nie będzie ale nie tylko z tego powodu to jest narracja fałszywa i już śpieszę z dowodami.

Przeprawa przez Wisłę Trasą Armii Krajowej a potem Trasą Toruńską na odcinku od Powązek do alei Piłsudskiego na wysokości Marek to prawdziwa droga przez mękę. Powstaje tu drugi pas jezdni a ten którym można się poruszać, współdzielić muszą kierowcy jadący w obu przeciwnych kierunkach. W efekcie przejazd z Powązek do wspomnianych Marek trwał w moim przypadku trochę ponad godzinę, choć zgodnie z GPSem powinien trwać najwyżej dwadzieścia siedem minut. Nie zapominajmy przy tym, że ta trasa to zgodnie z forsowanym przez panią prezydent zamysłem część systemu wewnętrznych obwodnic stolicy a więc trasy bardzo intensywnie używane. Swoją drogą, tak się zastanawiam czy gdzieś, ktoś na świecie wymyślił jeszcze podobna głupotę? Zdawało się, że po to wymyślono obwodnice, by tych którzy jadą tranzytem wyrzucać poza miasto. Platforma Obywatelska nawet w tak oczywistej zdawało się kwestii przestawiła wektory i przekierowała cały ruch do centrum Warszawy. Zaiste wyjątkowa koncepcja.

Remontowany jest też most Grota Roweckiego na lewobrzeżnej stronie Warszawy. Powstają nowe wjazdy i zjazdy przez co nie udało mi się na niego wjechać ani z Modlińskiej ani Jagiellońskiej. Jak i tysiącom podobnych mi kierowcom.

Nie można przy okazji tworzenia tej listy zapomnieć o moście Śląsko-Dąbrowskim. To ten przy Zamku Królewskim. Od wielu już lat nie wolno tędy jeździć w godzinach od 6tej do 10tej i od 15tej do 19tej. Informuje o tym znak przy wjeździe ale przy takiej ilość oznakowań, a przede wszystkim przez koncentrację kilku rozwiązań komunikacyjnych (wyjazd z tunelu, zjazd na Wybrzeże Kościuszkowskie, przejście na pieszych i przystanek dla tramwajów) wielu kierowców tego znaku nie zauważa. Szczególny problem mają przyjezdni co też słono ich kosztuje. Straż Miejska która zapuściła już na tym moście korzenie w ciągu niespełna dwóch lat wystawiła tylko w tym jednym miejscu trzysta tysięcy mandatów. Sprzedaje je kierowcom po pięćset złotych za sztukę. No ale o polowaniu na nas i opłatach mytowych już tu niedawno pisałem.

Żeby nie było, że ja się tylko mostów czepiłem, stoją też samochodny wzdłuż Wisły na Wale Międzyszyńskim bo zamknięte przeprawy przez rzekę zmuszają kierowców do przemieszczania się tą drogą w kierunku pozostałych mostów, które funkcjonują. Z tego samego powodu stoją oczywiście kierowcy w korkach na trasach prostopadłych do mostów, ot choćby na Solcu. Zjazd z Armii Ludowej na Czerniakowską to czysta poezja. Jeszcze piękniej jest gdy na stadionie Legii odbywają się mecze a kibice próbują dostać się na ulicę Łazienkowską prowadząca do stadionu. Jechałem w tym czasie akurat autobusem i zanim minęliśmy to urocze miejsce zdążyłem, serio, przeczytać dwa rozdziały przezornie zabranej lektury. Nie będę tu wypisywał całej litanii, bo takich miejsc jest w Warszawie dziesiątki i każdy mógłby tu od siebie garść podobnych przykładów dołożyć ale nie sposób nie wspomnieć o Wawelskiej, Alei Wilanowskiej, Czecha przechodzącej w trakt Brzeski, Alei Krakowskiej albo Czerniakowskiej z rana czy Sobieskiego. Basta!

Powiecie, że przesadzam, że tak źle to jeszcze nie jest. Niech zatem pomoże rozstrzygnąć nam ten spór technologia. Włączcie w telefonie program do nawigacji, ja używam Google Maps, i wskażcie dwa punkty tak by miejsce, które was interesuje znalazło się po drodze. Program pokazuje natężenie ruchu, więc zobaczycie jak Wam się pięknie ekran rozświetli na czerwono. Test można zacząć już od poniedziałku z rana. 

Warszawa stoi. Dzień w dzień gigantyczne korki i nikt nawet nie piśnie. Na marne poszedł trud Powstańców Warszawy ale Oni przynajmniej umieli pokazać kły. 


Wjazd na Most Poniatowskiego

Witam na łamach Tygodnika Solidarni kolejnych nowych Czytelników tym razem z Włoch, Norwegii, Białorusi i Danii. Zapraszam do regularnych odwiedzin. 

niedziela, 26 kwietnia 2015

Oni dzielą i rządzą, a my plujemy im pod nogi

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Jeśli pochylimy się nad polityczną historią Polski minionych 25 lat, to co nas powinno zastanowić, to sposób w jaki System rozgrywał nas za każdym razem, gdy decydowały się losy Państwa i Narodu. Rzecz mianowicie w tym, że tak naprawdę oni nigdy nie potrzebowali stosować wobec nas jakichś szczególnie przebiegłych technik manipulacyjnych, nie musieli opracowywać szczególnie wymyślnych sposobów kontrolowania publicznej świadomości, nie mieli najmniejszego powodu wreszcie, by powoływać jakieś specjalne grupy politycznego terroru. Wystarczyło skorzystać ze starej dobrej metody, tradycyjnie określanej nazwą „dziel i rządź” i ją na spokojnie realizować.

Przypomnijmy sobie czas, gdy po roku rządów gangu pod przywództwem Bronisława Geremka, doszło do wyborów prezydenckich, gdzie naprzeciwko Tadeusza Mazowieckiego stanął Lech Wałęsa, a przerażony perspektywą porażki System przeciwko Wałęsie wystawił niejakiego Stana Tymińskiego. Jest dziś oczywiście niełatwo opisać grę owych interesów, niemniej System zaliczył wówczas ciężką porażkę, a Tymiński, zamiast zneutralizować Wałęsę, wyeliminował z gry Mazowieckiego, co spowodowało, że wobec nowego prezydenta trzeba było użyć środków specjalnych.

Mam nadzieję, że pamiętamy też pierwsze prawdziwe wolne wybory parlamentarne roku 1991, kiedy to do Sejmu weszło 29 różnych – głównie prawicowych i wzajemnie skłóconych – ugrupowań, z których 11 wprowadziło zaledwie jednego posła. Jeśli ktoś myśli, że ja przesadzam, przypominam, że zwycięzca owych wyborów, czyli Unia Demokratyczna uzyskała 13,5% głosów, następni w kolejce komuniści – 13%, a cała reszta została podzielona między tak zwana „prawicę”. A teraz proszę bardzo wszystkich o minimum refleksji.

Pamiętamy zapewne wybory prezydenckie roku 1995, kiedy już było wiadomo, że Wałęsa to agent, z drugiej strony mieliśmy błękitną koszulę Aleksandra Kwaśniewskiego, a System, by ostatecznie doprowadzić do rozgrywki Wałęsa-Kwaśniewski, przeprowadził na prawicy taki festiwal patriotyzmu, że ostatecznie na placu boju został tylko… Wałęsa. Ja to pamiętam jak najgorszą zarazę.
Od roku 1990 mija 25 lat i pod pewnym szczególnym względem są one naznaczone dwoma stałymi – proszę mi wybaczyć to określenie – przekleństwami. Otóż z jednej strony, patriotyczna Polska tak naprawdę nigdy nie miała choćby jednego polityka, który potrafiłby skutecznie wystąpić przeciwko potędze Systemu, a z drugiej, ta sama Polska pozostawała tak okrutnie bezradna wobec tak żenująco prostego przekrętu, jak owo wspomniane wyżej „dziel i rządź”.

I oto po latach, niemal jak dar od Boga, pojawia się Andrzej Duda. I ani mi w głowie sugerować jego absolutną wybitność, ani mi w głowie twierdzić, że oto ktoś, kto nas ostatecznie wyzwoli. Nic podobnego. Żyjemy w czasach ostatecznych, natomiast ja twierdzę, że przed nami człowiek, który jest w stanie pokonać Bronisława Komorowskiego i dać nam choćby chwilę oddechu. A na to System wychodzi z tym samym co 25 lat temu przekrętem i stawia nam przed oczami prawdziwych tytanów: Grzegorza Brauna i Pawła Kukiza. Prawdziwych patriotów. A my kamieniejemy bezradni jak dzieci.

Mamy jeszcze niespełna trzy tygodnie. Proszę, opamiętajmy się. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Kozetka Antychrysta

Autor: ks. Jan Dobrowolski

Jaką książkę zabralibyście na bezludną wyspę? Ja na przykład należę do grupy mężczyzn, którzy na całe życie związali się z jedną (brewiarz), więc odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak dużą pokusą jest pewna mała, poręczna książeczka o walce na szpady, ucieczkach przed policją oraz spisku przejmującym władzę nad światem. Słowem – pełno w niej wszystkiego, czego naprawdę może brakować prawdziwemu mężczyźnie (księdzu!) na zupełnym odludziu. Kusi. Jak wielka jest to pokusa zrozumiałem kilka lat temu, gdy po raz pierwszy zamknąłem przeczytaną powieść „Kula i Krzyż” Chestertona. Jest to przykład wesołej prozy, nadającej się na plażę, która rozśmieszy was do łez, zupełnie poważnie ostrzegając przy okazji przed Antychrystem, tak małym, jak dużym.

Sam Antychryst to postać biblijna; chodzi o człowieka sprzeciwiającego się Panu Jezusowi i chrześcijaństwu. W Nowym Testamencie znajdziemy dwa jego rozumienia – św. Jan mówi o „duchu antychrysta”, sygnalizując, iż wielu było już w jego czasach takich, którzy z wiarą walczyli, psując niejako jej „monetę”, czyli pod szyldem Kościoła sprzedając obce Ewangelii idee (gnostycy chociażby). U św. Pawła zaś znajdziemy rozumienie bardziej konkretne – antychryst to mąż zatracenia, który ma się objawić na końcu czasów, jako namiestnik szatana  w walce z Bogiem. W ciągu wieków rozmaicie rozumiano tą postać. Przypisywano tę rolę rzymskim cesarzom, politykom, wodzom, herezjarchom. Święty Jan Damasceński na przykład, przyjrzawszy się z bliska, jak funkcjonuje młody jeszcze w jego czasach Islam, nabrał pewności, że ostatecznym Antychrystem byl Mahomet. Potem pobożni ludzie obsadzali w tej roli choćby Lutra, Napoleona czy nawet Bismarcka. Miałem bardzo kompetentnego historyka, który kiedyś, w przypływie szczerości, po lekcji poświęconej Stalinowi dodał od siebie, że to musiał być Antychryst. Nie tylko jednak ten nauczyciel, którego dobrze wspominam, miał swojego kandydata. Wcześniej rosyjski myśliciel, Sołowiow, zrobił furorę malowniczą kreacją idealnego polityka i męża stanu dla całej ludzkości. Ten wielki człowiek który zjednoczył Europę, zażegnał wojny na świecie, zakończył podziały wśród chrześcijan, a na końcu okazał się być sługą diabła. Do tej wizji z „Trzech rozmów” Sołowiowa odwoływał się choćby papież Benedykt w swojej książce poświęconej publicznej działalności Chrystusa. Współcześnie obraz ten wzbogacił kardynał Biffi o Antychrysta – ekologa i mistrza dialogu; u nas relacjonował to szeroko ks. Robert Skrzypczak. Jeśli wizja najgorszego z duchowych wilków w owczej skórze ekologa wydaje się zarówno aktualna, jak dziwna, to co dopiero powiedzieć o genialnej intuicji Chestertona. Poznajcie naprawdę przerażającego Antychrysta z niepozornej książeczki „Kula i krzyż”.

Robert Schumann powiedział o muzyce Chopina, ze to armaty ukryte w kwiatach; Chesterton niekoniecznie znał ten cytat, ale na pewno zgodziłby się co do jego przydatności na polu bitwy. Każdy czołgista wie, po co są gałęzie w lesie, w którym przyszło mu podczas wojny zaparkować. Antychryst Chestertona, choć nigdzie nie nazwany tym imieniem, swoje działa ukrył w uroczych, kwiecistych grządkach. W miłym parku, gdzie człowiek współczesny, zabiegany i zagubiony może odpocząć w miłym ośrodku. A także poddać się nieubłaganej terapii. Głównym tematem „Kuli i Krzyża” są dwie niedopasowane do społeczeństwa jednostki. Mamy gorliwego o chwałę bezbożnictwa ateistę oraz pobożnego w starym, rycerskim stylu katolika. Obaj są szkotami. Jeśli szukacie książki, przy której człowiek zwija się ze śmiechu, to wystarczy to na zachętę. Chesterton prezentuje zdumionej ludzkości ( a przecież każdy wie, jak powstał drut miedziany!) dwu Szkotów zajadle walczących o Metafizykę. Trudno o lepszy kawał, ale ręczę – znajdziecie tam jeszcze lepsze. Obaj  bohaterowie przemierzają Anglię z pierwszej połowy XX wieku i próbują odbyć swój pojedynek… Spotykają przy tym mnóstwo oryginalnych postaci, z których jedna jest o krok od zapanowania nad światem… Jest to oczywiście psycholog, który skatalogował ludzi i ich dziwactwa, i zamierza ich wyleczyć. Z czego? Cóż, nie zdradzając fabuły tego arcydzieła powiem, że zarówno pobożnemu, jak i bezbożnemu tak samo mocno zjeżyły się na tę diabelską terapię włosy. „Kula i krzyż” to najweselsza, a może również najaktualniejsza antyutopia, jaką znam.

Czy to znaczy, że powinniśmy zacząć kampanię bojkotu psychologów? Wręcz przeciwnie. Chesterton świetnie pokazuje rolę, jaką dla współczesnego społeczeństwa odgrywa nauka o psychice człowieka. Nie szydzi z psychologów dlatego, że uważa, iż są mali i bezużyteczni; przeciwnie – dostrzega ich wartość i potęgę, dlatego ostrzega przed nadużyciami, przypominając o koniecznych proporcjach. W naszym tu i teraz, gdy każda ludzka tragedia jest nam osładzana komentarzem narratora, ze oto ofiary i bliskich otoczył opieką psycholog, jest to ważna nauka. By właśnie sferę terapii, konsultacji psychologicznych, higieny umysłowej i całej reszty tych spraw przesunąć jak najdalej w sferę, gdzie diabeł ma najmniej do powiedzenia. Święty Tomasz, jak powszechnie wiadomo, uznał rozum, tak, rozum za władzę najmniej w nas skażoną skutkami grzechu.

Wytłumaczę to na przykładzie z kościelnego podwórka: dziś ważną osobą, wysokim autorytetem we wszystkich dziedzinach bywa dla katolików ksiądz egzorcysta. Księża, gdy wypadnie czasem bronić  tej posługi, wskazują na współpracę dobrego egzorcysty z psychologiem. Oczywiście, dodają, psycholog musi być dobry, tj. wierzyć w istnienie szatana. Zauważyłem jednak niestety, że dla wielu kapłanów katolickość psychologa wystarczy za wszystko. Jak wierzący, „nasz”, to dobrze, to starczy. Nie jest to prawda; przecież jest cała masa zawodowych kompetencji, które musi spełniać taka osoba, byśmy mogli jako duchowni z nią współpracować (sami będąc kompetentnymi!). Psychologię ciągle otacza czar mocy i wyjątkowości; wystarczy zrobić taki czy inny kurs terapeutyczny, nie studia nawet, by mieć wielką estymę wśród ludzi. Niestety, niemało oszustów i szalbierzy z tej sytuacji korzysta, a i tak cierpiący już ludzie cierpią jeszcze przez paranaukę. Oczywiście, podrabia się tylko dobrą monetę; dlatego zaznaczam, że nie chcę w żaden sposób zaatakować samego zawodu czy też powołania do niesienia wsparcia psychicznego, czy to w roli psychologa z doktoratem, czy nawet terapeuty „pierwszego kontaktu”. Problem jednak istnieje; Chesterton wskazał na skalę globalną, na możliwość manipulacji milionami przy pomocy nauki o duszy ludzkiej. Nie zapomniał przy tym o mikroskali. Już psychomanipulacja jednym człowiekiem ma zupełnie opłakane skutki. Strzec się trzeba obu rodzajów antychrystów – dużych i małych.

Na koniec powołam się na pracę pewnego psychologa. Panu Tomaszowi Witkowskiemu zawdzięczamy książkę, która winna być lekturą obowiązkową we wszystkich seminariach duchownych – „Zakazaną psychologię”. W sposób przystępny, a przy tym kompetentny i jasny autor wskazuje w niej mnogość niebezpiecznych i niepotwierdzonych naukowo terapii: kinezjologii edukacyjnej, metody Simontona, klasycznej psychoanalizy i szeregu terapii eksperymentalnych daje przykłady nadużyć, zwraca uwagę pacjentom na ważne kwestie przy wyborze terapii. Słowem – stosuje sławiony przez św. Tomasza rozum. Przy tym, znajdziemy tam niejedną pochwałę pod adresem kościelnych uczelni oraz rozsądne rady, jak ta, by człowiek wybierał dla siebie terapeutę spośród ludzi o tym samym co on sam światopoglądzie. Według Tomasza Witkowskiego, etyczne jest wysłać katolika do katolika, bo perspektywa przejęcia wizji świata od osoby, która nam pomaga, jest całkiem realna. Nauka zaś, że nie da się z życia całkowicie wyeliminować cierpienia mogłaby zostać wygłoszona na dobrych rekolekcjach wielkopostnych. Nie ukrywam, że posadziłbym wtedy w ławkach niejednego księdza od Mszy o uzdrowienie… Tak, niestety, można napisać na kanwie naszego współczesnego duszpasterstwa analogiczną książkę do dzieła Witkowskiego. Taką swojską „Zakazaną teologię”…

Nie zdradzę, jak dokładnie kończy się „Kula i Krzyż” – no bo, ze dobrze, to się da domyśleć. Mnie zakończenie zaskoczyło i rozpogodziło. Dwie siły Zachodniego świata, nieźle w ciągu dziejów skompromitowane, łączą jednak siły w osobach dwu Szkotów. Świat zostaje ocalony w całkowicie zaskakujący sposób, tak, że zarówno wierzący jak i niewierzący szeroko się uśmiechnie. Prostej prawdy uczy nas Chesterton: Każdy człowiek, który dba tylko o jedną rzecz jest niebezpieczny. W jego książeczce nauka i religia podają sobie z sukcesem ręce – ale nie paranauka i nie parareligia. Pozwolę sobie z przekąsem dodać, iż według Chestertona, a pewnie nie tylko niego, to młodsza z tych dwu sióstr pociągnie i poprowadzi we właściwym kierunku. Ona zna drogę do domu. Czy wiecie która?

piątek, 24 kwietnia 2015

Po co właściwie głosować na Dudę?

Z przyjemnością informuję, że do grona redakcyjnego Tygodnika Solidarni dołączyła blogerka Eska. Poniższym tekstem debiutuje u nas, niemniej debiutantką w sferze słowa pisanego nie jest. Ale moją uwagę zwróciła na siebie przede wszystkim podejmując się nie lada wyzwania bo skatalogowania przydrożnych kapliczek. Wbrew pozorom i tego co możemy sobie o tym myśleć, my mieszkańcy miast, to jest piękna i potrzebna rzecz. Chcemy czy nie, one właśnie są kwintesencją naszego sposobu wyznawania wiary a zarazem przykładem przywiązania do tej wiary w sposób tak prosty i szczery jak tylko możliwe. Kto choć raz widział małą grupkę odprawiającą nabożeństwo ku czci Matki Bożej (tzw. majowe) przed jej figurką przy polnej drodze, ten wie o czym mówię. Ja wiem, bo to jest także część mojego dzieciństwa. 
Witam Eskę w zespole i zapraszam Państwa do lektury.  

Autor debiutujący: Eska

Dlaczego nie na Kukiza czy Brauna? Oczywiście mówimy o kandydatach, którzy chcą zmiany, a nie o Komorowskim czy paprotkach typu Ogórek czy Jarubas.

To pomyślmy spokojnie – Duda pracował w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a więc doskonale wie, jak to działa i o co tam biega. Jest euro-parlamentarzystą, do tego cenionym, a więc znowu  - zna różnych ludzi, z różnych krajów i wie, jak się w tym poruszać. Do tego jest niezłym prawnikiem. Ma za sobą cały aparat partyjny PiS, może leniwy, może miejscami nieudolny, ale zorganizowany w całym kraju, czyli ma pełny dostęp do informacji. Będzie miał duży, może największy klub parlamentarny w przyszłym sejmie. A co mają panowie Kukiz i Braun, poza gadaniem??? NICO!

Jak ktoś myśli, że można zostać prezydentem dużego kraju w Europie będąc muzykiem rockowym albo niszowym reżyserem, bez zaplecza, bez doświadczenia, bez czegokolwiek, to chyba jest nienormalny. Sorry, ale taka prawda. No to po co oni startują??? Ano po to, żeby przypadkiem nie było tak, że mamy czysty układ > Duda kontra system. W czystym układzie, przy dzisiejszym poziomie wścieklizny tudzież kompletnej paranoi w wydaniu kampanii Komorowskiego sytuacja byłaby jasna i oczywista – albo my ich albo oni nas. Taka sytuacja zawsze mobilizuje, trzeba powiedzieć TAK albo NIE. Tak było w 1989 i dlatego komuna przerżnęła wtedy wszystko. Co z tym potem zrobiono, to inny temat, teraz mówię o mobilizacji społecznej w trakcie wyborów.
I dlatego trzeba namieszać, trzeba ludziom wmówić, że w ogóle mają jakiś wybór,  że demokracja i tak dalej - a to jest bzdura totalna. TU NIE MA DEMOKRACJI! Demokrację tutejszą, dość kulawą i niezborną, zaczęto rozmontowywać jeszcze za Buzka, a padła ostatecznie 10 kwietnia 2010 roku.

Nas nie wykańczają Żydzi, Rosjanie, Niemcy itp., tylko nasze własne prawo, stanowione przez nasz własny sejm, od ośmiu lat pod dyktando naszego własnego rządu PO/PSL, który jest naturalnym spadkobiercą PZPR, łącznie z przejęciem ludzi tamtego systemu. Prawo realizowane przez nasze własne sądy, które też są spadkobiercą tamtego systemu. Ta cała zgraja działa jak ów przysłowiowy już milicjant ze starego dowcipu, który siedząc na gałęzi odcinał ją od pnia, a na ostrzeżenia, że zaraz spadnie, wrzeszczał „rozejść się obywatelu”.  No i oczywiście spadł.
Tego cholernego milicjanta trzeba po prostu ściągnąć z naszego drzewa, zanim je całkiem zniszczy, a nie ubiegać się o prawo zasiadania na gałęzi, na litość! Trzeba się policzyć, po prostu.

I dlatego właśnie mamy tych nieszczęsnych kandydatów niezależnych i patriotycznych, żeby przypadkiem nie można było sprawdzić rzeczywistej determinacji społeczeństwa. Oczywiście władza zna stan nastrojów, od tego ma służby. Chodzi o to, żebyśmy to my go nie poznali, nie zobaczyli własnej siły – bo wtedy > ....aż zobaczyli, ilu ich, poczuli siłę i czas...

Tego się boją tamci, tego się boi każda władza, co tu dużo mówić. Bo wtedy można już tylko albo zacząć się z ludźmi liczyć, albo strzelać. A strzelanie to nie jest to, co jest potrzebne wielkim tego świata w strefie tuż przy granicy z wojną. Stąd te wszystkie wrzutki, stąd ci „niezależni” kandydaci, dlatego cały ten bardak i straszenie wszystkim, czym się da. Żeby Wam robić wodę z mózgu, drodzy PT Czytelnicy. Żebyście się przypadkiem nie policzyli. Żebyście przypadkiem nie uwierzyli, że jeszcze coś możecie zrobić dla siebie i dla własnego kraju. Macie się wściekać, bać i czuć coraz bardziej bezradni i zagubieni. Macie być ogłupionym motłochem, bo wtedy można Was doić do woli.

To nie są normalne wybory, jeśli ma się udać, to ma być jak w pamiętnym meczu hokeja z Rosją w 1976 w katowickim Spodku – rozwalić przeciwnika wbrew wszystkiemu i wszystkim! Kto pamięta tamten mecz, to wie, o czym mówię :)

Drużyna Dudy kontra system – tak naprawdę rozegra się ten mecz, reszta to pic na wodę i fotomontaż

czwartek, 23 kwietnia 2015

Wybory w USA a wybory w Polsce. List od Czytelnika

Moi Drodzy,
Dostałem niedawno krótki email z prośbą o opublikowanie poniższego tekstu na łamach Tygodnika Solidarni, z jednoczesnym zastrzeżeniem by nie podawać nazwiska autora. Jak to już wyjaśniłem w jednym z pierwszych tekstów jakie się tu ukazały (czyli w "Dajmy szansę Kowalskim i Nowakom"), Tygodnik ma dawać możliwość prezentowania myśli także, jeśli nie przede wszystkim, przysłowiowym Kowalskim i Nowakom, którzy też przecież mogą mieć nam wszystkim coś ciekawego do powiedzenia. Ten tekst jest tego dobrym przykładem. 
Celowo go nie redaguję, byście mieli możliwość przeczytania go w oryginale. Może to ośmieli tych których brak dobrego pióra odżegnuje od prezentowania swoich pomysłów i myśli.
Mi osobiście spodobało się to jedno stwierdzenie i niech ono będzie wizytówką tego tekstu: "Polacy ten stan rzeczy  akceptują tylko dlatego, gdyż nigdy nie żyli w prawdziwej demokracji. Gdyby przynajmniej przez jedną kadencję mogli dokonywać takich wyborów władz, do jakich mają prawo obywatele najpotężniejszej demokracji świata, tj. USA, a więc wyborów szefa rządu (w USA jest nim Prezydent), szefa policji lokalnej oraz  sędziów, nigdy już nie pozwoliliby sobie odebrać tej władzy!" Ciekawa myśl, nieprawdaż? Zapraszam do lektury. 
Integrator

Dziś  wybory  prezydenckie i parlamentarne w  Polsce wygrać można w starciu z B. Komorowskim  i  PO jedynie  mobilizując do zagłosowania na PiS osoby, które do tej  pory nie  głosowały w wyborach i  obsadzając swoimi ludźmi  komisje  wyborcze. Innej drogi nie ma. Inne podejście  do wyborów jest  podejściem życzeniowym, żeby nie powiedzieć naiwnością  lub  nawet  ukrytym sabotażem. Podział  i sympatie wyborców na mapie polski są  w miarę utrwalone i zapewne są konsekwencją dokonywanych wcześniej takich wyborów życiowych jak aborcja, stosowanie  antykoncepcji  lub uzależnienie  od pornografii, której  dostępność  w polskiej  TV  jest dużo  większa  niż w  USA, co nie jest  przypadkiem. O sztuce wygrania wyborów jest ten e-mail. 

Do rzeczy Prawdziwą  przyczyną  problemów Polski jest tak zmontowany system wyboru władz różnego szczebla, że Polacy nie wybierają  żadnych istotnych władz: ani szefa rządu, który ma dbać o ich dobrobyt, ani  komendanta policji w ich rejonowym komisariacie, ani  prokuratora z ich  rejonu, którzy mają dbać zarówno o przestrzeganie ciszy nocnej, jak też o ściganie sprawców rozbojów i innych istotnych przestępstw. W końcu wreszcie nie wybierają ich rejonowych sędziów, którzy swoimi surowymi wyrokami mają  oddawać nastawienie społeczeństwa do przestępców. Nie wybierają również  powiatowych inspektorów nadzoru budowlanego, których podejście do pełnionych obowiązków jest poważnym problemem dla wielu ludzi.  Wszystkie  te stanowiska  obsadzane są przez różne  instytucje - ktoś tam wskazuje kandydatów, ktoś  finalnie  powołuje danego  osobnika na określone stanowisko, a koniec końców - nikt nie bierze za tych  ludzi odpowiedzialności, np. Powiatowy  Inspektor Nadzoru Budowlanego w Warszawie  nie wykonuje decyzji  Wojewódzkiego Inspektora Nadzory Budowlanego, który go ... ,,współwybiera" (służę   przykładem, gdyby PINB w  Warszawie się  wypierał).   Efekt jest taki, że zwykły Polak ma problem nawet z wyegzekwowaniem prawa do ciszy nocnej, zgłaszanie przestępstw jest drogą przez mękę, a na ulicy łatwiej spotkać sobowtóra, niż policjanta, choć w przeliczeniu na jednego obywatela  w Polsce jest więcej policjantów niż w Japonii, która jest krajem o bardzo  wysokim odsetku wykrywanych sprawców przestępstw, odwrotnie niż można by sądzić po filmach o japońskiej mafii, gdzie trupy ścielą się gęsto, a  zabójcy są nieuchwytni. Polska policja potrafi się jednak tylko tłumaczyć  brakiem kadr. W Polsce ok. 46% policjantów ma wyższe wykształcenie i  fizycznie jest 96 tys. etatów policyjnych na 38 mln mieszkańców, co daje  395 obywateli na jednego policjanta. W Japonii, w której po roku 1945  zorganizowano policję państwowo-lokalną na wzór policji USA, jest 250 tys.  etatów na 127 mln ludzi, co daje 508 obywateli na jednego policjanta, a  przy tym każdy obywatel (mieszkanie) jest odwiedzane dwa razy w roku przez  policjantów (!), którzy robią wywiad na temat problemów i otoczenia. Na tle  Europy to porównanie nie jest tak drastyczne, ale to zestawienie pokazuje  jak dużo mniejszymi siłami można zrobić dużo więcej. Podobnie jest z polskim niewydolnym sądownictwem i prokuraturą, gdzie również w zakresie zatrudnienia przekraczamy bardzo wyraźnie średnią europejską. Dla przykładu w Polsce na 1 obywatela przypada 20 sędziów a w Wielkiej Brytanii zaledwie 4. O stosunku szeregowych żołnierzy do kadry dowódczej w polskiej armii każdy już chyba słyszał, więc nie ma sensu tu o tym pisać. O tym jak policja traktuje osoby zgłaszające przestępstwa i jak gorliwie ściga najgroźniejszych dla porządku publicznego i sąsiedzkiego przestępców też  wiadomo. Na ulicach naszych miast policjanci najchętniej ścigają  przestępstwa związane z ruchem drogowym, żyjąc w swoim odrealnionym świecie.  Ostatnio  kolega w Warszawie dostał  mandat za wyrzucenie  ogryzka na pas wysokiej zieleni  między  jezdniami - dogonił  go  po tym  niecnym  czynie  nieoznakowany  radiowóz.  Również ciągnąca się latami bez żadnego finału afera taśmowa w  Sądzie Najwyższym nie daje podstaw do optymizmu.  To są zwykłe przykłady z życia, bez wyszukiwania szczególnie drastycznych. Mają one jedną wspólną przyczynę – kultywację modelu demokracji, który był  świadomie zaprojektowany w PRL-u. Polegał on na modelu kontrolowanych przez  milicję i służby specjalne partii politycznych PZPR, ZSL i SD, których posłowie byli wybierani do Sejmu. Na tym ,,szopka” demokracji się kończyła,  bo posłowie nic nie znaczyli. Wszystkie decyzje zapadały w innych - jawnie  działających i ukrytych ,,grupach trzymających władzę”. To one redagowały  ustawy i to one obsadzały wszystkie kluczowe stanowiska w państwie – od  posterunkowego milicji i wysokich oficerów wojska, do sędziów sadów różnych  szczebli. Była to tzw. demokracja ludowa.

       Obecnie, w roku 2015, mamy sytuacją taką samą – posłowie  są  partyjnymi  marionetkami, którzy marzą  jedynie o wejściu na wysoką pozycję (najlepiej nr 1) na liście wyborczej swojej partii do parlamentu  i  których karierę polityczną może gwałtownie złamać każde niezadowolenie kierownictwa partii, za którym często stoją ukryte w cieniu postacie i tajne służby. Podobnie jak kiedyś, także i dziś, wszystkie stanowiska, poza wójtami, burmistrzami i prezydentami miast, obsadzane są przez ukryte w cieniu kliki ,,grup trzymających władzę”.  Prezydent w istocie nic nie znaczy,  pomijając prawo do  obsadzania pewnych  stanowisk, więc go tu pomijam, choć  może niekiedy skutecznie  blokować  pewne  ustawy  i kreować własną  politykę wobec  armii. Polacy ten stan rzeczy  akceptują tylko dlatego, gdyż nigdy nie żyli w prawdziwej demokracji. Gdyby przynajmniej przez jedną kadencję mogli dokonywać takich wyborów władz, do jakich mają prawo obywatele najpotężniejszej demokracji świata, tj. USA, a więc wyborów szefa rządu (w USA jest nim Prezydent), szefa policji lokalnej oraz  sędziów, nigdy już nie pozwoliliby sobie odebrać tej władzy! Z uwagi na fakt, że USA jest krajem, które doszło najszybciej do potęgi gospodarczej i militarnej na świecie w nowożytnym świecie (wystarczyło im zaledwie 300  lat, a Europa ma przecież ponad 2 tys. lat tylko chrześcijańskich rządów), należy przyjąć że jest to najlepszy wzorzec do naśladowania. Twórcy obecnej  konstytucji Polski zachowali się jak ludzie bez żadnej wiedzy o polityce,  kopiując zupełnie nieprzydatne wzorce państwowe, które również  nie sprawdziły się w przedwojennej Polsce, co doprowadziło do zamachu stanu  w roku 1926 i rządów sanacyjnych. Warto tu dodać, że w latach 1918-1922 J. Piłsudski wywierał silny wpływ na rządy krajem, a następnie wycofał się z  polityki, dając szansę ustrojowi podobnemu do obecnego. Po 4-ch latach  osłabiania Polski dokonał on jednak siłowego przejęcia władzy, którą  sprawował jego obóz aż do roku 1939. Jakkolwiek ostatecznie Polska  przegrała wojnę, to osiągnięcia tego 20 letniego okresu, np. budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, magistrali węglowej lub Gdyni są  zaprzeczeniem ,,osiągnięć” obecnego 25-lecia obecnej Polski. Tam budowa potencjału przemysłowego kraju – tutaj jego lawinowa wyprzedaż i  likwidacja.  W tej sytuacji nie dziwi wybór blisko 60% społeczeństwa polskiego, które  nie bierze udział w wyborach, intuicyjnie czując, że nic to nie zmieni. Mają tutaj niestety słuszną rację. Wybory w Polsce są wyborami w stylu wyborów w krajach demokracji ludowej – bardzo wykształcony naród nie jest dopuszczony do wyboru kluczowych dla niego stanowisk w Polsce, tak jakby był społeczeństwem niepiśmiennych pastuchów. Żeby poprawić los wyludniającej się Polski nie jest potrzebne zwycięstwo tej, czy innej  partii. Partie są bowiem jeszcze jedną grupą trzymającą władzę w okresie  danej kadencji. Potrzebne są mianowicie demokratyczne wybory. Osobiście  jestem gotowy zrezygnować z wyboru posłów, senatorów i prezydenta – nie ich  wybierają sobie partie, pod warunkiem, że dostanę prawo wyboru tych władz,  które są obecnie w Polsce wybierane przy przysłowiowej wódce, przez różne  ,,grupy” i układy, a więc: premiera, ministrów, sędziów, prokuratorów,  oficerów kierujących jednostkami policji, wojewodów i dodatkowo w ramach demokratyzacji - szefów służb   specjalnych i ,,zwykłych:, np. wojewódzkiego i powiatowego nadzoru  budowlanego.   Mam nadzieję, że nikt po przeczytaniu tego krótkiego tekstu nie będzie miał wątpliwości, że w Polsce demokracji nie ma. Dlaczego więc nikt nie protestuje ? Gniew społeczny tłumiony jest z jednej strony niewiedzą społeczeństwa (brak doświadczenia prawdziwej demokracji), a z  drugiej strony propagandą sukcesu, która wmawia przeciętnemu Kowalskiemu,  że w Polsce ludziom żyje się dobrze, więc jeśli komuś żyje się źle, to jest nieudacznikiem i niech się z tym nie obnosi, bo to wstyd, a tym bardziej  niech nie myśli o żadnych protestach. A więc ,,honorowo” gniew z powodu  biedy jest ukrywany. I tak naród umiera w oczach, a sąsiedzi rosną w siłę.   Czas rozpocząć walkę o demokracje amerykańską w Polsce. W tej walce każdy  ma swoją rolę. Trzeba zacząć mówić o tym problemie, aż wreszcie obywatele zrozumieją, że coś im odebrano, i to coś bardzo ważnego, mianowicie prawo do samostanowienia i zażądają prawa do wyboru władz w swoim własnym  państwie.


Oczywiście, zanim się bąknie o takich zamianach powinien być gotowy  clip  wyborczy z rodowitymi  amerykanami, którzy chwalą  te swoje przywileje i mówią o ich podstawowej  roli dla siły  amerykańskiej  demokracji. Nie można się wdawać w żadne dyskusje z TVN, Woborczą, Niesiołowskim. Należy ich od razy wysyłać  do  USA,  ,,żeby wytłumaczyli  Amerykanom, jakie niepotrzebne prawa wyborcze mają".

Imperium kontratakuje

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)
 
Nigdy nie fascynowałem się facetem nazwiskiem Nigel Farage. Ludzie podsuwali mi nagrania z jego przemówieniami i przysyłali listy z co celniejszymi cytatami, ale ja się tym nie ekscytowałem, albowiem nie wierzę, by cokolwiek pochodzącego z Wyspy było dla nas dobre. „Naszym” szczególnie podobał się Nigel kiedy mówił o Tusku, albowiem każdy kto gada na Tuska jest z miejsca naszym sojusznikiem. Podobnie jest z Komorowskim i innymi. ‚Nasi” dobierają sobie współpracowników według tego klucza właśnie.

 A kochasz ty Tuska młodzieńcze – pyta Karnowski aspirującego dziennikarzynę

Nienawidzę jak psa – mówi tamten

 Nasz ci on – mówi redaktor i uśmiecha się do brata jak kropla wody doń podobnego.

 To jak się orientujecie jest najprostszy sposób, by ściągnąć do siebie gromadę kretów. No chyba, że samemu się jest kretem i nie ma to żadnego znaczenia. Ponoć Karnowscy umieścili na okładce swojego periodyku obrazek przedstawiający Tuska enkawudystę jak strzela w tył głowy polskiemu oficerowi Lechowi Kaczyńskiemu. Zapomnieli dorysować gwiazdę betlejemską z twarzą nawróconego na łożu śmierci Jaruzelskiego, wtedy byłby komplet, ikonograficzna doskonałość.
Wracajmy jednak do pana Farage. Miał on opinię trzeźwego polityka i wypowiadał się gwałtownie przeciwko Unii. Większość zaś z „naszych” nienawidzi Unii, przynajmniej tak samo jak Tuska i uważa, że wyjście z niej za przejaw zdrowego patriotyzmu. Nigel zaś trafił wprost w ich gusta i emocje i przez to stał się ulubieńcem całej polskiej prawicy, która marzy o niepodległości. Dziś pan Farage domaga się ograniczenia imigracji, a część polskiej prawicy wierzy, że on to robi dla dobra tych co się już załapali. I właśnie najwięcej takich frajerów go popiera. On nawet sobie z tego zrobił metodę promocji. Jakiś Polak jest przeciwko imigracji, jakiś Hindus i pani ze skośnymi oczami z Azji. To jest obłaskawianie ofiary. Ono właśnie tak wygląda i tylko szczery idiota się na to złapie. Uważam, że Imperium szykuje się do skoku, po pierwsze wyrzuci ze swoich granic tych imigrantów, którzy są niepotrzebni, po drugie ujawni się w całej swojej potędze. Na razie widzimy przygotowania do tego procesu.

 Imperium jak dawniej spróbuje podporządkować sobie Rosję i zamienić Putina na kogoś innego, podejrzewam, że znacznie gorszego i o wiele bardziej bezwzględnego. Kogoś, kto będzie dla nas groźny naprawdę. Celem Imperium bowiem jest destabilizacja kontynentalnej Europy i podzielenie jej na nowo. No, ale to przyszłość, na razie mamy imigrantów oraz tych naturalizowanych Brytyjczyków, którym się zdaje, że są bezpieczni. Domagają się oni by nowi przybysze asymilowali się szybciej i nie tworzyli enklaw, to bowiem przeszkadza zarządcom imperium w polityce wewnętrznej.

Dlaczego Farage wywoływał taki entuzjazm w Polsce? Podejrzewam, że miało to podłoże psychologiczne. Wielu ludziom wydaje się, że jak wyskrobią brud zza paznokci, zawiążą krawat, a niechby i krzywo i psikną sobie do gęby odświeżającym oddech dezodorantem to mogą uważać się za polityczną elitę. Zdaje im się wtedy, że Farage przemawia właśnie do nich, bo oni mają podobne doń poglądy. Tak jakby poglądy miały tu jakiekolwiek znaczenie. Nie mają konta takiego jak Nigel, ani samochodu takiego, nie kończyli podobnych szkół i należą do kasty, którą Farage pogardza i przeciwko której występuje za każdym razem kiedy przemawia, oni jednak wierzą, że są w jednej z nim bandzie, bo mają poglądy. Nie mam pojęcia kiedy skończy się ten obłęd. Jak widzicie kwestia różnic światopoglądowych jest podstawą werbunku agentów. Na czymś trzeba to oprzeć, na czymś tanim, prostym i niekłopotliwym. Wiara się do tego nie nadaje, dlatego agenci muszą być z wiary wykorzenienie, pieniądze też nie, bo kto by płacił jakimś parchom z Europy środkowej. Poglądy zaś są czymś niezwykle praktycznym. Wystawia się takiego zająca jak Farage i on przyciąga do siebie wszystkich idiotów manifestujących swoje, jakże świeże, imperialne poglądy. Oni rzecz jasna uważają, że ich charakter jest inny, ale to co oni uważają nie ma tu żadnego znaczenia.

Tak działa mechanizm werbunku pożytecznych idiotów. Tak w Wielkiej Brytanii jak i w Polsce. Dobrze o tym wie Janusz Korwin Mikke, dlatego ani na moment nie spuszcza z tonu i uprawia swoją sztukę już ćwierć wieku prawie.

Czym różni się Farage od takiego Korwina? Tym mianowicie, że jego dystans do imperium jest krótszy, a co za tym idzie wszystkie zapowiedzi Farage’a mają dużą szansę na realizację. Korwin, świadomie lub nie, reprezentuje dokładnie to samo imperium, ale pomiędzy nim, a centralą jest taka ilość pośredników, że jego rola sprowadza się właściwie tylko do mącenia w głowach i przekonywania młodzieńców z aspiracjami, że są prawie tak samo fajni jak koledzy Nigela. Ta różnica manifestuje się także w powierzchowności. Nigel to jednak człowiek posiadający o wiele większą klasę, podczas gdy Korwin to postać z operetki, w dodatku czeskiej, próbowanej w Morawskich Budziejowicach przed przejazdem pociągu najjaśniejszego pana, który nie zatrzymywał się tam ani na chwilę.

Na czym polega fenomen werbunku poprzez poglądy? Na powtarzaniu w kółko tych samych fraz. To jest jak z tym wężem co się unosi na widok poruszającej się fujarki fakira. Wąż nie słyszy przecież muzyki, ona jest całkiem nieważna. Istotne jest to, że ten dziwny, podłużny przedmiot przed jego oczami porusza się w stałym i niezmiennym rytmie.
Wychowanie dużych grup ludzi, sfanatyzowanie ich i nadanie im pędu może odbywać się wyłącznie poprzez maksymalnie spłaszczone treści. Stąd właśnie mówi się o islamie, że jest religią niezwykle prostą. Tak prostą jak ta fujarka służąca do kiwania węża.

Ograniczmy emigrację mówi Farage i spotyka się z entuzjazmem kolorowych idiotów i Polaków, którzy uważają, ze „się załapali”, a jak ktoś się gdzieś załapał to wiadomo, że trzeba go będzie odrywać granatami od tego siedzenia, sam nie zejdzie. I gotów jest do popełniania wszelkich podłości, byle swoją pozycję utrzymać. Oczywiste jest, że Brytyjczycy, biali anglikanie, nie będą pozbywać się emigrantów swoimi rękami. Nigdy nie robili takich rzeczy, a więc nie zrobią ich także teraz. Oni po prostu wyznaczą do tego aspirujących głupków, a kiedy ci wypełnią swoją misję zostaną zmarginalizowani, albo również usunięci. Kto będzie wtedy pracował w Imperium? Możliwości są różne. Ponoć Hindusi uważają, że wszystko co brytyjskie jest sto razy lepsze. Dwieście lat okupacji, klęski głodu, tortury, więzienia i degradacja przekonały ich, że herbata Lipton jest jednak największym rarytasem. Myślę, że ci najbiedniejsi z nich, kiedy dostaną szansę nie zawahają się ani sekundy.

środa, 22 kwietnia 2015

O człowieku bez rąk i bez nóg czyli o sprzedawaniu złudzeń za grube miliony

Autor: Integrator

Zaczęło się od tego, że w niedzielę rano pojechałem na Targi Wydawców Katolickich, którzy tym razem wyłożyli swą ofertę w Arkadach Kubickiego a więc w Warszawie. Dla tych co nie wiedzą, to jest ta murowana część pokryta trawnikiem na tyłach Zamku Królewskiego, u jego podnóża. No więc pojechałem, aczkolwiek od chwili podjęcia tej decyzji nie odstępowało mnie przeczucie, że to nie będzie nic dobrego.

Obawy moje zaczęły się ziszczać już w chwili kupowania biletu bo sprzedało mi go zakapturzone dziewczę, któremu w lewym łuku brwiowym połyskiwał kawałek metalu. Najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało, zwłaszcza organizatorom którzy na tym stanowisku postanowili wyeksponować taką akurat wizytówkę katolickich targów, a mi i owszem. Szczególnie, że zaraz na lewo od wejścia do Arkad książki sprzedawało kolejne nieszczęście, także płci żeńskiej, tym razem z metalową kulką sterczącą z brody, tak trochę poniżej ust. I w tym miejscu przyznaję mój poziom tolerancji wyczerpał się niemal do zera. Nie żebym nie potrafił strawić tego stylu "ozdabiania" ciała. Zaczyna on masowo objawiać się w naszej strefie publicznej, tak jest i trudno, choć całkiem jeszcze niedawno znany był nam głównie z filmów dokumentalnych obrazujących życie afrykańskich plemion. W filmach tych lektor przekuwanie sobie różnych części ciała przez tubylców nazywał "elementem kultury", my zaś w tej części kuli ziemskiej po swojemu nazywaliśmy ludzi robiących sobie takie rzeczy dewiantami. Dziś się wszystko zmieniło. Nasza młodzież przejęła zwyczaje marginesu a my to zaakceptowaliśmy, przez co już nie raz musiałem w takim choćby  McDonaldzie, a nawet w zdawało się porządnej restauracji, odbierać posiłek od człowieka pokłutego w takim stopniu, że aż dziw, że sanepid pozwolił mu pracować przy żywności. Nie znajduję jednak wewnętrznego przyzwolenia dla sytuacji, i pozwólcie że już umrę sobie w tym przekonaniu a choćby samotny, by na targach wystawców katolickich spotykać ludzi, którzy według nauki Kościoła Katolickiego dokonali oczywistego aktu samookaleczenia. To jest grzech przeciwko swemu ciału, które jest świątynią Ducha Świętego (tak przynajmniej uczono mnie na lekcji religii), więc nie dziwcie się, że ja po tych targach przechadzałem się w nie najlepszym humorze. I bynajmniej nie chodzi mi o to by tych ludzi, często nawróconych, z powrotem z tego Kościoła wyrzucać a o to by ich zwyczajnie zacząć wychowywać. Tylko nie mówcie mi proszę, że się nie da. Tak jak potrafią idąc do teatru albo na rozmowę o pracę w miejsce wytartych dżinsów włożyć garnitur, tak też na wyjątkowe okazje (choćby te targi) na pewno umieliby się na chwilę rozkuć. Na prawdę warto czasami wykrzesać z siebie odrobinę troski o bliźniego i podnieść mu tą poprzeczkę.

Jak idzie o ofertę wydawców to przyznać się muszę, że z powodów wyżej opisanych przejrzałem wszystko dość pobieżnie i jeśli mogę w tym temacie poczynić jakąś refleksję to tylko taką, że większość z tych książek była ewidentnie dotowana co zgaduję po ich cenie, która średnio nie przekraczała 20-30 złotych. Co to oznacza? Ano tyle, że są u nas pewne budżety do wydania do których dostęp mają nieliczni i dzięki czemu książkę na świetnym papierze, z kolorowymi zdjęciami i w twardych okładkach można kupić na prawdę za przysłowiowe grosze. Z tym całym dotowaniem jest oczywiście taki kłopot, że jeśli są budżety to trzeba je wydać choćby na siłę, a w takim razie wydaje się wszystko jak leci. Pewnie dlatego widziałem na stoiskach książki o pisaniu listów z diabłem albo o nawróconej wróżce i nie bardzo wiem jak te pozycje miałby mnie ubogacić. Byłbym więc niepocieszony, ale też nie za bardzo zdziwiony, gdyby się okazało, że połowa tej twórczość nie sprzedaje się a po objechaniu paru targów (też dotowanych) ląduje w skupie makulatury albo jest rozdawana za darmo na przeróżnych konferencjach. Mam cichą nadzieję, że to nie trafia na przykład do Polaków na Wschodzie bo oni i tak już na co dzień toczą bój o zachowanie wiary i tradycji, nie skazujmy więc ich na dodatkową walkę z głupotą. 

Ale nie o rynku wydawniczym tu chciałem. Otóż wyobraźcie sobie, że jedno ze stoisk poświęcone było tylko i wyłącznie promocji książek o niejakim Nicku Vujicic'u. Gapiąc się na ich okładki przypomniałem sobie, że ja już je gdzieś widziałem ale wtedy nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Widocznie z perspektywy targów katolickich, można widzieć rzeczy szerzej i głębiej. Dla tych co sprawy nie znają wyjaśniam, że Nick Vujicic to człowiek, który nie posiada rąk ani nóg jak to widać na załączonych okładkach. Poczytałem o nim trochę w sieci i okazało się, że brak kończyn to bynajmniej nie wynik jakiegoś wypadku czy choroby a defekt wrodzony. I nikt nie poświęciłby pewnie temu przypadkowi ani minuty dłużej, gdyby nie fakt, że ów Australijczyk jak chcą media, pokazuje nam wszystkim, że mimo tak ciężkiej dysfunkcji można żyć bez ograniczeń, bez żadnych granic. Nick Vujicic prowadzi bowiem bardzo aktywy styl życia, uprawia sporty, mimo kalectwa rozkochał w sobie piękną kobietę z którą ożenił się i z którą ma dziś syna. Pewnie zdziwi Was to co teraz napiszę, ale czytając to wszystko pomyślałem, że jeśli już coś nie ma granic to ludzka podłość i chciwość. I jeszcze to, że jeśli można zrobić miliony na sprzedawaniu złudnych nadziei, to ten przypadek można by spokojnie uznać za wzorcowy.



Wiem, że to jest temat grząski i że pisząc to co piszę, ustawiam się bardzo pod prąd ale już tak mam, że obok kłamstwa nie umiem przejść obojętnie. Ostatnimi czasy nauczyłem się co prawda przymykać oko na nieznaczne odchylenia od pionu prawdy, no ale to co proponują autorzy tego projektu to już na prawdę gruba przesada. I nawet nie chodzi o to czy ten człowiek faktycznie jest w stanie wykonać te wszystkie czynności które mu się przypisuje, bo dobrze wiemy, że to jest poza jego zasięgiem. Bardziej więc o to, że tego bohatera, jak sądzę od początku do końca wyreżyserowanej bajki, próbuje się innym upośledzonym osobom stawiać za wzór do naśladowania. De facto zaś sprzedaje im się złudną nadzieję.

W kościele św. Marcina na Starówce w Warszawie, organistą od wielu lat jest całkiem niewidoma kobieta. Nie znam jej ale nie mam wątpliwości, że tak jest, bo ilekroć przerywa grę na organach na czas kazania i próbuje usiąść w ławce by je wysłuchać, idzie z wystawionymi przed siebie dłońmi dokładnie tak jak my to robimy, gdy w ciemnym pokoju próbujemy znaleźć włącznik światła. Jest więc bez wątpienia niewidoma, a mimo to bezbłędnie gra na organach, czytając przy tym opuszkami palców zapisane Braille'm nuty. Już ten tylko przykład pokazuje, że granice fizyczne dysfunkcji ciała jak najbardziej przekraczać można. Nick Vujicic też tak uważa ale idzie znacznie dalej. Jak to widać na zdjęciach umieszczonych w sieci gra w golfa, skacze ze spadochronem, pływa, jeździ na desce surfingowej i robi całą jeszcze masę rzeczy które nawet dla człowieka w pełni rozwiniętego fizycznie są nie lada wyczynem. I choć to co teraz przeczytacie może się Wam wydać bezduszne to gdy tylko ochłoniecie i przez chwilę zastanowicie się nad tym czego chcecie bronić, porzucicie to jako niewarte wystrzelenia jednego nawet naboju. Bo Nick Vujicic, piszę to z pełnym przekonaniem moi Państwo, żeby móc wykonać te wszystkie czynności potrzebuje po prostu sztabu ludzi, którzy zgodzili się wziąć udział w tym jakże dziwacznym przedstawieniu. Spójrzcie dla przykładu na zdjęcie na którym on "surfuje". To jest na pierwszy rzut oka obraz zachwycający a jak chcą autorzy także motywujący, tym czasem jak się mogę założyć, że aby on mógł przez zaledwie parę chwil utrzymać się na tej desce, po obu stronach ubezpieczać go musi armia ludzi gotowych w każdej chwili rzucić mu się na pomoc. I tak jest przypuszczam z każdą czynnością którą on wykonuje i za każdym razem gdy przekracza kolejną granicą. Nie oszukujmy się moi Drodzy. On nawet gdy chce iść do łazienki musi mieć kogoś kto go tam zaniesie, a potem jeszcze przytrzyma "w trakcie". Będzie tego kogoś pan Vujicic potrzebował także gdy skończy załatwianie potrzeb fizjologicznych aby ten ktoś wykonał przy nim niezbędne w takich sytuacjach czynności higieniczne. Spójrzmy prawdzie w oczy. Ten człowiek nie jest w stanie wykonać nic, bez pomocy z zewnątrz więc to całe gadanie o przekraczaniu granic to wierutna bzdura. O tyle gorsza od bzdury pospolitej, że na tej pierwszej akurat pomysłodawcy zarabiają miliony.

No i teraz wychodząc na przeciw świętym wyrazom oburzenia i tym wszystkich którzy zechcą zarzucić mi nieczułość, chamstwo a nawet zanik odruchów ludzkich, chcę powiedzieć, że ja mam niemal codzienny kontakt z człowiekiem poważnie sparaliżowanym toteż gdy czytam takie historie bierze mnie najpierw pusty śmiech aż w końcu dostaję tak zwanego nerwa. Mój teść proszę Państwa jest osobą sparaliżowaną od pach w dół. Rusza głową, rękami i z grubsza to by było na tyle jak idzie o jego aktywność fizyczną. W związku z tym, jego żona a moja teściowa, spędza przy nim niemal każdą godzinę swego życia. Pomaga mu jeść, przebiera go, robi mu masaże przeciw odleżynom, przewija, a gdy jest taka potrzeba (przepraszam za dosłowność) zakłada gumową rękawicę, sięgającą łokcia i pomaga mu się wypróżnić. Mam zatem bezpośredni wgląd w świat ludzi upośledzonych fizycznie i dlatego bez żadnych zbędnych ceregieli podchodzę do interesów i grubych milionów jakie próbują na nas zrobić panowie prowadzący projekt Nicka Vujicic'a. Ja już po prostu za długo w tym świecie siędzę bym nabrał się na tak prostą sztuczkę. 

Martwię się za to bardzo i trochę mi żal tego wyjątkowego celebryty bo czuję jak źle dla niego skończy się ta historia. Gdy temat znudzi się gawiedzi, a wpływy na rachunek bankowy z tytułu reklam i wyłączności zaczną drastycznie maleć, Nick Vujicic nie będzie już w stanie opłacać tej armii ludzi, która asystując mu na co dzień pozwala mu żyć jak głosi hasło na okładce "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Martwię się tak na poważnie, że oni wszyscy odejdą od niego wraz z ostatnim dolarem który na nich wyda, porzucając go ot tak na jakieś egzotycznej plaży jak niepotrzebną, ludzką lalkę. Pozbawiony opieki a być może i rodziny z którą dziś tak chętnie pozuje do zdjęć, będzie dogorywał w jakimś przytułku niezgorzej niż to biedne dziecko w łukowskim szpitalu, tonące we własnych odchodach. Mam więc tylko cichą nadzieję, że on pamięta, że światła jupiterów potrafią szybko zgasnąć i odkłada co nieco na czarną godzinę. No i że ta jego piękna żona jest z nim na prawdę z miłości i gdy będzie taka potrzeba, będzie potrafiła jak moja teściowa, bez słowa skargi czy sprzeciwu włożyć tą gumową rękawicę.

Gorąco witam na łamach Tygodnika Solidarni Czytelników z Austrii, Szwajcarii, Belgii i Irlandii. System po raz pierwszy odnotował wejścia na stronę z tych państw. Szczególnie gorąco witam też Czytelników z Argentyny, którzy przeprowadzili w ostatni weekend prawdziwy szturm na tą stronę przez co licznik odwiedzin poszedł w tysiące.  Wszystkim bardzo dziękuję i zapraszam do stałej lektury. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ludzie z Ogrójca

Autor: ks. Jan Dobrowolski

W Afganistanie odbył się pogrzeb kobiety, którą zlinczował tłum za rzekome spalenie Koranu. Niektóre relacje medialne podawały, że była ona chora psychicznie – inne, że te pogłoski rozpuszczała rodzina, by ratować siebie, lub ją. Nie wiadomo więc, czy zginęła dlatego, że była schizofreniczką, czy dlatego, że chciała studiować i być nauczycielką. Być może da się zgłębić temat i dojść, jak było. Zresztą – życie zarówno chorych psychicznie, jak i dociekliwych jest tak samo trudne w dzikich ostępach islamskiego świata. Wiem, bo znam chrześcijan, którzy starają się jakoś żyć w cieniu Półksiężyca. O ile jednak los wykształconej kobiety w Polsce jest raczej dobry, o tyle los osoby chorej psychicznie ciągle bywa bardzo trudny. Chrystus chwali zbawionych w opisie Sądu wg św. Mateusza: Byłem chory, a odwiedziliście mnie, byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie. Zdaje się, że czasem osoby chore są gdzieś pośrodku, w więzieniu, do którego nie chce się wchodzić nikomu zdrowemu. Posłuchajcie opowieści o pewnym proboszczu…

Opowieść usłyszałem dzisiaj, pierwszego dnia odnowienia misji w parafii, w jakiej pracuję. Jeden z misjonarzy opowiadał przy kolacji, jak to raz źle trafił. Przyszło mu głosić rekolekcje u proboszcza, który był naprawdę nie do zniesienia. Plebania – rozwalający się barak. Kościół -zaniedbany. Wszystkie msze spóźnione o 5-10 minut, co więcej, w trakcie mszy ów proboszcz małej, wiejskiej parafii, potrafił wszystko zostawić i pójść do zakrystii po kropidło, bo przypomniał sobie właśnie, że odprawia na niepoświęconym obrusie no i trzeba przecież go poświęcić. Misjonarz był tym wszystkim bardzo zgorszony i przejęty, mnożył przykłady dziwactw tego księdza. Ja zaś słuchałem i nabierałem pewności, że człowiek, o którym opowiada, jest po prostu chory psychicznie. Uśmiechy nad talerzami, misjonarz potoczyście opowiada o swoich doświadczeniach, anegdota za anegdotą, a ja w końcu przerywam i stwierdzam, że skrzywdzili tego księdza, robiąc go proboszczem. No i jestem zaskoczony zaskoczeniem siedzących przy stole. Jakby nikt o tym nie pomyślał. Po chwili misjonarz przytakuje: wie ksiądz, może ma i ksiądz rację, że go skrzywdzili. Dodaję jeszcze, że to problem kurii i biskupa, bardzo poważny problem i odpowiedzialność. Zapada cisza. Nikt nie przytakuje. Misjonarz podejmuje swoją opowieść, której finałem jest obiad odpustowy w sąsiedniej parafii, zakończony najpierw wielką obmową nieobecnego (spóźnił się, bo ma tragiczną organizację, nie mógł się zebrać, etc.), potem wesołym nagrywaniem się z niego przez księży z całego dekanatu. I tyle, bez współczucia czy próby zrozumienia.

W tej historii jest oczywiście jeszcze kwestia kilkuset, może nawet tysiąca dusz, sprawa pogrzebów, kazań niedzielnych, organizacji parafii – słowem, wszystkich tych rzeczy, którym wspomniany ksiądz nie potrafił normalnie podołać. O tym jednak nie rozmawialiśmy przy stole. W domu wisielca o sznurze cicho – obecni wiedzieli, misjonarz się domyślał, że u nas też są sytuacje, gdy ksiądz zupełnie się nie nadaje, a pracuje w duszpasterstwie.

Problemy psychiczne osób poświęconych Bogu to wielki temat tabu w Polsce. Począwszy od alkoholizmu, poprzez choroby psychiczne, depresje, skończywszy na przestępstwach seksualnych. Wielki, niewidzialny świat ludzkiego cierpienia i samotności, na którą nie ma pomysłu. Dzięki Bogu, że przynajmniej w kwestii alkoholizmu coś się ruszyło, wzrasta świadomość wśród przełożonych, że należy reagować, a nie zamiatać sprawy pod dywan. Myślę tu o mojej diecezji, choć na pewno jest różnie, gdy chodzi o całą Polskę. Co do sióstr zakonnych, to z tego co wiem, był niedawno pomysł, by powołać specjalny dom dla sióstr – alkoholiczek. Jednak po rocznym przemyśleniu problemu, na spotkaniu przełożonych wszystkie zgromadzenia jak jedno orzekły, ze nie trzeba, bo problemu nie ma. Nie ma też problemu z lustracją w episkopacie, nie ma problemu z alkoholizmem wśród osób życia konsekrowanego, nie ma problemu z liturgią tradycyjną w parafiach, nie ma problemu dziwacznymi z treściami katechez na niektórych grupach modlitewnych, oraz w końcu, nie ma również problemu z ukrywaniem molestowania dzieci i młodzieży. Zespół T. Love śpiewał w ten deseń, z podobnym do mojego sarkazmem: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi? A, byłbym zapomniał, jeszcze problemu nie ma żadnego z finansami i rozliczeniami po parafiach, ani z mafią homoseksualną. Też nie ma tych problemów, uff. Jakby nie było tego zdania, pięknego zdania z listu do Efezjan:  O tym bowiem, co u nich się dzieje po kryjomu, wstyd nawet mówić. Natomiast wszystkie te rzeczy piętnowane stają się jawne dzięki światłu, bo wszystko, co staje się jawne, jest światłem. Dlatego się mówi: Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus. Jeśli nie zrobi się pewnych rzeczy ewangelicznie, świat zrobi je po swojemu, naprawdę. Już robi…

Co ważne, przy całym szacunku i respekcie dla roli psychologii i terapii, nie można nastawiać się, że one wystarczą. Bodajże o. Józef Augustyn zwrócił kiedyś uwagę na fakt, że przegrał na tym Kościół na zachodzie Europy i w Ameryce – na zaniedbaniu duchowości kosztem „technik terapeutycznych”. Znam wielu ludzi, którzy pomagają innym wychodzić z różnorakich dołków, przy czym im bardziej doświadczeni są, tym więcej mówią o znaczeniu indywidualnej duchowości człowieka, jego modlitwy, przekonań, medytacji. No i nic nie da się zrobić bez miłości, mówią. Miłość (choćby w takiej czy innej wspólnocie) jest tu najważniejsza.

Kościół w Polsce to oczywiście nie tylko zamiatanie problemów i różnorakie patologie. Wielu ludzi jest dzielnych za siebie i jeszcze walczy o innych, o cierpiących i pogubionych. Jednak nasuwa mi się taka wizja: gdy Jezus uzdrowił niewidomego na kartach Ewangelii wg. św. Marka, najpierw widział on ludzi „niby drzewa”. Czasem myślę, że jesteśmy w podobnej sytuacji, z na wpół zdrowym wzrokiem. Gdy myślę o modlitwie w Ogrójcu, gdy Chrystus walczy duchowo w najważniejszą ze Swoich nocy, gdy uczniowie śpią, gdy w zaułkach Jerozolimy już słychać, jak maszerują zbrojni, jak dźwięczą monety w mieszku zabieganego apostoła… Jezus modlący się między drzewami oliwnymi… Może, gdyby się im przyjrzeć, okazało by się, że mają ludzkie twarze?

sobota, 18 kwietnia 2015

Bożena Dykiel: Policja na nas poluje!

Autor: Integrator 

Nie wiem dlaczego Onet robi takie rzeczy, mogę tylko zgadywać. Być może w czasie przedwyborczym gdy trudno jest przewidzieć ostateczny wynik starcia które wciąż jeszcze przed nami (sprawa wszak tym razem nie jest wcale przesądzona), media tradycyjnie próbują stawać w rozkroku, by w razie niespodzianki mogły w geście pojednania a i na poczet nowego przymierza przynieść zwycięzcom głowę pokonanych na tacy. No ale jak mówię to tylko podejrzenie niemniej faktem jest, że pośród tematów odpowiednio dziś na pierwszej stronie portalu Onet wyróżnionych trafiłem na odcinek programu "Świat się kręci" w którym aktorka Bożena Dykiel bardzo ostro jeździ sobie po prezydencie. Proszę, tak to w skrócie wyglądało:




Co prawda ona to robi jak widać w lekkim amoku, w pełnej wersji programu wentyluje nawet emocje głośnym i nerwowym śmiechem, no ale i tak odważna z niej kobieta, skoro odważyła się zrobić publicznie to czego jej koledzy po fachu z lęku przed ostracyzmem nigdy nie zrobią. O aktorach jeszcze tu kiedyś będzie więc teraz zwróćcie tylko proszę uwagę, że pośród zarzutów, które Krystyna Dykiel kieruje w stronę już nie tylko prezydenta ale i całej Platformy, znalazła się myśl pod którą, ja się od raz podpisuję czterema kończynami. Dlaczego? Bo gdy słyszę, że policja nie strzeże nas tylko na nas poluje staje mi zaraz przed oczami takie oto przykre zdarzenie sprzed dwóch dni, że gdy mój pies z racji rozpoczęcia okresu cieczki wiedziony nakazem Matki Natury zerwał mi się ze smyczy a po paru godzinach odstawił mi go pod drzwi EkoPatrol, dostałem od nich w załączniku także mandat dwustuzłotowy. I wierzcie mi, po próżnicy było tłumaczenia, że pies mój latał po okolicy nie dlatego, że go nie upilnowałem ale dlatego, że smycz nie wytrzymała szarpnięcia. W obliczu dziury budżetowej, którą w ten sposób postanowili zapychać włodarze miasta, każdy argument traci na znaczeniu. Uwierzcie tam jest już tylko zimny mur i ta wiecznie pusta kasa. Ale uważajcie dalej. 

Dziś dla odmiany, śpiesząc się na pociąg a widząc kątem oka dziurę w siatce, wymyśliłem, że w ramach wyjątku skrócę sobie drogę i przejdę w niedozwolonym miejscu przez tory. Gdy już byłem na drugiej stronie zza krzaków wychyliły się dwie charakterystycznie umundurowane panie i oznajmiły mi, że popełniłem wykroczenie warte pięćdziesiąt złotych. Panie policjantki były na prawdę bardzo miłe, sprawę załatwiły ekspresowo (fakt, że i ja rozumiejąc swój błąd wykonywać czynności służbowych im nie utrudniałem), ale nie mam przy tym najmniejszej wątpliwości, że one nie stały tam w trosce o moje zdrowie - bardziej w charakterze poborców opłat mytowych. Z resztą same też nie bardzo kryły swych intencji bo chwilę po zatrzymaniu poprosiły bym nie stał na widoku, przez co reszta czynności związanych z wypisywaniem mandatu odbyła się niemalże w krzakach. Jedna pani zatem wypisywała co trzeba, druga wychylając się zza krzaka niecierpliwie wyglądała kolejnej ofiary. No i niech nikt mi teraz nie próbuje tłumaczyć, że to nie jest polowanie. 

Niestety to jeszcze nie koniec tej okrutnej bajki, bo gdy piszę Wam o tych paniach dybiących na nas w przytorowych krzakach, czuję jak w tyle głowy kołacze mi do bram świadomości taka oto nieprzyjemna myśl lub bardziej pytanie, kiedy i na jaką kwotę przyjdzie mandat z fotoradaru, który tuż przed Wielkanocą błysnął mi po oczach gdy w świątecznym pośpiechu zmierzałem ul. Sobieskiego w kierunku Wilanowa? Na skrzyżowaniu z Aleją Witosa czyli u początku czy jak kto woli na końcu Trasy Siekierkowskiej, stoją już fotoradary w każdym z czterech kierunków ale najwyraźniej dla uszczelnienia tej sieci, od czasu do czasu na kilkadziesiąt metrów przed światłami parkują sobie panowie ze straży, równolegle do ulicy i za największym drzewem, by pstrykać fotki tym spryciarzom, którzy znając to miejsce zwalniają dopiero tuż przed samym skrzyżowaniem. 

Puenta? Moi Państwo. Nie piszę Wam tego jeno po to by się Wam wypłakać w kaftan. Znam przepisy jak większość z nas i jeśli już je łamię, przyjmuję karę w pełnej pokorze a nawet ze zrozumieniem. Ale też i nie bez takiej refleksji, że o ile karanie zwykłych obywateli za byle wykroczenia idzie Platformie wręcz wyśmienicie to już z pospolitymi bandytami i przekrętasami na wysokich stanowiskach ta sztuczka im nie wychodzi. Jakoś mi to nie leży, że policja zamiast budżet reperować milionami z ich opasłych kies robi to kosztem zwykłych szaraków od których zebrawszy nie koniecznie grosz-do-grosza (jak to widać po moim przypadku) może sobie na wcale dobrym poziomie prosperować. Ten styl finansowania przerośniętych i niewydolnych organów państwa rozwinął się już tak drastycznie, że gdyby zapytać dziś kogo na ulicy o jakąś znaną mu akcję policji to z całą pewnością większość wymieni coroczną ruchawkę pod nazwą "znicz". Ot i to. Uniewinniono "Pruszków", nic nie słuchać o akcji czyszczenia kraju z łapówkarzy, a niech by nawet przystanków z kieszonkowców czy osiedli z drących gębę po nocach młodocianych huliganów, mamy za to coroczną, gigantyczną akcję około świątecznego polowania na kierowców, a my dobrze wiemy, że tak na prawdę na nasze portfele. I to na wszystkie możliwe sposoby - fotoradarem ukrytym w koszu, samochodem po cywilu albo przy pomocy "suszarki" wystającej zza drzewa, zza krzaka, zza zakrętu.

Wierzcie lub nie ale ja nie uprawiam tu żadnej prywaty. Nie przychodzę się też pożalić, tym bardziej tłumaczyć a te mandaty z bólem serca zapłacę. Tylko jakoś przykro się robi a i coraz trudniej idzie napływ złości tamować gdy uszczuplony o parę setek słyszę w mediach, że ten zastrzyk finansowy dla państwa płynie głównie z naszych, przecież nietęgich kieszeni a oni nic sobie z tego nie robiąc bezczelnie wydają to na kubańskie cygara i te ośmiorniczki.

Kontakt do Redakcji: tygodniksolidarni@gmail.com