whos.amung.us

wtorek, 31 marca 2015

Zbieramy na auto dla Łukasza Warzechy

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Oczywiście lepiej mi by było to ukryć, lub przynajmniej, broń Boże, do niczego się nie przyznawać, ale niech już będzie, powiem wszystko jak na świętej spowiedzi: niniejsza notka jest w znaczniej mierze wynikiem mojej wręcz rozpasanej zawiści i to zawiści wyjątkowo niskiej, bo skierowanej przeciwko samemu Łukaszowi Warzesze. A było tak, że w portalu wpolityce.pl znalazłem informację, że Jarosław Kaczyński udzielił Warzesze wywiadu i świadomość tego, że Warzecha gada z Kaczyńskim tak mnie zelektryzowała, że postanowiłem od razu sprawdzić, jak mogło dojść do czegoś tak niepojętego. Sprawdziłem, no i od razu się uspokoiłem, bo przede wszystkim najpierw okazało się, że Warzesze ten wywiad załatwił portal wp.pl, który Warzechę zatrudnia – co mnie oczywiście nieco uspokoiło – no a poza tym już chwilę później okazało się, że to jest zaledwie 15 minutowy klip, w którym Warzecha nie dość, że występuje w brązowych sztruksach do krawata, to jeszcze ów krawat ma zawiązany tak, jakby właśnie się zbudził po całonocnej popijawie. Ale jest jeszcze coś. Otóż to co przez te 15 minut rozmowy pokazuje Warzecha, to jest pokaz tak uderzającej nieporadności, że w pewnym momencie pojawia się autentyczny lęk, że Kaczyński przerwie ten cyrk i poprosi, by Warzechę wymienić na kogoś choćby odrobinę przytomnego. A już zwłaszcza w momencie, gdy Kaczyński tłumaczy Warzesze, że jeśli ktoś interesuje się światem, pewnych rzeczy nie wypada mu nie wiedzieć.

My akurat, jako osoby, które mają jako takie pojęcie, co się dzieje po tak zwanej „prawej” stronie sceny politycznej, wiemy mniej więcej też, co Łukasz Warzecha myśli sobie na temat świata, który go otacza, i że to jego myślenie sprowadza się, mówiąc krótko, do tego, co od 25 lat głosi Janusz Korwin Mikke, tyle że intelektualnie na poziomie kierowcy, który właśnie dostał mandat za złe parkowanie i uważa, że wszystkiemu winien ten pieprzony socjalizm. A więc od początku tej niezwykłej rozmowy, Warzecha próbuje zaczepiać Kaczyńskiego o coś, co w pewnych środowiskach przyjęło się uważać za „socjalistyczne skrzywienie PiS-u”. Kaczyński – też bez specjalnych rewolucji – tłumaczy Warzesze, że nie da się zbudować normalnego kapitalizmu, a tym samym stworzyć warunki powszechnego rozwoju, jeśli owo budowanie opiera się wyłącznie na zapewnianiu możliwości prowadzenia biznesów dla kumpli, A jedynym dowodem na to, że Warzecha słuchając, w ogóle żyje, jest to, że wzorem największych polskich dziennikarzy telewizyjnych cały czas coś bazgrze na kartce, którą ściska w dłoni. I jeśli ktoś myśli, że Warzecha przyjął taki sposób prowadzenia tej rozmowy, gdzie on będzie udawał durnia i w ten sposób umożliwi Kaczyńskiemu przedstawienie swoich tez, jest w oczywistym błędzie. A żeby to wiedzieć, wystarczy spojrzeć, jak Warzecha się podczas tej rozmowy zachowuje. Otóż on faktycznie wygląda, jakby jego jedyną troską nie było zmuszenie Kaczyńskiego do obrony, ale dbanie o to, by nie zapomnieć, co ma myśleć i o co ma pytać. No i pyta. Skąd PiS weźmie pieniądze na spełnienie wszystkich swoich obietnic? Przez stworzenie sprawiedliwego systemu, który uniemożliwi dalsze drenowanie budżetu przez gangi. No ale sprawiedliwego, czyli jakiego? Takiego, który sprawi, że wszyscy uczestnicy gry będą podlegać tym samym regułom. Na przykład? Czy pan się zastanawiał dlaczego powstaje coraz więcej sklepów wielkopowierzchniowych, skoro one przynoszą wyłącznie straty? Na szczęście nie jestem ministrem finansów, żeby odpowiadać na takie pytania, natomiast chciałem zapytać, czy PiS planuje jeszcze bardziej wziąć podatników za twarz. Nie. Chodzi tylko o to, by ci co nie płacą, zaczęli wreszcie płacić, zwłaszcza gdy są to podmioty obce. Trzeba uchwalić nowe prawo podatkowe, bo to, które mamy w tej chwili służy głównie drenowaniu budżetu za granicę. Chodzi o przykręcenie śruby?

I tak dalej i tak dalej, a ja, wbrew pozorom, nie piszę tego tekstu po to, by się po raz kolejny poznęcać nad Łukaszem Warzechą, ale by pokazać pewien mechanizm, który akurat w tym wypadku się bardzo wyraźnie ujawnia. Chodzi mi mianowicie o ów stary, nudny już do porzygania liberalizm, który nawet stając wobec oczywistego, jednoznacznego, bezczelnego wręcz rabunku nie jest w stanie wydusić z siebie nic ponad to jedno, powtarzane od lat hasło: „Mniej państwa, więcej rynku”. Państwa, podobnie zresztą, jak rynku, od dawna już nie ma, ich rolę przejęły setki mniej lub bardziej niezidentyfikowanych prywatnych grup interesów, które, jeśli się nie obronimy, zapewne już niedługo, z głodu zaczną się wzajemnie mordować i dojdzie do wojny, przy które cała ta propaganda o rosyjskim ataku będzie robić wrażenie bajki dla dzieci, a do nich nie dociera nic, bo w głowie mają tylko tę jedną myśl: „Mniej państwa, więcej rynku”. I jeden po drugi stają przed nami i pytają: „Czy naprawdę stęskniliśmy się za socjalizmem? Czy tak trudno zrozumieć, że jeśli chcemy więcej zarabiać, musimy więcej pracować?”

A więc tak naprawdę wcale nie chodzi ani o Łukasza Warzechę, ani o żadnego z nich pojedynczo. Przeciwko sobie bowiem mamy prawdziwą mafię złożoną z ideologicznie zaczadzonych durniów, którym ani do głowy nie przyjdzie, że tak naprawdę nie różnią się oni niczym od tych najbardziej tępych socjalistów, którym można było wszystko zaprezentować w full kolorze, w zwolnionym tempie i z dodatkowym komentarzem dla idiotów, a oni i tak wciąż powtarzali, że „cała władza w ręce ludu”. Żadnego ludu od wielu już lat nie było, a zamiast niego albo zarobieni do nieprzytomności „prole”, albo gnijące w nieznanych grobach trupy, a oni wciąż swoje: „Cała władza w ręce ludu”. I ci tu mają dokładnie tak samo, tyle że już nie z ludem, lecz rynkiem i wolnością.

Wspomniałem wcześniej, że dzisiejszy stan umysłu Łukasza Warzecha pozwala mu już tylko i wyłącznie na zastanawianie się, ile go kosztuje korzystanie z samochodu i co trzeba zrobić, żeby te wydatki mogły być mniejsze. I to wcale nie jest ani złośliwość, ani nawet taka sobie retoryka. Jeśli czytamy jego najnowszą publicystykę, to wiemy, że tam poza tym jego autem naprawdę nie ma wiele więcej. Ponieważ jednak mam wrażenie, że takich jak on jest znacznie więcej, niż nam się wydaje, mam propozycję dla Andrzeja Dudy na ostatni miesiąc kampanii. Może warto by było im któregoś dnia obiecać, że jak oni wybiorą Dudę, to autostrady będą za darmo i że się zlikwiduje straż miejską. Bzdura? Nie szkodzi. Jestem pewien, że jak oni to usłyszą, dostaną takiej gorączki, że zrobią wszystko, co im się każe. A potem im się najwyżej powie, że tak to już jest na wolnym rynku, że sprytniejszy wygrywa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz